Camp Pozzi. GROM w IrakuTekst

Autor:Naval .
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Camp Pozzi. GROM w Iraku
Camp Pozzi. GROM w Iraku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,90  51,12 
Camp Pozzi. GROM w Iraku
Audio
Camp Pozzi. GROM w Iraku
Audiobook
Czyta Andrzej Hausner
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I. Strażak

1. Bill Pozzi

2. Komisja

3. Strażak

4. Platforma

5. Umm Kasr

6. Granica

7. Niełatwy dzień

CZĘŚĆ II. Gotowi do igrzysk

8. Powrót na wody Zatoki Perskiej

9. Bagdad

10. Dziwne miasto

11. Task Unit Thunder

12. Operacja Samum II

CZĘŚĆ III. Bogom nocy równi

13. Drago

14. Polska strefa stabilizacyjna, a może okupacyjna

15. Nie tylko 4 lipca

16. Bogom nocy równi

17. Żołnierskie szczęście

18. VIP

19. Jak James Bond

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

Naval

Redaktor prowadzący

Joanna Proczka

Redakcja merytoryczna

Joanna Proczka

Redaktor techniczny

Marcin Adamczyk

Korekta

Joanna Kłos

Agata Paszkowska-Pogorzelska

Autorzy zdjęć wykorzystanych w książce

Naval, Tylut, Strażak, Krzysztof Puwalski

Copyright © by Bellona Spółka z o.o., Warszawa 2018

Copyright © by Naval, Warszawa 2018

Zapraszamy na stronę Wydawnictwa

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa

www.swiatksiazki.pl

ISBN 978-83-11-15582-4

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Z byciem żołnierzem jednostki specjalnej jest trochę tak, jak z byciem wyczynowym sportowcem.

Sportowcy jednak mają nad nami tę przewagę, że wiedzą, kiedy sezon się zaczyna, a kiedy kończy, przygotowują swój trening tak, by wstrzelić się z formą w czas igrzysk. My, operatorzy, musimy być gotowi do igrzysk każdego dnia, każdej nocy.


Naval

Pamięci chłopaków, którzy poświęcili swoje życie, byście mogli żyć bezpiecznie i czytać takie książki jak ta.


„Szczupły”

„Kaśka”

„Żuku”

„Diabeł”

„Ousi”

„Poziomka”

„Witek”

„Mirek”

„Krzychu”

„Gienek”

CZĘŚĆ I Strażak

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Bill Pozzi

– Anybody home? – zabrzmiał szorstki głos nieco starszego pana z samego progu drzwi naszego bungalowu. Ów głos obudził nas w samo południe pierwszego dnia pobytu wśród daktylowych palm podzamcza Saddamowego pałacu gdzieś na przedmieściach Bagdadu.

– Hi guys – to melodyjne przywitanie, które pojawiło się po chwili, było już o ton cieplejsze.

Nasz wspólny angielski był już na tyle dobry, że mogliśmy się swobodnie przywitać z naszym gościem i dowiedzieć się, czego od nas chce, a raczej, jak się okazało, czego my możemy od tego jegomościa chcieć w naszej irackiej rzeczywistości.

– Pozzi, Bill Pozzi, jestem tu chiefem – przedstawił się nam ubrany w spodnie od amerykańskiego munduru i brązową koszulkę starszy pan. – Jak czegoś potrzebujecie, chłopaki, to przynoście mi listę, a ja wam to wszystko załatwię czy też zrobię zakupy w PX-ie, jak będzie taka potrzeba.


Pałac Saddama Husajna w Bagdadzie

Tak przywitał się z nami Bill Pozzi. Zapewne to był kiedyś kawał chłopa. Mimo wieku nic nie stracił ze swojej wojskowej prezencji, a niewielki brzuszek tylko dodawał mu powagi. Na przywitanie przyniósł nam w prezencie pudełko z bateriami.

– W tej temperaturze wyczerpują się błyskawicznie, a wy działacie zazwyczaj w nocy, więc każdy z was musi mieć zawsze spory zapas – wyjaśnił, stawiając karton na stole.

Tak zapamiętałem moje pierwsze spotkanie z Billem Pozzim. Nasz gość okazał się jednym z najstarszych, jak nie najstarszym Navy SEALsem w historii tej legendarnej jednostki US Navy, a on sam w tym czasie był już chodzącą legendą. Jego doświadczenie i zaangażowanie robiły wrażenie, a wiek stanowił dodatkowy atut – można powiedzieć, że Pozzi o funkcjonowaniu i życiu w takich wojskowych bazach jak ta nasza w Bagdadzie wiedział dosłownie wszystko. Pytał nas o przyziemne sprawy, o tak pospolite potrzeby, że czasami człowiek o nich nie pamięta, a stanowią one element codziennego funkcjonowania żołnierza. Bill Pozzi zaciągnął się do marynarki wojennej USA na ochotnika, w czasie gdy większość młodych ludzi unikała służby jak ognia. Niektórzy jego koledzy wręcz łamali sobie stawy kijami do bilarda i symulowali stare futbolowe kontuzje, bo bali się pozytywnej opinii wojskowej komisji lekarskiej, która dawała niechcianą przepustkę do wojska. Nie ma się też co dziwić, bo pod koniec lat sześćdziesiątych prowadzono działania militarne na Półwyspie Indochińskim (wojna wietnamska), a nie każdy młody chłopak musi mieć duszę wojownika.


Brama wjazdowa do campu Jenny Pozzi, ozdobiona napisem i zieloną maskotką SEALsów

Pozzi znalazł się najpierw w rezerwie US Navy. Był święcie przekonany, że to bezpieczniejsze od służby w piechocie. Wspominał, że był marynarzem na łodzi podwodnej, ale mu to nie leżało. Łódź, na której służył, pamiętała czasy drugiej wojny światowej. Pozzi pracował jako mechanik. Często kładł się spać z głową tak brudną od smaru, że ześlizgiwała mu się z poduszki podczas snu. Usłyszał wtedy o Navy SEALs i tam odnalazł swoje miejsce na długie lata (a konkretnie na trzydzieści lat). Na początku, jak wspomina, Navy SEALs kojarzyło mu się z programem telewizyjnym Sea Hunt, w którym chodziło o plaże, kobiety i piwo, więc czemu by się nie zaciągnąć? I tak już pierwszego dnia pobytu na wojnie poznaliśmy SEALsa, który swą służbę rozpoczął w wietnamskiej dżungli. Kto z nas nie oglądał filmu o Rambo?


Do domu nie mieliśmy najdalej…

Pozzi w Wietnamie zabezpieczał wraz z innymi SEALsami plażę przed lądowaniem na niej Marines. Tam spotkał się po raz pierwszy twarzą w twarz z wrogiem, uczestniczył w wielu misjach bojowych i patrolach. W swojej późniejszej karierze zabezpieczał lądowanie Apollo 12. Zgłosił się do tego zadania na ochotnika, a nie było ono łatwe – po tej misji był równie wycieńczony jak astronauci powracający w kapsule z Księżyca. Tak został pierwszym SEALsem, który spotkał astronautów, a jego nazwisko pojawiło się w telewizji. Kiedy Pozzi chciał wziąć udział w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w 1990 roku, jako 54-latek, usłyszał od komisji, że jest za stary, za gruby i za głupi. Był jednak tak nietuzinkowym specjalistą, że mimo wszystko pojechał wtedy do Iraku, a i później, w 2003 roku, przywitał nas w Bagdadzie. Wtedy już nikomu nie przeszkadzał jego wiek, o brzuszku nie wspomnę. Pozzi okazał się głównym mózgiem w przygotowaniach naszej bazy. Budował od podstaw całą jej infrastrukturę i dbał o nasze zaopatrzenie, a co najważniejsze, znał się na naszych pojazdach. Był też człowiekiem wielkiego serca – zbierał wśród żołnierzy pieniądze na rzecz katolickiego sierocińca w Bagdadzie. Ale dusza wojownika pozostała w Pozzim do ostatnich dni służby – zdarzały mu się wyjazdy na robotę. Ten facet uwielbiał walkę przez całą swoją wojskową karierę. Tak więc nic dziwnego, że nasza baza nosiła nazwę Camp Pozzi. A dokładniej Camp Jenny Pozzi. Pozzi miał córkę w wojsku. Stwierdził, że jeśli już jest wola nazwania bazy jego nazwiskiem, to niech będzie to na cześć nie jego samego, a jego córki, która też została żołnierzem. Nasz camp zatem nosił nazwę Camp Jenny Pozzi.

 

2. Komisja

– Naval! – zawołał mnie Robson, dowódca jednej z sekcji bojowych, gdy mojego pierwszego dnia powrotu do Firmy z misji nad Zatoką Perską wchodziłem po schodach na oddział bojowy.

Ostatnie tygodnie spędziłem na obowiązkowym urlopie i badaniach lekarskich, wymaganych po każdym powrocie żołnierza z zagranicy. Przymusowy urlop i badania tak naprawdę kończą całą procedurę powrotną po wyjeździe na tak zwaną misję zagraniczną. Robson otrzymał rozkaz sformowania kolejnego komponentu, który ma zmienić część chłopaków działających już w Iraku, a zarazem wzmocnić tych, którzy tam pozostają. Nie owijając w bawełnę, proponuje, bym wybrał się na wojnę pod jego dowództwem. Większa część mojej sekcji była w tym czasie właśnie w Iraku, ja dopiero co wróciłem z wód Zatoki Perskiej i w zasadzie mógłbym nie jechać, ale prawda jest taka, że ostatnie decyzje polityczne dotyczące GROM-u doprowadziły do tego, że w Firmie jest nas akurat tylu, by na styk obsadzić etat na kolejny wyjazd. Robson w kilku słowach wyjaśnił mi, co i jak. Nie mogło być z mojej strony innej odpowiedzi niż: „No pewnie, stary, że jadę, że tam wracam”.

Nasz komponent ma składać się z trzech klasycznych sekcji plus wsparcie chłopaków z logistyki, łączności i kilku operacyjnych. My z zespołu „A” wystawiamy sekcję, a do nas tym razem dołączają dwie sekcje chłopaków z Wody. Cieszy mnie to niezmiernie, bo oznacza to, że wyjeżdżają też chłopaki, które właśnie wróciły ze mną z zatoki. Nasze doświadczenie zdobyte podczas MIO będzie mieć duże znaczenie podczas okresu przygotowawczego, oznajmia jednocześnie Robson. Zanim jednak nastąpi czas wzmożonego treningu, czeka nas proza wojskowego życia, czyli kompletowanie ogólnomonowskich kwitów pozwalających żołnierzowi wyjechać na wojenkę. Samo słowo „misja” nijak nie pasuje do tego, co robiliśmy na wodach Zatoki Perskiej, i tego, co będziemy robić w Iraku. Określenie „misja” utarło się w odniesieniu do żołnierzy wyjeżdżających na misje pokojowe organizowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych (ja na takowej byłem w Libanie). Po doświadczeniach z Zatoki Perskiej wiem, że to, co my robimy, nie jest tym samym co misja ONZ. Naszej roboty w żaden sposób nie da się podciągnąć pod ogólnie pojmowaną misyjność. Okej, dla nas zwał, jak zwał, ale dla polityków i dziennikarzy to pewnie łagodniejsze określenie wojennej prawdy.

Wracając do kwitów, musicie znać prawdę, kto rozdaje karty, kto decyduje o być albo nie być w wojskowym życiu. W obecnych czasach każdy, kto chce być żołnierzem, a w trakcie służby jechać na wojnę, musi być zdrowy jak koń. Kiedyś było tak, że jeżeli tylko podstawowe badania lekarskie nie wykazały żadnych przeciwwskazań, taki człowiek, bez względu na narodowość, zobligowany był do walki. Dziś panem służby i wojny jest lekarz, a mówiąc ściślej: Wojskowa Komisja Lekarska. W moim osobistym archiwum najwięcej kwitów pochodzi właśnie ze Stołecznej Wojskowej Komisji Lekarskiej. Mam plik certyfikatów, orzeczeń i świadectw zdrowia różnych w zależności od przepisów obowiązujących w danym czasie. MON-owska machina nie przewidziała tego, że żołnierz może wyjeżdżać na operacje poza granice kraju wiele razy, i to ciurkiem. Za każdym razem przed wyjazdem trzeba stanąć przed komisją lekarską i dać się zbadać od A do Z; niezależnie od tego, że i tak każdy żołnierz raz w roku ma obowiązkowe badania, tak jak każdy pracownik, na takiej komisji zostanie zbadany dogłębnie. Na wojnę trzeba wyjechać zdrowym jak ryba. W zdrowiu oczywiście mają pomóc szczepienia, to jest okej, ja to rozumiem, ale do czego zmierzam: cała lekarska machina bada masy wojska od ręki, prawie bez kolejki. Tu nie trzeba się zapisywać i czekać w kolejce przez kilka miesięcy, ale już całkiem inaczej jest, gdyby było się chorym lub, co gorsza, rannym, co pokazał przykład Strażaka, o czym w dalszej części. Czemu o tym piszę? Bo liczba wysiedzianych czy też wystanych przeze mnie i całe masy polskich żołnierzy godzin w kolejkach przed gabinetami specjalistów jest warta opisania. Ci specjaliści mogliby w tym czasie zająć się naprawdę potrzebującymi, a zdrowe wojsko, zamiast przesiadywać w przychodniach, mogłoby odbywać kolejne przydatne na wojnie szkolenia. Takiego żołnierza trzeba przebadać ze wszystkich stron, od środka też: krew, mocz, słuch, wzrok, serce, głowa, kości, skóra. I prześwietlić jeszcze kilka razy. Wszystko ma być zdrowe i na miejscu, jak u osiemnastoletniego poborowego. Stoisz więc w sznureczku zdrowych chłopów do internisty, kardiologa, laryngologa, stomatologa, neurologa, dermatologa, okulisty, psychologa i psychiatry. Po powrocie z wyjazdu znowu lądujesz w tej samej kolejce plus badasz ewentualne urazy po misji (to akurat rozumiem).

Nie czepiam się o to, że badają, ale co powiecie na to: wracam z jednej z misji z początkiem roku, więc mnie badają kompleksowo. W Firmie jestem nurkiem bojowym, więc jadę do Gdyni, by stanąć na tamtejszej Wojskowej Komisji Morsko-Lekarskiej, z nadzieją, że orzekną moją dalszą zdolność do bycia nurkiem bojowym. Badania lekarskie prawie identyczne jak te, które miałem miesiąc temu po powrocie z wyjazdu, ale ci z Gdyni nie honorują badań z Warszawy. Jedyne, co mi się udało, to ubłagać doktora, by mi klaty rentgenem nie prześwietlał, bo mam elegancką fotkę płuc sprzed miesiąca. Wracam do Warszawy, a tu w kadrach czeka już skierowanie na Wojskową Komisję Lekarską wyjazdową. Komisja wyjazdowa to już nie to samo co powrotna, więc cała lekarska machina zaczyna się kręcić od nowa. Jakbym wrócił z wyjazdu przed końcem roku, to miałbym zaliczoną i czwartą szczegółową komisję. Oczywiście w międzyczasie byłem na okresowych badaniach lekarskich, bo i w naszych kadrach porządek w kwitach musi być. Nikogo to jakoś nie martwi, że od promieni rentgenowskich zaczynam w nocy świecić jak światło w stroboskopie, że zamiast się szkolić, to bite cztery tygodnie w roku spędziłem, stojąc na korytarzach przychodni lekarskich. Wracając do tego, że panem sytuacji jest lekarz czy też komisja, to mają oni oczywiście swoje paragrafy i w zależności od tego, jak się wychylasz poza margines, tak orzekają: bez zębów i ze zbyt krzywą przegrodą nosową na wojnę mogą nie wypuścić. Ale już po powrocie z całych sił będą się starać zobaczyć w tobie zdrowego osiłka, by czasem nie musieć wydać choćby złotówki na rehabilitację.

Na badaniach kombinowaliśmy, jak tylko można było. Lekarz to też człowiek i czasami dało się wejść do gabinetu we dwóch czy trzech zdrowych chłopów, by dostać pieczątkę o zdolności, z czego kolejka oczekujących prawdziwie chorych bardzo się cieszyła. Czasami swą zdolność trzeba było wykazać podstępem – ktoś, kto lepiej widział, chodził do okulisty, a ci lepiej słyszący stali w kolejce u laryngologa. Pewnego dnia w Gdyni pani pielęgniarka zapytała kolegę, jak ma na nazwisko, chcąc wpisać go do wielkiej księgi obsłużonych pacjentów, i usłyszała tylko „yyyy”, po czym zobaczyła zamykające się szybko za badanym drzwi. „Taki stres, że zapomniał nazwiska”, tak pewnie pomyślała…

Po co te wszystkie nadmiarowe badania? Odpowiedź jest bardzo prosta. MON płaci, i to sowicie, za każde badanie, za każde prześwietlenie, za akord wykonanych badań… Jeszcze jakieś pytania? Nie wiem, jak płacił w tamtych czasach za rannych, ale znając dolę Strażaka, to pewnie większe pieniądze szły na zdrowych niż na tych, co w szpitalu potrzebowali dodatkowej racji w postaci szklanki wody.

Kiedy już na zakończenie mojej wojskowej kariery stanąłem na komisji lekarskiej, odczuwałem notoryczny ból i drętwienie rąk po przebytym wykręceniu odcinka szyjnego kręgosłupa, którego nabawiłem się, gdy praktycznie zdmuchnęła nas fala uderzeniowa po eksplozji miny pułapki na jednym z wiejskich kompaundów w Afganistanie. Po moim przyjeździe do kraju armia nie dała za skręcony łeb ani grosza, bo przecież jest i nie odpadł. Ubezpieczaliśmy się jeszcze na całe szczęście także prywatnie: prywatne ubezpieczenie dopatrzyło się uszczerbku na zdrowiu i parę złotych na rekonwalescencję z tego tytułu było. Ale do brzegu w moich żalach: z wszelkimi zebranymi kwitami staję na Stołecznej Komisji Wojskowej i… cud. Stołeczna Komisja w Warszawie dopatrzyła się powykręcanych kręgów i przyznała mi pięć procent stałej utraty na zdrowiu. Mój smutek, że jestem o pięć procent gorszy od normy, jest oczywiście osłodzony paroma tysiącami złotych zadośćuczynienia. Moje nieszczęście i zarazem szczęście nie trwało jednak długo, bo, jak się okazało, stanowisko Stołecznej Komisji musiała zatwierdzić jeszcze Centralna Komisja jako organ nadrzędny. Ta zaś stwierdziła, że karczycho zdrowe jak u elewa i należy mi się najwyżej guzik z pętelką. Niby okej, ci na górze mają rację, tyle że coś mi tu nie gra.

Biorę oba kwity i jadę na Stołeczną Komisję pożalić się na swój, jak dla mnie, niesprawiedliwy los, bo kark – niezależnie od stanowiska Centralnej Komisji – bez ściemy pobolewa podczas kręcenia głową. Grzecznie pukam do drzwi. Można się poczuć jak na audiencji u papieża. Mamy w duszy jakąś narodową pokorę przed doktorami. Lekarz niby mnie słucha, ale nie daje dojść do puenty. Przerywa mi w połowie zdania i tłumaczy oczywistą oczywistość, że Centralna Komisja jest ponad Stołeczną i nic się nie da zrobić. Na co ja, kładąc przed nim obie decyzje, zauważam, że na stołecznej i na centralnej decyzji podpisali się (i to w tej samej kolejności!) ci sami „doktorzy specjaliści”.

– Z panem doktorem włącznie, o tuuu – tłumaczę i pokazuję.

Widzę lekkie zakłopotanie.

– O tak, tu mi panowie w Stołecznej przyznali procenty, a tu, w tym samym składzie osobowym, zasiadając w Centralnej, sami sobie zaprzeczyliście – ciągnę.

Mruknął, bym się odwołał. Co też uczyniłem, ale jak się domyślacie, Centralna Komisja nie mogła podważyć swojej poprzednio wydanej opinii – jak by to wyglądało, że ci ze Stołecznej, siedzący piętro niżej w tym samym zresztą budynku, mają rację, a nie ci siedzący po południu piętro wyżej.

Jak już zakończy się cały ten niewątpliwie potrzebny galimatias związany z komisjami, a sztab armii da spokój ciągłym dopytywaniom, „co ci Amerykanie w was takiego widzą, że chcą GROM do Iraku, a nie czołgów, armat i jenerałów?!”, klepną wyjazdowe kwity, zatwierdzą etat… to wtedy można przystąpić do zgrywania się i treningów. Nic tak nie hartuje przed wyjazdem jak trening na wodach naszego zimnego jak cholera o każdej porze roku Bałtyku. Morze, nasze morze – nic a nic mi ono nie przypominało gorących wód Zatoki Perskiej.

W naszej GROM-owej rzeczywistości regułą było, że treningi były cięższe od napotkanej potem na robocie sytuacji. Chłopaki z Wody wzięły na swoje barki trening i podzielenie się zgromadzoną przez nas wiedzą z ostatnich miesięcy, pozostało tylko doszlifować to, co już potrafimy. Sytuacja w rejonie zapalnym była bardzo dynamiczna, śledziliśmy wszelkie doniesienia polityczne z Iraku, a z czasem i te, które przebiegały już na bojowo. Siedzieliśmy na sali odpraw i analizowaliśmy sytuację po wkroczeniu wojsk koalicji do Iraku. Chłopaki na miejscu działały bardzo sprawnie. My, znając ich nowe zadania, automatycznie ćwiczyliśmy wszystko to, co może nas spotkać po zejściu z łodzi na ląd w Iraku. To zawsze trochę patetycznie brzmi, kiedy słyszy się z ust najmożniejszych tego świata o swoich kumplach, którzy tam na miejscu nie odpuszczali. GROM szedł jako awangarda w pierwszej linii z najlepszymi. Ale prawda jest taka, że podczas wojny w Zatoce Perskiej operatorzy GROM-u udowodnili swoją bojową wartość, bijąc się ramię w ramię na równi z Navy SEALsami, Delta Force czy też brytyjskim SAS-em. Było to dla nas bardzo ważne na każdym etapie treningu przed wyjazdem. Te przekazy ugruntowały w nas poczucie, że to, co robimy, i to, jak wygląda nasz codzienny trening i przygotowanie się do operacji za granicą, ma bezpośrednie odwzorowanie na obecnym teatrze działań wojennych. Naszą piętą achillesową wciąż był jednak sprzęt – jak szyliśmy kamizelki taktyczne przed wyjazdem do Kuwejtu, tak nadal szyjemy przed wyjazdem do Iraku, ale do naszych logistyków zaczęło powoli docierać, że działanie oddziałów specjalnych jest ściśle zależne od sprzętu, jakim operują. Z Iraku systematycznie spływały raporty dotyczące przeprowadzanych operacji, co dawało nam dużo szerszy obraz niż tylko przekaz telewizyjny. Chcieliśmy być na bieżąco ze wszystkim, co działo się tam na miejscu. Ważne było, by po przylocie wejść płynnie w robotę, na wojnie przeciwnik może nie chcieć dać się rozgrzać zmiennikowi. Dobre wieści z irackiego frontu, gdzie GROM dokonywał kolejnych spektakularnych akcji, przerywa zła wiadomość o jednym rannym wśród naszych. Tym rannym okazał się Strażak.