Zamrożona

Tekst
Z serii: Trzy razy Z #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zamrożona
Zamrożona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Zamrożona
Zamrożona
E-book
27,90 
Szczegóły
Zamrożona
Zamrożona
Audiobook
Czyta Izabela Perez
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Motto

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Od Autorki

Copyright for Polish Edition © 2020 Edipresse Kolekcje sp. z o .o .

Copyright © by Natasza Socha

Edipresse Kolekcje sp. z.o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Dróżdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);

Biuro Obsługi Klienta

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Zofia Rokita

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając

Zdjęcie z okładki: Trevillion

Zdjęcie Autorki na II skrzydełku: Najka Photography/archiwum Autorki

ISBN: 978-83-8177-278-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń jest wstrzemięźliwość seksualna.

Rémy de Gourmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

To jest Julia

Piegi na czole Julii układają się w konstelację Wielkiego Wozu. Wiele osób to widzi, oczywiście tych, którzy mają pojęcie o gwiazdozbiorach. Jej oczy są zielone, choć gdyby dokładnie im się przyjrzeć, można dostrzec bursztynowe punkciki, które mienią się, kiedy pada na nie światło. Julia ma kasztanowe włosy, zazwyczaj spięte w kitkę. Trochę szkoda, bo rozpuszczone spływają miękko na ramiona i tworzą ciekawe obramowanie dla jej delikatnej twarzy.

– W takiej fryzurze jest pani najładniej – potwierdza fryzjerka, do której Julia przychodzi dość rzadko, bo zaledwie trzy razy w roku. Mogłaby częściej, ale jakoś nigdy nie może znaleźć czasu albo po prostu zapomina.

Kasztanowa farba wypłukuje się oczywiście po paru tygodniach i wtedy włosy Julii wydają się zakurzone, przydymione i matowe. Być może właśnie dlatego upina je w kitkę.

Siedzi jeszcze chwilę przed lustrem, dopija herbatę i patrzy na swoje odbicie.

Bardzo trudno odnaleźć sens życia, jeśli życie jest równie atrakcyjne jak wypicie herbaty rumiankowej. Julia tak naprawdę nie przepadała za jej smakiem, ale wyczytała kiedyś, że rumianek neutralizuje toksyny bakteryjne, i wyobraziła sobie, że dzięki niemu będzie zdrowsza. Ludzie miewają różne przyzwyczajenia, nawyki, a nawet nerwice, dzięki którym codzienność wydaje im się w jakimś sensie łatwiejsza. To pewnie kwestia powtarzalności dająca poczucie stabilności. Jeśli jest godzina szósta trzydzieści siedem – piję herbatę rumiankową. Jeśli jest piątek – kąpię się w wannie. A kiedy wychodzę z domu, zawsze trzykrotnie sprawdzam, czy drzwi są zamknięte.

Julia ma czterdzieści dwa lata i jest zlepkiem powtarzalności. Kumulacją drobnych rytuałów, dzięki którym czuje się pewnie i nie boi żadnych niespodzianek. Jest żoną, matką, nauczycielką, kobietą bardzo zwyczajną, choć pewnie niechętnie tak by o sobie powiedziała. Z drugiej strony doskonale wie, że nigdy nie wychyli się poza pewien poziom własnych możliwości. Są ludzie, którzy zawsze wspinają się na kolejne piętra, i tacy, którzy odnaleźli już swoje i niechętnie ruszaliby się z miejsca. Czy należy to potępiać?

– Pójdę już. – Podnosi się z fotela i strzepuje włosy z bluzki. Nawet jej samej podoba się ten odświeżony kolor i miękkie loki, które można nawinąć na palec i bawić się nimi jak w przedszkolu, kiedy wszystko sprowadzało się do tego, by być królewną.

– W co się bawimy? – padało pytanie.

– W królewny! – odpowiadała żeńska część grupy.

I trwało to latami, aż w końcu wszystkim tym małym dziewczynkom otworzyły się oczy.

Julia wychodzi na ulicę. Cieszy się, że ma jeszcze wolną godzinę. Lubi wykradać takie okruchy codzienności, rozciągać w czasie i bawić się minutami, które są tylko dla niej. Ktoś kiedyś powiedział, że w książkach wystarczy przewrócić kartkę, by minęło kilka tygodni. W życiu dorosłych ludzi bywało identycznie i za każdym razem wszyscy dziwili się, jak to możliwe, że lata mijają równie szybko jak mrugnięcie powiekami. Julia ma na to jednak swój sposób. Umie bawić się czasem, a może raczej go oszukiwać i łapać momenty w niewidzialne bańki. Wystarczyło nigdzie się nie spieszyć i wybrać sobie za punkt obserwacyjny coś, co z założenia mogłoby wydawać się kompletnie pozbawione sensu.

Przykład?

Niemal każdy widział klucz odlatujących ptaków. Patrzył na niego przez chwilę, a potem szybko zapominał. Julia tymczasem próbowała zabrnąć nieco dalej. Obserwując dzikie gęsi, układała w głowie algorytmy ich zachowań. Każdy ptak dopasowuje swoją prędkość do pozostałych. Przewodnik klucza zajmuje tę pozycję tylko przez kilkadziesiąt sekund, a potem ją oddaje. Co do minuty. Dzieje się to tak sprawnie i płynnie, że czasem ciężko dostrzec te zmiany.

– Czy pani widzi coś szczególnego tam w górze? – spytała ją kiedyś starsza kobieta.

Julia oderwała wzrok od nieba i zobaczyła, że wokół niej stoi dość spora grupka osób i z zaciekawieniem patrzy w górę.

– Patrzyłam na ptaki.

– Akurat – odezwał się mężczyzna w czarnym płaszczu.

Julia trochę się przestraszyła.

– Naprawdę. – Machnęła ręką w stronę nieba. – Klucz dzikich gęsi.

A potem uśmiechnęła się przepraszająco i chyba nawet uciekła, jakby ze strachu, że zaczną ją przesłuchiwać i dopytywać się o szczegóły. Poza tym nigdy nie lubiła być w centrum uwagi. Nawet we własnym domu. Chociaż czasem jest jej przykro, że za każdym razem, kiedy włącza swoją ulubioną stację radiową z muzyką filmową, niemal natychmiast ktoś z domowników zmienia ją na inną, mówiąc:

– Tego się nie da słuchać. Smęcenie. I ogólnie jakieś takie nudne.

Julia czasem chciałaby się zbuntować, tylko że zupełnie nie wie jak. W dzieciństwie też była uległa i nie przewodziła żadnej grupie. Najczęściej w ogóle stała po prostu z boku, nie mając wystarczająco odwagi, by otworzyć usta. Tak było w przedszkolu, w szkole podstawowej i na studiach również. Najgorzej wspomina, kiedy koleżanki wybierały kogoś do zabawy i zawsze czekała, aż padnie jej imię. Niestety, często padało dopiero na końcu, a czasem w ogóle. Zupełnie jakby była przezroczysta lub zbyt mało interesująca, żeby się z nią bawić. Trochę było w tym jej winy, bo często chowała się za plecami innych i chociaż nie lubiła tych swoich lęków, nigdy tak naprawdę nie chciała być liderem.

 

Kiedy jednak w domowej garderobie stało kilkanaście par butów, z których jej była tylko jedna („Mamo, schowaj swoje do szafy, bo przeszkadzają”), wtedy przez głowę przelatywała jej myśl, że nie tylko nadal chowa się za plecami innych, ale niemal w ogóle znika. I wtedy trochę się tego bała. Co innego stać z tyłu, co innego być niewidzialnym.

Julia widoczna jest tylko wtedy, gdy ma zadanie do wykonania.

– Mamo, nigdzie nie ma moich niebieskich spodni! – mówi córka Natalia, do której trzeba zwracać się Nela, inaczej nie reaguje. Lat trzynaście, wyjątkowo agresywny stopień dojrzewania z naciskiem na „nikt mnie nie rozumie”. Zbuntowana niemal od urodzenia, co bardzo zaskoczyło Julię, bo córka okazała się jej całkowitym przeciwieństwem. Już w wieku dwóch lat potrafiła wrzaskiem wymusić malinową kaszkę, a pogardliwie spluwać kleikiem.

Na to wspomnienie Julia uśmiecha się pod nosem, idzie do pokoju Neli i otwiera szafę. Spokojnie zerka na drugą półkę od góry, a potem wyciąga niebieskie spodnie, wepchnięte między dwie inne pary.

– Szukałam tam i nie było – mówi Nela.

Oczywiście. Nagle same przyleciały z pralki i ułożyły się miękko na półce. Spodnie zawsze tak robią. Podobnie zresztą jak inne rzeczy Neli. Córka tylko wzrusza ramionami i śmiesznie wydyma te swoje trzynastoletnie usteczka.

– Co zjesz na śniadanie? Płatki czy grzankę z miodem? – pyta Julia.

To pytanie też w jakimś sensie jest rytuałem. Od kilku miesięcy Nela zjada wyłącznie te dwie rzeczy i Julia w końcu daje za wygraną. Próby urozmaicenia śniadań kończyły się podobnie – wygrywała grzanka z miodem lub płatki z zimnym mlekiem. Wszelkiego rodzaju dyskusje o zdrowym odżywianiu i konieczności jedzenia różnych rzeczy były z góry skazane na niepowodzenie.

– Ja zawsze jadłam z ciepłym – powtarza Julia.

– A ja wolę zimne – odpowiada Nela.

Chwilę później w kuchni pojawia się Jonasz, piętnastolatek, który jako jedyny w całej klasie nie ma na twarzy żadnego pryszcza. I wie wszystko. O ociepleniu klimatu, o tym, że guma do żucia rozkłada się pięć lat, papieros z filtrem do dwóch, a torebka foliowa od stu do czterystu. Wie, że cukier szkodzi i powoduje spustoszenie w organizmie i że nie powinno się kupować pieczywa w marketach, bo jest nafaszerowane chemią. Nie używa plastikowych butelek i nie kupuje niepotrzebnych rzeczy. W przeciwieństwie do szafy Neli jego jest purystyczna i rygorystycznie skromna: siedem podkoszulków z krótkim rękawkiem, cztery z długim oraz sześć par spodni, dwa swetry, trzy bluzy. Policzalna jest również ilość skarpetek (dziewięć par) oraz majtek (osiem). Koszulki nosi tak długo, aż Julia zaproponuje mu, żeby w końcu je wyrzucił.

– Dobrze – zgadza się Jonasz. – Wyrzucę dwie najbardziej sprane i zniszczone.

Chłopak jest zaskakująco spokojnym i zrównoważonym nastolatkiem, ale również wie, czego chce.

– W przyszłości będę architektem projektującym budynki energooszczędne.

– Brzmi strasznie nudno – komentuje Nela, ale Jonasza to nie wzrusza.

– Będę dokonywał zawiłych obliczeń hydraulicznych niezbędnych dla rozwiązań technicznych, bardzo korzystnych dla zużycia energii do celów ogrzewczych. – Jonasz naprawdę rozumiał, co mówi, choć nawet dla Julii brzmiało to bardziej niż magicznie. No ale ona była humanistką.

Jest jeszcze Amelka. Sześciolatka, która kocha wszystko, co niebieskie i turkusowe. I która na każdej części ubrania musi mieć naszytą muszelkę, w przeciwnym razie nie pójdzie do przedszkola i Julia boi się, że faktycznie tak właśnie może się stać. A przecież nie może spóźnić się do pracy, bo jeśli pierwsza lekcja w szkole zaczyna się o godzinie ósmej, to ona powinna być co najmniej kwadrans wcześniej. To również pewien rytuał i chociaż Julia doskonale wie, że gdyby przyszła nawet pięć minut po dzwonku, świat z pewnością by na tym nie ucierpiał, ale jej poczucie odpowiedzialności jak najbardziej. I potem cały dzień czułaby się nieswojo.

I właśnie dlatego wstaje codziennie punktualnie o szóstej, a na każdym nowym ubraniu Amelki naszywa muszelkę. Kolejne dziecko, które wie, czego chce, i nie pozwoli sobie tego odebrać. Zupełnie jakby cała trójka zabrała Julii jej pewność siebie i sprawiedliwie rozdzieliła między sobą. Jej samej nie zostało już nic.

I właśnie dlatego na śniadanie są zawsze płatki, zimne mleko oraz grzanki i miód. Jest szklana butelka dla Jonasza oraz papierowe torebki na śniadanie. Jest plastikowy talerzyk w muszelki i szklanka z podobnym wzorem. Dzięki temu rytm dnia codziennego nie zostaje w żaden sposób zaburzony i każdy czuje się bezpiecznie.

Czy nie na tym właśnie powinno polegać udane życie?

Na poczuciu bezpieczeństwa?

Na przekonaniu, że jest dobrze, nawet jeśli czasem korci, by zamiast obiadu zjeść kawałek tortu i popić go lodowatą colą?

Julia nigdy nie zastanawiała się, czy lubi swoje życie, a to już był duży sukces. Nic jej nie kłuło, nie uwierało, nie powodowało, że cierpiała na bezsenność. Nie wstawała ze ściśniętym żołądkiem i nie miała poczucia, że coś jej umyka, że każdy kolejny rok traci na ważności, a ona sama za chwilę odejdzie w smugę cienia. Możliwe, że tak bardzo odsuwała od siebie te myśli, że faktycznie nauczyła się od nich odgradzać.

Julia jest kalką tysiąca podobnych jej kobiet. Być może nie są szczęśliwe, ale nie są również nieszczęśliwe. Być może ich codzienność nie ma koloru purpury, ale czy popielaty faktycznie jest aż tak nudny?

Codzienność jest zamknięta w czterech pokojach z balkonem i całkiem sporej łazience jak na mieszkanie w bloku. Oswojona, podobnie jak Konfitura – pies wielu ras, znaleziony pewnego dnia na ulicy.

Konfitura Wielosmakowa. Tak nazwała ją Julia i, o dziwo, wszystkim się spodobało. Nawet ją samą zdumiał fakt, że nie wytrącono jej argumentów, nie skrytykowano i nie wybrano innego imienia dla psa. A przecież na pewno by się zgodziła.

Konfitura została znaleziona tylko dzięki umiejętnościom Julii w zatrzymywaniu czasu. To był jeden z tych dni, kiedy lato powoli przechodziło w jesień, jeszcze niezdecydowane, ale już nie upalne i gubiące coraz więcej liści. Julia siedziała na ławce w parku i próbowała z zamkniętymi oczami odgadywać poszczególne odgłosy. Ciężko było przebić się przez normalne rozmowy, krzyki dzieci i ujadanie psów, ale koniec końców usłyszała nawoływania ptaków, kilka siarczystych przekleństw gdzieś w oddali, kogoś, kto grał na gitarze i wreszcie… ciche pojękiwanie. Skupiła się na nim jakoś odruchowo, a potem nagle wstała i poszła w tym kierunku, zatrzymując się co chwila i nasłuchując. Pół godziny później trafiła na ogródki działkowe, gdzie już od lat nikt nie mieszkał i które czekały na ostateczną rozbiórkę zdewastowanych domków.

I wtedy go zobaczyła.

Pies siedział przywiązany do jakiegoś metalowego pręta. Obok stała miska z wodą, dwa słoiki po konfiturach doszczętnie wylizane i kawałek kości. Julia pomyślała, że chociaż tyle ktoś dla niego zrobił. Nie rozglądała się za właścicielem, w ogóle nikogo nie szukała, tylko odwiązała psa i przyprowadziła do domu.

– To jest Konfitura i z nami zostanie. – Jeden jedyny raz powiedziała to takim tonem, że nikt nie próbował jej tego wyperswadować. Zresztą dzieci zawsze chciały mieć psa, a jej mąż doszedł do wniosku, że i tak nie będzie się nim zajmował.

Julia bardzo szybko ogarnia kuchnię, chowa naczynia do zmywarki, przeciera szmatką blaty i starannie zamyka lodówkę. Pakuje śniadaniówki, klepie Konfiturę trzy razy po prawym boku, a potem jest już ten moment, kiedy wszyscy muszą wyjść z domu, bez pośpiechu, bez złości, bez wzajemnych pretensji, przez kogo kto się spóźni.

O siódmej dwadzieścia dzwoni budzik i wtedy oczy otwiera Aleksander. W domu panuje przyjemna cisza, śniadanie czeka na niego na stole, przykryte lnianą ściereczką, ekspres do kawy jest włączony, radio jeszcze nie.

Kim jest Aleksander?

Rozdział drugi

To jest Aleksander

Funkcjonowanie rodziny jest dość schematyczne. Schematy są oczywiście różne, ale tak naprawdę można je policzyć na palcach jednej ręki. Ten, w którym zagnieździł się Aleksander, należał do konstelacji: „jestem uprzywilejowany”. Polegał na późniejszym wstawaniu niż reszta rodziny i nieuczestniczeniu w tym wszystkim, co mogło wywołać stres. Julia zgodziła się na taki układ, a nawet często podkreślała, że jest idealny. W końcu Aleksander naprawdę dużo pracował i musiał się zregenerować, śpiąc o godzinę dłużej niż pozostali domownicy. Lubił wchodzić do czystej i sprzątniętej kuchni i lubił, gdy panowała w niej cisza. Kiedy słychać było tylko tykanie zegara oraz szum pracującej zmywarki. Włączał ulubioną stację radiową i przeglądał w komórce wiadomości.

To były jego rytuały.

Początek dnia niezmącony szumem, dialogiem i niepotrzebnymi dyskusjami, z których i tak niewiele rozumiał.

Było jeszcze poranne stawanie przed lustrem i spoglądanie na siebie wzrokiem triumfalnym. Mężczyźni często to robią, tylko nieczęsto się do tego przyznają.

– Cześć! – Aleksander puścił do siebie oko i wciągnął brzuch. Wydął też usta w klasyczny dzióbek i gdyby ktokolwiek to zobaczył, pomyślałby, że ma do czynienia z dojrzałym okazem narcyza.

Aleksander ma czterdzieści siedem lat. Jest dentystą protetykiem, ma własny gabinet i satysfakcję, że odniósł sukces. Mieszkanie bez kredytu, samochód kupiony za gotówkę, wakacje dwa razy w roku i niewielkie, ale przyzwoite oszczędności. Wiele osób marzyło o takim życiu, a on stworzył je sobie i rodzinie sam, bez pomocy rodziców czy też jakiegoś spadku po ciotce, bez uruchamiania procedur kredytowych i bez zadłużania się u kogokolwiek. Wstawał codziennie o siódmej dwadzieścia i spokojnie przygotowywał się do wyjścia z domu. Wracał późno, co Julia doskonale rozumiała, chociaż zimą było jej trudniej, bo widywali się wyłącznie, gdy było już ciemno. To w zasadzie nie miało większego znaczenia, ale Julia była typem melancholiczki i ciemność wpływała na nią destrukcyjnie. A jeśli padał jeszcze deszcz i dmuchał wiatr, czuła się naprawdę smutna.

Nikt tego nie wiedział poza nią, bo Julia była doskonałą matką i żoną.

„Człowiek nie jest robotem. Ma swoje granice wytrzymałości, odporność psychiczną, wreszcie próg zwyczajnego zmęczenia. Pora uświadomić sobie, że bycie niedoskonałym nie jest wadą. Jest naszą naturą”, wyczytała to kiedyś w jakimś kobiecym piśmie i wtedy parsknęła śmiechem.

Kobiety bardzo szybko stają się robotami, ale ona wcale nie traktowała tego jako wady. Wręcz przeciwnie, była dumna, że role, które rzeczywistość nadaje poszczególnym ludziom, potrafi zagrać na najwyższym poziomie. Owszem, bywała zmęczona, czasem nawet chciało jej się płakać, ale następnego dnia wszystko znowu wracało do normy. Zawahania są czymś naturalnym, nawet zegarki starej daty trzeba od czasu do czasu nakręcić, żeby nadal pokazywały idealną godzinę. Najważniejsze, że nikt o tym nie wiedział, że nikt nie dostrzegał rys i pęknięć, a codzienność płynęła spokojnym rytmem.

Wróćmy jednak do Aleksandra.

Jest w nim coś, co wiele kobiet może fascynować. Postawny i męski. I ma czarujący uśmiech, co oczywiście jest naturalne u kogoś, kto sam jest protetykiem i tworzy takie uśmiechy niemal każdego dnia. Jest uprzejmy i sprawia wrażenie człowieka opanowanego. To kobiety również lubią, bo daje im poczucie bezpieczeństwa. Nawet najsilniejsze osobowości chcą, by czasem ktoś je otulił wielkim skrzydłem i pogłaskał po głowie. Aleksander miał takie umowne skrzydło, co automatycznie stawiało go w rzędzie mężczyzn pożądanych. Miał również gęste, ciemne włosy, ciemnobrązowe spojrzenie i zadbaną skórę, którą nawilżał balsamem z dodatkiem aloesu.

– Musi pan wiedzieć, że aloes ma cudowną zdolność do syntezy elastyny i kolagenu. Jeśli nałożymy na skórę krem z aloesem, automatycznie poprawiamy jej elastyczność i jędrność – powiedziała mu urocza dziewczyna w sklepie z kosmetykami i Aleksander nie miał żadnych podstaw, żeby jej nie uwierzyć.

 

– Pani zatem cała składa się z aloesu – oznajmił swoim niskim męskim tonem i dorzucił efektowne ciemnoczekoladowe spojrzenie, które miało cechy wybitnie zmiękczające.

Dziewczyna zareagowała typowo – uśmiechem, rumieńcem oraz rabatem dwudziestoprocentowym na wszystko z aloesem.

– Gdybym jeszcze w jakikolwiek sposób mogła pomóc… – dodała niskim tonem, a Aleksander podziękował jej serdecznie i obiecał, że jak tylko zużyje balsam, z pewnością tu wróci.

W zasadzie mógł przebierać wśród kobiet, ale podświadomość kazała mu zwrócić się ku Julii, która była jego pacjentką. Wybór partnera zawsze pozostaje zagadką, choć w przypadku Aleksandra duże znaczenie miała tu jego dalekowzroczność. Julia wydała mu się krucha, delikatna i nieroszczeniowo nastawiona do życia. To, wbrew pozorom, niezwykle ważne, zwłaszcza dla kogoś, kto woli decydować nawet o tym, po której stronie leżą widelce w kuchennej szufladzie. Ten typ ludzi wybiera na partnera kogoś słabszego, kogoś, kto łatwo ulega i nie buntuje się przy byle okazji. Nie robi tego z wyrachowania, po prostu podświadomie czuje, że życie z taką osobą nie będzie zbyt skomplikowane.

– Zanim przejdziemy do piaskowania, muszę wiedzieć, czy umówi się pani ze mną na kawę. – Dokładnie w ten sposób Aleksander zaczepił Julię, która na wszelki wypadek szybko skinęła głową.

Osobowość zależna, choć oczywiście nie całkowicie stłamszona. Taka była Julia. Nie lubiła podejmować decyzji i była wdzięczna, kiedy ktoś ją w tym wyręczał. Wierzyła, że mężczyzna został stworzony, by ocalić kobietę, nawet jeśli miałaby to być decyzja o zakupie nowej lampy. Nie przeszkadzało jej też to, że zawsze sprawdzał, czy dobrze doprawiła zupę, i za każdym razem dorzucał przynajmniej jedno ziarenko pieprzu.

Czasem właśnie na tym polega harmonia.

Czasem na czymś zupełnie innym, ale to już kwestia osobowości.

Małżeństwo spełniało oczekiwania Aleksandra, ale czy Julii również?

Nic nie jest pewne, dopóki człowiek nie stanie przed lustrem lub ktoś nie podsunie mu go pod nos.

Już za parę dni wydarzy się coś, co postawi ten ułożony świat na głowie, zburzy sielankowy obrazek i doprowadzi do małej rewolucji. Ale jeszcze nie teraz.

– Dzień dobry, panie doktorze! – Recepcjonistka ucieszyła się na widok Aleksandra, co od razu wprawiło go w dobry nastrój.

Naprawdę lubił swoją pracę. Jasnozielone ściany gabinetu i ta jedna ogromna, na którą nakleił fototapetę z lasem. Popielate fotele i drewniane podłogi wyciszone specjalną izolacją akustyczną, która likwiduje odgłosy kroków oraz tak zwany efekt pudła rezonansowego. Tak przynajmniej zapewniał producent i miał absolutną rację. Gabinet był przytulny, estetycznie urządzony i nawet dźwięk wiertła nie psuł panującej w nim miłej atmosfery. Zresztą znieczulenia Aleksander potrafił robić jak mało kto, pacjenci otrzymywali zatem minimalną dawkę bólu.

– Dzień dobry – odpowiedział. I był przekonany, że taki właśnie będzie.

Kolejny dobry dzień, bez żadnych nawałnic, burz i większych uniesień.

Na osiedle Zielone przeprowadzili się cztery lata temu, kiedy ich status materialny poprawił się na tyle, że mogli kupić mieszkanie bez zaciągania żadnego kredytu. Sprzedali stare, a Aleksander z dumą dołożył resztę ze swoich protetycznych oszczędności.

Julia, co prawda, wolałaby nadal mieszkać w starej kamienicy, w której wszystko wydawało jej się bardziej swojskie i przytulne, ale sama musiała przyznać, że dla pięcioosobowej rodziny mieszkanie jest zbyt ciasne. Trzy pokoje, nastolatek, dorastająca córka i mała syrenka oraz pies. Coraz częściej na siebie wpadali, coraz częściej potykali się o własne nogi i nogi domowników i złościli, że mieszkają jak Cyganie. Trochę w tym było racji, choć Julia wychowała się w mieszkaniu dwupokojowym, z czego jeden był wielkości lisiej jamy, i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Jednak w dzisiejszych czasach wszystko musiało być większe. Tyle że Julia nie lubiła nowego budownictwa. Do tej pory nie udało jej się nawiązać bliższej znajomości z sąsiadami, nigdy nie wiedziała, o co zapytać, żeby nie wyjść na zbyt nachalną, a jednocześnie wydać się wystarczająco interesującą dla rozmówcy. Aleksander miał z tym zdecydowanie mniej problemów, bo było mu wszystko jedno. I tak nie miał czasu na żadne dłuższe pogawędki. Wystarczyło mu, że wreszcie mają wygodne duże mieszkanie, na osiedlu wszystkie niezbędne sklepy i punkty usługowe (nawet szewc, co było wyjątkowo oldschoolowe), a on ma dość blisko do pracy. Sąsiedzi byli mu w zasadzie obojętni.

Julia bardzo chciała kogoś poznać, ale zazwyczaj tylko się uśmiechała i ograniczała do „dzień dobry” na przemian z „dobry wieczór”. Kilka razy spotkała kobietę z mieszkania piętro wyżej i chociaż miała ochotę do niej zagadać, słowa jakoś więzły jej w gardle. Najgorzej było w windzie, bo krępująca cisza wypełniała ją po brzegi i Julia za każdym razem odnosiła wrażenie, że zaczyna się dusić. Dlatego z czasem przestała jeździć windą, co było kompletnie niezrozumiałe dla Neli, w miarę akceptowalne dla Jonasza i tragiczne dla Amelki, która uwielbiała wciskać guziki, najlepiej wszystkie naraz, włącznie z alarmem. W końcu uzgodniła z dziećmi, że w dni parzyste jeżdżą windą, a w pozostałe wspinają się dzielnie schodami, co naprawdę nie było aż takim wyczynem, kiedy mieszkało się na drugim piętrze.

– Rozumiem tych z szóstego, ale dla nas to chyba żadna przeszkoda, prawda? – powtarzała, ale Nela za każdym razem patrzyła na nią wzrokiem bazyliszka sugerującego, że drugie piętro to prawie wieża Eiffla, po czym dorzucała przyspieszony oddech, wybałuszała oczy i przystawała niemal na każdym stopniu.

Ostatecznie stanęło na tym, że Julia wybierała schody tylko i wyłącznie wtedy, gdy była sama, ewentualnie z Konfiturą. Skończyło się zatem jak zwykle – wszyscy postawili na swoim i byli zadowoleni, a ona po raz kolejny poczuła, że niewiele ma do powiedzenia.

– Ja wszystko rozumiem, ale po co te dyskusje, skoro mieszkamy w bloku z windą? – dobił ją ostatecznie Aleksander.

Julia doszła do wniosku, że faktycznie nie ma o czym rozmawiać.

Człowiek tak naprawdę najbardziej potrzebuje w życiu komfortu psychicznego, a czasem nawet wewnętrznego bezruchu. Wszystko, co wytrąca z równowagi, jest równie niepotrzebne jak robak w śliwce.

Kto lubi zmiany?

Kto lubi ciągle od nowa oswajać lęki?

A jednak czasem tak bardzo chce się wyjść z klatki.