Amerykańscy bogowieTekst

Z serii: Gaiman
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Caveat i ostrzeżenie dla wędrowców

Epigraf

Część pierwsza. Cienie

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Część druga. Mój Ainsel

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Interludium

Interludium 2

Interludium 3

Rozdział trzynasty

Część trzecia. Nastanie burzy

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Część czwarta. Coś, co martwi skrywają stale przed żywymi

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Post scriptum

Podziękowania

Słowo od tłumacza

Neil Gaiman

Tytuł oryginału:

American Gods

Copyright © 2001 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2008 by Wydawnictwo MAG

Redakcja i korekta:

Urszula Okrzeja

Ilustracja i opracowanie graficzne okładki:

Irek Konior

Projekt typograficzny, skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-310-6

Wydanie V rozszerzone

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Dla nieobecnych przyjaciół –

Kathy Acker, Rogera Zelazny’ego i wszystkich pomiędzy nimi.

CAVEAT I OSTRZEŻENIE DLA WĘDROWCÓW

Ta książka jest powieścią, nie przewodnikiem. A choć przedstawiona w niej geografia Stanów Zjednoczonych nie jest do końca fikcyjna – można odwiedzić wiele opisanych tu miejsc, wędrować ścieżkami, nakreślić przebieg dróg – to pozwoliłem sobie na pewną swobodę. Mniejszą, niż można by sądzić, ale jednak.

Nie prosiłem o pozwolenie wykorzystania w książce prawdziwych miejsc, więc go nie otrzymałem, i przypuszczam, że właściciele Rock City i Domu na Skale czy myśliwi, do których należy motel w środkowych Stanach, zdziwią się niezmiernie, znajdując je tutaj.

Świadomie ukryłem położenie innych miejsc, choćby miasta Lakeside i farmy z jesionem, godzinę jazdy na południe od Blacksburga. Jeśli chcecie, możecie ich poszukać. Może nawet uda się wam coś znaleźć.

No i rzecz jasna wszyscy ludzie, żywi, martwi i inni obecni w tej historii są wymyśleni bądź występują w zmyślonych okolicznościach. Tylko bogowie są prawdziwi.

Jest jedno pytanie, które nie daje mi spokoju: Co dzieje się z istotami nadprzyrodzonymi, gdy imigranci porzucają swe ojczyzny i przybywają tutaj? Irlandzcy Amerykanie pamiętają wróżki, norwescy – nissery, greccy – vrykolaki, lecz tylko w powiązaniu ze starymi krajami. Gdy kiedyś spytałem, czemu w Ameryce nie widujemy podobnych demonów, moi rozmówcy zaśmiali się niemądrze i rzekli: „Boją się przepłynąć ocean, to dla nich za daleko”, po czym dodali, że Chrystus i apostołowie także nie odwiedzili Ameryki.

Richard Dorson,

„Spojrzenie teoretyczne na amerykański folklor”,

Amerykański folklor w oczach historyka,

(University of Chicago Press, 1971)

CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ
PIERWSZY

Granice naszego kraju, panie? Na północy graniczymy z Zorzą Polarną, na wschodzie ze wschodzącym słońcem, na południu zamyka nas Równik, a na zachodzie Dzień Sądu Ostatecznego.

Księga dowcipów amerykańskich Joe Millera

Cień odsiedział w więzieniu trzy lata. A że był dostatecznie rosły i wyglądał dostatecznie groźnie, jego największym problemem pozostawało zabijanie czasu. Ćwiczył zatem, uczył się sztuczek z monetami i wiele rozmyślał o tym, jak bardzo kocha swą żonę.

Najlepszą – i w opinii Cienia być może jedyną dobrą – stroną pobytu w więzieniu było poczucie ulgi, świadomość, że upadł już tak nisko, że niżej się nie da. Osiągnął dno. Nie obawiał się, że go złapią, bo już go złapali. Nie budził się w celi zlany potem; nie lękał się, co przyniesie jutro, bo zdarzyło się to już wczoraj.

Szybko uznał, że fakt, czy popełniło się dane przestępstwo, czy nie, nie miał żadnego znaczenia. Wszyscy ludzie, których poznał w więzieniu, pielęgnowali w sobie żal do władz. Zawsze coś było nie tak. Zarzucali człowiekowi coś, czego nie zrobił, albo przynajmniej nie zrobił tego dokładnie tak, jak twierdzili. Najważniejsze jednak, że cię złapali.

Zauważył to już w ciągu pierwszych kilku dni, gdy wszystko, od więziennego slangu po kiepskie żarcie, było czymś nowym. Mimo przejmującego, wszechogarniającego przerażenia i żalu czuł też, że oddycha z ulgą.

Cień starał się nie mówić zbyt wiele. Gdzieś w połowie drugiego roku wspomniał o swej teorii Lokajowi Lyesmithowi, koledze z celi. Lokaj, oszust z Minnesoty, uśmiechnął się, wykrzywiając przecięte szramą usta.

– Ano – rzekł. – To prawda. A jeszcze lepiej, kiedy skażą cię na śmierć. To wtedy przypominasz sobie dowcipy o gościach, którzy w chwili, gdy założyli im stryczek, zrzucali buty, bo kumple stale im powtarzali, że co jak co, ale umrą w butach.

– To żart? – spytał Cień.

– Ano tak. Wisielczy humor. Najlepszy, jaki istnieje. Bum! Najgorsze już się stało. Masz parę dni, by to do ciebie dotarło, a potem powiozą cię na powietrzny taniec.

– Kiedy ostatnio powiesili człowieka w tym stanie?

– Skąd u diabła mam wiedzieć? – Lyesmith starannie golił głowę, nie pozwalając odrosnąć jasnorudym włosom. Pod skórą widać było linie czaszki. – Ale powiem ci coś. Kiedy przestali wieszać ludzi, cały ten kraj poszedł w diabły. Koniec dowcipów. Koniec układów.

Cień wzruszył ramionami. Nie widział niczego romantycznego w karze śmierci.

Uznał, że jeśli nie ma się na głowie wyroku śmierci, więzienie w najlepszym razie stanowi jedynie czasowy urlop od życia. Z dwóch powodów: po pierwsze, życie zakrada się nawet do celi. Zawsze masz gdzie pójść, choćby twój pion zdjęto z planszy; życie trwa dalej, nawet jeśli jest to życie pod mikroskopem bądź w klatce. A po drugie, jeśli po prostu czekasz, któregoś dnia muszą cię wypuścić.

Na początku myśl o wolności była zbyt nikła, by mógł się na niej skupić. Potem stała się odległym promyczkiem nadziei i nauczył się powtarzać sobie: „to też minie”, gdy coś poszło nie tak, bo w więzieniu zawsze coś szło nie tak. Któregoś dnia magiczne drzwi otworzą się szeroko i przekroczy próg. Zaczął zatem skreślać dni na kalendarzu z wizerunkami ptaków śpiewających Ameryki Północnej, jedynym kalendarzu sprzedawanym w więziennym sklepiku. Słońce zachodziło, ale on tego nie widział. Wschodziło gdzieś i także tego nie dostrzegał. Ćwiczył sztuczki z monetami, czerpiąc wiedzę z książki odkrytej na pustkowiu więziennej biblioteki. Ćwiczył i sporządzał w głowie listę rzeczy, które zrobi, gdy tylko wyjdzie z więzienia.

 

Z czasem lista Cienia stawała się coraz krótsza. Po dwóch latach skurczyła się do trzech punktów.

Po pierwsze, zamierzał się wykąpać. Wziąć porządną, długą, prawdziwą kąpiel w wannie. W pianie. Może przeczyta też gazetę, może nie. Czasami miał na to ochotę, czasami niekoniecznie.

Po drugie, wytrze się, włoży szlafrok, może kapcie. Podobała mu się wizja kapci. Gdyby palił, w tym momencie zapaliłby fajkę. Ale nie. Chwyci w ramiona żonę, a ona krzyknie z udanym przerażeniem i prawdziwą radością: piesku, co ty wyprawiasz! Zaniesie ją do sypialni i zamknie drzwi. Jeśli zgłodnieją, zamówią pizzę.

Po trzecie, potem, gdy wyjdą już z Laurą z sypialni, jakieś dwa dni później, będzie siedział cicho i przez resztę życia trzymał się z dala od kłopotów.

– I wtedy będziesz szczęśliwy? – spytał Lokaj Lyesmith. Pracowali razem w więziennym warsztacie, montując karmniki dla ptaków. Było to zajęcie tylko odrobinę ciekawsze od przebijania tablic samochodowych.

– Nie nazywaj człowieka szczęśliwym, póki żyje – odparł Cień.

– Herodot – mruknął Lokaj. – Hej, uczysz się!

– Kto to, kurwa, jest Herodot? – spytał Sopel, składając ścianki karmnika i podając je Cieniowi, który mocno dokręcał śruby.

– Martwy Grek – odparł Cień.

– Moja ostatnia dziewczyna była Greczynką – rzucił Sopel. – Nie uwierzylibyście, jakie gówniane rzeczy jadała jej rodzina. Ryż zawinięty w liście i takie różne.

Sopel sylwetką i wzrostem przypominał automat do coca-coli. Miał niebieskie oczy i włosy tak jasne, że wydawały się niemal białe. Porządnie pobił faceta, który popełnił błąd i zaczął obmacywać jego dziewczynę w barze, gdzie tańczyła, a Sopel stał na bramce. Przyjaciele tamtego wezwali policję, która zaaresztowała Sopla, sprawdziła jego dane i odkryła, że osiemnaście miesięcy wcześniej urwał się z programu resocjalizacyjnego.

– To co miałem zrobić? – spytał ze złością Sopel, gdy po raz pierwszy opowiadał Cieniowi całą swą smutną historię. – Mówiłem, że to moja dziewczyna. Miałem pozwolić na taki brak szacunku? Widziałem na niej jego łapska!

Cień odparł jedynie coś w stylu „Dobrze powiedziane” i zostawił ten temat. Bardzo wcześnie nauczył się, że w więzieniu każdy odsiaduje własny wyrok. Nie należy przejmować się innymi.

Nie wychylać się. Dbać o własne sprawy.

Kilka miesięcy wcześniej Lyesmith pożyczył Cieniowi sfatygowany egzemplarz „Dziejów” Herodota.

– To nie jest wcale nudne. Bardzo fajna rzecz – rzekł, gdy Cień zaprotestował, że nie czytuje książek. – Najpierw sam zobacz, a potem też przyznasz, że fajna.

Cień wykrzywił się, ale zaczął czytać. I odkrył, że wbrew jego woli lektura go wciągnęła.

– Grecy – rzucił z niesmakiem Sopel. – A do tego to nieprawda, co o nich mówią. Próbowałem wsadzić go mojej panience w tyłek i mało nie wydrapała mi oczu.

Któregoś dnia Lyesmitha przeniesiono bez ostrzeżenia. Zostawił Cieniowi swój egzemplarz Herodota; między kartkami ukrył kilka monet: dwie ćwierćdolarówki, centa i pięciocentówkę. W więzieniu monety były zakazane – można wyostrzyć je o kamień i w walce rozciąć komuś twarz. Cień jednak nie chciał broni. Potrzebował czegoś, by zająć ręce.

Nie był przesądny. Nie wierzył w nic, czego nie mógł zobaczyć, lecz przez ostatnie kilka tygodni wyczuwał wiszącą w powietrzu katastrofę. Tak samo czuł się w dniach przed napadem. Żołądek ściskał mu się z lęku i choć Cień powtarzał sobie, że to jedynie obawa przed powrotem do świata zewnętrznego, nie miał pewności. Ogarnęła go paranoja, jeszcze większa niż zwykle – a w więzieniu jej zwykły poziom jest bardzo wysoki. To pozwala przetrwać. Cień stał się cichszy, spokojniejszy. Odkrył, że starannie śledzi język ciała strażników i innych więźniów, szukając czegoś, co mogłoby stanowić znak, zapowiedź czekających go złych wydarzeń. Był pewien, że nadejdą.

Miesiąc przed datą zwolnienia Cień usiadł w zimnym gabinecie naprzeciwko niskiego mężczyzny, na którego czole widniało duże ciemnoczerwone znamię. Rozdzielało ich biurko. Mężczyzna miał przed sobą otwarte akta Cienia. W dłoni trzymał długopis o paskudnie przygryzionej końcówce.

– Zimno ci, Cień?

– Tak – odparł Cień. – Odrobinę.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Witaj w krainie biurokracji. Piece włącza się pierwszego grudnia i wyłącza pierwszego marca. Nie ja ustalam zasady. – Najwyraźniej uznawszy, że wystarczy już tych uprzejmości, przesunął palcem po kartce przypiętej zszywaczem do wewnętrznej części teczki. – Masz trzydzieści dwa lata?

– Tak.

– Wyglądasz młodziej.

– Zdrowe życie.

– Piszą tu, że byłeś wzorowym więźniem.

– Dostałem już nauczkę.

– Naprawdę? – Rozmówca spojrzał uważnie na Cienia. Znamię na czole obniżyło się lekko.

Cień miał ochotę zdradzić mężczyźnie część swych teorii dotyczących więzienia. Nie odezwał się jednak. Zamiast tego przytaknął i skupił się na utrzymaniu skruszonej miny.

– Piszą też, że masz żonę.

– Nazywa się Laura.

– Co u niej?

– Mmm. Nieźle. Kiedy mnie aresztowali, wściekła się, ale odwiedza mnie, kiedy tylko może. To długa podróż. Pisujemy do siebie. Jeśli się da, dzwonię.

– Czym zajmuje się twoja żona?

– Pracuje w biurze podróży. Rozsyła ludzi po całym świecie.

– Jak się poznaliście?

Cień nie wiedział, czemu tamten o to pyta. Miał ochotę odpowiedzieć, że to nie jego sprawa, ale...

– Była najlepszą przyjaciółką żony mojego najbliższego kumpla. Urządzili nam randkę w ciemno. Zaskoczyło.

– I czeka na ciebie praca?

– Tak, proszę pana. Mój kumpel, Robbie, ten o którym mówiłem, ma swoją własną siłownię. Byłem tam trenerem. Mówi, że ma dla mnie dawną posadę.

Uniesienie brwi.

– Tak?

– Twierdzi, że powinienem przyciągnąć klientów. Tych z dawnych czasów. I nowych. Twardzieli, którzy chcą się stać jeszcze twardsi.

Mężczyzna wydawał się usatysfakcjonowany. Przygryzł końcówkę długopisu i przewrócił kartkę.

– Co myślisz o swoim wybryku?

Cień wzruszył ramionami.

– Byłem głupi – odparł. I mówił szczerze.

Mężczyzna ze znamieniem westchnął ciężko. Odhaczył kilka punktów na liście. Potem przerzucił papiery w teczce Cienia.

– Jak chcesz się dostać do domu? Autobusem?

– Samolotem. Dobrze mieć żonę pracującą w biurze podróży.

Jego rozmówca zmarszczył czoło. Znamię zafalowało.

– Przysłała ci bilet?

– Nie musiała. Tylko numer potwierdzenia. Bilet elektroniczny. Wystarczy, że za miesiąc zjawię się na lotnisku, pokażę dokumenty i już.

Mężczyzna skinął głową, zapisał coś jeszcze, po czym zatrzasnął teczkę i odłożył długopis. Dwie dłonie spoczęły na szarym biurku niczym małe różowe zwierzątka. Po chwili uniósł je, splótł palce i spojrzał wprost na Cienia wodnistymi, brązowymi oczami.

– Szczęściarz z ciebie – rzekł. – Masz do kogo wrócić. Czeka na ciebie praca. Możesz zostawić to wszystko za sobą. Dano ci drugą szansę. Nie zmarnuj jej.

Kiedy Cień wstał, mężczyzna nie podał mu ręki. Cień zresztą wcale tego nie oczekiwał.

Ostatni tydzień był najgorszy. Pod pewnymi względami był gorszy niż całe poprzednie trzy lata. Cień zastanawiał się, czy nie wpływa na to pogoda: ciężka, nieruchoma, mroźna. Zupełnie jakby zbierało się na burzę, która jednak nie nadchodziła. Aż go nosiło. Trzęsło. Ściskało w żołądku. Czuł, że coś jest nie tak. Na podwórzu powiał wiatr i Cieniowi wydało się, że wyczuwa w powietrzu nadchodzący śnieg.

Zadzwonił do żony na jej koszt. Wiedział, że firmy telefoniczne doliczają dodatkowe trzy dolary do każdej rozmowy z więziennego telefonu. To dlatego operatorzy są tacy uprzejmi dla ludzi dzwoniących z więzienia, uznał. Wiedzą, kto im płaci.

– Mam wrażenie, że coś jest nie tak – powiedział Laurze. Nie były to jego pierwsze słowa. Pierwsze brzmiały: „kocham cię”, ponieważ dobrze się to mówi, zwłaszcza gdy mówi się szczerze, tak jak Cień.

– Cześć – odparła Laura. – Ja też cię kocham. Co jest nie tak?

– Nie wiem. Może pogoda. Gdyby tylko w końcu nadeszła burza, może wszystko wróciłoby do normy.

– Tu jest ładnie – odparła. – Ostatnie liście jeszcze nie spadły. Jeśli nie będzie burzy, zobaczysz je po powrocie.

– Za pięć dni – mruknął Cień.

– Sto dwadzieścia godzin i jesteś w domu.

– U was wszystko w porządku? Nic się nie dzieje?

– Wszystko super. Dziś wieczór będę się widziała z Robbiem. Planujemy urządzić ci przyjęcie-niespodziankę.

– Niespodziankę?

– Oczywiście. Nic o nim nie wiesz.

– Absolutnie nic.

– Grzeczny mąż. – Zaśmiała się i Cień uświadomił sobie, że także się uśmiecha. Trzy lata siedział w więzieniu, lecz ona wciąż potrafiła wywołać u niego radość.

– Kocham cię, skarbie – rzekł.

– Kocham cię, piesku – odparła Laura.

Cień odłożył słuchawkę.

Gdy się pobrali, Laura wyznała Cieniowi, że chciałaby mieć pieska, lecz właściciel domu przypomniał, że umowa najmu nie pozwala na trzymanie w mieszkaniu zwierząt.

– Hej – rzucił wówczas Cień – ja będę twoim pieskiem. Co mam robić? Gryźć ci kapcie? Sikać na podłogę w kuchni? Lizać cię po nosie? Obwąchiwać pupę? Założę się, że potrafię to robić równie dobrze, jak każdy psiak.

Podniósł ją, jakby nic nie ważyła, i zaczął lizać po nosie, nie zważając na chichoty i okrzyki, a potem zaniósł do łóżka.

W jadalni Cień ujrzał drepczącego ku niemu Sama Fetishera, który uśmiechnął się, ukazując stare zęby. Usiadł obok niego i zaczął pałaszować makaron z serem.

– Musimy pogadać – oznajmił.

Sam Fetisher był jednym z najczarniejszych Murzynów, jakich Cieniowi zdarzyło się oglądać. Na oko sądząc, mógł mieć równie dobrze sześćdziesiąt, jak osiemdziesiąt lat. Z drugiej strony, Cień spotykał już trzydziestoletnich ćpunów wyglądających starzej niż Sam.

– Uhmm – mruknął teraz.

– Nadciąga burza – oznajmił Sam.

– Też to czuję – powiedział Cień. – Może wkrótce spadnie śnieg.

– Nie taka burza. Znacznie większa. Mówię ci, chłopcze. Kiedy nadejdzie, lepiej ci będzie tutaj niż tam, na ulicach.

– Odsiedziałem już swoje, w piątek wychodzę.

Sam Fetisher spojrzał na niego z ukosa.

– Skąd jesteś? – spytał.

– Eagle Point w Indianie.

– Pieprzony kłamca. Tak w ogóle? Skąd są twoi rodzice?

– Z Chicago – mruknął Cień. – Matka mieszkała tam, będąc dzieckiem, i umarła pół życia temu.

– Jak już mówiłem, nadciąga wielka burza. Nie wychylaj się, mój chłopcze. To jak... Jak się nazywają te rzeczy, na których spoczywają kontynenty? Jakieś płyty?

– Tektoniczne? – zaryzykował Cień.

– Zgadza się. Płyty tektoniczne. To zupełnie jak wtedy, gdy się zderzają. Kiedy Ameryka Północna uderza w Południową. Nie chcesz wtedy być w środku. Kapujesz?

– Ani trochę.

Brązowe oko zamknęło się w powolnym mrugnięciu.

– Nie mów tylko, że cię nie ostrzegałem – oznajmił Sam Fetisher, unosząc do ust łyżkę trzęsącej się pomarańczowej galaretki.

– Nie powiem.

Tej nocy Cień półdrzemał, co chwila budząc się i osuwając w mrok, słuchając pomruków i pochrapywań nowego współlokatora, śpiącego na dolnej pryczy. Kilka cel dalej jakiś człowiek zawodził, skowyczał i szlochał jak zwierzę. Od czasu do czasu ktoś wrzeszczał, by się do kurwy nędzy zamknął. Cień usiłował nie słuchać. Pozwalał, by puste minuty opływały go: powolne, samotne.

Jeszcze dwa dni. Czterdzieści osiem godzin. Począwszy od owsianki i więziennej kawy, oraz strażnika nazwiskiem Wilson, który stuknął Cienia w ramię mocniej niż trzeba i rzekł:

– Cień? Tędy.

Cień pośpiesznie przyjrzał się swemu sumieniu. Było czyste. Co oczywiście nie znaczyło, że nie mógł znaleźć się po uszy w gównie. Tak już bywa w więzieniu. Obaj szli obok siebie. Ich kroki odbijały się echem wśród metalu i betonu.

 

Cień czuł w głębi gardła strach, gorzki niczym stara kawa. Nadeszło to, czego się lękał.

Gdzieś w jego głowie odezwał się głos. Szeptał, że dołożą mu rok do wyroku. Wsadzą do karceru. Odetną ręce. Odrąbią głowę. Powtarzał sobie, że to głupie, ale serce waliło mu tak mocno, jakby lada moment miało rozsadzić pierś.

– Nie rozumiem cię, Cień – powiedział Wilson.

– Czego pan nie rozumie?

– Ciebie. Jesteś za cichy, za grzeczny. Czaisz się jak starzy, a ile masz lat? Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia osiem?

– Trzydzieści dwa.

– I kim jesteś? Latino? Cyganem?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Może.

– Może częściowo czarnuchem? Masz w sobie czarną krew, Cień?

– Możliwe, proszę pana. – Cień szedł naprzód, patrząc wprost przed siebie. Całą uwagę skupił na tym, by nie dać się podpuścić.

– Ach, tak. Ja wiem tylko, że coś mi się w tobie nie podoba. – Wilson miał wyblakłe jasne włosy, wyblakłą jasną twarz i wyblakły jasny uśmiech. – Wkrótce nas opuszczasz?

– Taką mam nadzieję.

– Wrócisz tu. Widzę to po twoich oczach. Jesteś pojebem, Cień. Gdyby to ode mnie zależało, żaden z was, sukinsyny, w ogóle by stąd nie wyszedł. Wrzucilibyśmy was do ciemnej dziury i zapomnieli o waszym istnieniu.

Jak sekretne cele w lochach, pomyślał Cień, nie odezwał się jednak. Taką przyjął strategię przetrwania: nie odpowiadać, nie wspominać o dużej rotacji strażników więziennych, nie dyskutować o naturze skruchy, resocjalizacji, statystycznych szansach na recydywę. Nie mówił niczego cwanego ani zabawnego; na wszelki wypadek w rozmowach z pracownikami więzienia starał się głównie milczeć. Nie odzywaj się niepytany. Odsiedź swoje. Wyjdź. Wróć do domu. Weź długą gorącą kąpiel. Powiedz Laurze, że ja kochasz. Odbuduj swoje życie.

Przeszli przez kilka bramek. Za każdym razem Wilson pokazywał swoją kartę. Jeszcze schody i stanęli przed gabinetem naczelnika więzienia. Cień nigdy wcześniej tu nie był, ale wiedział, gdzie się znalazł. Na drzwiach czarnymi literami wypisano nazwisko: G. Patterson. Obok wisiała miniaturka drogowych świateł.

Górne światło płonęło czerwienią.

Wilson nacisnął guzik.

Kilka chwil czekali w milczeniu. Cień powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze, że w piątek rano będzie już siedział w samolocie do Eagle Point, ale sam w to nie wierzył.

Czerwone światło zgasło. Zapłonęło zielone. Wilson otworzył drzwi. Weszli do środka.

W ciągu ostatnich lat Cień kilka razy widział naczelnika. Raz, kiedy tamten oprowadzał po zakładzie jakiegoś polityka (Cień go nie znał), raz, gdy podczas Dni Zamkniętych przemawiał do nich, stojących w grupach po sto osób, mówiąc, że więzienie jest przepełnione i, że ponieważ zostanie przepełnione, lepiej, by do tego przywykli. Dziś po raz pierwszy mógł przyjrzeć mu się dokładniej.

Z bliska Patterson wyglądał gorzej. Miał owalną twarz i siwe włosy przystrzyżone krótko po wojskowemu. Pachniał Old Spicem. Za jego plecami Cień widział półkę pełną książek. Każda z nich miała w tytule słowo „więzienie”. Na idealnie czystym biurku stał tylko telefon i kalendarz Far Side ze zrywanymi kartkami. W uchu mężczyzny widniał aparat słuchowy.

– Usiądź, proszę.

Cień usiadł przed biurkiem. Uprzejme słówko nie umknęło jego uwagi. Wilson stanął tuż za nim.

Naczelnik otworzył szufladę biurka, wyjął teczkę i położył ją na blacie.

– Piszą tu, że zostałeś skazany na sześć lat za napad i pobicie. Odsiedziałeś trzy lata. Miałeś zostać zwolniony w piątek.

„Miałeś?”. Cień poczuł, jak ściska mu się żołądek. Zastanawiał się, ile jeszcze będzie musiał odsiedzieć – kolejny rok? Dwa? Całe trzy? Głośno jednak powiedział tylko:

– Tak, proszę pana.

Naczelnik oblizał wargi.

– Co powiedziałeś?

– Powiedziałem: tak, proszę pana.

– Cień, wypuścimy cię dziś po południu. Zostaniesz zwolniony parę dni wcześniej. – Naczelnik powiedział to beznamiętnie, jakby ogłaszał wyrok śmierci. Cień skinął głową, czekając na resztę. Naczelnik spojrzał na leżącą przed nim kartkę. – Dostaliśmy wiadomość ze szpitala w Eagle Point. Twoja żona zmarła dziś nad ranem. Zginęła w wypadku samochodowym. Bardzo mi przykro.

Cień ponownie skinął głową.

Wilson w milczeniu odprowadził go do celi. Otworzył drzwi i wpuścił Cienia. Dopiero wtedy rzekł:

– Zupełnie jak ten dowcip z dobrą i złą wiadomością, co? Dobra wiadomość: wychodzisz wcześniej. Zła wiadomość: twoja żona nie żyje.

Zaśmiał się, jakby powiedział coś zabawnego.

Cień milczał.

***

Jak odrętwiały spakował swoje rzeczy. Część rozdał. Zostawił w celi Herodota Lokaja i książkę o sztuczkach z monetami, a także, mimo chwilowego żalu, gładkie metalowe dyski, przemycone z warsztatu, które, póki nie znalazł ukrytego skarbczyka Lokaja, służyły mu za monety. Na zewnątrz będzie miał mnóstwo prawdziwych monet. Ogolił się i przebrał. Przechodził przez kolejne drzwi, wiedząc, że nigdy więcej w nich nie stanie. Czuł tylko pustkę.

Zaczęło padać. Z szarego nieba lał się zamarzający deszcz. Grudki lodu kłuły twarz Cienia. Cienki płaszcz przemókł błyskawicznie podczas krótkiego marszu z budynku więzienia do żółtego, dawniej szkolnego autobusu, który zawiezie ich do najbliższego miasta.

Nim do niego dotarli, byli kompletnie przemoczeni. Ośmiu odjeżdżało, półtora tysiąca zostało w środku. Cień usiadł w autobusie, dygocząc, póki nie zadziałało ogrzewanie. Zastanawiał się, co teraz zrobi, dokąd pójdzie.

Jego głowę wypełniły widmowe obrazy. W wyobraźni dawno temu opuszczał inne więzienie.

Bardzo długo tkwił w pozbawionym światła pomieszczeniu na wieży: brodę miał bujną, włosy zmierzwione. Strażnicy sprowadzili go szarymi kamiennymi stopniami na plac pełen barw i kształtów, ludzi i przedmiotów. Był dzień targowy. Oszołomił go hałas i kolory. Mrużył oczy w zalewającym plac blasku słońca. W nozdrzach czuł słoną wilgoć, którą było przesycone powietrze, zapach towarów z targu. Po lewej stronie woda migotała w słońcu...

Autobus trząsł się cały podczas jazdy.

Wokół nich zawodził wiatr. Wycieraczki poruszały się ciężko tam i z powrotem na szybie, rozmazując obraz miasta, zmieniając go w plamy żółci i neonowej czerwieni. Było wczesne popołudnie, zza szyby jednak wydawało się, że zapadła noc.

– Niech to szlag – rzekł mężczyzna siedzący za Cieniem, przecierając zaparowane okno i przyglądając się mokrej postaci śpieszącej chodnikiem. – Widzę tu cipki.

Cień przełknął ślinę. Nagle przyszło mu do głowy, że jeszcze się nie rozpłakał – w ogóle niczego nie czuł. Ani łez, ani żalu. Niczego.

Przypomniał sobie o znajomym gościu, Johnniem Larchu. Mieszkał z nim w jednej celi. Johnnie opowiedział Cieniowi, jak kiedyś wyszedł po pięciu latach za kratami, z setką dolarów w kieszeni i biletem do Seattle, gdzie mieszkała jego siostra.

Johnnie Larch dotarł na lotnisko, wręczył kobiecie za ladą bilet, a ona poprosiła o pokazanie prawa jazdy.

Zrobił to. Ważność prawa wygasła parę lat wcześniej. Kobieta oznajmiła, że nie jest to ważny dokument. Odparł, że może nie jako prawo jazdy, ale pozostaje dokumentem, jest w nim jego fotka, wzrost, waga, a zresztą kim innym niby miałby być, jeśli nie gościem ze zdjęcia, do diabła.

Poprosiła, by zniżył ton głosu.

Odparł, żeby dała mu pieprzoną kartę pokładową, bo pożałuje. Powinna potraktować go z szacunkiem. W więzieniu nie pozwala się innym na okazywanie braku szacunku.

Wtedy kobieta nacisnęła przycisk. Kilka chwil później zjawili się ludzie z ochrony, próbując przekonać Johnniego Larcha, by spokojnie opuścił lotnisko. On jednak nie chciał i doszło do utarczki.

W rezultacie Johnnie Larch nie dotarł do Chicago. Następne kilka dni spędził w miejskich barach, a gdy wydał już sto dolarów, napadł na stację benzynową z plastikowym pistoletem-zabawką, żeby zdobyć pieniądze na dalsze picie. W końcu został aresztowany za sikanie na ulicy. Wkrótce znów trafił za kraty, by odsiedzieć resztę wyroku plus niewielki dodatek za napad na stację.

A morał całej tej historii, według Johnniego Larcha, brzmiał: nie należy wkurzać ludzi pracujących na lotnisku.

– Jesteś pewien, że nie chodzi raczej o to, iż „zachowanie sprawdzające się w niezwykłym otoczeniu, takim jak więzienie, nie sprawdza się, a nawet więcej, może szkodzić, gdy znajdziemy się poza podobnym środowiskiem”? – spytał Cień, gdy Johnnie Larch opowiedział mu swoją historię.

– Nie. Słuchaj mnie. Słuchaj tego, co mówię, stary – odparł Johnnie Larch. – Nie wkurzaj suk z lotniska.

Cień uśmiechnął się lekko na to wspomnienie. Jego własne prawo jazdy będzie ważne jeszcze przez kilkanaście miesięcy.

– Dworzec autobusowy! Wszyscy wysiadać!

Budynek cuchnął moczem i spleśniałym piwem. Cień wgramolił się do taksówki i kazał kierowcy zawieźć się na lotnisko. Powiedział, że dorzuci pięć dolarów napiwku, jeśli tamten będzie milczał. Po dwudziestu minutach znaleźli się na miejscu. Kierowca nie odezwał się ani słowem.

A potem Cień, potykając się, wędrował już przez jasno oświetlony terminal. Martwił się trochę, co będzie z elektronicznym biletem. Wiedział, że ma miejsce na lot w piątek, ale czy uda mu się odlecieć dzisiaj? Cieniowi wszystko, co elektroniczne, przypominało magię. Obawiał się, że w każdej chwili może zniknąć. Wolał rzeczy, których mógł dotknąć.

Miał jednak swój portfel – po raz pierwszy od trzech lat trzymał go w ręku – a w środku kilka nieważnych kart kredytowych i jedną Visę, której ważność, co odkrył z miłym zdumieniem, kończyła się dopiero w styczniu. Miał też numer rezerwacji. Nagle uświadomił sobie też, iż jest dziwnie pewien, że jeśli tylko dotrze do domu, wszystko znów jakoś się ułoży: Laura wróci. Może to podstęp, aby wyciągnąć go kilka dni wcześniej? Albo nastąpiła pomyłka: z wraku na autostradzie wyciągnięto ciało jakiejś innej Laury Moon?

Na zewnątrz, za oszklonymi ścianami lotniska zajaśniała błyskawica. Cień odkrył, że wstrzymuje oddech, czeka na coś. Odległy grzmot. Odetchnął głęboko. Zza kontuaru spojrzała na niego zmęczona biała kobieta.

– Dzień dobry – powiedział Cień. Jesteś pierwszą kobietą, z którą rozmawiam od trzech lat. – Mam numer biletu elektronicznego. Miałem lecieć w piątek, ale muszę dzisiaj – śmierć w rodzinie.

– Mmm, bardzo mi przykro. – Wystukała coś na klawiaturze, spojrzała na ekran, znów zaczęła pisać. – Nie ma problemu. Wpisałam pana na trzecią trzydzieści. Lot może się opóźnić z powodu burzy, więc proszę uważać. Jakiś bagaż?

Uniósł torbę.

– Nie muszę tego zdawać, prawda?

– Nie – rzekła. – Nie musi pan. Ma pan dokument ze zdjęciem?

Cień pokazał jej prawo jazdy. Następnie zapewnił, że nikt nie dał mu bomby, którą miałby wnieść na pokład, a kobieta wręczyła mu wydrukowaną kartę pokładową. Potem przeszedł przez wykrywacz metalu, a ochrona prześwietliła mu torbę.