Rozmowy z Bogiem. Księga 2Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Podzię­ko­wa­nia

2  Wstęp

3  1

4  2

5  3

6  4

7  5

8  6

9  7

10  8

11  9

12  10

13  11

14  12

15  13

16  14

17  15

18  16

19  17

20  18

21  19

22  20

23  Uwagi koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: Conver­sa­tions with God. An Uncom­mon Dia­lo­gue. Book 2

Prze­kład: Sła­wo­mir Stud­niarz

Korekta: Nata­lia Jóź­wiak, Ali­cja Laskow­ska, Anna Stro­żek

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana, ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych, bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

Copy­ri­ght © 1997, 2012, 2020 by Neale Donald Walsch

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © Esse sp z o.o., 2021

ISBN 978-83-954660-6-9

Wyda­nie III, Łódź 2021

Wydawca: Esse sp. z o.o.

ul. Kro­ku­sowa 3

92-101 Łódź

Współ­praca: JK Wydaw­nic­two sp. z o.o. sp. k.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Znaj­dziesz tutaj to, czego od dawna poszu­ku­jesz, za czym od dawna tęsk­nisz. Czeka cię tu naj­praw­dziw­szy kon­takt z Bogiem, być może pierw­szy w twoim życiu, a na pewno naj­now­szy.

To jest kon­takt jak naj­bar­dziej realny.

Bóg prze­mówi do cie­bie przeze mnie. Kilka lat temu nie ośmie­lił­bym się cze­goś takiego powie­dzieć; teraz mówię, ponie­waż sam tego doświad­czy­łem – i stąd wiem, że to jest moż­liwe. Nie tylko moż­liwe, to odbywa się nie­ustan­nie. Tak jak dzieje się ta rzecz pomię­dzy nami za pośred­nic­twem tych słów, tu i teraz.

Saman­cie

Tarze-Jenell

Nicho­la­sowi

Tra­vi­sowi

Karu­sowi

Tri­sta­nowi

Devo­nowi

Dusti­nowi

Dyla­nowi,

któ­rzy ofia­ro­wali o wiele wię­cej, niż ja kie­dy­kol­wiek mogłem im dać. Nie byłem takim ojcem, jak to sobie wyma­rzy­łem. Ale cier­pli­wo­ści. Jesz­cze możemy to nad­ro­bić. Sprawa nie jest zamknięta.

Podzię­ko­wa­nia

Nade wszystko pra­gnę uho­no­ro­wać To, Co Jest Wszyst­kim, co sta­nowi Źró­dło wszel­kich rze­czy, wraz z niniej­szą książką. Czy nazwie­cie to Bogiem, jak czy­nię to ja, czy ina­czej, to nie ma zna­cze­nia – Źró­dło było, jest i będzie Źró­dłem po wsze czasy, a nawet nie­skoń­cze­nie dłu­żej.

Dalej, chciał­bym spła­cić mój dług wdzięcz­no­ści wobec rodzi­ców, za któ­rych pośred­nic­twem spły­nęło na mnie tyle nie­za­po­mnia­nych doświad­czeń i przez któ­rych dozna­wa­łem źró­dło­wej obec­no­ści Boga w życiu. Razem two­rzyli nie­sa­mo­wity zespół. Postronny obser­wa­tor mógłby mieć inne zda­nie, ale oni sami ani przez chwilę w to nie wąt­pili. Mama mówiła o tacie, że jest „utra­pie­niem”, a on o niej, że jest „tru­ci­zną”, któ­rej nie potrafi się oprzeć.

Moja matka Anne była nad­zwy­czajną kobietą – prze­peł­nioną nie­wy­czer­pa­nym współ­czu­ciem, głę­bo­kim zro­zu­mie­niem, zawsze skorą do wyba­cza­nia, do dawa­nia z sie­bie wszyst­kiego, o nie­spo­ży­tej cier­pli­wo­ści, łagod­nej mądro­ści i nie­za­chwia­nej wie­rze w Boga, która spra­wiła, że gdy umie­rała, ksiądz, nowi­cjusz, udzie­la­jący jej ostat­niego namasz­cze­nia, z podzi­wem wyszep­tał: „Mój Boże, to ona pocie­szała mnie”.

Naj­wyż­szym hoł­dem dla Mamy niech będzie to, że wcale mnie to nie zdzi­wiło.

Mój ojciec Alex nie nale­żał do potul­nych. Był szorstki w obej­ściu, potra­fił dotkli­wie ura­zić, a nie­któ­rzy powia­dają, że czę­sto postę­po­wał okrut­nie, szcze­gól­nie wobec mojej matki. Nie chcę go za to osą­dzać (ani za cokol­wiek innego). Matka nie wyrzu­cała mu tego ani nie potę­piała go (wręcz prze­ciw­nie, w swych ostat­nich sło­wach wypo­wia­dała się o nim bar­dzo pochleb­nie), dla­tego też nie widzę dla sie­bie żad­nych korzy­ści w odrzu­ce­niu jej przy­kładu. Ponadto ojciec miał mnó­stwo zalet, o któ­rych moja matka ni­gdy nie zapo­mi­nała. Nale­żały do nich wiara w nie­złom­ność ludz­kiego ducha oraz jasne prze­świad­cze­nie, że niczego nie zmieni się narze­ka­niem. Nauczył mnie, że mogę osią­gnąć wszystko pod warun­kiem, że zaan­ga­żuję w to całą swoją duszę. Zawsze można było na niego liczyć, do samego końca. Był wzo­rem lojal­no­ści, czło­wie­kiem czynu; zawsze zaj­mo­wał sta­no­wi­sko, nie zra­żał się prze­ciw­no­ściami, które poko­nały tylu innych. Nawet wobec naj­bar­dziej nie­po­myśl­nych kolei losu miał swą man­trę. „Och, nie ma się czym przej­mo­wać”, zwykł mawiać. Sam sto­so­wa­łem tę zasadę w naj­cięż­szych chwi­lach mojego życia. Zadzia­łała za każ­dym razem.

Naj­wyż­szym hoł­dem dla Taty niech będzie to, że wcale mnie to nie zdzi­wiło.

Zna­la­zł­szy się mię­dzy nimi, odczu­łem wezwa­nie zarówno do nabra­nia cał­ko­wi­tej pew­no­ści sie­bie, jak i do poczu­cia bez­wa­run­ko­wej miło­ści dla każ­dego. Co za połą­cze­nie!

W pierw­szej czę­ści zło­ży­łem podzię­ko­wa­nia pozo­sta­łym człon­kom rodziny i krę­gowi mych przy­ja­ciół, któ­rzy w nie­oce­niony wprost spo­sób wpły­nęli na moje życie – i na­dal wpły­wają. Chciał­bym do tej listy dołą­czyć dwoje nie­zwy­kłych ludzi, z któ­rymi się zetkną­łem od czasu napi­sa­nia tam­tej książki i któ­rzy poru­szyli mnie do głębi.

Leo i Lethę Bushów… któ­rzy una­ocz­nili mi swoją codzien­no­ścią, iż to, co naj­pięk­niej­sze w życiu, można zna­leźć w chwi­lach bez­in­te­re­sow­nej służby, tro­ski, życz­li­wo­ści oraz we wza­jem­nej miło­ści i nie­za­chwia­nej wie­rze w sie­bie nawza­jem. Była to dla mnie nie tylko nauka, ale i inspi­ra­cja.

Rów­nież na tych stro­ni­cach pra­gnę wyra­zić swoje uzna­nie innym spe­cjal­nym nauczy­cie­lom, anio­łom zesła­nym przez Boga, dzięki któ­rym dotarły do mnie rze­czy o wiel­kim zna­cze­niu, co teraz jasno widzę. Nie­któ­rzy prze­ka­zali mi to oso­bi­ście, inni z oddali, jesz­cze inni z tak odle­głego punktu w Macie­rzy, że pew­nie nie są świa­domi mego ist­nie­nia. Mimo to moja dusza wchło­nęła ich ener­gię. Mowa tu o myśli­cie­lach, przy­wód­cach, pisa­rzach i towa­rzy­szach w podróży po Ducho­wej Dro­dze; ich wkład w Zbio­rową Świa­do­mość dopo­mógł w powsta­niu skarb­nicy mądro­ści, która sta­nowi Umysł Boga, albo­wiem stam­tąd pocho­dzi. Z tego wła­śnie Źró­dła wziął się mate­riał zawarty w Roz­mo­wach z Bogiem. Dzieło to jest uko­ro­no­wa­niem mych nauk, doświad­czeń i poszu­ki­wań, teraz dostęp­nym dla każ­dego w postaci mych dia­lo­gów z Bogiem. Tak naprawdę we wszech­świe­cie nie powstają żadne nowe idee, wszel­kie nowo­ści są zale­d­wie kolej­nym wyra­zem Odwiecz­nej Prawdy.

Oprócz tego chciał­bym też podzię­ko­wać nastę­pu­ją­cym oso­bom, które wzbo­ga­ciły moje życie:

Kenowi Key­esowi… któ­rego dar wglądu miał wpływ na życie tysięcy ludzi (rów­nież moje). Ken powró­cił już do Domu, ode­graw­szy swą rolę nie­zrów­na­nego posłańca.

Dok­to­rowi Rober­towi Muel­le­rowi… któ­rego praca na rzecz świa­to­wego pokoju oka­zała się dobro­dziej­stwem dla nas wszyst­kich i tchnęła w świat nową nadzieję.

Dolly Par­ton… któ­rej muzyka, uśmiech i cała oso­bo­wość urze­kły naród i rado­wały moje serce – nawet gdy było zła­mane i nic nie mogło go ule­czyć. To szcze­gólna magia.

Terry Cole-Whit­ta­ker… któ­rej bystrość, głę­bia i pogoda ducha oraz abso­lutna uczci­wość od chwili naszego pozna­nia stały się dla mnie wzor­cem i natchnie­niem. Swym cudow­nym oddzia­ły­wa­niem objęła tysiące.

Neilowi Dia­mon­dowi… który swój artyzm czer­pie z głębi duszy i dla­tego prze­nika do mojej oraz do duszy całego poko­le­nia. Jego talent, hoj­ność, z jaką dzie­lił z nami swoje uczu­cia, są wyjąt­kowe.

 

Thei Ale­xan­der… któ­rej pisar­stwo mną wstrzą­snęło i obja­wiło mi moż­li­wość wyra­ża­nia miło­ści bez­gra­nicz­nie, bez­bo­le­śnie, bez gory­czy zazdro­ści i ukry­tych celów, bez ocze­ki­wań i bez potrzeb. Roz­pa­liła w nas na nowo nie­spo­koj­nego ducha nie­skrę­po­wa­nej miło­ści oraz natu­ralne pra­gnie­nie rado­snego roz­ko­szo­wa­nia się sek­sem, przy­wra­ca­jąc jego piękno, tajem­nicę i nie­winną czy­stość.

Rober­towi Rim­me­rowi… który doko­nał dokład­nie tego samego.

War­re­nowi Spah­nowi… który udo­wod­nił mi, że dąże­nie do dosko­na­ło­ści w każ­dej dzie­dzi­nie życia polega na posta­wie­niu sobie naj­wyż­szej poprzeczki i upar­tym przy niej obsta­wa­niu; wyma­ga­niu od sie­bie mak­si­mum, nawet kiedy mini­mum nie zwró­ci­łoby niczy­jej (a może zwłasz­cza wtedy) uwagi. Gwiazda sportu pierw­szej wiel­ko­ści, boha­ter na polu walki, wzór w życiu codzien­nym, nie­stru­dze­nie dążący do prze­kra­cza­nia sie­bie bez względu na to, ile to kosz­tuje wysiłku.

Jimmy’emu Car­te­rowi… który dziel­nie sobie poczyna w mię­dzy­na­ro­do­wej poli­tyce, kie­ru­jąc się ser­cem i swym prze­ko­na­niem o tym, co w myśl Naj­wyż­szego Prawa jest słuszne, i wnosi do zatę­chłego świata poli­tyki ożyw­czy powiew.

Shir­ley Mac­La­ine… która poka­zała, że roz­rywka i inte­lekt się nie wyklu­czają; że można wznieść się ponad to, co przy­ziemne i banalne. Że można poru­szać sprawy wiel­kie i drobne, waż­kie i lek­kie, głę­bo­kie i płyt­kie. Stara się ze wszyst­kich sił nadać naszym roz­mo­wom wyż­szy wymiar, a tym samym i naszej świa­do­mo­ści; oddzia­ły­wać twór­czo na giełdę poglą­dów.

Oprah Win­frey… która robi dokład­nie to samo.

Ste­ve­nowi Spiel­ber­gowi… który robi dokład­nie to samo.

Ronowi Howar­dowi… który robi dokład­nie to samo.

Hugh Dwon­sowi… który robi dokład­nie to samo.

Oraz Gene’owi Rod­den­berry… któ­rego Duch z pew­no­ścią sły­szy moje słowa i uśmie­cha się… albo­wiem miał w tym wszyst­kim wielki udział; pod­jął ryzyko; sta­nął na skraju; ruszył dalej niż kto­kol­wiek przed nim.

Ludzie ci sta­no­wią skarb, jak i my wszy­scy. Jed­nak w odróż­nie­niu od nas, posta­no­wili hoj­nie darzyć innych skar­bami swo­jej Jaźni, poświę­cić się i zary­zy­ko­wać, wyrzec się pry­wat­no­ści i złą­czyć swój los z burz­li­wymi kole­jami świata, aby obda­rzyć innych swą praw­dziwą istotą. Nie mogli prze­wi­dzieć, czy ich dar z sie­bie zosta­nie przy­jęty. Mimo to nie szczę­dzili sie­bie.

Jestem im wszyst­kim wdzięczny. Dzię­kuję wam, gdyż wzbo­ga­ci­li­ście moje życie.

Wstęp

To nad­zwy­czajne dzieło.

Sta­nowi prze­sła­nie Boga, który suge­ruje w nim rewo­lu­cję spo­łeczną, sek­su­alną, oświa­tową, poli­tyczną, gospo­dar­czą i teo­lo­giczną o skali dotąd na pla­ne­cie nie­spo­ty­ka­nej, rewo­lu­cję, o jakiej śniło się nie­wielu.

Suge­stie te nawią­zują wprost do pra­gnień wyra­ża­nych przez nas jako miesz­kań­ców Ziemi. W myśl naszych wła­snych dekla­ra­cji dążymy do zapew­nie­nia god­nego życia dla wszyst­kich, pod­nie­sie­nia poziomu świa­do­mo­ści i two­rze­nia pod­wa­lin nowego świata. Bóg nie potępi nas, cokol­wiek wybie­rzemy, jeśli jed­nak zde­cy­du­jemy się wła­śnie na to, chęt­nie pokaże nam drogę. Lecz nie będzie siłą narzu­cał nam swych poglą­dów, ani teraz, ani ni­gdy.

Słowa zawarte w tej książce są dla mnie zara­zem pory­wa­jące i nie­po­ko­jące, budu­jące i pro­wo­ku­jące. Porywa mnie roz­mach i zasięg jej kon­cep­cji. Nie­po­koi obraz, jaki się z niej wyła­nia, obraz mnie samego i całej ludz­kiej rasy. Pro­wo­kuje śmia­łość, z jaką sta­wia mi wyzwa­nia, naka­zuje prze­kra­czać samego sie­bie, stać się Źró­dłem świata, wol­nego od małost­ko­wej zazdro­ści, zło­ści, zabu­rzeń sek­su­al­nych, eko­no­micz­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści, nie­rów­no­ści spo­łecz­nej, ogłu­pia­ją­cej edu­ka­cji, zaku­li­so­wych machi­na­cji i walk o wła­dzę. Buduje zaś to, iż daje nam nadzieję na przy­szłość, poka­zuje, że to wszystko jest w zasięgu naszych moż­li­wo­ści.

Czy naprawdę możemy stwo­rzyć taki świat? Bóg mówi, że tak, i wszystko, co do tego trzeba, to jed­no­myślne posta­no­wie­nie, wybór doko­nany przez każ­dego z nas.

Książka ta sta­nowi wierny zapis dia­logu z Bogiem. Jest drugą czę­ścią pla­no­wa­nej try­lo­gii Roz­mów z Bogiem, trwa­ją­cych już kilka ład­nych lat – po dziś dzień.

Może trudno ci będzie uwie­rzyć w to, że to wszystko istot­nie pocho­dzi od Boga, zresztą to nie jest wcale konieczne. Dla mnie liczy się przede wszyst­kim to, czy mate­riał tu zawarty sam w sobie ma war­tość, czy wnosi nowe spo­strze­że­nia, budzi i odna­wia, zachęca do wpro­wa­dze­nia zmian w nasze codzienne życie na Ziemi. Bóg wie, tak dalej być nie może. Musimy się zmie­nić.

Całe przed­się­wzię­cie zaczęło się od księgi pierw­szej, opu­bli­ko­wa­nej w maju 1995 roku. Trak­to­wała ona głów­nie o spra­wach oso­bi­stych i odmie­niła moje życie. I wielu innych ludzi. W ciągu kilku tygo­dni stała się praw­dzi­wym best­sel­le­rem. Nakład prze­szedł naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia, nie­ba­wem mie­sięcz­nie sprze­da­wało się 12 tysięcy egzem­pla­rzy i liczba ta na­dal rosła. Oczy­wi­ście „autor” tej książki nie był posta­cią nie­znaną. I to wła­śnie spra­wiło, że intry­go­wała i miała taką moc oddzia­ły­wa­nia.

Jestem zaszczy­cony, że mogę uczest­ni­czyć w tym pro­ce­sie, dzięki któ­remu donio­słe prawdy ponow­nie stają się udzia­łem tysięcy ludzi. Cie­szę się, że tak wiele osób sko­rzy­stało z tego dzieła.

Pra­gnę jed­nak wyznać, że z początku strasz­nie się bałem. Oba­wia­łem się, że zostanę posą­dzony o uro­je­nia, o manię wiel­ko­ści. Z dru­giej zaś strony, bałem się, że gdy czy­tel­nicy naprawdę uwie­rzą, iż te słowa pocho­dzą od Boga, posłu­chają zawar­tych tam rad. Lecz dla­czego się tego lęka­łem? To pro­ste.

Prze­cież we wszyst­kim, co napi­sa­łem, mogłem się mylić.

Wów­czas zaczęły napły­wać listy. Z całego świata. Wtedy już wie­dzia­łem. Wie­dzia­łem w głębi serca, że się nie myli­łem. Tego wła­śnie było potrzeba światu w tej okre­ślo­nej chwili.

Teraz uka­zuje się kolejna księga i znów daje o sobie znać strach. Mowa w niej o szer­szym wymia­rze naszych poje­dyn­czych ist­nień, jak rów­nież o spra­wach poli­tycz­nych i gospo­dar­czych o zasięgu ogól­no­świa­to­wym. Podej­rze­wam więc, iż ta druga książka może oka­zać się dla prze­cięt­nego czy­tel­nika znacz­nie bar­dziej kon­tro­wer­syjna. I stąd obawa. Obawa, że może nie przy­paść ci do gustu to, co tutaj prze­czy­tasz. Że dosta­nie mi się po gło­wie. Że książką tą „wkła­dam kij w mro­wi­sko”, „wywo­łuję burzę”. Ponadto znów się boję, że mogę nie mieć racji.

Doświad­cze­nie winno było już mnie nauczyć, że mój strach jest bez­pod­stawny. Jed­nak znów odzywa się moja ludzka sła­bość. Spie­szę wyja­śnić, iż nie jest moim zamia­rem nikim wstrzą­snąć. Pra­gnę jedy­nie wier­nie i skwa­pli­wie prze­ka­zać to, co usły­sza­łem od Boga w odpo­wie­dzi na me pyta­nia. Obie­ca­łem to Bogu – że udo­stęp­nię te roz­mowy ogó­łowi – i nie mogę tej obiet­nicy zła­mać.

Ty rów­nież nie możesz się wyco­fać. Z pew­no­ścią pod­ją­łeś posta­no­wie­nie, że będziesz otwarty na wszel­kie nowe idee, poglądy i prze­ko­na­nia, że będziesz gotów prze­war­to­ścio­wać to, w co wie­rzy­łeś do tej pory. Przy­rze­kłeś sobie, że będziesz nie­ustan­nie się roz­wi­jał. Ina­czej bowiem ta książka nie tra­fi­łaby do twych rąk.

Tkwimy więc w tym razem. I nie ma powodu do obaw. Jeste­śmy tacy, jacy jeste­śmy, i stąd wynika nasze postę­po­wa­nie. Widzę teraz wyraź­nie to, czego do tej pory zale­d­wie się domy­śla­łem – jeste­śmy posłań­cami, ty i ja. Gdyby tak nie było, nie czy­tał­byś teraz tej książki, a ja bym jej nie pisał. Mamy więc zada­nie do wyko­na­nia. Po pierw­sze, musimy się upew­nić, że dobrze zro­zu­mie­li­śmy prze­sła­nie, jakie niosą Roz­mowy z Bogiem. Dalej, musimy uczy­nić z tego prze­sła­nia uży­tek w naszym życiu codzien­nym. I wresz­cie, musimy gło­sić je innym, wła­snym przy­kła­dem zaświad­czać o jego praw­dzie tym, z któ­rymi się sty­kamy.

Rad jestem, że posta­no­wi­łeś dołą­czyć do mnie w tej wypra­wie. Z tobą raź­niej i przy­jem­niej. Przejdźmy więc wspól­nie przez te stro­nice. Cze­kają nas tu i ówdzie wyboje. Nie tak jak w księ­dze pierw­szej. Księga pierw­sza była czu­łym uści­skiem Boga. Druga część, rów­nie pro­mie­niu­jąca miło­ścią, raz po raz lekko tobą potrząsa. Jest jak pobudka, wyzwa­nie, abyś nie usta­wał w dro­dze.

Zawsze masz przed sobą coś do odkry­cia. Twoja dusza nie lubi spo­czynku – jej udzia­łem tu, na Ziemi, ma być naj­bo­gat­sze, nie naj­uboż­sze doświad­cze­nie. I choć wybór należy do cie­bie, twa dusza wola­łaby, abyś nie popa­dał w samo­za­do­wo­le­nie czy gnu­śność. Zbyt wiele trzeba bowiem w świe­cie zmie­nić, zbyt wiele musisz jesz­cze zro­bić, aby stwo­rzyć sie­bie. Zawsze jest nowy szczyt do zdo­by­cia, nowa rubież do zba­da­nia, nowy lęk do zwal­cze­nia. Wspa­nial­szy stan, śmiel­sza wizja, wyż­sza kon­cep­cja.

Dla­tego też książka ta może nara­zić cię na pewne nie­wy­gody. Ale nie ucie­kaj, pozo­stań na pokła­dzie, nawet jeśli tobą rzuca. I żyj w nowym para­dyg­ma­cie. A jesz­cze lepiej, cudow­nym przy­kła­dem swego życia przy­czyń się do jego powsta­nia.

Neale Donald Walsch Ash­land,

Ore­gon, marzec 1997

1

Witaj. Cie­szę się, że jesteś ze mną.

Byli­śmy ze sobą umó­wieni, to prawda; ale mimo to mogłeś nie przy­być na spo­tka­nie. Mogłeś posta­no­wić ina­czej. Tym­cza­sem wybra­łeś tę godzinę, to umó­wione miej­sce, aby ta książka tra­fiła w twoje ręce. I za to ci dzię­kuję.

Jeśli jed­nak nie uświa­da­mia­łeś sobie do końca, co robisz i dla­czego, i ta sprawa wydaje ci się tro­chę tajem­ni­cza, należy ci się małe wyja­śnie­nie.

Zacznę od zwró­ce­nia ci uwagi na to, iż książka ta zja­wiła się w twoim życiu w samą porę, w naj­wła­ściw­szym momen­cie. Teraz jesz­cze nie zda­jesz sobie pew­nie z tego sprawy, ale kiedy będziesz miał już za sobą doświad­cze­nie, które jest dla cie­bie przy­go­to­wane, zyskasz co do tego abso­lutną pew­ność. Wszystko prze­biega w dosko­na­łym porządku, a poja­wie­nie się tej książki w twoim życiu nie jest wyjąt­kiem od tej reguły.

Znaj­dziesz tu to, czego od dawna poszu­ku­jesz, za czym od dawna tęsk­nisz. Czeka cię tu naj­praw­dziw­szy kon­takt z Bogiem, być może pierw­szy w twoim życiu, a na pewno naj­now­szy.

To jest kon­takt jak naj­bar­dziej realny.

Bóg prze­mówi do cie­bie przeze mnie. Kilka lat temu nie ośmie­lił­bym się cze­goś takiego powie­dzieć; teraz mówię, ponie­waż sam tego doświad­czy­łem i stąd wiem, że to jest moż­liwe. Nie tylko moż­liwe – odbywa się nie­ustan­nie. Tak jak dzieje się ta rzecz pomię­dzy nami za pośred­nic­twem tych słów, tu i teraz.

Trzeba, abyś znał swój w tym udział, podob­nie jak przy­czy­ni­łeś się do tego, że ta książka tra­fiła w twoje ręce. Wszy­scy bez wyjątku odpo­wia­damy za wyda­rze­nia wystę­pu­jące w naszym życiu i wspól­nie z Jedy­nym Wiel­kim Stwórcą powo­łu­jemy do ist­nie­nia oko­licz­no­ści, które do każ­dego z tych wyda­rzeń pro­wa­dzą.

Pierw­szy etap moich roz­mów z Bogiem w twoim imie­niu miał miej­sce w latach 1992–1993. Napi­sa­łem wów­czas gniewny list do Boga, doma­ga­jąc się wyja­śnie­nia, dla­czego moje życie jest jed­nym pasmem tarć i nie­po­wo­dzeń. Dosłow­nie wszystko, począw­szy od miło­snych związ­ków, przez pracę, do sto­sun­ków z dziećmi i do zdro­wia – wszystko – nazna­czone było walką i porażką. W liście zażą­da­łem, aby Bóg odpo­wie­dział mi dla­czego – i czego potrzeba, aby zaczęło mi się wresz­cie w życiu ukła­dać.

Ku mojemu zdu­mie­niu, Bóg mi odpi­sał.

Spo­sób i treść tych odpo­wie­dzi dały począ­tek książce, opu­bli­ko­wa­nej w maju 1995 roku pod tytu­łem Roz­mowy z Bogiem, księga pierw­sza. Może o niej sły­sza­łeś, nie­wy­klu­czone, że ją prze­czy­ta­łeś. Jeśli tak, to nie potrze­bu­jesz dal­szego wpro­wa­dze­nia do niniej­szej książki.

Jeśli pierw­sza część nie jest ci znana, mam nadzieję, że wkrótce zmieni się ten stan rze­czy, gdyż szcze­gó­łowo opi­suje ona to, jak doszło do jej powsta­nia, i zawiera odpo­wie­dzi na wiele pytań na temat życia każ­dego z nas – doty­czą­cych pie­nię­dzy, miło­ści, seksu, Boga, zdro­wia i cho­roby, jedze­nia, związ­ków z innymi ludźmi, „godzi­wej pracy” i wielu innych codzien­nych spraw, któ­rymi tutaj się nie zaj­mu­jemy.

Gdy­bym miał pro­sić Boga, aby uczy­nił teraz coś dla świata, popro­sił­bym o prze­ka­za­nie wie­dzy, która zna­la­zła się w czę­ści pierw­szej Roz­mów z Bogiem. Zgod­nie z przy­rze­cze­niem (Zanim zapy­tasz, otrzy­masz odpo­wiedź) Bóg już to uczy­nił.

 

Mam więc nadzieję, że po prze­czy­ta­niu niniej­szej książki (a może nawet w trak­cie czy­ta­nia) się­gniesz po pierw­szą część. To sprawa wyboru, a Wolny Wybór przy­wiódł cię do tych stro­nic w tej chwili. Tak jak wytwo­rzył wszel­kie twoje doświad­cze­nia. (Kon­cep­cję tę wyja­śnia wła­śnie część pierw­sza).

Wstęp do księgi dru­giej powstał w marcu 1996; ma on na celu krót­kie wpro­wa­dze­nie do jej tre­ści. Podob­nie jak w czę­ści pierw­szej, infor­ma­cje docie­rały do mnie w spo­sób zadzi­wia­jąco pro­sty. Na pustej kartce papieru pisa­łem pyta­nie – dowolne… zazwy­czaj pierw­sze, jakie przy­szło mi do głowy, i ledwo koń­czy­łem pisać, już powsta­wała w mym umy­śle odpo­wiedź, jakby Ktoś szep­tał mi do ucha. Wyglą­dało to jak dyk­tando!

Z wyjąt­kiem tych kilku począt­ko­wych uwag cały mate­riał tej książki zapi­sany został mię­dzy wio­sną 1993 roku i latem roku następ­nego. Pra­gnę przed­sta­wić ci go tak, jak go otrzy­ma­łem…

* * *

Jest Wiel­ka­noc 1993 roku. Zgod­nie z pole­ce­niem, wycze­kuję z ołów­kiem w ręku i kartką papieru, gotowy do dzieła, do dru­giego etapu.

Powi­nie­nem jed­nak wyja­śnić, że to Bóg mnie o to popro­sił. Wyzna­czył mi datę. Dziś mamy roz­po­cząć pisa­nie dru­giej książki z pla­no­wa­nej try­lo­gii – książki, która będzie wspól­nym doświad­cze­niem Boga, moim i twoim.

Nie mam poję­cia, o czym będzie w niej mowa, jakie poru­szymy tematy. To dla­tego, że nie mam żad­nej jej wizji w gło­wie. Nie mogę. Nie ja mam decy­do­wać, co się w niej znaj­dzie, lecz Bóg.

Rok temu – w Wiel­ka­noc – Bóg nawią­zał ze mną dia­log. Wiem, że to brzmi nie­po­waż­nie, ale to istot­nie miało miej­sce. Jakiś czas temu nasza roz­mowa dobie­gła końca. Naka­zano mi odpo­czy­nek… i zara­zem wyzna­czono ter­min wzno­wie­nia dia­logu.

Ty też jesteś z nami umó­wiony. I poja­wiasz się tak, jak było usta­lone. Widzę wyraź­nie, że ta książka powstaje nie dla mnie, lecz dla cie­bie przeze mnie. Zapewne poszu­ki­wa­łeś Boga – wypa­try­wa­łeś znaku od Niego – od dawna. Ja rów­nież.

Dziś razem odnaj­dziemy Boga. To nie­zmien­nie naj­lep­szy spo­sób na tra­fie­nie do niego. Razem. Ni­gdy nie znaj­dziemy Boga oddzie­leni. Mam tu na myśli dwa zna­cze­nia. Cho­dzi mi o to, że ni­gdy nie znaj­dziemy Boga, dopóki sami będziemy oddzie­leni jeden od dru­giego. Pierw­szym bowiem kro­kiem do odkry­cia, że nie jeste­śmy oddzie­leni od Boga, jest odkry­cie, że nie jeste­śmy oddzie­leni od sie­bie nawza­jem. Tak długo jak nie uświa­do­mimy sobie, że wszy­scy sta­no­wimy Jed­ność, tak długo nie możemy wie­dzieć, że my i Bóg to Jed­ność.

Bóg nie jest od nas oddzie­lony, nam tylko się zdaje, że my ist­nie­jemy osobno.

To błędne prze­ko­na­nie jest sze­roko roz­po­wszech­nione. Wydaje nam się też, że ist­nie­jemy w ode­rwa­niu od dru­giego czło­wieka. Naj­szyb­szym spo­so­bem na „zna­le­zie­nie Boga”, jak się prze­ko­na­łem, jest odna­le­zie­nie sie­bie nawza­jem. Wyj­ście z ukry­cia przed dru­gim czło­wie­kiem. I oczy­wi­ście przed samym sobą.

Naj­prę­dzej można to osią­gnąć, gło­sząc prawdę. Każ­demu. O każ­dej porze.

Zacznij mówić prawdę teraz i ni­gdy nie prze­sta­waj. Na począ­tek mów prawdę o sobie. Następ­nie powiedz sobie prawdę o dru­gim czło­wieku. Potem ogłoś prawdę o sobie dru­giemu i dru­giemu prawdę o nim samym. Na koniec mów prawdę każ­demu o wszyst­kim.

Oto Pięć Stopni Gło­sze­nia Prawdy. To pię­cio­stop­niowa droga do wol­no­ści. Prawda cię wyzwoli.

W tej książce jest mowa o praw­dzie. Nie mojej, lecz Boga.

Nasz począt­kowy dia­log – Boga i mój – zakoń­czył się przed mie­sią­cem. Zakła­dam, że ten prze­bie­gać będzie podob­nie jak za pierw­szym razem. To zna­czy, ja sta­wiam pyta­nia, a Bóg odpo­wiada. Chyba prze­rwę pisa­nie i zadam Bogu pyta­nie.

Boże, czy tak wła­śnie poto­czy się nasza roz­mowa?

Ow­szem.

Tak jak przy­pusz­cza­łem.

Tyle że w tej książce sam poru­szę pewne tematy, z wła­snej ini­cja­tywy. W pierw­szej czę­ści raczej tego nie prak­ty­ko­wa­łem, jak wiesz.

Wiem. Dla­czego wpro­wa­dzasz tę inno­wa­cję?

Ponie­waż ta książka powstaje na Moje życze­nie. Naka­za­łem ci się tu sta­wić – jak sam zauwa­ży­łeś. Pierw­szą książkę ty zaini­cjo­wa­łeś. Mia­łeś swoje sprawy do zała­twie­nia. W tej książce nie masz swo­ich spraw. W tej książce wypeł­niasz jedy­nie Moją wolę.

Tak. Masz słusz­ność.

Słusz­ność, Neale, to bar­dzo dobra rzecz. Życzę jej tobie – oraz innym – jak naj­wię­cej.

Ale sądzi­łem, że Twoja wola jest moją wolą. Jak mogę nie wypeł­niać Two­jej woli, jeśli pokrywa się z moją?

To dość zawiła kwe­stia – i dobrze się sta­nie, jeśli od niej zaczniemy ten dia­log.

Wróćmy do tego, co powie­dzia­łeś. Ja prze­cież ni­gdy nie twier­dzi­łem, że Moja wola jest twoją wolą.

Jak to? W poprzed­niej książce oznaj­mi­łeś mi wyraź­nie: „Twoja wola jest Moją wolą”.

Istot­nie – ale to nie to samo.

Czyżby? Więc dałem się nabrać.

Kiedy mówię: „Twoja wola jest Moją wolą”, to nie zna­czy to samo co Moja wola jest twoją.

Gdy­byś zawsze speł­niał Moją wolę, nic nie sta­łoby już na prze­szko­dzie, abyś osią­gnął Oświe­ce­nie. Pro­ces już by dobiegł końca. To już by się stało.

Gdy­byś choć przez jeden dzień czy­nił wyłącz­nie Moją wolę, dostą­pił­byś Oświe­ce­nia. Gdy­byś wypeł­niał Moją wolę przez te wszyst­kie lata swo­jego życia, czy potrze­bo­wał­byś naszych roz­mów? Chyba nie.

Zatem nie wypeł­niasz Mojej woli, co wię­cej, nawet jej nie znasz.

Nie znam?

Wła­śnie.

To dla­czego mi jej nie oznaj­misz?

Oznaj­miam, ale ty nie słu­chasz. A kiedy słu­chasz, tak naprawdę nie sły­szysz. A kiedy usły­szysz, nie wie­rzysz, a kiedy uwie­rzysz w to, co sły­szysz, i tak nie sto­su­jesz się do zale­ceń.

Stwier­dze­nie, że Moja wola jest twoją wolą, mija się więc mocno z prawdą.

Z dru­giej jed­nak strony, twoja wola istot­nie jest Moją wolą. Po pierw­sze, ponie­waż ją znam. Po dru­gie, ponie­waż ją akcep­tuję. Po trze­cie, ponie­waż ją pochwa­lam. Po czwarte, ponie­waż ją kocham. Po piąte, ponie­waż uznaję ją za swą wła­sną i nazy­wam Moją.

Wynika stąd, że ty masz wolną wolę postę­po­wa­nia, jak ci się podoba – a Ja, powo­do­wany bez­wa­run­kową miło­ścią, przyj­muję ją jako Moją wła­sną.

Tak więc, aby Moja wola stała się twoją, musiał­byś zro­bić to samo. Po pierw­sze, musiał­byś ją znać. Po dru­gie, musiał­byś ją zaak­cep­to­wać. Po trze­cie, musiał­byś ją pochwa­lać. Po czwarte, musiał­byś ją poko­chać. Po piąte, musiał­byś ją uznać za swą wła­sną.

W całej histo­rii ludz­kiej rasy nie­wielu sto­so­wało się do tych zasad kon­se­kwent­nie. Garstka sto­so­wała się do tego nie­mal zawsze, wielu czę­sto, jesz­cze wię­cej od czasu do czasu. Wła­ści­wie każ­demu zaś zda­rzyło się zasto­so­wać do nich choć raz – cho­ciaż są tacy, któ­rzy nie uczy­nili tego ni­gdy.

Do któ­rej kate­go­rii ja się zali­czam?

Czy to ważne? Do któ­rej kate­go­rii chcesz nale­żeć od tej chwili? Czy to nie traf­niej­sze pyta­nie?

Ow­szem.

I jak brzmi twoja odpo­wiedź?

Chciał­bym nale­żeć do pierw­szej kate­go­rii. Chciał­bym znać i wypeł­niać Twoją wolę zawsze.

To chwa­lebne, lecz raczej nie­wy­ko­nalne.

Dla­czego?

Ponie­waż musisz jesz­cze prze­być długą drogę roz­woju, nim będziesz mógł to o sobie oświad­czyć. Ale powia­dam ci: mógł­byś to osią­gnąć, mógł­byś dostą­pić Bosko­ści w tej sekun­dzie, gdy­byś zechciał. Twój roz­wój nie musi trwać tak długo.

To dla­czego zabiera mi to tyle czasu?

W rze­czy samej. Dla­czego? Na co wła­ści­wie cze­kasz? Nie sądzisz chyba, że to Ja cię wstrzy­muję?

Nie. To dla mnie jasne, że sam się wstrzy­muję.

To dobrze. Jasność widze­nia to pierw­szy krok do dosko­na­ło­ści ducho­wej.

Chciał­bym osią­gnąć duchową dosko­na­łość. Jak tego doko­nać?

Czy­taj dalej tę książkę. Zabie­ram cię wła­śnie w tam­tym kie­runku.