Rozmowy z Bogiem. Księga 3

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aby wprawić w ruch ten proces tworzenia (bo tym właśnie jest), zastanów się, co chcesz „mieć”, zadaj sobie pytanie, jaki byś „był”, gdybyś to „miał”: i od razu przejdź do „bycia” takim.

W ten sposób odwracasz zwyczajową kolejność, a właściwie ją prostujesz – i zamiast iść pod prąd, współdziałasz z twórczą potęgą wszechświata.

Oto w skrócie ta zasada:

W życiu nie musisz robić niczego.

Chodzi tylko o to, jakim być.

Kwestią tą zajmę się na koniec naszego dialogu. Zamkniemy nią tę książkę.

Na razie wyobraź sobie po prostu kogoś, kto wie, że gdyby miał choć odrobinę więcej czasu, odrobinę więcej pieniędzy czy odrobinę więcej miłości w życiu, wtedy byłby naprawdę szczęśliwy.

Nie rozumie on związku między swym obecnym stanem, „niezbyt szczęśliwym”, i brakiem czasu, pieniędzy czy miłości, jakiej pragnie.

Zgadza się. Z drugiej strony zaś osoba, która „jest” szczęśliwa, ma czas na wszystko, co jest naprawdę ważne, tyle pieniędzy, ile potrzeba, oraz miłości na całe życie.

Znajduje wszystko, co potrzebne jej do „szczęścia”… przede wszystkim „będąc szczęśliwą”.

Właśnie. Postanowienie z góry, czym pragniesz być, urzeczywistnia to w twoim doświadczeniu.

„Być albo nie być? Oto jest pytanie”.

Dokładnie. Szczęśliwość to stan umysłu. Jak wszystkie stany umysłu, powiela się w postaci fizycznej. Oto sentencja do przyczepienia na lodówce: „Wszystkie stany umysłu powielają się”.

Ale jak można „od razu być szczęśliwym” lub jakimkolwiek – bogatszym czy bardziej kochanym – jeśli nie ma się tego, czego się potrzebuje, aby tym „być”?

Postępuj, jak byś był, i przyciągniesz to do siebie. Jak postępujesz, takim się stajesz.

Innymi słowy: „Graj, aż gra stanie się prawdą”.

Coś w tym rodzaju.Tylko że nie można „grać”. Twoje czyny muszą być szczere.

We wszystkim, co robisz, miej szczere intencje, bo wszelkie dobro zostanie zaprzepaszczone.

Nie dlatego, że Ja cię nie „wynagrodzę”. Jak wiesz, Bóg nie „nagradza” ani nie „karze”. Ale Powszechne Prawo wymaga zjednoczenia się ciała, umysłu i ducha w jedności myśli, słowa i czynu, aby mógł dopełnić się proces tworzenia.

Umysłu nie da się zwieść. Jeśli nie jesteś szczery, twój umysł to wie i koniec. Nie pomoże ci w twórczym procesie.

Można, oczywiście, pominąć umysł – ale tak będzie o wiele trudniej. Można zażądać od ciała, aby robiło coś, w co umysł nie wierzy, i jeśli ciało będzie dostatecznie wytrwałe, umysł wyzbędzie się uprzedniej myśli i zacznie tworzyć Nową Myśl. Kiedy masz już na jakiś temat Nową Myśl, jesteś bliski urzeczywistnienia tego jako trwałego składnika twej istoty i przestaje to być tylko gra.

Lecz to ciężkie zadanie i nawet wtedy czyny muszą być szczere. Wszechświatem nie da się manipulować, inaczej niż ludźmi.

Trzeba zachować delikatną równowagę. Ciało robi coś, w co umysł nie wierzy, mimo to umysł musi dodać niezbędnej szczerości, bez której czyny ciała się nie powiodą.

Jak umysł może zdobyć się na szczerość, skoro „nie wierzy” w to, co robi ciało?

Usuwając egoistyczny czynnik osobistej korzyści.

To znaczy?

Umysł może nie zgodzić się z tym, że czyny ciała przyniosą ci to, o co zabiegasz, niemniej raczej nie będzie wzbraniał się przed uznaniem, że przez ciebie Bóg obdarzy dobrem innych ludzi.

Dlatego to, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.

Mógłbyś to powtórzyć?

Naturalnie.

To, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.

Jeśli postanawiasz być szczęśliwy, spraw, aby drugi był szczęśliwy.

Jeśli wybierasz zamożność dla siebie, spraw, aby drugi był zamożny.

Jeśli pragniesz więcej miłości w swoim życiu, spraw, aby drugi zaznał więcej miłości.

Postępuj szczerze – nie dla własnej korzyści, lecz dlatego, że naprawdę życzysz tego drugiemu, a wszystko, co dasz, wróci ci się.

Dlaczego? Jak to się dzieje?

Sam akt oddania czegoś sprawia, że doświadczasz posiadania tego w pierwszej kolejności. Ponieważ nie możesz obdarzyć drugiego tym, czego sam nie masz, umysł dochodzi do nowego wniosku, tworzy Nową Myśl – mianowicie, że musisz to mieć, gdyż inaczej nie mógłbyś tego oddać. Staje się to zalążkiem nowego doświadczenia. Zaczynasz takim „być”. A kiedy zaczynasz „być” takim, uruchamiasz najpotężniejszą machinę twórczą we wszechświecie – swoją Jaźń.

Czym jesteś, to tworzysz.

Okrąg się zamyka, a ty możesz coraz więcej urzeczywistniać tego w swoim życiu. Objawi się to w twoim doświadczeniu.

Oto wielki sekret życia. Aby go wyjawić, powstały dwie wcześniejsze księgi.

Wyjaśnij mi, proszę, dlaczego taka ważna jest szczerość w dawaniu innym tego, co wybieram dla siebie?

Jeśli to wybieg, chęć manipulacji, aby pozyskać coś dla siebie, twój umysł o tym wie. Właśnie przekazałeś mu sygnał, że tego nie masz. A ponieważ wszechświat to nic innego jak wielka kopiarka, powielająca twe myśli w postaci fizycznej, takie będzie twoje doświadczenie. To znaczy, że będziesz wciąż doświadczał „braku tego” – cokolwiek uczynisz!

Co więcej, stanie się to również doświadczeniem osoby, której próbujesz to dać. Zobaczy ona, że chcesz tylko coś uzyskać, że tak naprawdę nie masz nic do ofiarowania, a sam akt okaże się płytkim i czczym gestem, obliczonym na własną korzyść.

Zatem to, co starałeś się przyciągnąć, od siebie odsuniesz. Lecz kiedy obdarowujesz z czystym sercem – ponieważ widzisz, że tego potrzebuje, pragnie – wówczas odkryjesz to w sobie. To cudowne odkrycie.

To prawda. To naprawdę działa! Pamiętam, jak kiedyś przechodziłem ciężki okres w życiu, łapałem się za głowę i rozmyślałem o tym, że nie mam pieniędzy, kończy mi się jedzenie i nie wiem, skąd wezmę na czynsz. Tego wieczoru spotkałem na dworcu autobusowym parę młodych ludzi. Poszedłem odebrać paczkę i patrzę, siedzą wtuleni w siebie na ławce, okryci płaszczem.

Wzruszyłem się, gdy ich zobaczyłem. Przypomniałem sobie swoje młode lata, jak byłem wciąż w ruchu, przenosiłem się z miejsca na miejsce. Zapytałem, czy mieliby ochotę pójść do mnie, ogrzać się, napić gorącej czekolady, może trochę się przespać.

Otworzyli oczy szeroko, niczym dzieci na widok świętego Mikołaja.

Cóż, poszliśmy do domu i przygotowałem posiłek. Dawno tak dobrze nie jedliśmy, i ja, i oni. Lodówka wyładowana była jedzeniem. Wystarczyło tylko sięgnąć ręką po zapasy, jakie tam zgromadziłem. Zrobiłem danie „z wszystkiego” i było wyśmienite! Pamiętam, jak dziwiłem się, skąd wzięło się tyle jedzenia.

Następnego ranka zrobiłem im śniadanie i odstawiłem ich na dworzec. Znalazłem nawet dwadzieścia dolarów w kieszeni, które wręczyłem im, mówiąc: „Przyda się wam”. Uściskałem ich oboje i ruszyli w swoją drogę. Miałem świetne samopoczucie cały dzień. Co tam, cały tydzień. Doświadczenie to, które głęboko zapadło mi w pamięć, odmieniło gruntownie moje spojrzenie na życie.

Wszystko zmieniło się na lepsze. A gdy tamtego dnia spojrzałem w lustro, dostrzegłem ważną rzecz: Wciąż tu jestem.

To piękna historia. I masz rację. To działa dokładnie w taki sposób. Więc jeśli chcesz czegoś, oddaj to. Wtedy nie będziesz dłużej tego „chciał”. Natychmiast doświadczysz, że to „masz”. A dalej to tylko kwestia stopnia. Przekonasz się, że z psychologicznego punktu widzenia o wiele łatwiej jest „dodawać do”, niż tworzyć z powietrza.

Czuję, że właśnie usłyszałem coś szalenie istotnego. Czy mógłbyś to jakoś odnieść do mojego pytania? Czy jest jakiś związek?

Chodzi mi o to, że ty już znasz tę odpowiedź. Obecnie jednak działasz, kierując się myślą, że jej nie znasz; że gdybyś ją znał, zyskałbyś mądrość. Więc przychodzisz po mądrość do Mnie. Lecz Ja powiadam, bądź mądrością, a ją posiądziesz.

A jaka najkrótsza jest do tego droga? Spraw, aby drugi był mądry.

Pragniesz odpowiedzi na swoje pytanie. Udziel jej drugiemu.

Więc teraz Ja zadam to pytanie tobie. Będę udawał, że „nie znam” odpowiedzi, a ty Mi jej udzielisz.

Jak rodzic, który ratuje dziecko spod kół samochodu, może naprawdę je kochać, jeśli miłość oznacza, że chcemy dla kogoś tego, co sami pragną dla siebie?

Nie wiem.

Ale gdybyś byt przekonany, że znasz odpowiedź, jak by ona brzmiała?

Cóż, powiedziałbym, że rodzic ten naprawdę chciał tego samego co dziecko – to znaczy aby przeżyło. Powiedziałbym, że dziecko nie miało zamiaru umierać, lecz po prostu nie zdawało sobie sprawy z tego, czym grozi bieganie po ulicy. Tak więc wybiegając po dziecko, rodzic wcale nie pozbawił je możliwości stanowienia swojej woli – tylko dostroił się do jego prawdziwego wyboru, jego najgłębszego pragnienia.

Doskonała odpowiedź.

Lecz jeśli to prawda, wówczas Ty, Boże, nie powinieneś robić nic innego przez cały czas, jak bronić nas przed wyrządzeniem sobie samym krzywdy, gdyż nie może być naszym najgłębszym pragnieniem robienie sobie krzywdy. Mimo to bez przerwy sobie szkodzimy, a Ty siedzisz z założonymi rękami.

Zawsze jestem wyczulony na wasze najgłębsze pragnienie i nigdy wam go nie odmawiam.

Nawet jeśli jego wynikiem, waszym ukrytym życzeniem jest doświadczenie „umierania”.

Nigdy, przenigdy nie sprzeciwiam się waszemu najgłębszemu pragnieniu.

Chcesz powiedzieć, że gdy wyrządzamy sobie samym krzywdę, stanowi to nasze ukryte życzenie? Nasze najgłębsze pragnienie?

Nie możecie siebie tak naprawdę „skrzywdzić”. To niemożliwe. „Krzywda” to reakcja subiektywna, a nie zjawisko obiektywne. Możecie wybrać doświadczenie „krzywdy”, ale to wyłącznie wasza decyzja.

Biorąc to pod uwagę, odpowiedź brzmi: „Tak”; kiedy sobie samym „zaszkodziliście”, to z własnego wyboru. Mowa tu o płaszczyźnie ezoterycznej, duchowej, ale twoje pytanie dotyczy innego obszaru.

 

W takim znaczeniu, o jakie ci chodzi, to znaczy świadomego wyboru, odpowiadam, że nie – kiedy robicie coś, co obraca się przeciwko wam, to nie dlatego, że tak „chcieliście”.

Dziecko przejechane przez samochód, ponieważ zapędziło się na ulicę, nie „chciało” (pragnęło, postanowiło) zostać potrącone.

Mężczyzna ciągle żeniący się z tą samą kobietą – całkowicie dla niego nieodpowiednią – w różnym „opakowaniu”, nie „chce” (pragnie, postanawia) tworzyć nieudanego małżeństwa.

Nie można powiedzieć o osobie, która uderzyła się w palec młotkiem, że „chciała” tego doświadczyć. Nie zabiegała o to, nie dążyła do tego świadomie.

Lecz wszelkie zjawiska obiektywne przywoływane są podświadomie; nieświadomie stwarzasz wszystkie zdarzenia. Osoby, miejsca, rzeczy sam do siebie przyciągnąłeś – zapewniła ci je twoja Jaźń jako doskonałe warunki i sposobności do doświadczenia tego, czego doświadczanie kolejno na drodze ewolucji jest twoim życzeniem.

W twoim życiu nie może zaistnieć nic – dosłownie nic nie może się stać – co nie stanowi dla ciebie idealnej okazji do uleczenia, stworzenia czy doświadczenia czegoś, co pragniesz uleczyć, stworzyć lub doświadczyć, aby być, Kim Jesteś W Istocie.

A kim właściwie jestem?

Kimkolwiek postanowisz być. Dowolnym aspektem Boskości, jaki zapragniesz urzeczywistnić – oto Kim Jesteś.

To w każdej chwili może ulec zmianie. I często zmienia się z minuty na minutę. Lecz jeśli chcesz trochę wyhamować, przestać sprowadzać na siebie tak różnorodne doświadczenia, jest na to sposób. Po prostu nie zmieniaj ciągle zdania na swój temat – Kim Jesteś i Kim Pragniesz Być.

Łatwiej powiedzieć, niż wykonać!

Widzę tylko, że podejmujecie decyzje na wielu różnych poziomach. Dziecko, które postanawia bawić się na ulicy, nie wybiera śmierci. Mogą w grę wchodzić inne rzeczy, ale nie umieranie. Matka o tym wie.

Problem nie polega na tym, że dziecko postanowiło zginąć, ale na tym, że dokonało wyborów, które mogą przynieść więcej niż jeden wynik, w tym śmierć pod kołami samochodu. Lecz ono nie zdaje sobie z tego sprawy, ten fakt jemu umyka. To właśnie brak dostatecznych danych uniemożliwia dziecku podjęcie lepszej decyzji, bardziej przemyślanej.

Zatem twoja analiza sytuacji jest bezbłędna.

Ja, jako Bóg, nigdy nie pokrzyżuję twoich zamiarów – ale zawsze będą mi one znane.

Dlatego możesz przyjąć, że skoro coś ci się przytrafia, to doskonale się składa, ponieważ w Boskim świecie nie ma miejsca na „fuszerkę”.

Całe twoje życie – osoby, miejsca, zdarzenia – zostało idealnie urządzone przez ciebie, doskonałego twórcę doskonałości. Oraz Mnie… w tobie i za twoim pośrednictwem.

Możemy współpracować ze sobą w tym wspólnym dziele świadomie lub nieświadomie. Możesz przejść przez życie obudzony lub w uśpieniu.

Wybieraj.

Chwileczkę, wróćmy do tego, co powiedziałeś o podejmowaniu decyzji na wielu różnych poziomach. Powiedziałeś, że jeśli chcę trochę wyhamować, powinienem przestać ciągle zmieniać zdanie na temat tego, kim jestem i kim pragnę być. Kiedy zauważyłem, że to trudne, stwierdziłeś, że my wszyscy dokonujemy wyborów na wielu różnych płaszczyznach. Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl? Co to oznacza? Jakie to niesie ze sobą następstwa?

Gdyby wszystkie twoje pragnienia były pragnieniami duszy, sprawa byłaby prosta. Gdybyś słuchał głosu swego ducha, wszelkie decyzje byłyby łatwe, a wyniki pomyślne. A to dlatego, że…

…wybory duszy są. Wyborami najszlachetniejszymi.

Nie trzeba ich zgadywać po fakcie. Nie trzeba ich rozbierać na czynniki pierwsze, wartościować. Trzeba po prostu obracać je w czyn, zastosować się do nich.

Lecz wy nie składacie się wyłącznie z duszy. Jesteście istotami troistymi – ciałem, umysłem i duchem. W tym tkwi cały wasz urok, w tym wasza chwała. Często jednak dzieje się tak, że podejmujecie decyzje na tych trzech płaszczyznach jednocześnie – i są one całkowicie rozbieżne.

Nierzadko ciało chce jednego, umysł drugiego, a dusza jeszcze czegoś innego. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które nie są jeszcze na tyle dojrzałe, aby odróżnić to, co jest „uciechą” dla ciała, od tego, co wydaje się rozsądne umysłowi – a tym bardziej od tego, co współgra z duszą. Dlatego dziecko pakuje się na ulicę.

Ja, Bóg, znam wszystkie wasze wybory – nawet te nieświadome. Nie przeciwstawiam im się, lecz im sprzyjam. Na tym polega Moje zadanie – dopilnować, aby wasze wybory się spełniały. (W rzeczywistości sprawia to wasza Jaźń. Ja tylko wprowadziłem mechanizm, dzięki któremu jest to możliwe. Ten mechanizm to proces tworzenia, który omówiony został w szczegółach w księdze pierwszej).

Kiedy wybory się ze sobą kłócą – kiedy ciało, umysł i dusza nie działają zgodnie – proces twórczy zachodzi na wszystkich poziomach i daje różne wyniki. Jeśli jednak twoja istota jest zestrojona, a wybory ujednolicone, mogą zdarzyć się zadziwiające rzeczy.

Istnieją też różne szczeble w obrębie poszczególnych poziomów, co szczególnie odnosi się do umysłu.

Umysł może dokonywać wyborów, opierając się na logice, intuicji albo uczuciach, nierzadko kierując się wszystkimi trzema naraz, co grozi pogłębieniem wewnętrznego rozdźwięku.

W obrębie emocji wyróżnić można pięć dalszych stopni. Stanowią one pięć naturalnych uczuć: smutku, złości, zawiści, strachu oraz miłości.

A tych pięć uczuć można sprowadzić do dwóch: miłości i strachu.

Pięć naturalnych uczuć zawiera w sobie strach i miłość, lecz miłość i strach stanowią podstawę wszelkich uczuć. Pozostałe trzy wyrastają z tych dwóch podstawowych.

Za wszelkimi myślami na samym dnie kryje się zawsze miłość lub strach. To właśnie jest wielka biegunowość. Pierwotna dwoistość. Wszystko da się w końcowym rozrachunku odnieść do jednego lub do drugiego. Wszelkie myśli, idee, pojęcia, decyzje, wybory i czyny mają oparcie w strachu lub w miłości.

Lecz ostatecznie jest tylko jedno.

Miłość.

Tak naprawdę miłość jest wszystkim, co istnieje. Nawet strach wyrasta z miłości i, odpowiednio użyty, może być wyrazem miłości.

Strach może wyrażać miłość?

W swej najwyższej postaci, owszem. Wszystko staje się wyrazem miłości, o ile wyrażone jest w najwyższej postaci.

Rodzic, który ratuje dziecko spod kół samochodu, kieruje się strachem czy miłością?

Chyba jednym i drugim. Boi się o życie dziecka i kocha je – tak bardzo, że gotów jest narazić swoje życie.

Dokładnie. Widzimy więc, że strach w swej najwyższej postaci staje się miłością… jest miłością… wyrażoną przez strach.

Podobnie gdy przyjrzymy się pozostałym naturalnym emocjom, zobaczymy, że smutek, złość i zawiść stanowią przejawy lęku, a ten stanowi formę miłości.

Jedno prowadzi do drugiego. Rozumiesz?

Problem występuje wtedy, gdy któraś z tych naturalnych emocji zostaje wypaczona. Nabierają wówczas groteskowych rysów, trudno w nich rozpoznać miłość, a tym bardziej Boga, który jest Miłością Absolutną.

Słyszałem już o pięciu naturalnych uczuciach – dowiedziałem się o nich od Elisabeth Kübler-Ross.

Właśnie. To Ja jej to podsunąłem.

Czyli, jak rozumiem, kiedy dokonuję wyboru, wiele zależy od tego, co mną powoduje, a to może być ukryte gdzieś głęboko we mnie.

I tak właśnie jest.

Opowiedz mi, proszę – chciałbym to sobie odświeżyć, gdyż niewiele zostało mi w pamięci z nauki Elisabeth – o pięciu naturalnych uczuciach.

Smutek jest naturalny. To ta cząstka w tobie, która pozwala ci rozstać się z czymś, z czym nie chcesz się rozstawać; wyrazić, wyrzucić z siebie żal, jaki rodzi się w tobie pod wpływem doznanej straty. Może to być utrata ukochanej osoby albo zwykłe zgubienie okularów.

Kiedy wolno ci wyrażać smutek, pozbywasz się go. Dzieci, którym pozwalano być smutnym, mają do tego zdrowy stosunek w dorosłym życiu i w związku z tym szybko go przezwyciężają.

Dzieci, którym mówi się: „No, już nie płacz”, jako dorośli nie umieją płakać. Przecież uczono ich, że tak nie wypada. Więc tłumią w sobie smutek.

Nieustannie tłumiony smutek przeradza się w przewlekłą depresję, uczucie bardzo nienaturalne.

Pod wpływem przewlekłej depresji zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Złość jest naturalna. To narzędzie, dzięki któremu potrafisz odmówić. Nie musi być obraźliwa ani służyć krzywdzeniu innych.

Kiedy dzieciom wolno wyrażać złość, wnoszą w swe dorosłe życie zdrową wobec niej postawę, przez co szybko ją przezwyciężają.

Dzieci, którym daje się odczuć, że nieładnie jest się złościć – że nie powinno się uzewnętrzniać ani nawet odczuwać złości – nie będą umiały jako dorośli radzić sobie z tym uczuciem.

Złość bez przerwy tłumiona przeradza się we wściekłość, uczucie bardzo nienaturalne.

Pod wpływem wściekłości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Zawiść jest naturalna. To ona sprawia, że pięciolatek chce dorównać starszej siostrze i dosięgnąć tej klamki – albo pojechać na tym rowerze. Zawiść skłania cię do podjęcia jeszcze jednej próby, wytężenia całych swoich sił, aż ci się powiedzie. Zdrowo jest czuć zawiść, to naturalna rzecz. Kiedy dzieciom wolno wyrażać zawiść, nabierają do niej właściwego podejścia i dlatego w dorosłym życiu szybko ją przezwyciężają.

Dzieci, którym daje się odczuć, że nieładnie jest być zawistnym – że nie powinno jej się okazywać ani nawet odczuwać – nie będą umiały uporać się z zawiścią jako dorośli.

Tłumiona zawiść przeradza się w zazdrość, uczucie bardzo nienaturalne.

Z zazdrości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Strach jest naturalny. Wszystkie dzieci przychodzą na świat, bojąc się tylko dwóch rzeczy: spadania i hałasu. Pozostałe lęki są reakcjami nabytymi, wyuczonymi pod wpływem otoczenia, przekazanymi przez rodziców. Celem naturalnego strachu jest zaszczepienie ostrożności. Ostrożność pozwala utrzymać się przy życiu. Wyrasta z miłości. Miłości Jaźni.

Dzieci, którym wpaja się, że nie wypada się bać – że nie powinno się lęku uzewnętrzniać ani nawet odczuwać – będą miały trudności z opanowaniem swego strachu w dorosłym życiu.

Nieustannie tłumiony lęk przeradza się w panikę, uczucie bardzo nienaturalne.

W panice zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Miłość jest naturalna. Kiedy dziecku pozwala się ją swobodnie wyrażać i przyjmować bez wstydu, zahamowań, ograniczeń, niczego więcej nie potrzeba. Albowiem radość obdarowywania i chłonięcia miłości całkowicie wystarcza. Lecz miłość obwarowana warunkami, wypaczana nakazami i zakazami, kontrolowana, manipulowana, chowana, staje się wynaturzona.

Dzieci, którym daje się do zrozumienia, że ich naturalna miłość jest niewłaściwa – że nie powinno się jej okazywać ani nawet doświadczać – czeka ciężkie zadanie w przyszłości.

Miłość duszona w sobie przeradza się w zaborczość, uczucie bardzo nienaturalne.

Wskutek zaborczości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

I w ten oto sposób naturalne uczucia, tłumione, wynaturzają się i wywołują reakcje zaburzone. A naturalne uczucia dusi w sobie większość ludzi. Lecz one są waszymi sprzymierzeńcami. To wasze dary. Boskie narzędzia, za pomocą których wykuwacie swoje doświadczenie.

Otrzymujecie je przy narodzinach. Mają za zadanie pomóc wam przejść przez życie.

Dlaczego większość ludzi tłumi w sobie te uczucia?

Tak ich nauczono. Tak im kazano.

Kto im to wpoił?

Rodzice. Wychowawcy.

Ale dlaczego? Po co mieliby to robić?

Bo tak ich nauczyli rodzice, a tych z kolei ich rodzice.

Tak, zgoda. Lecz dlaczego? Co jest grane?

Sęk w tym, że wychowaniem dzieci zajmują się u was nieodpowiednie osoby.

Jak to „nieodpowiednie”? Kogo masz na myśli?

Ojca i matkę dzieci.

Ojciec i matka nie nadają się do wychowywania swoich dzieci?

Nie, kiedy oboje są młodzi. W większości przypadków. To cud, że tak wielu osiąga zupełnie niezłe wyniki.

Nikt nie jest mniej powołany do rodzicielskiego zadania od młodych rodziców. I tak przy okazji, nikt nie zdaje sobie z tego sprawy bardziej niż oni sami.

Większość przystępuje do wychowywania dzieci z nikłym zasobem życiowych doświadczeń. Ledwo sami zdążyli się usamodzielnić. Wciąż szukają odpowiedzi, wypatrują wskazówek.

Jeszcze siebie nie odnaleźli tak naprawdę, a próbują pokierować rozwojem istot jeszcze bardziej bezradnych od nich.

Nie określili siebie, a muszą określać innych. Sami jeszcze nie uporali się z narzuconym im przez rodziców wypaczonym obrazem samych siebie.

Nie poznali siebie naprawdę, a próbują powiedzieć tobie, kim jesteś. Spoczywa na nich ciężar prawidłowego ukształtowania swoich dzieci, a nie potrafią uporządkować własnego życia. Odbija się to na ich życiu i życiu dzieci.

 

Przy odrobinie szczęścia krzywda wyrządzona dzieciom okaże się niezbyt groźna. Potomstwo sobie z nią poradzi – ale zdąży zapewne przekazać część szkodliwego dziedzictwa własnym potomkom.

Ludzie na ogół zyskują mądrość, cierpliwość, zrozumienie oraz miłość niezbędne do tego, aby być świetnymi rodzicami dopiero wtedy, gdy sami przestają być zdolni do rozrodu.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak jest. Wiem, że twoje spostrzeżenia przeważnie są trafne, ale dlaczego tak się dzieje?

Ponieważ osiągnięcie zdolności rozrodczych znacznie wyprzedza wykształcenie zdolności rodzicielskich. Wychowywaniem potomstwa powinniście zająć się wtedy, gdy przestajecie być zdolni do jego płodzenia.

To wciąż dla mnie trochę niejasne.

Ludzie zdolni są do płodzenia dzieci, kiedy sami są jeszcze dziećmi, czyli, co może cię zaskoczyć, przez czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt lat.

Ludzie pozostają „dziećmi” przez czterdzieści do pięćdziesięciu lat?

Gdy spojrzeć na to pod pewnym kątem, tak. Wiem, że trudno ci się z tym pogodzić, ale spójrz dookoła siebie. Może wyczyny twojej rasy przekonają cię, że mam rację.

Wszystko bierze się stąd, że w waszym społeczeństwie przyjmuje się ukończenie dwudziestu jeden lat za oznakę „dorosłości”. Dodajmy do tego fakt, że rodzice wielu z was nie mieli dużo więcej niż dwadzieścia jeden lat, gdy zaczęli was wychowywać, a problem ukaże się w całej swej rozciągłości.

Gdyby osobom zdolnym do rozrodu było przeznaczone rodzicielstwo, płodzenie potomstwa byłoby niemożliwe przed skończeniem pięćdziesięciu lat! Płodzeniem dzieci mieli zajmować się młodzi, o tęgich i dobrze rozwiniętych ciałach. Od ich wychowywania zaś mieli być starsi, o tęgich i dobrze rozwiniętych umysłach.

Ale wy uparliście się, że wyłączna odpowiedzialność za dzieci spoczywa na ich rodzicach. Skutkiem tego jest nie tylko niesłychane utrudnienie zadania wychowania dzieci, ale również wypaczenie energii otaczających samo seksualne zbliżenie.

Aa… mógłbyś to wyjaśnić?

Chętnie.

Do tego samego wniosku doszło też wielu ludzi. Zasadniczo chodzi o to, że przeważająca większość Ziemian tak naprawdę nie jest zdolna do wychowywania dzieci, kiedy zdolna jest do ich poczęcia. Jednak dokonawszy tego spostrzeżenia, ludzie wymyślili całkowicie chybione rozwiązanie.

Zamiast pozwolić młodym rozkoszować się seksem, nawet jeśli prowadzi to do powstania potomstwa, wy przestrzegacie ich przed oddawaniem się mu, dopóki nie będą gotowi wziąć na siebie odpowiedzialności za wychowanie dzieci. Potępiacie podejmowanie przez nich współżycia „przedwcześnie” i obłożyliście tabu dziedzinę, która z założenia jest radosną celebracją życia.

Oczywiście, młodzi nie zważają na takie tabu – i słusznie: przestrzeganie go jest całkowicie wbrew naturze.

Ludzie pragną się łączyć i obcować intymnie, jak tylko usłyszą wewnętrzny głos mówiący, że są już do tego gotowi. Taka jest ludzka natura.

Lecz to, jak ją widzą, w większej mierze jest dziełem rodziców; to oni podpowiadają im, co czują w środku. Dzieci w was upatrują wyroczni, która oznajmi im, co sądzić o życiu.

Więc kiedy odzywa się w nich pociąg do odmiennej płci, do przyglądania się, do niewinnej zabawy we dwoje, do poznawania wzajemnych „różnic”, będą wypatrywali waszego osądu. Czy ta część ich ludzkiej natury jest „dobra”? „Zła”? Czy znajduje aprobatę? Czy należy to zdusić w zarodku? Chować w sobie? Zniechęcać?

Z obserwacji wynika, że to, co rodzice na ogół przekazują swoim dzieciom o tym obszarze ludzkiej natury, ma swoje źródło w tym, co im samym wpojono, w tym, co głosi ich religia, w tym, co sądzi na ten temat społeczeństwo – słowem, we wszystkim, tylko nie w naturalnym porządku rzeczy.

W przypadku waszego gatunku seksualność budzi się miedzy 9. a 14. rokiem życia. Od 15. roku życia u większości ludzi zaczyna się już przejawiać. I wtedy rusza wyścig z czasem – dzieci dążą do wyładowania rozpierającej ich radosnej energii seksualnej, a rodzice za wszelką cenę próbują je powstrzymać.

W tej rozgrywce rodzice szukają sojuszników na lewo i na prawo, albowiem, jak już powiedzieliśmy, wymagają od swego potomstwa zaniechania czegoś, co jak najbardziej leży w ludzkiej naturze.

W tym celu dorośli wymyślili wszelkiego rodzaju rodzinne, kulturowe, społeczne i ekonomiczne nakazy, ograniczenia i obwarowania, aby uzasadnić swe nienaturalne żądania w stosunku do potomstwa. Dzieci zaś wzrastają w przekonaniu, że ich seksualność jest wbrew naturze. Czy coś „zgodnego z naturą” byłoby tak piętnowane, utrącane, kontrolowane, powściągane i wypierane?

Chyba trochę przesadzasz. Nie sądzisz, że to za mocno powiedziane?

Czyżby? A jaki, twoim zdaniem, ma to wpływ na cztero- czy pięciolatka, kiedy rodzice nie posługują się nawet poprawnymi nazwami pewnych części ciała? Jaki komunikat przekazujesz dziecku o własnym stopniu swobody w tej dziedzinie i jaki w twej opinii powinien być jego stopień swobody w odniesieniu do tych anatomicznych obszarów?

Hmm…

No właśnie… „hmm”.

Cóż, „tych nazw się po prostu nie wymienia”, jak mawiała moja babcia. Po prostu „ptaszek” czy „pupa” brzmi lepiej.

Tylko dlatego, że narosło wokół tych właściwych nazw tyle negatywnych skojarzeń, nie jesteście w stanie użyć ich w normalnej rozmowie.

Małe dzieci nie znają, rzecz jasna, nastawienia rodziców, pozostaje tylko w nich wrażenie, często niezatarte, że pewne części ciała są „brzydkie” i że wszystko, co się z nimi wiąże, jest co najmniej wstydliwe, krępujące – jeśli nie „złe”.

W miarę dorastania, jako nastolatki, dzieci przekonują się, że to nieprawda, ale wtedy już uświadamia im się dobitnie związek miedzy seksem a ciążą; tłumaczy, że będą musiały wziąć na siebie trud wychowania potomstwa, które spłodzą, i mają kolejny powód, aby sądzić, że wyrażanie swojej seksualności jest złe. I w ten sposób koło się zamyka.

Skutkiem tego jest panujący w waszym społeczeństwie zamęt – nieunikniona konsekwencja zakłócania naturalnego porządku.

Waszym dziełem jest okrycie erotyki wstydem, stłumienie jej – co wywołuje seksualne zahamowania, zaburzenia oraz przemoc.

Jako społeczeństwo zawsze będziecie odczuwać zahamowania na tle tego, czego się wstydzicie; zawsze będziecie przejawiać zaburzenia w zachowaniach, które zostały stłumione; i zawsze będziecie gwałtownie występować przeciwko piętnowaniu czegoś, co jak w sercu czujecie, nigdy nie powinno być naznaczone hańbą.

Więc Freud w zasadzie się nie mylił, twierdząc, że występująca tak powszechnie wśród ludzi napastliwość może mieć związek z seksualnością – głęboko zakorzeniona wściekłość z powodu konieczności zagłuszania podstawowych i naturalnych skłonności, instynktów, pasji.

Niejeden psychiatra ośmielił się to zauważyć. Człowiek się burzy wewnętrznie, ponieważ wie, że nie powinien się wstydzić czegoś, co daje mu taką przyjemność, a mimo to czuje winę, wstyd.

Przede wszystkim złości się na siebie za to, że czuje się tak dobrze, robiąc coś, co przecież jest „złe”.

Dalej, kiedy połapie się, że został wyprowadzony w pole – że seks z założenia jest chwalebnym, czcigodnym i cudownym składnikiem ludzkiego doświadczenia – oburza się na innych: na represyjnych rodziców, na bigoteryjną religię, na wyzywającą „płeć odmienną”, na nadzorujące społeczeństwo.

Na koniec obraca swą złość przeciwko sobie za to, że pozwolił w ten sposób się zahamować.

Wiele tej tajonej złości legło u podstaw zniekształconych i niefortunnych zasad moralnych przyjętych w waszym społeczeństwie – gdzie upamiętnia się i czci ohydne akty zbrojnej przemocy, ale skrzętnie ukrywa się – czy, co gorsza, poniża – piękne przejawy miłości.

Wszystko to – wszystko – bierze się z przekonania, że ci, co płodzą dzieci, biorą zarazem na siebie trud ich wychowania.

Ale skoro rodzice nie są odpowiedzialni za wychowanie dzieci, to kto jest?

Cała społeczność. Szczególnie osoby starsze.

Starsi?

W wysoko rozwiniętych społeczeństwach właśnie starszyzna niańczy i kształci potomstwo, przekazuje mądrość, nauki i tradycje swojej rasy. Później powrócimy jeszcze do tego tematu.

Tam, gdzie nie potępia się płodzenia dzieci w młodym wieku – ponieważ zajmuje się nimi starszyzna plemienna i rodzicielstwo nie stanowi takiego ciężaru – nie słyszy się o hamowaniu ekspresji seksualnej, podobnie jak o gwałcie, zboczeniach i zaburzeniach na tle seksualnym.

Czy istnieją takie społeczeństwa na naszej planecie?

Owszem, ale zanikają. Od dawna je prześladujecie, zwalczacie, przerabiacie na swoją modłę, ponieważ uznaliście je za barbarzyńskie. W waszym, jak to określacie, postępowym społeczeństwie, dzieci (żony, mężowie) stanowią własność rodziców, jak mienie osobiste, i ci, co płodzą potomstwo, muszą je wychować, gdyż muszą zająć się tym, co „należy” do nich.