3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Szkarłatna litera

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Szkarłatna litera
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nathaniel Hawthorne

Szkarłatna litera

Tłumaczenie Adam Latfrner

POWIEŚĆ

Saga

Szkarłatna litera

Tłumaczenie Adam Latfrner

Tytuł oryginału The Scarlet Letter

Język oryginału angielski

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Copyright © 1850, 2021 SAGA Egmont

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728110584

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

I
Brama więzienna

Przed drewnianym budynkiem zebrał się tłum mężczyzn i kobiet. Mężczyźni nosili ciemne ubrania i wysokie szare kapelusze, większość zaś kobiet — kaptury. Brama budynku zrobiona była z grubego dębu i okuta żelazem.

Pomimo dążenia do różnych utopij założyciele nowych kolonij niezmiennie trzymali się jednej zasady: przedewszystkiem wydzielali jedną cząstkę dziewiczej gleby na cmentarz, drugą zaś — na więzienie. Możemy więc przyjąć za pewnik, że zgodnie z tą zasadą i antenaci bostońscy postawili pierwsze więzienie gdzieś w sąsiedztwie Cornhill mniej więcej w tym samym czasie, kiedy wyznaczyli pierwszy cmentarz na działce nieboszczyka Izaaka Johnstona. Grobowiec tego ostatniego stał się w ten sposób zawiązkiem starego cmentarza King’s Chapel. Pewnem jest też, że już w jakieś piętnaście lub dwadzieścia lat po założeniu kolonji, drewniane więzienie nosiło ślady zniszczenia i starości. Zardzewiałe żelaztwo na dębowej bramie uderzało swą staroświeckością w tem osiedlu Nowego Świata. Widocznie więzienie jak i wszystko, co ma jakąkolwiek styczność ze zbrodnią, nie zna młodości.

Przed tym ponurym budynkiem znajdował się trawnik, zarosły łopianem i innem zielskiem. Czuło ono widocznie pociąg do gruntu, na którym wyrósł ponury kwiat cywilizacji — więzienie.

Ale po jednej stronie bramy, prawie na samym progu rósł krzak dzikiej róży, pokryty owego miesiąca czerwca delikatnemi pąkami. Zdawało się, że pąki ofiarowują swą woń i subtelne piękno więźniom, wprowadzanym do ciemnicy, oraz skazańcom, udającym się na miejsce stracenia — jako dowód, że litościwa Przyroda współczuje im i darzy przyjaźnią.

Dziwnem zrządzeniem losu krzak dzikiej róży przeszedł do historji. Czy był tylko pozostałością dawnej, pierwotnej dzikości po wycięciu olbrzymich sosen i dębów, które udzielały mu cienia — czy też, jak można sądzić na podstawie poważnych danych, wytrysnął z pod stóp świętobliwej Anny Hutchinson, gdy wchodziła do więzienia — nie podejmujemy się ustalić. Skoro jednakże znajdujemy go tak bezpośrednio u progu naszego opowiadania, nie pozostaje nic innego, jak zerwać jeden z jego pączków i ofiarować czytelnikowi. Miejmy nadzieję, że będzie służył jako symbol wonnego pąka duchowego, który znajdziemy po drodze, lub też złagodzi ponurą treść opowiadania o ludzkich ułomnościach i cierpieniach

II
Rynek

Otóż owego letniego poranka niemniej niż dwieście lat temu na trawniku przed więzieniem na Prison-lave stała dość liczna grupa mieszkańców Bostonu. Wszyscy utkwili wzrok w dębową bramę, okutą żelazem. W innem środowisku lub też w późniejszym okresie Nowej Anglji ponura bezwzględność, jaka malowała się na twarzach tych zacnych ludzi, nasuwałaby przypuszczenie, że przygotowuje się coś strasznego. Możnaby mniemać, że odbędzie się stracenie notorycznego złoczyńcy i że wyrok sądowy potwierdził tylko uczucia, żywione dla niego przez ogół ludności. Lecz w owym wczesnym okresie purytańskiej surowości nie można było wyciągać tak stanowczego wniosku. Może opieszały sługa lub nieposłuszne dziecko, przekazane przez rodziców władzom cywilnym, mieli być stawieni pod pręgierz celem poprawy. Może jakiś antynomjusz, kwakier lub inny fanatyczny sekciarz miał być wydalony poza granice miasta, lub też włóczęga Indjanin, który napił się „ognistej wody“ białych i wyprawiał awantury na ulicach, miał być wypędzony biczami zpowrotem w głąb lasów. Może też czarownica w rodzaju mistress Hibbins, złośliwej wdowy po sędzim, miała umrzeć na szubienicy.

W każdym razie nastrój większości widzów był niezmiernie uroczysty, jak przystało ludowi, dla którego religja i prawo były prawie identyczne. Obydwa te pierwiastki były tak nierozerwalnie złączone ze sobą, że wszelka kara publiczna, najłagodniejsza czy najsurowsza, wzbudzały zarazem cześć i grozę. Dlatego też skazaniec, stojący na szafocie, nie mógł liczyć na współczucie publiczności. Z drugiej jednak strony karę, obecnie uważaną za poniżającą i hańbiącą, wtedy wymierzano z taką samą surową godnością, jak i karę śmierci.

Owego letniego poranka, kiedy rozpoczyna się wątek naszego opowiadania, kobiety, których dość dużo znajdowało się wśród tłumu, szczególnie interesowały się rodzajem kary, jaki ma być wymierzony tym razem. Ówczesny wiek nie był jeszcze tak wysubtelniony jak nasz, i poczucie taktu nie powstrzymywało przedstawicielek płci pięknej od zbierania się na publicznych drogach i wciskania swych korpulentnych postaci w tłum, asystujący przy egzekucjach. Dziewczęta te i kobiety, urodzone w Starej Anglji i tamże wychowane, były fizycznie i moralnie bardziej surowe niż ich piękne następczynie, przedzielone szeregiem sześciu lub siedmiu pokoleń. Poprzez łańcuch następujących po sobie pokoleń każda matka przekazywała swej córce bledszy rumieniec na twarzy, delikatniejszą urodę i słabszą budowę, a może też i mniej solidny charakter. Kobiety, zgromadzone przed bramą więzienną, oddzielone były mniej niż pół wiekiem od okresu, w którym Elżbieta, królowa o męskim charakterze, była odpowiednią przedstawicielką tej płci. Kobiety te były jej rodaczkami. Dlatego też jasne słonko poranne oświecało szerokie barki i dobrze rozwinięte biusty oraz okrągłe i rumiane policzki, które nie zdążyły jeszcze zblednąć i wyszczupleć na gruncie Nowej Anglji. Ponadto mowa tych matron, pewna siebie i wyrazista, zdziwiłaby nas obecnie zarówno treścią jak i tonem.

— Gosposie — rzekła pewna pięćdziesięcioletnia niewiasta o ostrych rysach twarzy — powiem, co myślę. Dla ogółu byłoby lepiej, gdybyśmy, kobiety w dojrzałym wieku, gorliwe sługi kościoła, cieszące się dobrą opinją, wzięły w ręce taką zbrodniarkę, jak ta Hester Prynne. Co myślicie o tem, kumoszki? Gdyby ta nierządnica stanęła na sąd przed nami pięcioma, jak tu jesteśmy w kupie, czy wyszłaby z takim wyrokiem, jaki wydali czcigodni sędziowie? Nie myślę!

— Mówią — powiedziała inna — że wielebny mistrz Dimmesdale, jej bogobojny pasterz, bardzo bierze do serca, że taki skandal zdarzył się w jego kongregacji!

— Sędziowie to bogobojni ludzie, ale zbyt już litościwi, to prawda! — dodała trzecia leciwa matrona. — Co najmniej powinni byli napiętnować czoło Hester Prynne gorącem żelazem. Pani Prynne skakałaby przytem, gwarantuję! Ale ona, ta ladacznica, niewiele będzie sobie robiła z tego, co umieszczą na jej staniku. Oho, słuchajcie, ona zakryje to sobie broszką lub inną pogańską ozdobą i dalej będzie sobie chodziła po ulicach miasta tak śmiało, jak dotychczas!

— Ależ — wtrąciła łagodniej młoda kobieta, prowadząca dziecko za rękę — niech sobie zakrywa znak, jak jej się podoba, udręka z tego powodu nigdy nie zniknie z jej serca.

— Co będziemy rozprawiały o znakach i piętnach na jej staniku lub na czole? — zawołała inna jeszcze kobieta, najbrzydsza i najokrutniejsza z pośród tego samozwańczego sądu. — Ta kobieta okryła hańbą nas wszystkie i powinna umrzeć. Czyż prawo tak nie nakazuje? Tak przecież stoi w piśmie i w ustawach. Sędziowie, którzy z tego nie skorzystali, powinni pomyśleć o tem, że ich własne żony i córki mogą zbłądzić!

— Niech Bóg zlituje się nad nami! — zawołał pewien mężczyzna z tłumu. — Czyż cnota kobiet płynie tylko ze strachu przed szubienicą? Ale cyt, kumoszki! Bo przekręcają klucz w bramie, i zaraz wyjdzie sama pani Prynne.

Brama więzienna gwałtownie otwarła się od wewnątrz. Najpierw niby czarny cień wynurzyła się na światło słoneczne ponura i szkaradna postać woźnego sądu z mieczem u boku i urzędową laską w ręce. Wyciągnąwszy naprzód rękę z laską, drugą ciągnął za ramię młodą kobietę. Lecz na progu bramy kobieta odepchnęła go ruchem, pełnym naturalnej godności, i z własnej woli wyszła na ulicę. Na ręku niosła dziecko, niemowlę, mające około trzech miesięcy, które mrużyło oczy i odwracało twarzyczkę od rażącego je światła dziennego. Dotychczas życie zapoznało je tylko z szarym półmrokiem ciemnicy i innych ponurych pomieszczeń więzienia.

Gdy młoda kobieta — matka tego dziecka — stanęła przed zgromadzonym tłumem, jej pierwszym odruchem było mocno przycisnąć dziecko do piersi. Nie był to odruch macierzyńskiego uczucia, lecz chęć ukrycia w ten sposób pewnego znaku, przymocowanego do ubrania. Po chwili jednak zrozumiała, że nie można jednym dowodem hańby zasłonić drugiego. Wzięła więc niemowlę na rękę i mocno zarumieniona, z dumnym uśmiechem obrzuciła spojrzeniem zgromadzonych mieszkańców kolonji i przybyszów z sąsiednich osiedli. Na przodzie jej stanika widniała litera A, zrobiona z cienkiego czerwonego sukna i otoczona wykwintnym haftem i fantastycznemi floresami ze złotych nici. Była wykonana z wielką fantazja i tak artystycznie, że zdobiła młodą kobietę. Świetność roboty odpowiadała gustowi owych czasów, ale znacznie przekraczała granice zbytku, na jakie pozwalały przepisy kolonji.

 

Młoda kobieta była wysmukła i wytworna. Miała bujne czarne włosy, tak lśniące, że w blasku ich odbijały się promienie słoneczne. Twarz jej była nietylko piękna dzięki regularnym rysom i wspaniałej cerze, ale posiadała wyrazistość, którą nadawały jej gęste brwi i głębokie czarne oczy. Młoda kobieta miała dużo dystynkcji, według ówczesnych pojęć. Dystynkcja ta polegała raczej na pewnej okazałości i godności niż na subtelnej i nieuchwytnej gracji którą teraz uważamy za jej wykładnik. I nigdy Hester Prynne nie wyglądała wytworniej niż wtedy, gdy wyszła z więzienia.

Ci, którzy znali ją przedtem i przypuszczali, że pasmo nieszczęść ją złamie, byli zdziwieni, a nawet zatrwożeni pięknem, które od niej biło. Zdawało się, że pomimo nieszczęścia i hańby, w jakiej była pogrążona, otaczała ją aureola wyższości. Lecz cała uwaga tłumu skierowana była na jedno miejsce jej stanika fantazyjnie wyhaftowaną literę A. Mężczyźni i kobiety, którzy doskonale znali Hester Prynne, doznawali wrażenia, jakgdyby ujrzeli ją po raz pierwszy Litera jakby w czarodziejski sposób stawiała ją poza nawias społeczeństwa i zamykała w odrębnej sferze.

— Potrafi zręcznie pracować igłą, to prawda — zauważyła jedna z przypatrujących się kobiet. — Ale czy kiedykolwiek jaka kobieta obierała taką drogę do popisywania się swoją zręcznością? Kumoszki, przecież ta bezczelna ladacznica wysiliła się tylko poto, aby kpić sobie z dobrotliwych sędziów i chełpić się swoją karą!

— Należałoby — mruknęła stara dama o najbardziej zaciętej twarzy — ściągnąć tę ozdobną suknię z jej delikatnych ramion. Co zaś do czerwonej litery, tak wspaniale wyhaftowanej, ofiaruję kawał flaneli, której używam do leczenia reumatyzmu, aby uszyć inną, odpowiedniejszą!

— Ciszej, sąsiadki, ciszej! — szepnęła najmłodsza towarzyszka — niechaj nie usłyszy tego, co mówicie. Niema w tej haftowanej literze jednego ściegu, któryby nie przeszył nawskroś jej serca.

Wtem woźny dał znak laską.

— Z drogi, zacni ludzie, z drogi, w imię króla!— zawołał. — Zróbcie przejście! Zapewniam was, że umieszczę panią Prynne tak, aby każdy mężczyzna, każda kobieta, nawet dziecko mogli wygodnie oglądać jej piękny strój od teraz aż do pierwszej po południu. Niechaj będzie błogosławiona sprawiedliwa kolonja Massachusets, w której niegodziwość wyciąga się na światło dzienne! Chodź za mną, madame Hester, i wystaw swą szkarłatną literę na rynku!

Tłum natychmiast utworzył przejście. Poprzedzona przez woźnego, Hester Prynne szła na miejsce kary. Towarzyszyła jej bezładna procesja mężczyzn o zachmurzonych czołach, oraz kobiet, rzucających nieprzyjazne spojrzenia. Gromada ciekawych uczniaków, nierozumiejących z całej historji nic ponad to, że zwolniono ich na pół dnia ze szkoły, biegła przed nią. Chłopcy obracali nieustannie głowy, aby zaglądać jej w twarz, przypatrywać się niemowlęciu, które niosła na ręku, i hańbiącej literze na piersiach.

W owych czasach rynek znajdował się niedaleko bramy więziennej. Dla młodej kobiety jednak była to długa droga. Chociaż trzymała się wyniośle, każdy krok tłumu, cisnącego się wokół niej, przyprawiał ją o śmiertelne męki. Zdawało jej się, że serce jej rzucono na ulicę na oplwanie i podeptanie przez tłum, posuwający się wraz z nią. Jednakże natura w swem miłosierdziu tak cudownie urządziła człowieka, że nigdy nie odczuwamy całej męki tortur podczas ich trwania. Największy ból występuje dopiero później. Dlatego też Hester Prynne przebyła prawie pogodnie tę część swej próby i doszła do szafotu, znajducego się na zachodnim krańcu rynku. Stał prawie pod dachem najdawniejszego kościoła bostońskiego i wydawał się jakgdyby jego częścią.

Szafot ten stanowił część przyrządu, mającego obecnie, od dwóch lub trzech pokoleń, znaczenie, wyłącznie historyczne. Przodkowie nasi jednak uważali ten przyrząd za wysoce skuteczny czynnik kształcenia dobrych obywateli, podobnie jak teroryści francuscy — gilotynę. Krótko mówiąc, był to pręgierz. Ponad szafotem unosiła się żelazna obręcz, urządzona w ten sposób, aby mocno chwytać głowę ludzką i trzymać ją przed oczyma publiczności. To połączenie drzewa i żelaza tworzyło idealne narzędzie kary hańbiącej. Zdaje mi się, że nie może być większego gwałtu, zadanego naturze ludzkiej, jak uniemożliwienie przestępcy ukrycia twarzy ze wstydu. Zresztą wyrok w sprawie Hester Prynne jak i w wielu innych głosił, że powinna stać przez pewien czas na szafocie, nie podlegając uwięzieniu głowy i szyi.

Młoda kobieta weszła po drewnianych schodkach i stanęła na szafocie ponad tłumem. Gdyby wśród obecnych purytanów znalazł się papista, piękna kobieta w malowniczym stroju i w wzruszającej postawie, z niemowlęciem na ręku, przypomniałaby mu Matkę Boską, o odtworzenie której kusiło się tak wielu słynnych malarzy. Przypomniałby mu, oczywiście przez kontrast, święty obraz Niepokalanej Matki, której Dzieciątko zbawiło świat. Tutaj zaś piętno największego grzechu zasłoniło świat pięknej kobiecie i zgubiło jej dziecko.

Scena ta nie była pozbawiona grozy, jaka wzbudza widok hańbiącej kary w niezepsutych społeczeństwach. Świadkowie poniżenia Hester Prynne zachowali jeszcze prostotę uczuć. Byli dostatecznie surowi, aby nie wzruszać się okropnością kary śmierci, nie utracili jednak jeszcze na tyle wrażliwości serca, aby wystawienie grzesznicy na widok publiczny pobudzało ich do drwin. Zresztą, gdyby się nawet zrodziła chęć nadania temu widowisku charakteru komicznego, poskromiłaby ją obecność dostojników: gubernatora, jego doradców przybocznych, sędziego, jenerała oraz kilku pastorów. Wszyscy stali lub siedzieli na balkonie domu ludowego i spoglądali nadół na szafot. Skoro tak dostojne osoby mogły przyjmować udział w widowisku, nie narażając godności swych stanowisk ani urzędów, pewnem było, że wyrok zostanie wykonany w sposób poważny i rzeczowy. Dla tych wszystkich powodów nastrój tłumu był milczący i uroczysty. Nieszczęsna winowajczyni trzymała się z całą możliwą dla kobiety godnością pod ciężarem tysiąca wytężonych spojrzeń, skierowanych na nią i skupionych na jej piersi. Był to ciężar nie do zniesienia. Popędliwa i zapalczywa z natury, była przygotowana do publicznego zniesienia obelg i zniewag, gdyż najsurowszy widok wydała już na siebie sama. Gdyby tłum wybuchnął śmiechem, w którym przyjęliby udział mężczyźni, kobiety i nawet dzieci swemi piskliwemi głosikami — Hester Prynne odpowiedziałaby wyniosłym i pogardliwym uśmiechem. Lecz teraz, pod wpływem uroczystego milczenia, jakie zapanowało w zgromadzeniu, odczuwała chwilami żywiołową potrzebę wyładowania swego bólu w głośnym krzyku i rzuceniu się na ziemię z szafotu. Obawiała się, że w przeciwnym razie oszaleje.

Jednakże następowały chwile, gdy cała ta scena, której Hester Prynne była bohaterką, zdawała się znikać z przed jej oczu lub co najmniej przesuwała się jak szereg niejasnych i upiornych majaczeń. Umysł jej, a w szczególności pamięć, pracowały z nadprzyrodzoną siłą i odtwarzały inne obrazy niż nędzna uliczka osiedla na granicy dzikiego Zachodu; inni ludzie zdawali się spoglądać na nią z pod rond wysokich kapeluszy. Najdrobniejsze i najsubtelniejsze reminiscencje, wypadki lat dziecięcych, szkolnych, zabawy, kłótnie dziecięce, lata dziewicze w domu — nawiedzały ją i przeplatały się ze wspomnieniami późniejszych lat. Wszystkie obrazy przemawiały do niej jednakowo żywo, jakgdyby były jednakowo ważne w życiu, lub też tylko istniały w jej podnieconej wyobraźni. Możliwe, że zagłębianie się w tych bezładnych obrazach było instynktowną próbą umysłu szukania ucieczki przed okrutną rzeczywistością.

Z wysokości szafotu przed Hester Prynne przewinęło się całe jej życie, poczynając od szczęśliwych lat dziecięcych. Stojąc na wzniesieniu, ujrzała znowu rodzinną wioskę w Starej Anglji i dom ojca, zniszczony dom z szarego kamienia, bijący w oczy swą nędzą, lecz z wytartą tarczą nad bramą na dowód rodowego szlachectwa. Ujrzała twarz ojca z poważną siwą brodą, spływającą na kryzę z czasów Elżbiety; twarz matki z wyrazem gorącej miłości. Twarz tę miała zawsze w pamięci. Niekiedy już po śmierci matki oblicze jej ukazywało się jako łagodna przestroga na drodze życiowej Hester. Ujrzała własną twarz, tak jaśniejącą dziewiczą pięknością, że rzucała blask na zakurzone zwierciadło, w którem Hester zwykła się przeglądać. Potem ujrzała inną jeszcze postać — starszego mężczyznę; blade, chude oblicze uczonego, z oczyma, zamglonemi i łzawiącemi się od światła lampy, przy którem wertował grube księgi. Jednakże te zamglone oczy nabierały dziwnej przenikliwości, gdy uczony zapragnął czytać w duszach ludzkich. We wspomnieniach jej wyobraźni postać uczonego i zarazem mnicha była zlekka zniekształcona: lewe ramię miał nieco wyższe od prawego. Następnie przesunęły się przed nią — w szeregu dalszych wspomnień — wąskie i kręte uliczki pewnej stolicy na kontynencie, wysokie, szare domy, potężne kościoły i stare, osobliwej architektury gmachy publiczne. Tam czekało Hester nowe życie — nowe, ale na kruchych oparte podstawach i podobne do kępki zielonego mchu na walącym się murze.

Wkońcu obrazy, przesuwające się przed jej oczyma, ustąpiły, 1 na ich miejsce powrócił nędzny rynek osiedla purytańskiego z całą zgromadzoną na nim ludnością, surowo wpatrującą się w Hester Prynne — tak jest, w nią, stojącą na szafocie pręgierza z niemowlęciem na ręku, ze szkarłatną literą A, fantazyjnie wyhaftowaną złotemi nićmi, na piersiach!

Czy to była naprawdę rzeczywistość? Przycisnęla dziecko do piersi tak mocno, że krzyknęło; spuściła wzrok na szkarłatną literę, nawet dotknęła jej palcami, aby przekonać się, że zarówno niemowlę jak i hańba były rzeczywistością. Tak — to była jej rzeczywistość — wszystko inne zniknęło!

II
Poznanie

Po pewnym czasie młoda kobieta, stojąc wciąż na szafocie, zauważyła wśród tłumu postać, która całkowicie przykuła jej uwagę. Dzięki temu zapomniała na chwilę o tem, że sama jest przedmiotem wytężonej obserwacji wielu par oczu. W tylnych rzędach tłumu stał Indjanin, a obok niego, widocznie dotrzymując mu towarzystwa, biały w dziwacznem ubraniu, będącem mieszaniną różnych strojów.

Był niskiego wzrostu, o pomarszczonej twarzy, która nie pozwalała określić jego wieku. Rysy jego zdradzały człowieka, w którym umysł dominuje nad stroną fizyczną. Chociaż pozorną niedbałością stroju starał się osłonić pewne zniekształcenie ciała, Hester Prynne zauważyła, że ma jedno ramię wyższe od drugiego.

Na widok tej chudej twarzy i zniekształconej postaci Hester Prynne ponownie przycisnęła dziecko do piersi — tak mocno, że krzyknęło. Ale matka zdawała się tego nie słyszeć.

Nieznajomy skierował wzrok na Hester Prynne zaraz po swem przyjściu na rynek, jeszcze zanim młoda kobieta go zauważyła. Z początku patrzył bez zainteresowania jak człowiek, przyzwyczajony do zagłębiania się we własną duszę, którego świat zewnętrzny obchodzi tylko wtedy, gdy jest bezpośrednio związany z jego myślami. Po chwili jednak spojrzenie jego stało się ostre i przejmujące. Zgroza jak wijący się wąż prześlizgnęła się po twarzy Odbiło się na niej potężne wzruszenie, opanował je jednak natychmiast wysiłkiem woli. Po chwili twarz nieznajomego przestała drgać i pozornie przybrała dawny, obojętny wyraz. Gdy zauważył, że Hester Prynne patrzy w jego stronę i zdaje się go poznawać, spokojnie i powoli podniósł palec wgórę, zakreślił nim znak w powietrzu i przyłożył go do ust.

Następnie, dotknąwszy ramienia miejscowego kolonisty, stojącego najbliżej, zwócił się do niego z uprzejmem zapytaniem:

— Proszę pana, kto jest ta kobieta? I dlaczego wystawiono ją na publiczną hańbę?

— Przyjacielu, musisz być obcym w tej okolicy — odpowiedział kolonista, z zaciekawieniem spoglądając na pytającego i jego czerwonoskórego towarzysza — inaczej napewnobyś słyszał o pani Hester Prynne i jej niegodnych czynach. Wywołała wielki skandal w kongregacji bogobojnego pastora Dimmesdala.

— Zgadł pan — odpowiedział nieznajomy. — Jestem obcy i długo wędrowałem, niestety wbrew własnej woli. Zaznałem przykrych przygód na lądzie i morzu i długo byłem w niewoli u pogan, mieszkających na południu. Teraz przyprowadził mię tutaj ten oto Indjanin, u którego wykupiłem się z niewoli. Zechciej więc opowiedzieć mi historję Hester Prynne — czy dobrze wymawiam nazwisko? — jakie popełniła przestępstwa, co doprowadziło ją do pręgierza?

— Rzeczywiście, przyjacielu, powinieneś się cieszyć — powiedział kolonista — żeś po tylu przygodach i pobycie w niewoli znalazł się nareszcie w kraju, gdzíe występki sądzi się i piętnuje w obecności władz i ludu. Tak właśnie jest w naszej bogobojnej Nowej Anglji. Ta kobieta, musi pan wiedzieć, była żoną pewnego uczonego, Anglika z pochodzenia, który jednak długo mieszkał w Amsterdamie. Dość dawno temu postanowił przeprawić się przez ocean, by podzielić los z nami tutaj w Massachusets. W tym celu wysłał najpierw żonę, a sam pozostał, żeby dopilnować kilku ważnych spraw. Otóż, przyjacielu, podczas dwóch lat, przez które ta kobieta mieszkała w Bostonie, nie było od tego uczonego, pana Prynne’a, żadnych wiadomości i, uważasz, ta młoda żona, nie mając żadnej opieki...

 

— Aha — aha — rozumiem — rzekł przybysz z gorzkim uśmiechem. — Człowiek tak uczony, jak pan mówi, powinien był i tego nauczyć się z książek. A któż, proszę pana, jest ojcem niemowlęcia, które pani Prynne trzyma na ręku, mającego jak sądzę, od trzech do czterech miesięcy?

— Prawdę powiedziawszy, ta sprawa pozostaje zagadką. Oczekujemy wciąż nowego Daniela, któryby ją rozwiązał — odpowiedział kolonista. — Pani Hester absolutnie odmawia wyjaśnień, i sędziowie napróżno łamią sobie głowę. Może winowajca stoi tutaj i przygląda się temu smutnemu widowisku, niepoznany przez ludzi i zapominając, że jednak Bóg go widzi.

— Uczony — zauważył obcy z ponownym uśmiechem — powinienby sam się zjawić, aby wyświetlić tajemnicę.

— Przydałoby się to, o íle jeszcze żyje — odpowiedział kolonista. — Otóż, proszę pana, nasi sędziowie z Massachusets, uwzględniając, że kobieta jest młoda i piękna, i pokusa niewątpliwie była silna — i że poza tem mąż jej najprawdopodobniej leży gdzieś na dnie morza — nie zastosowali do niej całej surowości prawa. Przewiduje ono w tym wypadku karę śmierci. Mając litościwe serca, sędziowie skazali ją tylko na stanie na tym szafocie w ciągu trzech godzin i na noszenie — teraz i potem, aż do końca życia ziemskiego — znaku hańby na piersiach.

— Mądry wyrok! — zauważył obcy, poważnie kiwając głową. — W ten sposób będzie ona żywem przykazaniem przeciwko grzechowi tak długo, aż hańbiącą literę wyryją jej na nagrobku. Gniewa mię jednak, że wspólnik tego występku nie stoi na szafocie wraz z nią. Ale on będzie znany! Będzie znany! Będzie znany!

Skłonił się uprzejmie rozmownemu koloniście i szepnął coś towarzyszącemu mu Indjaninowi, poczem obaj zaczęli torować sobie drogę wśród tłumu.

W innych okolicznoścach spotkanie to wydałoby się Hester Prynne jeszcze okropniejsze. Teraz zaś, stojąc na szafocie pod jasnemi promieniami słonca, przyświecającego jej hańbie, z czerwonym znakiem na piersiach, z dzieckiem, owocem grzechu, na ręce — była jakby pod opieką tłumu, bacznie śledzącego każde jej poruszenie. Obecność tysiąca świadków była dla niej poniekąd ochroną. Wolała też stać tak dalej na szafocie, otoczona widzami, niż znaleźć się z nim sam na sam i być zmuszoną do patrzenia mu zbliska w oczy. Ze zgrozą myślała o chwili, gdy po odbytej karze bezbronna stanie przed nim.

Pogrążona w tych myślach, nie słyszała uroczystego głosu, który rozległ się ponad nią i kilkakrotnie wymówił jej imię.

— Posłuchaj mnie, Hester Prynne — powiedział głos.

Wspominaliśmy już o tem, że ponad szafotem, na którym stała Hester Prynne, znajdował się rodzaj balkonu lub otwartej galerji, należącej do domu ludowego. Z tego miejsca władze wygłaszały przemówienia do ludu z całą uroczystością, właściwą publicznym zgromadzeniom owych czasów. Tutaj też siedział teraz gubernator Bellingham, otoczony honorową strażą, złożoną z czterech sierżantów z halabardami. Czarne pióro powiewało na jego kapeluszu; płaszcz był obszyty koronkami, a z pod niego wyglądała czarna welwetowa tunika.

Był to człowiek starszy. Głębokie zmarszczki na twarzy świadczyły o wielkiem doświadczeniu życiowem. Osoby, otaczające dostojnika, zachowywały nader uroczysta postawę. W owym czasie wierzono, że wszelka władza pochodzi od Boga. Byli to wszystko niewątpliwie ludzie zacni, sprawiedliwi i mądrzy. Ale z pośród całej ludzkości trudnoby było dobrać komplet, mniej nadający się do sądzenia zbłąkanego kobiecego serca i rozplątywania jego zawiłości, niż ci uczeni o surowym wyglądzie, ku którym Hester Prynne zwróciła teraz twarz.