Ostatnich gryzą psyTekst

Autor:Naval
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnich gryzą psy
Ostatnich gryzą psy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Ostatnich gryzą psy
Ostatnich gryzą psy
Audiobook
Czyta Przemek Corso
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I. Naval. Początki

1. 11 września

2. Epoka Gierka

3. RAFAKO po raz pierwszy

4. WKU Rybnik

CZĘŚĆ II. Lubliniec – 1 Pułk Specjalny

5. Szeregowy elew

6. Ostatnich gryzą psy

7. Pierwsza szkolna

8. Kapral

9. Kielce

10. PKW Liban

11. RAFAKO po raz drugi

CZĘŚĆ III. Selekcja

12. Legionowo

13. Na Prehybę i z powrotem

14. Bieszczady

15. Wojskowa komisja lekarska

CZĘŚĆ IV. Grupa reagowania operacyjno-mobilnego

16. Falstart

17. Komenda ochrony

18. Kurs podstawowy

19. Szkól się tak, jak będziesz walczyć

20. Taktyka czarna

21. Taktyka zielona

22. Taktyka niebieska

Bellona proponuje

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

Kamila Szkolnik-Gołdyn

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Bożena Nowicka

Korekta

Ewa Grabowska

Copyright © by Naval, Warszawa 2017

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2017

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

faks 22 652 27 01

biuro@bellona.pl

ISBN 9788311144651

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

„Chcąc pracować w jednej z najlepszych jednostek na świecie, trzeba się godzić z najcięższym treningiem i liczyć się z najbardziej bolesnym poświęceniem”.

Mój przyjaciel Tylut

Pamięci chłopaków, którzy oddali swoje życie, abyście mogli żyć bezpiecznie i czytać takie książki jak ta.

„Szczupły”

„Kaśka-Żuku”

„Diabeł”

„Ousi”

„Poziomka”

„Witek”

„Mirek”

„Krzychu”

„Gienek”

CZĘŚĆ I Naval. Początki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. 11 września

Maska dobrze przylega mi do twarzy. Robię przysiad, by pozbyć się jak najwięcej powietrza z kombinezonu nurkowego. Odchylam kryzę i słyszę, jak syczy, wydostając się szparą. Wstając, czuję, że gumowa powłoka ściska mi ciało, garby pofałdowanej gumy wyglądają jak nadmiar skóry u jaszczurki o czarnym kamuflażu. Wkładam automat oddechowy do ust. Patrzę na Bodka, który już na mnie czeka na skraju betonowego nabrzeża. Lekkie skinienie głową i robimy stanowczy krok do przodu, by po sekundowym opadaniu poczuć, jak o poranku budzi nas wrześniowa woda Bałtyku. Robimy próbne zanurzenie. Woda w kanale portowym nie jest zbyt przejrzysta, tak więc po wyszasowaniu się gdzieś na dwóch metrach musimy przed samym okularem maski nurkowej pokazać sobie nawzajem, że jest okej. I jest okej. Kciuk do góry, wypuszczamy powietrze z płuc i spotykamy się na powierzchni.

Zadanie na dziś to pływanie na dystansie. Rozciągnięta pomiędzy dwoma bojami linka wyznacza nasz dzisiejszy stupięćdziesięciometrowy dystans, który mamy pokonać dziesięciokrotnie, czyli, jak łatwo obliczyć, przed nami półtora kilometra. Jak to zwykle bywa, gdy jest się młodym, a tu ja nim jestem, do mnie należy ciąganie za sobą czerwonej boi na znak, gdzie się nasza dzielna para podziewa i w jakim tempie przebiera płetwami, rozdzierając mroczną toń Zatoki Gdańskiej. Płynę trochę z tyłu za Bodkiem, lubię z nim nurkować, nie przesadza z tempem, dziś to szczególnie ważne, by się całkowicie nie spalić. Mamy na popołudnie zaplanowane zdawanie wuefu, a to w wojsku rzecz święta. Ot, takie coroczne zawody. Ale na razie muszę równo machać płetwami. Jest to kolejny dzień kursu nurkowego, utrzymanie się w toni nie stanowi więc już dla mnie problemu, jedyne, nad czym muszę zapanować i nadal się tego uczę, to to, by przez pół godziny nie zużyć całego zapasu powietrza, a pod wodą jakoś bardziej chce się mi oddychać niż na powierzchni.

To nie tylko rytuał, ale i wymóg, by po nurkowaniu wejść pod prysznic w całym sprzęcie i obmyć się ze słonej wody. Sprzęt obsłużony, dopiero teraz mam w głowie zaliczenie wuefu. Z Warszawy przyjechał gość ze szkoleniówki. Nie ma ściemy i egzamin jest w pełnej regulaminowej oprawie. Choć większość nas codziennie dozuje sobie o wiele więcej wysiłku, to i tak naocznie musimy udowodnić, że się podciągamy, biegamy i takie tam. No oczywiście należy to zrozumieć, bo są też tacy żołnierze co, że tak powiem, stronią od wysiłku fizycznego. A i u nas ostatnimi czasy znaleźli się chętni do bycia komandosami z nadania, mamy więc nie lada zabawę, chórem licząc im podciągnięcia do trzech. Ich popisy dzieli występ na drążku Stacha, który, mając już pięćdziesiąt wiosen, od niechcenia zalicza dwadzieścia podciągnięć. Choć na piątkę trzeba zrobić osiemnaście, to jakoś nikt nie robi mniej. No, jak Stachu machnął dwadzieścia, to młodsze roczniki nie mogą się oszczędzać. Na piątkę trzeba też zrobić osiemdziesiąt brzuszków w dwie minuty i tu nikt nie przesadza z zawyżeniem normy. Przed obiadem jeszcze biegniemy sprint w dyscyplinie wahadłowej, czyli dziesięć metrów tam i z powrotem dziesięć razy. Ot, taka rozgrzewka przed obiadem. Dopiero na deser będzie bieg na trzy kilometry – wisienka na torcie.

Podczas obiadu dochodzą nas słuchy, że w Stanach jakiś samolot zahaczył o jeden z wieżowców w Nowym Jorku i jest dużo ofiar. No cóż, nikt nie wie, co przyniesie dzień, takie życie. Nie przejadam się, choć głodny jestem jak wilk, bo woda wyciąga. Po obiedzie, po małej drzemce, budzi się we mnie dusza sportowca. Jestem więc gotów na zmierzenie się z chłopakami. Większość to moi dobrzy kumple z kursu podstawowego. Teraz jako instruktorzy na kursie nurkowym mają zabawę, podtapiając mnie ponad przydział. Dlatego obiecuję sobie, że pokażę im plecy. Taki mam zamiar. Na kursie nurków działań bojowych nie ma niestety zbyt dużo czasu na bieganie i szlifowanie formy. Pożegnanie na starcie biegu brzmi zaskakująco – mamy biec szybko, bo ponoć będziemy się pakować i wracać do Warszawy. Ale o co chodzi? Nikt nic nie wie. No i START. Nie pamiętam takiego biegu na egzaminie w firmie, by się wolno biegało lub by ktoś nie pobił życiowego rekordu. Schemat biegu jest prosty – przód ciągnie, a tył pcha. Dlatego na tej fali biegowi maruderzy nie wierzą na mecie w swe sportowe osiągnięcie.

Biegnie mi się dobrze, tym bardziej że nie biegniemy bieżnią wkoło boiska, tylko na trasie od Westerplatte w stronę Przeróbki. Tak jakoś jest, nie wiem czemu, że na prostym odcinku, takim jak ten, tempo jest zawsze szybsze niż na bieżni. Te biegi są do siebie bardzo podobne, do połowy dystansu biegniemy w peletonie i to mi bardzo pasuje. Wolę, jak z początku ktoś narzuca dobre tempo, a wybitnych biegaczy wkoło mnie sporo i niby nie ma rywalizacji i na piątkę wystarczy 11:30, ale po prędkości widać, że nie ma miękkiej gry. Asfalt nagrzany jest popołudniowym słońcem i zaczyna mi być sucho w gard-le. Na tyle sucho, że tuż przed metą wyprzedza mnie Edek i wprawdzie z dobrym czasem, bo 10:22, ale jestem drugi. No nic, tłumaczę sobie oddanie pierwszeństwa respektem przed instruktorem. W wybornych humorach wracamy do bazy, lecz na dziś to koniec wesołości. Jest decyzja z Warszawy, że mamy się natychmiast pakować. Całą jednostkę postawiono w stan gotowości bojowej. Obraz przekazywany na żywo w telewizji nie wymaga komentarza, serce podchodzi do gardła na widok walących się nowojorskich wież.

 

2. Epoka Gierka

Jak na trzylatka biegłem naprawdę szybko, co chwilę oglądając się, żeby zobaczyć, czy ona wciąż jest za mną, ona – czyli starsza o cztery lata kuzynka. Od babci do naszego nowego domu był niespełna kilometr i sam chciałem tam trafić, nie potrzebując żadnego anioła stróża, a tym bardziej anielicy. Facet, mając trzy i pół roku, wiedział swoje i chętnie bym jej wtedy uciekł, ale była starsza i miała przewagę szybkości. To była dla mnie ujma, przecież to dziewczyna! Takie to już życie, że od najmłodszych lat albo ktoś nas goni, albo my za czymś biegniemy. Słyszeliście zapewne o podziale klasowym w równym komunistycznym społeczeństwie. Mnie zdarzyło się urodzić w rodzinie robotniczo-chłopskiej. Inaczej tego nazwać nie można, patrząc z perspektywy Polski lat siedemdziesiątych. Rodzice ciężko pracowali, by wybudować dom i nakarmić naszą trójkę. W epoce Gierka udało mi się posmakować szkloków i wyrobów czekoladopodobnych popijanych oranżadą, zanim nastał Jaruzelski i lata osiemdziesiąte, w których już tylko z opowieści Mamy słyszałem, że kiedyś w sklepie prócz półek były jeszcze słodycze. Życie w tamtych czasach dzieciaków nie rozpieszczało, o tym, że gdzie indziej jest lepiej, nie wiedzieliśmy, bo i skąd. Ameryka czy Zachód były tak samo odległe jak gwiazdy na niebie, które są, ale tak naprawdę, co kogo one w tej oddali obchodziły. Czasami tylko jakaś gwiazda spadła z ciemnego nieba, tak jak paczka z „rajchu” do sąsiada, i wtedy udało się posmakować inności. Na co dzień była szarość taka jak okładka zeszytów oferowanych w sklepie papierniczym. Ale to było jednak dzieciństwo, którego źle nie wspominam. W tym czasie ukształtował się mój charakter, który pchał mnie do przodu, bo chciałem zobaczyć, co jest za kolejną górką, a może nawet zajść dalej niż inni.

Ćwicząc w wojsku na wszelkich torach sprawnościowych, zacząłem się zastanawiać, dlaczego z taką łatwością przychodzą mi różne zręcznościowe wygibasy. Tory przeszkód są zmyślnymi budowlami, to równoważnie, ściany do wspinania się, płoty, rowy, tunele w niedokończonych domach itd. Przebieganie po nich nigdy nie sprawiało mi problemów, co więcej, było wręcz frajdą. Tak zapamiętałem te harce w ogrodzie babci i na okolicznych budowach. Urodziłem się w dużym poniemieckim familoku, dziadek z babcią po przybyciu na tak zwane ziemie odzyskane dostali go w zamian za to, co zostawili na Kresach przedwojennej Polski. Jestem pewien, że nic im nie było w stanie wynagrodzić tego, co pozostawili, tam była dla nich Polska, tam byli u siebie.

Dom zagospodarowali na wielomieszkaniowy blok, w którym z czasem ich dzieci wychowywały swoje dzieci. Za domem posadzili wielki sad, a wkoło był duży kawał pola czekającego na ciężką pracę. Gdy się urodziłem, dziadka już nie było, pozostała cudowna babcia i ogród, który był moim pierwszym torem przeszkód. Mieszkała nas tam spora gromadka, ogród tętnił więc życiem. Rosły w nim wielkie orzechy, rząd czereśni, grusze i jabłonie, i choć sad był wielki, trzeba było stoczyć wiele walk, aby dostać się na najlepsze drzewo, czyli zarazem najwyższe. Starsze siostry i kuzynostwo bronili dostępu do najwyższych partii potężnych orzechowców, bo któż chciałby siedzieć na niższej gałęzi. Na dodatek byłem smarkaczem, którego trzeba było pilnować. A że z góry lepiej widać, to argument, by mnie oraz kuzyna, jeszcze większego smarkacza, bo o rok młodszego, nie puszczać, był słuszny.


Na rękach ukochanej babci Gienii. W tyle sad, który był moim pierwszym torem przeszkód, 1977 rok

Oczywiście nie jestem wyjątkiem, całe nasze pokolenie urodzone w latach siedemdziesiątych ma podobne wspomnienia z dzieciństwa. To była jedyna rozrywka, my, dzieci z przedmieść i wiosek, mieliśmy sady, ogrody, lasy, a dzieciaki z miast trzepaki i mizerne łańcuchowe huśtawki w blokowiskach, place zabaw wtedy były jeszcze rzadkością. Na swoim terenie znałem każde drzewo. Oczywiście im wyższe, tym wspanialszy był widok na okolicę. To wspinając się po nich, mój młody organizm nabierał sprawności i siły, a odwaga, hm, po prostu nie czuło się strachu i tyle, o lęku wysokości nikt wtedy nie słyszał.

Kiedyś jednak trochę się bałem, mimo że wiele razy spadłem z drzewa, ale raz dość nieszczęśliwie, bo akurat na kawałek szkła i przeciąłem w poprzek stopę. Byłem w strachu, że jeszcze w tyłek dostanę za rozwalenie nogi. Ale co tam, i tyłek, i stopa zagoiły się jak na psie. Tak jak już wspomniałem, gdy miałem trzy lata, przeprowadziliśmy się z ojcowizny mojego taty do własnego, nowo wybudowanego domu. Gierek pozwolił się budować, dlatego na polach okalających nie tylko Racibórz, ale wszystkie polskie miasta powstawały przedmieścia złożone z kwadratowych domków, najlepiej bliźniaków, by o koszt jednej ściany było taniej. Pierwszego okresu po przeprowadzce nie wspominam zbyt dobrze. Wybudowaliśmy się na ulicy jako pierwsi, nie było więc w pobliżu żadnych dzieci. Siostry, starsza o pięć lat Ewa i o cztery lata Jola, nie chciały mieć ze mną za wiele wspólnego. A do kuzyna, który pozostał w dawnym domu, nie wiadomo dlaczego było dla czterolatka za daleko, by go samego puszczać.

Oddaliłem się od ogrodu tylko o kilometr, to tam skakaliśmy po drzewach jak małpy, tam byłem wolny, tam była ukochana babcia czuwająca nad naszym bezpieczeństwem. Teraz dostałem pokój, w którym byłem sam, po sąsiedzku były, co prawda, siostry, ale co to oznacza, wie tylko ten, kto miał starsze rodzeństwo. Wojna domowa była na porządku dziennym. Pokój nastawał z chwilą powrotu rodziców z pracy. Panował wtedy niepisany pakt o nieagresji i nie pamiętam, by któreś z nas się skarżyło.

Z czasem jednak zacząłem dostrzegać zalety mojego nowego miejsca. Po mroźnej zimie w 1978 roku, którą pamiętam jako coś wspaniałego, bo były tak wielkie zaspy, że wydrążone tunele stanowiły ciąg labiryntów, w których nie trzeba się było nawet schylać, nastała wiosna. Wyobraźcie sobie ulicę, na której po obu stronach rozpoczęto budowy domów jednorodzinnych, rosłem razem z tymi budowami. Nie to, żebym zapomniał o sadzie, ale tu powstał prawdziwy tor przeszkód. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych budowało się własnym sumptem i z tego, co było pod ręką. Budowanie domu mogło trwać kilka lat. Ludzie nie byli leniwi, ale po prostu gospodarka planowa zapomniała o indywidualnym odbiorcy i nie było z czego budować. Niejeden dom stał niedokończony długi czas i stanowił, wraz z kupą piasku obok, wspaniałe miejsce do zabaw. Na ulicy zaczęło przybywać dzieciaków. Jedne się wprowadzały, inne przyjeżdżały z rodzicami, którzy każde popołudnie spędzali na budowie, by jak najszybciej przeprowadzić się na swoje. Tak więc gromada dzieciaków bawiła się na ulicy lub na pobliskiej budowie, na której akurat nie trwały prace.

Mnie wolno było oddalać się tylko do drugiego sąsiada, ale co tam, ciekawość świata powodowała pewną niesubordynację. Na jednej z wolno stojących posesji zrobiliśmy boisko, które było taką pokusą, że nie liczył się strach przed burą za spóźniony powrót do domu. Zawsze słyszałem, że nie ma zgody na to, by wychowała mnie ulica. Ale nie chciałem sam siedzieć w pokoju, wolałem grać z Przemkiem, Krzyśkiem i innymi chłopakami w piłkę i palanta. Dzielnica, w której mieszkałem, nazywała się Ocice i była podzielona na poddzielnice: Ocice Górne, Ocice Dolne i Ocice Wieś. Ocice były przedwojennymi peryferiami Raciborza. Na potrzeby komunalne i zakładu przetwórstwa warzywno-owocowego wybudowano tam szeregowe domki, w których mieszkały po cztery rodziny. Były ponoć też miejscem, w którym w oddaleniu od miasta lokowała się miejscowa elita, dlatego Ocice szybko zasłużyły sobie na drugą nazwę – klaine Moskau, czyli mała Moskwa. W nazewnictwie potocznym funkcjonował przedwojenny podział dzielnicy, czyli był: Sztatrand, Noiland, Zyglunki i Zajdel. Zajdel był fabryką produkującą markowe wina i dżemy mniej sławne.

Po szkole, w domu, nigdy się nie nudziłem. Można powiedzieć, że samo życie dbało o naszą krzepę. Mam na myśli to, że czyi rodzice mieli większe pole, ten był silniejszy, bo od najmłodszych lat trzeba było po prostu pomagać rodzicom. Zrozumie to ten, kto miał do obrobienia hektar truskawek lub inne obowiązki. My hektara pewnie nie mieliśmy, ale swoje ary trzeba było obrobić. Dla mnie każdy rządek to była męka. Zbierania truskawek szczerze nie lubiłem, ale zawsze byłem chętny do noszenia koszyczków. Farmerstwo dla początkujących. Dla sześcio- czy siedmiolatka po dwa koszyczki w dłoni, a z czasem na zakładkę po cztery, to prawdziwy marsz farmera. Kończyły się truskawki, zaczynały czereśnie. Czereśnie uwielbiałem zrywać. Wysoko na drzewie, mając piękny widok na rolnicze tereny, czułem się wolny. Wujek Józek miał w okolicy chyba największy sad czereśniowy. Dobrze wspominam tamte lata. Za sumienną pracę zawsze był godziwy zarobek. Zrywałem czereśnie od świtu do zmroku. Podziwiałem facetów, którzy przestawiali od drzewa do drzewa sięgające do nieba drabiny. Sam się nieraz nieźle nagimnastykowałem, by taką drabinę dobrze postawić. Nie chciałem pomocy starszych, bo, co tam, dam sobie radę. Mając dziesięć lat, tańczyłem z drabinami po sadzie jak baletnica, a z czasem one już nie były takie ciężkie. W przerwach z kuzynem Piotrkiem skutecznie z wiatrówki zwalczaliśmy szpaki, potem w wojsku nie miałem problemu z celnym strzelaniem.


Konno przez Dunajec z wujkiem Jankiem, bratem mamy, 1982 rok

By zarobić własny grosz, robiło się wszystko. Chodziło podawać cegły na budowę czy zbierać ziemniaki. W moim przypadku wolałem nosić worki z ziemniakami. I tak mijał rok za rokiem, mniej nauki, więcej pracy, bo po co się uczyć, jak i tak z tego pieniędzy nie będzie. W szkole nie uczyłem się źle, ale, jak to się mówi, zdolny, ale leń. A do tego nauczyciele z powołaniem trafiali się rzadko. Do czwartej klasy wszyscy lubiliśmy matematykę. Potem już nie. Za to na historii i geografii siedziałem wpatrzony w panią, która opowiadała o królach, bitwach, morzach i odkrywcach. Siadywałam potem w domu nad atlasem i palcem po mapie zwiedzałem kontynenty i kraje. Jak obco i niedostępnie wyglądała Afryka i Himalaje. A ktoś, kto brał udział w powstaniu warszawskim, był tak samo odległy, jak powstaniec listopadowy czy woje Mieszka I.

Szkoła za to dawała szanse na rozwój fizyczny, i to nie tylko na wuefie. Dyrektor chętnie zwalniał z zajęć siódme i ósme klasy, aby zajęły się malowaniem płotu, wrzucaniem kilkunastu ton węgla do piwnicy i przesypaniem go w miarę potrzeby z pomieszczenia do pomieszczenia. Za to dostawaliśmy obiad w stołówce, chętnie więc te wszystkie prace wykonywaliśmy.

Podstawówka naprawdę była dobrą szkołą. Sami swoi, wszyscy z jednej dzielnicy, znali się rodzice, znały dzieci i nauczyciele, jeśli ktoś coś nabroił, to i ksiądz z ambony palcem pogroził. A dyrektor nie musiał patrzeć do dziennika, by wiedzieć, kto jest kto, bo uczył również naszych rodziców, a teraz z nami się użerał jak kilkanaście lat temu z nimi. Powtarzano, że im klasa starsza, tym gorsza, ale nie było jakichś strasznych przewinień, wybita szyba, bójka na przerwie, naprawdę nic wielkiego.

Moim największym przestępstwem było niewracanie do domu na czas. Ale jak można było wrócić na czas, gdy akurat najlepsi koledzy grali w piłkę. A w piłkę grać lubiłem, i to bardzo. Lubiłem też biegać. Biegałem czasami z uczniami z wyższych klas i nie ustępowałem starszym kolegom. Co zaś do biegania za piłką na boisku, nie zawsze przekładało się ono na wynik gry. To, że wszędzie mnie było pełno, nie dawało efektu, ale tak to już jest w futbolu, że nie zawsze wygrywa ten, co przebiegnie więcej kilometrów.

3. RAFAKO po raz pierwszy

Na zakończenie szkoły podstawowej dyrektor, drąc mój zeszyt do historii na strzępy, spytał, dlaczego idę do zawodówki, a nie do jakiegoś technikum? Dwója za zeszyt na koniec roku nie przeszkodziła, bym z tego przedmiotu dostał piątkę. Zeszyt trafił do kosza, a ja… Co tu ze sobą zrobić, prawie wszystkie chłopaki szły do zawodówki. Marzeniem było dostać się do szkoły potocznie zwanej „mechanikiem”, aby wyuczyć się zawodu mechanika samochodowego. Dziewczyny to w większości były przyszłe krawcowe i fryzjerki. Tylko nieliczni szli do szkół, które kończyły się maturą. Ja, trochę pozostawiony samemu sobie w tej decyzji i z braku innych propozycji, złożyłem dokumenty do szkoły przyzakładowej RAFAKO, by wyuczyć się zawodu ślusarz-spawacz, czyli robotnik wykwalifikowany. Plusy były dość znaczące: fach w rękach, fabryka niedaleko i duża, może nie zamkną, no i prąd w domu za darmo. Dla czternastolatka to po prostu wymarzony start w dorosłość, tak wtedy było i nikt nie pomyślał, że może być inaczej. Słowo aspiracja funkcjonowało tylko w słowniku wyrazów obcych, kariera była zarezerwowana dla piosenkarzy, a ja śpiewałem tak sobie.

 

Dzisiaj patrzę na to trochę inaczej. Taki etap życia. Teraz wykształcenie zawodowe najbardziej sobie cenię ze wszystkich ukończonych fakultetów. Każdy młody chłopak chce mieć swoją kasę. Ja pierwsze pieniądze zarobiłem w wieku czterech lat, pomagając u cioci obrywać pędy truskawek. Ucząc się ślusarstwa, stałem się bardziej przydatny na budowach i prócz sezonowego zbierania czereśni miałem stałą fuchę u kolegi taty, pana Jurka, u którego razem z Przemkiem byliśmy pomocnikami dekarza. A że podczas robienia dachów nie może być fuszerki, prócz kasy dostałem w pakiecie naukę bycia solidnym.

To były dobre czasy. Pan Jurek był po szkole marynarki śródlądowej, często więc opowiadał nam swoje przeżycia z podróży po Odrze barkami wypełnionymi wszelkimi towarami. Wypływał też często za zachodnią granicę, dziś to brzmi prozaicznie, ale na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zagranica kojarzyła się z jednym: z lepszym życiem. My, mieszkając siedem kilometrów od Czechosłowacji, nigdy tam nie byliśmy.

Miałem szczęście do dobrych rzemieślników. Wspólnikiem pana Jurka był pan Alek. Imponował mi tym, że pracował na wysokości, malował kominy i wysokie konstrukcje, a jakie przy okazji miał widoki! W tej pracy też nie mogło być bylejakości. Praca na dachach wymaga precyzyjnego rzemiosła, nie pamiętam, abyśmy musieli poprawiać dachy przez siebie robione, za to zdarzało nam się robić poprawki po innych. Bycia sumiennym uczono też na warsztatach RAFAKO. Dokładność mierzono suwmiarką, prześwity kątomierzem, a z czasem z wykonywanego spawu robiono zdjęcie rentgenowskie, aby sprawdzić, czy aby nie ma w nim za dużo żużlowej przestrzeni powodującej osłabienie łączenia stali. Czemu o tym piszę? Sumienność i dokładność wykonywania zadań w GROM-ie jest czymś naturalnym, bezdyskusyjnym.

Ale nie samym chlebem człowiek żyje. Sport to zdrowie, każdy to wie, nie liczę skręceń czy potłuczeń. Piłka nożna to nie tylko zdrowie, ale także sport, który łączył i pewnie łączy do dziś wielu chłopaków. W piłkę z chłopakami grało się zawsze i dosłownie wszędzie, na takich boiskach, z których przed meczem trzeba było wygonić krowy, bo nie na swoim się pasły. Z czasem w klubie już półprofesjonalnie, z obstawą sędziowską, na dobrych stadionach. Jakoś się wszystko godziło ze sobą. Czterech pancernych puszczali tylko w sobotni poranek podczas wakacji, Kloss był raz w tygodniu, a westerny w sobotę wieczorem, telewizja nie stanowiła więc żadnej konkurencji dla łobuzowania na dworze. Łobuzowanie z czasem przybrało na sile, bo byliśmy coraz sprawniejsi, celniej strzelaliśmy z procy i nogi dalej niosły. Trzeba więc było brać dodatkowe fuchy na dachu, żeby zapłacić za szyby powybijane w stojącym autobusie – kto nas wtedy zakablował, do dziś zachodzę w głowę.

Myślę, że bycie nastolatkiem to ciągła gonitwa za aspiracjami lub jak kto woli za idolami. Idole mają kasę, coś więcej potrafią lub znaczą coś więcej. Moje horyzonty się poszerzały, zacząłem pracować jako kelner w dyskotece „Doro” albo pomagałem na straganie sprzedawać ubrania z Turcji. Zainteresowałem się też nowym sportem – zapasami – poznałem nowych chłopaków w Unii Racibórz. Zaczęły nam wpadać do głowy ciekawe pomysły, jak tu pokombinować, by się nie napracować, ale zarobić. Upadła komuna, codzienność się szybko zmieniała. Bardzo żałowałem, że jestem dwa lata młodszy od kumpli, którzy mogli jeździć do Turcji po ciuchy, opowiadali, że w Berlinie Zachodnim też można zarobić, sprzedając papierosy. Dla przedsiębiorczej młodzieży mieszkanie blisko granicy zaczęło mieć swoje plusy – odkryliśmy Czechosłowację. Przepisy celne zmieniały się szybciej niż nasze wędrówki do Bohumina po piwo i wódkę. Czasami celnik wieczorem puszczał to, czego rano jeszcze nie było wolno przenieść. Zachowanie zimnej krwi i przechytrzenie celnika, który głęboko patrzył w oczy, pytając: „Macie coś więcej niż można…”, to kolejna życiowa nauka, wszak żołnierz jednostek specjalnych musi być opanowany, no i przebiegły.

Jedną taką sytuację bardzo dobrze pamiętam. Trzydziestego grudnia pojechałem z Przemkiem wcześnie rano do Bohumina, bo sylwester blisko, pić się chce, a przy okazji można było zarobić. Popyt na czeską wódkę był duży. Już gdy przechodziliśmy granicę, dotarła do nas wieść, że dziś sprawdzać będą dokładniej niż normalnie, ale co tam. Jeszcze wtedy nie znałem hasła „śmiały zwycięża”, ale widać miałem już coś takiego we krwi, że się ku niemu skłaniałem. Ubrany byłem w nową kurtkę, taką dwie w jednej, po bokach spięte zamkiem, torba, którą zabraliśmy ze sobą, miała podwójne dno. Policzyliśmy, że możemy schować dwanaście butelek gorbaczowa – ta wóda wtedy najlepiej schodziła. Jak to zrobiliśmy? Butelka gorbaczowa 0,7 litra była wysoka i wąska, idealnie pasowała do rękawa kurtki, każdy z nas miał więc już po dwie, ja kolejne cztery ukryłem w środku kurtki pomiędzy warstwami. Cztery wylądowały w torbie pod powłoką podwójnego dna. Kupiliśmy butelkę szampana, pomarańcze, słodycze, to wszystko w Czechach było sporo tańsze, a więc każdy się tam w te towary zaopatrywał.

Idąc do granicy, widzieliśmy, że ludzie są zawracani i kombinują, jak tu się prześlizgnąć. Może zmiana celników się trafi i nowi będą łaskawsi? A może ci, co teraz pracują zmiękną, bo to ostatni dzień roku? Z celnikami była taka niepisana umowa, że jak się przyznałeś, że masz więcej towaru, niż można przenieść, to zawracał bez konsekwencji. A jeśli go oszukałeś, a znalazł dobra ponad normę, to miś w paszport[1] i po zawodach. Celnicy nie zawsze sprawdzali, a straż graniczna to chłopaki z Raciborza, przymykali więc na nas oko. Podjęliśmy śmiałą decyzję: idziemy na pewniaka i twierdzimy, że prócz szampana, który był na wierzchu w torbie, owoców i słodyczy nic nie mamy. Przemek szedł pierwszy, kurtki mamy rozpięte, bo celnik na bank będzie macał po brzuchu i plecach. Serce wali jak szalone, torbę trzymamy na spółkę już otwartą do kontroli, na przejściu nikogo nie ma prócz dwóch celników. Na pytanie: „Ile wódki, chłopaki, macie?”, odpowiadamy krótko z uśmiechem: „Jesteśmy sportowcami i nie pijemy, mamy tylko szampana, owoce i słodycze”.


Pochód pierwszomajowy; choć ojciec mówił, że to pierwszy krok do wstąpienia w szeregi PZPR, ja w nim widziałem możliwość przygody, 1985 rok

Celnik spojrzał bystrym wzrokiem spod daszka czapki. Wytrzymałem spojrzenie. Pomacał Przemka po brzuchu i plecach, zerknął tylko na szampana w torbie, życzył udanego sylwestra i ustąpił z drogi, puszczając nas do ukochanej ojczyzny. Jak mi się wtedy ręce spociły, torba bardzo ciążyła, a jej uchwyty były napięte. Co tam więcej gadać, śmiały zwycięża, potem dopiero się dowiedziałem, że śmiałość musi być poparta dobrym planem, świetnym wyszkoleniem, niezawodnym sprzętem i oparciem w kolegach, ale to akurat miałem. Wracając do przekraczania granicy, tego dnia wielu wracało zalanych w trupa, ponieważ musieli skonsumować towar po czeskiej stronie.

O wojsku myślałem zawsze. Żołnierzyki stały u mnie w rzędach na półce. Najbardziej ceniłem figurkę Indianina, świetnie sobie radził podczas zasadzek, ale to już inna bajka. Skończyłem zawodówkę i nadszedł czas pracy w fabryce. Tu nie ma nic romantycznego. Jest po prostu ciężka fizyczna robota w śmierdzącym stroju, niebieskim ancugarbajcie.

5:00 pobudka, szybkie śniadanie,

5:30 autobus pracowniczy,

6:00 rozdzielenie roboty brygadzie,

9:00 piętnaście minut na drugie śniadanie,

14:00 fajrant.

Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie widziałem siebie w tych zajęciach i każdy dzień był dla mnie torturą. Brygada, do której trafiłem, należała do jednej z lepszych. Początki pracy to była prawdziwa katastrofa, miałem przygotowywać rury do spawania. Każda rura, która będzie tworzyła wężownicę, ma około dziesięciu metrów, na jej końcach stoi taki ślusarz jak ja. Ściankom rury z obu stron trzeba nadać skośny kształt, potem szlifierką trzpieniową oczyścić od środka i na zewnątrz, by podczas spawania nic nie zanieczyszczało spawu, i tak całe dnie. Po kilku miesiącach dostałem wreszcie zajęcie przy najlepszych spawaczach, by ich podglądać i z czasem zostać takim dobrym fachowcem jak oni. Zacząłem już nawet wykonywać drobne prace spawalnicze, a pod koniec pierwszego roku łączyłem wężownice, tworząc część konstrukcji przepływowej. To akurat było spoko, mówiąc żargonowo, spawałem argonem, metodą TIG, czyli spawa się w osłonie argonu elektrodą wolframową.

Ciągle jednak kusiło mnie coś innego, w weekendy pracowałem w dyskotece, mniej się człowiek narobił, a kasa lepsza. Skończyłem już osiemnaście lat, piwo i wszelkie trunki były więc dozwolone, a komu na kacu chce się iść do pracy, wkładać ten śmierdzący ancugarbajt. Od pomysłów huczało mi w głowie, miałem paszport, rozmyślałem więc, a to o wyjeździe na wieżę wiertniczą gdzieś na Morze Północne, a może jako Schwarzarbeiter do Niemiec, hm, może odnajdę się w Legii Cudzoziemskiej w służbie najemnej. To były codzienne marzenia, jakie ma każdy, gdy wkroczy w dorosłość. Zresztą większość moich koleżanek i kolegów mających pochodzenie niemieckie dawno była już w Reichu. A tu każdego ranka trzeba wstawać do roboty i weź się tu nie napij w weekend! W tym czasie zmarł mój ojciec. Mamie na wychowanie została moja mała siostrzyczka, inflacja galopowała, ale półki już były pełne. Mnie zaś wierciło od środka, nie chciałem tak po prostu wstawać co rano do pracy i tyle. Wiedziałem, czego nie chciałem, ale czego chciałem? Nie miałem pojęcia!