Rozmowy z Bogiem. Księga 3Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Wpro­wa­dze­nie

3  1

4  2

5  3

6  4

7  5

8  6

9  7

10  8

11  9

12  10

13  11

14  12

15  13

16  14

17  15

18  16

19  17

20  18

21  19

22  20

23  21

24  Uwagi koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: Conver­sa­tions with God. An Uncom­mon Dia­lo­gue. Book 3

Prze­kład: Sła­wo­mir Stud­niarz

Korekta: Nata­lia Jóź­wiak, Ali­cja Laskow­ska, Anna Stro­żek

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana, ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych, bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

Copy­ri­ght © 1998 by Neale Donald Walsch

The edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Hamp­ton Roads Publi­shing Com­pany, Inc., Char­lot­te­sville, Vir­gi­nia, USA.

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © Esse sp. z o.o., 2021

ISBN 978-83-954660-7-6

Wyda­nie III, Łódź 2021

Wydawca:

Esse sp. z o.o.

ul. Kro­ku­sowa 3

92-101 Łódź

Współ­praca: JK Wydaw­nic­two sp. z o.o. sp. k.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Wie­rzę, że to tekst święty, duchowy. Widzę, że doty­czy to w rów­nym stop­niu całej try­lo­gii. Książki te będą czy­tane i dys­ku­to­wane przez dzie­się­cio­le­cia, przez kolejne poko­le­nia. Może nawet przez stu­le­cia. Ponie­waż, razem wzięte, księgi te poru­szają ogrom zagad­nień, od napra­wia­nia związ­ków do istoty osta­tecz­nej rze­czy­wi­sto­ści i kosmo­lo­gii. Wypo­wia­dają się na temat życia, śmierci, miło­ści ero­tycz­nej, mał­żeń­stwa, wycho­wa­nia dzieci, zdro­wia, oświaty, gospo­darki, poli­tyki, ducho­wo­ści i reli­gii, god­nego zarob­ko­wa­nia i dzieła życia, fizyki, czasu, oby­cza­jów i zacho­wań, pro­cesu two­rze­nia, sto­sunku do Boga, eko­lo­gii, zbrodni i kary, życia w wysoko roz­wi­nię­tych spo­łecz­no­ściach kosmosu, dobra i zła, mitów kul­tu­ro­wych i etyki, duszy, praw­dzi­wej miło­ści i chlub­nego wyra­ża­nia tej cząstki w nas, która zna swe natu­ralne dzie­dzic­two Bosko­ści.

Oby­ście wszy­scy sko­rzy­stali z ich dobro­dziej­stwa.

Bądź­cie pozdro­wieni.

Neale Donald Walsch

DLA NANCY FLE­MING-WALSCH

Nie­oce­nio­nego druha i kom­pana, namięt­nej kochanki i cudow­nej żony, od któ­rej otrzy­ma­łem to,czego nie dała mi żadna inna istota na Ziemi.

Przy Tobie jest mi błogo ponad wszel­kie wyobra­że­nie. Spra­wi­łaś, że dusza moja znów śpiewa. Uka­za­łaś mi miłość w postaci cudu.

Dzięki Tobie odna­la­złem sie­bie. Pokor­nie dedy­kuję tę książkę Tobie, naj­więk­szemu z mych nauczy­cieli.

Podzię­ko­wa­nia

Jak zawsze, naj­pierw pra­gnę uho­no­ro­wać mego naj­lep­szego przy­ja­ciela, Boga. Mam nadzieję, że nasta­nie taki czas, kiedy każdy będzie mógł uwa­żać się za przy­ja­ciela Boga.

Dalej chciał­bym wyra­zić swoją wdzięcz­ność mej wspa­nia­łej towa­rzyszce życia, Nancy, któ­rej książkę tę poświę­cam. Gdy o niej myślę, bledną wszel­kie słowa uzna­nia wobec jej zasług i jestem jak onie­miały, nie mogąc w pełni oddać tego, jak zadzi­wia­jącą jest istotą. Wiem jedno. Bez niej nie powsta­łaby żadna z tych ksiąg.

Pra­gnę też podzię­ko­wać Rober­towi Fried­ma­nowi, mojemu wydawcy, który miał odwagę po raz pierw­szy przed­sta­wić ten mate­riał sze­ro­kiej rze­szy czy­tel­ni­ków w 1995 roku i kon­se­kwent­nie publi­ko­wał kolejne księgi „Roz­mów z Bogiem”. Swą decy­zją o przy­ję­ciu ręko­pisu, odrzu­co­nego wcze­śniej przez czte­rech wydaw­ców, wpły­nął na życie milio­nów ludzi.

Nie mogę też przy oka­zji odda­nia do druku ostat­niego odcinka tej try­lo­gii pomi­nąć wkładu, jaki wniósł weń Jona­than Fried­man. Jasno­ści jego wizji, żar­li­wo­ści w dąże­niu do celu, głębi ducho­wego zro­zu­mie­nia, nie­wy­czer­pa­nym pokła­dom entu­zja­zmu i wyjąt­ko­wemu darowi twór­czemu należy w dużej mie­rze przy­pi­sać osta­teczną postać, jaką otrzy­mały „Roz­mowy z Bogiem”. To wła­śnie on dostrzegł wagę i donio­słość ich prze­sła­nia, prze­wi­du­jąc, że tra­fią do milio­nów ludzi i zajmą miej­sce w kano­nie lite­ra­tury ducho­wej. On prze­są­dził o wydaw­ni­czym kształ­cie „Roz­mów z Bogiem” i wybrał dla nich odpo­wied­nią porę; jego oso­bi­ste zaan­ga­żo­wa­nie wielce zawa­żyło na sku­tecz­no­ści ich począt­ko­wej dys­try­bu­cji. Wszy­scy miło­śnicy „Roz­mów z Bogiem” mają wobec niego dług wdzięcz­no­ści po wsze czasy, jak ja.

Chcę rów­nież podzię­ko­wać Mat­thew Fried­ma­nowi, nie­stru­dze­nie wspie­ra­ją­cemu nas w tym dziele od samego początku. Nie spo­sób oddać jego zasług pod­czas opra­co­wy­wa­nia tego mate­riału.

Wresz­cie pra­gnę pod­kre­ślić wpływ auto­rów i nauczy­cieli, któ­rych doro­bek odmie­nił inte­lek­tu­alne i duchowe obli­cze Ame­ryki i świata i któ­rzy nie prze­stają pod­no­sić mnie na duchu swym odda­niem spra­wie gło­sze­nia wznio­słej prawdy bez względu na cenę. Joan Bory­senko, Deepa­kowi Cho­pra, Larry’emu Dossey­owi, Wayne’owi Dyerowi, Eli­sa­beth Kübler-Ross, Bar­ba­rze Marx Hub­bard, Ste­phe­nowi Levine’owi, Ray­mon­dowi Moody’emu, Jame­sowi Red­fiel­dowi, Ber­niemu Sie­ge­lowi, Bria­nowi Weis­sowi, Marian­nie Wiliam­son i Gary’emu Zuka­vowi – prze­ka­zuję w imie­niu wszyst­kich czy­tel­ni­ków oraz swoim wła­snym ser­deczne podzię­ko­wa­nia i wyrazy uzna­nia.

Ci współ­cze­śni prze­wod­nicy torują drogę dla wszyst­kich – i jeśli pod­ją­łem się zada­nia publicz­nego gło­sze­nia odwiecz­nej prawdy, to uczy­ni­łem tak natchniony w dużej mie­rze ich przy­kła­dem. Ich doko­na­nia dają świa­dec­two pło­ną­cego w naszych duszach ognia. Oni poka­zali to, o czym ja zale­d­wie roz­pra­wia­łem.

Wpro­wa­dze­nie

To nie­zwy­kła książka. Mówię to jako ktoś, kto miał nie­wielki udział w jej powsta­niu. Moje zada­nie, naprawdę, pole­gało tylko na tym, że „sta­wia­łem się w miej­scu pracy”, zada­wa­łem pyta­nia i skrzęt­nie noto­wa­łem.

Tak to wyglą­dało od 1992 roku, kiedy zaczęła się moja z Bogiem roz­mowa. Prze­ży­wa­łem wtedy zała­ma­nie i w swo­jej udręce pyta­łem: Czego trzeba, aby wieść udane życie? I czym zasłu­ży­łem sobie na życie będące pasmem nie­ustan­nych zma­gań?

Pyta­nia te zawar­łem w gniew­nym liście, który skie­ro­wa­łem do Boga. Ku mojemu zdzi­wie­niu i nie­ma­łemu poru­sze­niu, Bóg odpo­wie­dział. Odpo­wiedź przy­szła do mnie w postaci słów, jakie wyszep­tał w mojej gło­wie Bez­gło­śny Głos. Szczę­śli­wie się stało, że je zapi­sa­łem.

Postę­puję tak od z górą sze­ściu lat. Kiedy dowie­dzia­łem się, że ten oso­bi­sty dia­log ma się stać książką, pod koniec roku 1994 prze­ka­za­łem wydawcy pierw­szą por­cję mate­riału, który sie­dem mie­sięcy póź­niej zna­lazł się na pół­kach księ­gar­skich. W chwili, kiedy piszę te słowa, książka ta figu­ruje na liście best­sel­le­rów „New York Timesa” od 91 tygo­dni. Księga druga „Roz­mów z Bogiem” rów­nież cie­szy się powo­dze­niem i od wielu mie­sięcy utrzy­muje się na liście naj­bar­dziej poczyt­nych ksią­żek. I oto mamy trze­cią i ostat­nią księgę tych nad­zwy­czaj­nych roz­mów.

Pisa­nie jej trwało cztery lata. Nie przy­szło to łatwo. Nastę­po­wały ogromne prze­rwy mię­dzy przy­pły­wami natchnie­nia, nie­je­den raz roz­cią­gały się w pół­roczny odstęp, zie­jący niczym prze­paść. Dyk­to­wa­nie pierw­szej czę­ści zabrało rok. Druga powstała w zbli­żo­nym cza­sie. Ale w trak­cie spi­sy­wa­nia odcinka ostat­niego czu­łem się jak na sce­nie, pod czuj­nym okiem widowni. Gdzie­kol­wiek się uda­wa­łem, począw­szy od 1996 roku, nie­zmien­nie sły­sza­łem: „Kiedy ukaże się trze­cia księga?”, „Co z trze­cią księgą?”, „Kiedy możemy się spo­dzie­wać trze­ciej księgi?”.

 

Może­cie sobie wyobra­zić, jaki to miało wpływ na mnie i na powsta­wa­nie książki. Rów­nie dobrze mógł­bym się mig­da­lić na wzgórku mio­ta­cza na sta­dio­nie Jan­ke­sów w środku meczu.

Nawet tam mógł­bym liczyć na zacho­wa­nie więk­szej pry­wat­no­ści. Za każ­dym razem, gdy bra­łem do ręki dłu­go­pis, czu­łem utkwione we mnie spoj­rze­nie pię­ciu milio­nów ludzi, zgłod­nia­łych, wycze­ku­ją­cych.

Nie chwalę się by­naj­mniej, że dopro­wa­dzi­łem rzecz do końca, cho­dzi jedy­nie o wyja­śnie­nie, dla­czego trwało to tak długo. W ciągu ostat­nich kilku lat chwile spę­dzone przeze mnie w zaci­szu i odosob­nie­niu były nader rzad­kie.

Do pisa­nia czę­ści trze­ciej zabra­łem się wio­sną 1994 i w tym okre­sie ukoń­czy­łem par­tie począt­kowe. Dalej nastę­puje wie­lo­mie­sięczna prze­rwa, potem prze­skok o cały rok, a zwień­cze­nie przy­pada na wio­snę i lato 1998.

Jed­nego może­cie być pewni: ta książka nie powstała „na siłę”. Natchnie­nie albo przy­cho­dziło wyraź­nie roz­po­zna­walne, albo odkła­da­łem dłu­go­pis – w jed­nym przy­padku aż na 14 mie­sięcy. Posta­no­wi­łem, że już raczej nic z tego nie będzie, niż gdy­bym miał napi­sać tę książkę tylko dla­tego, że ją zapo­wie­dzia­łem. Choć mój wydawca tro­chę się przez to dener­wo­wał, mnie samego utwier­dziło to w war­to­ści prze­ka­zy­wa­nego przeze mnie mate­riału. Bez obaw przed­sta­wiam go teraz tobie, czy­tel­niku. Sta­nowi on pod­su­mo­wa­nie wcze­śniej­szych ksiąg try­lo­gii i zara­zem wyciąga z nich osta­teczne, osza­ła­mia­jące kon­se­kwen­cje.

Jeśli zapo­zna­łeś się z przed­mo­wami do poprzed­nich czę­ści, wiesz, że w obu przy­pad­kach nieco się lęka­łem. Bałem się odzewu, jaki wywo­łają. Teraz jest ina­czej. Nie mam żad­nych obaw co do czę­ści trze­ciej. Wiem, że jej prawda, prze­ni­kliwy wgląd, cie­pło i miłość dotrą do wielu spo­śród jej czy­tel­ni­ków.

Wie­rzę, że to tekst święty, duchowy. Widzę, że doty­czy to w rów­nym stop­niu całej try­lo­gii. Książki te będą czy­tane i dys­ku­to­wane przez dzie­się­cio­le­cia, przez kolejne poko­le­nia. Może nawet przez stu­le­cia. Ponie­waż, razem wzięte, księgi te poru­szają ogrom zagad­nień, od napra­wia­nia związ­ków do istoty osta­tecz­nej rze­czy­wi­sto­ści i kosmo­lo­gii. Wypo­wia­dają się na temat życia, śmierci, miło­ści ero­tycz­nej, mał­żeń­stwa, wycho­wa­nia dzieci, zdro­wia, oświaty, gospo­darki, poli­tyki, ducho­wo­ści i reli­gii, god­nego zarob­ko­wa­nia i dzieła życia, fizyki, czasu, oby­cza­jów i zacho­wań, pro­cesu two­rze­nia, sto­sunku do Boga, eko­lo­gii, zbrodni i kary, życia w wysoko roz­wi­nię­tych spo­łecz­no­ściach kosmosu, dobra i zła, mitów kul­tu­ro­wych i etyki, duszy, praw­dzi­wej miło­ści i chlub­nego wyra­ża­nia tej cząstki w nas, która zna swe natu­ralne dzie­dzic­two Bosko­ści.

Oby­ście wszy­scy sko­rzy­stali z ich dobro­dziej­stwa.

Bądź­cie pozdro­wieni.

Neale Donald Walsch Ash­land, Ore­gon, wrze­sień 1998

1

Jest nie­dziela wiel­ka­nocna 1994 roku i cze­kam z dłu­go­pi­sem w ręku, jak mi naka­zano. Mam się spo­tkać z Bogiem. Obie­cał, że przy­bę­dzie – jak to uczy­niła Ona w poprzed­nie dwie nie­dziele świąt Wiel­kiej Nocy – aby roz­po­cząć kolejny etap naszych roz­mów. Trzeci i ostatni – na razie.

Pro­ces ten – nie­zwy­kły prze­pływ infor­ma­cji – trwa od roku 1992. W Wiel­ka­noc 1995 ma dobiec końca. Trzy lata i trzy księgi. Pierw­sza doty­czyła głów­nie pro­ble­ma­tyki oso­bi­stej – miło­snych związ­ków, odna­le­zie­nia życio­wego powo­ła­nia, potęż­nych ener­gii pie­nię­dzy, seksu, miło­ści i Boga; oraz tego, jak to wszystko ze sobą powią­zać w codzien­nym życiu. Druga roz­wi­nęła te zagad­nie­nia, prze­cho­dząc do szer­szych roz­wa­żań geo­po­li­tycz­nych – istoty rządu, zbu­do­wa­nia świata bez wojen, pod­staw zjed­no­czo­nej spo­łecz­no­ści ponadna­ro­do­wej. Trze­cia i ostat­nia część try­lo­gii, jak się dowie­dzia­łem, sku­piać się będzie na kwe­stiach naj­do­nio­ślej­szych, przed jakimi staje czło­wiek. Kon­cep­cjach innych świa­tów, innych wymia­rów, oraz tym, jak cała ta zawiła kom­po­zy­cja splata się w jedno.

Kolejne szcze­ble przed­sta­wiają się więc nastę­pu­jąco:

PRAWDY INDY­WI­DU­ALNE.

PRAWDY GLO­BALNE.

PRAWDY UNI­WER­SALNE.

Tak jak w przy­padku dwóch poprzed­nich ksiąg, nie mam poję­cia, dokąd ta obecna zmie­rza. Mecha­nizm jest pro­sty. Przy­sta­wiam dłu­go­pis do kartki, zadaję pyta­nie – i śle­dzę myśli przy­cho­dzące mi do głowy. Jeśli mam w gło­wie pustkę, jeśli nie docie­rają do mnie żadne słowa, odkła­dam wszystko do następ­nego dnia. Pro­ces powsta­wa­nia pierw­szej czę­ści trwał około roku, nieco dłu­żej w przy­padku dru­giej. (Praca nad niniej­szą wciąż jest w toku).

Sądzę, że będzie to naj­waż­niej­sza książka całego cyklu.

Po raz pierw­szy, odkąd przy­stą­pi­łem do tego dzieła, ogar­nia mnie dokucz­liwa samo­świa­do­mość. Od napi­sa­nia pierw­szych czte­rech czy pię­ciu aka­pi­tów minęły całe dwa mie­siące. Dwa mie­siące upły­nęły od Wiel­kiej Nocy i nic – nic oprócz samo­świa­do­mo­ści.

Tygo­dniami prze­glą­da­łem i popra­wia­łem tekst pierw­szej czę­ści zło­żo­nej do druku – i nie dalej jak kilka dni temu otrzy­ma­łem osta­teczną popra­wioną wer­sję księgi pierw­szej po to tylko, aby ode­słać ją znów do poprawy z 43 poje­dyn­czymi błę­dami. Jed­no­cze­śnie zamkną­łem księgę drugą, na­dal w ręko­pi­sie, z dwu­mie­sięcz­nym „pośli­zgiem”. (Miała zostać ukoń­czona na Wiel­ka­noc 1994). Roz­po­czą­łem pracę nad obecną książką, mimo że jej poprzed­niczka jesz­cze nie została zapięta na ostatni guzik. Teraz, gdy księga druga jest gotowa, nic nie stoi na prze­szko­dzie, aby znów zabrać się do trze­ciej.

Mimo to po raz pierw­szy od 1992 roku wzbra­niam się przed tym, czuję nie­mal coś na kształt nie­chęci. Mam wra­że­nie, jak­bym zna­lazł się w pułapce – ni­gdy nie lubi­łem robić cze­goś dla­tego, że muszę. Co wię­cej, po zapo­zna­niu się z reak­cjami osób, któ­rym wysła­łem nie­po­pra­wione kopie ręko­pisu pierw­szej czę­ści, wiem już, że cała try­lo­gia spo­tka się z sze­ro­kim oddźwię­kiem, będzie badana i ana­li­zo­wana od strony teo­lo­gicz­nej, gorąco dys­ku­to­wana przez wiele lat.

Utrud­nia to zada­nie, jakie mam do wyko­na­nia; pióro ciąży mi w ręku. Mam świa­do­mość, że rzecz trzeba dopro­wa­dzić do końca, lecz z dru­giej strony zdaję sobie sprawę, że stanę się przed­mio­tem zacie­kłych ata­ków, drwin, a może nawet nie­na­wi­ści za to, że ośmie­lam się przed­sta­wić ten mate­riał i gło­sić, że otrzy­ma­łem go pro­sto od Boga.

Naj­bar­dziej boję się chyba tego, że okażę się nie­god­nym, nie­od­po­wied­nim „rzecz­ni­kiem” Boga, zwa­żyw­szy na pasmo błę­dów i wykro­czeń, jakim nazna­czone jest moje życie.

Osoby zna­jące mnie z prze­szło­ści – zwłasz­cza moje byłe żony oraz dzieci – mia­łyby prawo wystą­pić i pod­wa­żyć zawarte tu tre­ści z racji mego tak kiep­skiego występu w roli ojca i męża. Nie spro­sta­łem wyma­ga­niom tej oraz innych dzie­dzin życia, w któ­rych liczą się przy­jaźń i uczci­wość, przed­się­bior­czość i odpo­wie­dzial­ność.

Jed­nym sło­wem, mam dotkliwą świa­do­mość, że nie nadaję się na posłańca Boga i orę­dow­nika prawdy. Powi­nie­nem być ostat­nim do pod­ję­cia się tej roli, a nawet do rosz­cze­nia sobie jej w myślach. Wyświad­czam „niedź­wie­dzią przy­sługę” praw­dzie, ośmie­la­jąc się ją gło­sić, pod­czas gdy całe moje życie świad­czy o mej sła­bo­ści.

Z tego powodu, Boże, zwra­cam się do Cie­bie, abyś zwol­nił mnie z obo­wiązku zapi­sy­wa­nia Two­ich słów i poszu­kał god­niej­szego następcy na moje miej­sce.

Chciał­bym dopro­wa­dzić do końca to, cośmy wspól­nie zaczęli – ale nie czuj się do niczego zmu­szony. Nie masz żad­nych „zobo­wią­zań” wobec Mnie czy kogo­kol­wiek, dostrze­gam jed­nak poczu­cie winy, jakie wywo­łało w tobie prze­ko­na­nie, że masz.

Wielu ludzi zawio­dłem, nawet wła­sne dzieci.

Wszystko, co zda­rzyło się w twoim życiu, dosko­nale słu­żyło two­jemu roz­wo­jowi – oraz wszyst­kich dusz, jakie z tobą się zetknęły – nada­jąc mu dokład­nie taki kie­ru­nek, jaki był tobie potrzebny i jaki wybra­łeś.

To świetna wymówka dla kogoś, kto chce się wymi­gać od odpo­wie­dzial­no­ści za swoje postępki, unik­nąć przy­krych kon­se­kwen­cji.

Widzę, że byłem samo­lubny – nie­sły­cha­nie samo­lubny – odda­jąc się temu, na co mia­łem ochotę, bez względu na to, jak odbi­jało się to na innych.

Nie ma nic złego w robie­niu tego, co się lubi.

Ale tyle osób ucier­piało, doznało roz­cza­ro­wań.

Wszystko spro­wa­dza się do tego, co spra­wia ci przy­jem­ność. Tobie zapewne cho­dzi o to, że obec­nie naj­więk­szą przy­jem­ność znaj­du­jesz w postę­po­wa­niu tak, aby innym nie działa się krzywda.

Oględ­nie powie­dziane.

Celowo. Naucz się trak­to­wać sie­bie łagod­niej. I skończ z tym cią­głym osą­dza­niem sie­bie.

To trudne – zwłasz­cza kiedy inni są tacy sko­rzy do wyda­wa­nia wyro­ków. Czuję, że przy­niosę wstyd Tobie, naprawdę; że jeśli będę obsta­wał przy dokoń­cze­niu i publi­ka­cji tej try­lo­gii, okażę się kiep­skim wysłan­ni­kiem Two­jej prawdy, znie­sła­wię ją.

Prawdy nie można znie­sła­wić. Prawda to prawda. Nie można jej dowieść ani oba­lić. Ona po pro­stu jest.

Piękno Mego prze­sła­nia nie dozna uszczerbku od tego, co ludzie myślą o tobie.

W grun­cie rze­czy nada­jesz się zna­ko­mi­cie na Mego przed­sta­wi­ciela, ponie­waż wio­dłeś życie dale­kie od ide­ału.

Ludzie mogą się z tobą utoż­sa­mić – nawet kiedy cię potę­piają.

A gdy zoba­czą, że sta­wiasz sprawę uczci­wie, kto wie, może prze­ba­czą ci „grze­chy” prze­szło­ści.

Lecz powia­dam ci: Tak długo, jak będziesz przej­mo­wał się tym, co sądzą o tobie inni, mają cię w ręku.

Dopiero kiedy prze­sta­niesz wypa­try­wać uzna­nia z zewnątrz, będziesz panem samego sie­bie.

Mar­twi­łem się bar­dziej o prze­kaz niż o sie­bie. Bałem się, że go spro­fa­nuję swoją osobą.

Jeśli leży ci na sercu to prze­sła­nie, to ponieś je w świat. Nie martw się tym, czy zosta­nie zbru­kane. Ono samo się obroni.

Pamię­taj, czego cię nauczy­łem: Daleko waż­niej­sze jest to, jak dobrze prze­sła­nie jest prze­ka­zane, niż jak dobrze zosta­nie przy­jęte.

Wiedz także to: Uczysz tego, co sam musisz opa­no­wać.

Nie trzeba naj­pierw osią­gnąć dosko­na­ło­ści, aby gło­sić dosko­na­łość.

Nie trzeba naj­pierw dostą­pić ducho­wego mistrzo­stwa, aby gło­sić duchowe mistrzo­stwo.

Nie trzeba naj­pierw wznieść się na naj­wyż­szy szcze­bel ewo­lu­cji, aby gło­sić naj­wyż­szy poziom ewo­lu­cji.

Sta­raj się tylko być szczery, auten­tyczny. Jeśli pra­gniesz napra­wić rze­kome „krzywdy”, podej­mij sto­sowne dzia­ła­nia. Zrób, co w two­jej mocy. I nie wra­caj do tego wię­cej.

Łatwo powie­dzieć. Cza­sem nacho­dzi mnie takie poczu­cie winy.

Wina i strach to jedyni wro­go­wie czło­wieka.

Poczu­cie winy jest ważne. Mówi nam, że źle postą­pi­li­śmy.

Nie ma cze­goś takiego jak „zło”. Są tylko rze­czy, które tobie nie służą; nie przy­stają do tego, Kim Jesteś i Kim Decy­du­jesz się Być.

Wina spra­wia, że grzęź­niesz w tym, czym nie jesteś.

Dzięki niej wiemy przy­naj­mniej, że zbłą­dzi­li­śmy.

Masz na myśli świa­do­mość – to co innego.

Powia­dam ci: Wina to zaraza tej ziemi, zatruwa roślin­ność.

Nie uro­śniesz od niej, tylko zwięd­niesz i skur­czysz się.

Trzeba dążyć do świa­do­mo­ści. Świa­do­mość to nie poczu­cie winy, a miłość to nie strach.

Powta­rzam raz jesz­cze: Wina i strach to twoi jedyni wro­go­wie. Miłość zaś i świa­do­mość są twymi praw­dzi­wymi przy­ja­ciółmi. Nie należy mylić jed­nych z dru­gimi, gdyż pierwsi niosą śmierć, a dru­dzy są życio­dajni.

Zatem nie powi­nie­nem czuć się „win­nym” z żad­nego powodu?

Ni­gdy, prze­nigdy. Jaki z tego poży­tek? Przez to sta­jesz się jedy­nie nie­zdolny do poko­cha­nia sie­bie, a to unie­moż­li­wia poko­cha­nie innych.

I niczego nie powi­nie­nem się bać?

Strach i ostroż­ność to dwie różne rze­czy. Zacho­waj czuj­ność, lecz wyzbądź się lęku. Gdyż strach para­li­żuje, a świa­do­mość mobi­li­zuje.

 

Bądź przy­tomny, nie pora­żony.

Ale mnie uczono bojaźni Bożej.

Wiem. I to zamro­ziło nasze sto­sunki.

Dopiero kiedy prze­ła­ma­łeś swą bojaźń wobec Mnie, mogłeś usta­no­wić sen­sowny zwią­zek ze Mną.

Gdy­bym miał prze­ka­zać ci dar, jakąś szcze­gólną łaskę, dzięki któ­rej mógł­byś do Mnie tra­fić, byłby to dar nie­ustra­szo­no­ści.

Bło­go­sła­wieni nie­zna­jący trwogi, albo­wiem dane im będzie poznać Boga.

Ozna­cza to rów­nież, że musisz zdo­być się na odwagę i odrzu­cić wszystko, co, jak ci się zdaje, wiesz o Bogu.

Musisz mieć śmia­łość prze­kre­ślić wszystko, co inni naopo­wia­dali ci o Bogu.

Wresz­cie musisz być dzielny na tyle, aby zapu­ścić się w swoje wła­sne doświad­cze­nie Boga.

I nie wolno ci się z tego powodu obwi­niać. Kiedy twe oso­bi­ste doświad­cze­nie kłóci się z tym, co, jak ci się zda­wało, wiesz o Bogu, i z tym, co naopo­wia­dali ci inni, nie wolno ci obwi­niać sie­bie.

Wina i strach to jedyni wro­go­wie czło­wieka.

Są jed­nak tacy, co nazwa­liby Twoje rady pod­szep­tem samego dia­bła; tylko dia­beł mógłby coś takiego pod­su­nąć czło­wie­kowi.

Nie ma dia­bła.

Tak wła­śnie powie­działby bies.

Bies wyra­ziłby się tak samo jak Bóg, czy nie tak?

Tyle że spryt­niej.

Dia­beł jest spryt­niej­szy od Boga?

Powiedzmy, że prze­bie­glej­szy.

Zatem dia­beł „knuje”, prze­ma­wia­jąc sło­wami Boga?

Lekko je wypa­cza – na tyle, aby zwieść na manowce.

Chyba musimy sobie coś wyja­śnić na temat „dia­bła”.

Prze­ra­bia­li­śmy to w księ­dze pierw­szej.

Naj­wy­raź­niej nie­zbyt sku­tecz­nie. Poza tym wśród czy­tel­ni­ków mogą być osoby, które nie prze­czy­tały księgi pierw­szej. Czy dru­giej, jeśli już o tym mowa. Warto byłoby w tym miej­scu przy­to­czyć kilka prawd tam zawar­tych. Będzie to dobra odskocz­nia do wyż­szych, uni­wer­sal­nych praw, jakie przed­sta­wimy w dal­szej czę­ści. I powró­cimy do tematu „dia­bła”. Chcę, abyś dowie­dział się, w jaki spo­sób i po co powstał taki „twór”.

W porządku. Zgoda. Niech będzie po Two­jemu. Może jed­nak coś z tego dia­logu wyj­dzie. Ale czy­tel­nicy muszą wie­dzieć, że od napi­sa­nia przeze mnie pierw­szych słów tutaj minęło już pół roku. Jest teraz 25 listo­pada 1994, dzień po świę­cie Dzięk­czy­nie­nia. Dwa­dzie­ścia pięć tygo­dni dzieli ten aka­pit od Twej wypo­wie­dzi. Wiele w tym cza­sie się wyda­rzyło, ale ta książka nie posu­nęła się do przodu ani o cen­ty­metr. Dla­czego to trwa tak długo?

Czy nie widzisz, jak potra­fisz sam sobie zaszko­dzić? Zablo­ko­wać się? Czy nie widzisz, jak sam sie­bie powstrzy­mu­jesz, gdy jesteś o krok od cze­goś obie­cu­ją­cego? Postę­pu­jesz tak całe życie.

Zaraz, chwi­leczkę. To nie ja z tym zwle­ka­łem. Sam z sie­bie nic nie zdzia­łam – nie napi­szę ani słowa, dopóki nie poczuję pod­niety, dopóki mnie coś nie… bro­nię się przed uży­ciem tego słowa, ale chyba nie mam wyj­ścia… natchnie, aby zasiąść przed tym żół­tym notat­ni­kiem. A natchnie­nie to prze­cież Twoja działka, nie moja!

Aha. Więc uwa­żasz, że to Ja się ocią­ga­łem.

Coś w tym stylu.

Mój drogi przy­ja­cielu, to takie typowe dla cie­bie – i innych ludzi. Przez pół roku nie kiw­nie­cie pal­cem, nie zro­bi­cie nic dla wła­snego naj­wyż­szego dobra, wręcz odsu­wa­cie je od sie­bie, a potem wini­cie wszystko lub wszyst­kich, z wyjąt­kiem sie­bie, za to, że sto­icie w miej­scu. Czy nie dostrze­gasz w tym jakiejś pra­wi­dło­wo­ści?

No, cóż…

Zapew­niam cie­bie: Ni­gdy nie zda­rza się, aby Mnie przy tobie nie było; nie ma takiej chwili, abym nie był „gotowy”.

Czyż nie mówi­łem ci tego?

Tak, ow­szem, ale…

Ni­gdy cię nie opusz­czę, aż po kres czasu.

Lecz nie będę ci narzu­cał Mojej woli – ni­gdy.

Wybie­ram dla cie­bie naj­wyż­sze dobro, ale przede wszyst­kim wybie­ram twoją wolę. To sta­nowi nie­za­wodną miarę miło­ści.

Kiedy pra­gnę dla cie­bie tego, co ty pra­gniesz, wtedy naprawdę miłuję cie­bie. Kiedy zaś pra­gnę dla cie­bie tego, co Ja pra­gnę, wów­czas miłuję sie­bie za twoim pośred­nic­twem.

Taką samą miarą można okre­ślić, czy inni kochają cie­bie i czy ty praw­dzi­wie kochasz innych. Albo­wiem miłość nie chce niczego dla sie­bie, stara się jedy­nie zisz­czać wybory doko­ny­wane przez part­nera.

To chyba kłóci się z tym, co stwier­dzi­łeś w księ­dze pierw­szej – że miłość nie przej­muje się uko­chaną osobą – czym jest, co robi, co posiada – tylko wła­sną Jaź­nią, tym, co Jaźń two­rzy i obja­wia, czego poszu­kuje.

Nasuwa się w związku z tym pyta­nie, jak należy rozu­mieć zacho­wa­nie rodzica, który krzy­czy na dziecko: „Zejdź z jezdni!”? Albo jesz­cze lepiej, który z nara­że­niem wła­snego życia ratuje swoje dziecko spod kół samo­chodu? Czy taki rodzic nie kocha swego dziecka? Prze­cież narzu­cił mu swoją wolę. Pamię­tajmy, dziecko zna­la­zło się na ulicy z wła­snego wyboru.

Jak wytłu­ma­czysz tę sprzecz­ność?

Nie ma w tym sprzecz­no­ści. Mimo to nie potra­fisz dostrzec tej har­mo­nii. I nie zro­zu­miesz boskiej nauki miło­ści, dopóki nie poj­miesz, że Mój naj­wyż­szy wybór dla sie­bie pokrywa się z twoim naj­wyż­szym wybo­rem dla sie­bie. A to dla­tego, że ty i Ja to jedno.

Widzisz, Boska Nauka sta­nowi zara­zem Boską Dycho­to­mię, a to dla­tego, że dycho­to­mią jest samo życie. To doświad­cze­nie, w obrę­bie któ­rego mogą współ­ist­nieć dwie pozor­nie sprzeczne prawdy.

W tym przy­padku te pozor­nie sprzeczne prawdy to to, że ty i Ja jeste­śmy odrębni i jed­no­cze­śnie ty i Ja to jedno. Pod­trzy­muję to, co oświad­czy­łem w księ­dze pierw­szej: Główną przy­czyną nie­uda­nych związ­ków jest sku­pie­nie uwagi na part­ne­rze, mar­twie­nie się tym, czego pra­gnie, jaki jest, co robi. Troszcz się wyłącz­nie o swoją Jaźń. Czym twoja Jaźń jest, co ma? Czego potrze­buje, do czego dąży, co wybiera? Co sta­nowi naj­wyż­szy wybór dla Jaźni?

Przy­po­mnę, co jesz­cze powie­dzia­łem:

Naj­wyż­szy wybór dla Jaźni staje się naj­wyż­szym wybo­rem dla dru­giego, gdy Jaźń uświa­da­mia sobie, że nikogo innego nie ma.

Błąd polega więc na nie­zna­jo­mo­ści tego, co dla cie­bie naj­lep­sze. To wynika z nie­wie­dzy doty­czą­cej Two­jej Praw­dzi­wej Istoty, a tym bar­dziej tego, kim sta­rasz się być.

Nie rozu­miem.

Posłużę się ilu­stra­cją. Jeśli masz zamiar wygrać wyścig India­na­po­lis 500, jazda z pręd­ko­ścią 250 kilo­me­trów na godzinę może być dla cie­bie naj­lep­szym roz­wią­za­niem.

Lecz jeśli chcesz bez­piecz­nie dotrzeć do sklepu spo­żyw­czego, może nim nie być.

Twier­dzisz, że wszystko zależy od kon­tek­stu.

Tak. Wszystko w życiu zależy od kon­tek­stu. O tym, co dla cie­bie „naj­lep­sze”, prze­są­dza to, kim jesteś i kim pra­gniesz być. Nie możesz doko­nać rozum­nego wyboru tego, co dla cie­bie naj­lep­sze, dopóki rozum­nie nie posta­no­wisz, kim i czym jesteś. Ja, jako Bóg, wiem, czym pra­gnę być. Dla­tego wiem, co dla Mnie „naj­lep­sze”.

Co mia­no­wi­cie? Pro­szę, powiedz mi, co jest „naj­lep­sze” dla Boga? To na pewno cie­kawe…

Naj­lep­sze dla Mnie jest dawa­nie tobie, co sam uznasz za naj­lep­sze dla sie­bie. Ponie­waż Ja dążę do wyra­że­nia sie­bie. Za twoim pośred­nic­twem.

Nadą­żasz?

Ow­szem, wierz lub nie, ale nadą­żam.

Dobrze. Teraz powiem ci coś, co nie­ła­two będzie ci prze­łknąć.

Zawsze daję ci to, co dla cie­bie naj­lep­sze… choć przy­znaję, że ty cza­sami możesz tego nie wie­dzieć.

Zagadka wyja­śnia się teraz, kiedy zaczą­łeś poj­mo­wać, o co mi cho­dzi.

Ja jestem Bogiem.

Jestem Bogi­nią.

Naj­wyż­szą Istotą. Wszyst­kim, Co Jest. Począt­kiem i Kre­sem. Alfą i Omegą.

Jestem Tre­ścią i Osnową. Pyta­niem i Odpo­wie­dzią. Dołem i Górą. Pra­wym i Lewym. Teraz, Przed­tem i Potem.

Jam jest Świa­tłość i Jam jest Mrok, z któ­rego wyła­nia się Świa­tłość i dzięki któ­remu może zaist­nieć. Jestem Nie­skoń­czoną Dobro­cią i „Złem”, bez któ­rego „Dobroć” nie byłaby dobra. Jestem tym wszyst­kim – Cało­ścią – i nie mogę doświad­czyć cząstki sie­bie, nie doświad­cza­jąc sie­bie w pełni.

I tego wła­śnie nie rozu­mie­cie. Chce­cie widzieć we mnie jedno, a nie dru­gie. Wyso­kie, a nie niskie. Dobre, a nie złe. Lecz zaprze­cza­jąc poło­wie Mnie, odma­wia­cie ist­nie­nia poło­wie samych sie­bie. I w ten spo­sób nie może­cie być tym, Kim Jeste­ście W Isto­cie.

Ja obej­muję Wspa­niałą Całość – i dążę do tego, aby poznać sie­bie na dro­dze doświad­cze­nia. Czy­nię to za pośred­nic­twem cie­bie – i wszyst­kiego, co ist­nieje. I doświad­czam Mojej wspa­nia­ło­ści przez wybory, jakich doko­nuję. Albo­wiem każdy wybór to samo­two­rze­nie. Każdy wybór to samo­okre­śle­nie. Każdy oddaje Mnie – przed­sta­wia to, Kim Posta­na­wiam Być w Tej Chwili.

Lecz nie mogę posta­no­wić być wspa­nia­łym, jeśli nie ma z czego wybie­rać. Jakaś część Mnie musi być daleka od dosko­na­ło­ści, abym mógł opo­wie­dzieć się za tą, która jest dosko­na­ło­ścią we Mnie.

I podob­nie jest z tobą.

Ja jestem Bogiem, w trak­cie stwa­rza­nia sie­bie.

I ty rów­nież.

Za tym tęskni twoja dusza. Tego łak­nie twój duch.

Gdy­bym miał odmó­wić ci tego, co wybie­rasz, tym samym ode­brał­bym sobie to, co wybie­ram dla sie­bie. Gdyż Moim naj­więk­szym pra­gnie­niem jest doświad­czyć sie­bie takim, Jakim Jestem. I jak szcze­gó­łowo wyło­ży­łem to w księ­dze pierw­szej, mogę tego doko­nać tylko w obrę­bie tego, Czym Nie Jestem.

I dla­tego pie­czo­ło­wi­cie wytwo­rzy­łem to, Czym Nie Jestem, abym mógł doświad­czyć, Czym Jestem.

Lecz jestem zara­zem wszyst­kim, co two­rzę – toteż w jakiś spo­sób Jestem Tym, Czym Nie Jestem.

Jak można być czymś, czym się nie jest?