Zagubieni

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,80  51,04 
Zagubieni
Tekst
Zagubieni
E-book
29,90 
Szczegóły
Zagubieni
Audio
Zagubieni
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MATI

Nikodem, który zniknął

Czasami człowiek po prostu musi skłamać.

To nawet uzasadnione naukowo, bo podobno kłamiemy kilkadziesiąt razy dziennie, oczywiście najczęściej w sprawach błahych, więc kłamstwo Matiego również można usprawiedliwić. Istnieją drobne oszustwa, które nikomu nie szkodzą, a ich użycie jest uzasadnione, zwłaszcza kiedy nadmierna szczerość tylko niepotrzebnie zraniłaby kogoś bliskiego. Kłamanie to najczęściej strach przed skutkami przyznania się do czegoś, chęć zyskania aprobaty otoczenia, droga na skróty do własnego sukcesu lub po prostu silne przekonanie, że prawda mogłaby zabić. A w tym konkretnym przypadku – samą matkę Matiego.

Nie mógł jej na to narazić.

Mama była bowiem niewiarygodnie związana uczuciowo ze swoimi trzema kotami trzech różnych ras. Janem, czyli maine coonem (skrzyżowanie rysia z szopem) – grubym, a jednocześnie zwinnym, dość przyjaznym i bardzo włochatym. Stanisławem, czyli angorą turecką – pięknym, dostojnym, efektownym i długowłosym. W kolorze przydymionego popielu. Oraz Nikodemem, czyli dońskim sfinksem – łysym jak kolano, ze szpiczastymi uszami i nieustającą chęcią poszukiwania ciepłych miejsc. Co zresztą go zgubiło.

Nikodem upatrzył sobie auto Matiego, małe, czerwone i błyszczące. Niestety nie wydał z siebie żadnego dźwięku, nikogo nie poinformował o swoich planach, tylko zaczaił się pod drzwiami samochodu i czekał, aż ktoś je otworzy. Zamierzał wskoczyć do środka, umościć się na tylnym siedzeniu, na którym utworzyło się przyjemne kółko z wpadających przez szybę promieni słonecznych, i podrzemać w ciszy i spokoju. Tylko że wszystko poszło nie tak, czego nie przewidział ani Mati, ani Nikodem. Drzwi wprawdzie się otworzyły, ale w momencie kiedy Nikodem zaglądał do środka, unosząc już jedną z tylnych łap, Mati, kompletnie nie wiedzieć dlaczego, wziął wielki zamach i zatrzasnął je z całej siły.

Niestety na kocie.

Który wydał z siebie ostatni wrzask, a potem najzwyczajniej w świecie skonał, chociaż Mati natychmiast próbował go reanimować.

– Kurwa. – Mati po chwili złapał się za głowę.

Naprawdę było mu żal kota, bo Nikodem był całkiem w porządku, nie drapał i nie wydzierał się bez powodu, często się łasił i nie wybrzydzał przy saszetkach z żarciem, jak na przykład Stanisław, który żarł tylko wątróbkę drobiową.

Mati kompletnie nie wiedział, co zrobić.

Matka kochała całą trójkę swoich kotów i była to miłość bezwarunkowa. Po rozwodzie z mężem swoją miłość przelała na zwierzęta i często powtarzała, że wreszcie ktoś docenia jej zaangażowanie i obiady. Synowi zanosiła zupy, roladki domowej roboty, pierogi, placki ziemniaczane oraz duszone buraczki, a kotom przygotowywała osobne potrawy, do których dorzucała ekskluzywne saszetki z mięskiem.

– Proszę cię, ożyj – powiedział Mati do Nikodema i przyłożył głowę do jego piersi.

Ale kot, mimo zapewnień, które można było wyczytać w różnych książkach, wcale nie miał dziewięciu żyć, tylko jedno, i to mało odporne na drzwi samochodu. Koniec końców Mati przełożył Nikodema do kartonu po butach i kompletnie nie wiedział, co dalej.

Powiedzieć mamie?

Przyznać się?

Odjechać, zanim ktokolwiek zacznie kota szukać?

Udawać kretyna?

Pomóc w poszukiwaniach?

Początkowo naprawdę próbował przyznać się do tego, co niechcący zrobił. Ale powstrzymał go nowy zielony kubraczek dla Nikodema, który matka zrobiła na jakimś Kółku Miłośniczek Popołudniowego Szydełkowania i który właśnie mu pokazywała, ciesząc się jednocześnie, że Nikuś nie będzie już marzł w chłodnie dni.

To prawda. Nie będzie.

Ale z zupełnie innego powodu.

Kiedy po dwóch godzinach matka zaczęła się poważnie niepokoić, a nawet stała się nerwowa, uznał, że musi jej powiedzieć prawdę.

– Mamo… – zaczął więc ostrożnie.

– Nie teraz, Mati. Muszę znaleźć Nikodema. Inaczej umrę.

Naprawdę tak powiedziała.

Więc czy Mati mógł ją narazić na utratę życia, tak jak to zrobił z kotem? Jedyne, co mógł w tej sytuacji zrobić, to wydrukować ulotki ze zdjęciem Nikodema, opisać jego cudowny charakter i porozwieszać je w okolicy, a potem codziennie dzwonić do mamy i pytać: „Czy coś wiadomo?”.

Czuł się z tym po prostu podle. Z każdym dniem coraz bardziej. Koty śniły mu się niemal każdej nocy, a on budził się spocony i przerażony, że albo wszystko się wyda i matka zrzeknie się praw rodzicielskich, albo zostanie zagryziony przez kocury zombie.

Oczywiście cała sytuacja dla kogoś stojącego z boku mogła wydawać się śmieszna lub przynajmniej mało dramatyczna, ale Mati naprawdę miał wyrzuty sumienia.

I bał się karmy.

MOST

– Sorry – powiedziała Sonia. – Ale kot mnie kompletnie nie przekonuje. Po pierwsze, mam alergię na kocią sierść, i to też jest temat na rozmowę.

– Nikodem był łysy – wtrącił Mati.

– Nie szkodzi. Kot to kot. Poza tym cała ta historia jest może i tragiczna, ale zauważ, że twojej mamie zostały jeszcze dwa koty, a po drugie, to się zdarza. Codziennie zwierzęta giną pod kołami samochodów albo zostają zagryzione, albo po prostu umierają. Nie bardzo rozumiem, dlaczego miałby to być powód do odebrania sobie życia. – Wzruszyła ramionami.

Mati odrobinę się zdenerwował.

– Nie mówię, że kot jest powodem. Po prostu pokazuję ci, co ostatnio mnie spotyka. Czego się dotknę, to jakaś porażka. Okłamuję od ponad roku własną matkę. Zabiłem zwierzę. No i przepraszam bardzo, ale to, że dałaś się nabrać gówniarzowi przycinającemu brody, jest jeszcze bardziej żenujące.

Sonia spojrzała na niego gniewnie.

– A to niby dlaczego? Dałam się nabrać. Zostałam oszukana i wykorzystana. I to nie pierwszy raz. Ta historia miała ci pokazać, że jestem łatwym łupem dla naciągaczy, dupków i facetów, którzy są emocjonalnie niestabilni. Nie mam szans na żaden normalny związek. A człowiek jednak żyje na tym świecie po to, żeby móc się tym życiem z kimś podzielić. Kawę wypić rano. Na spacer pójść. Do łóżka wreszcie.

Mati podrapał się po głowie.

– No dobra, samotność faktycznie jest przereklamowana. Ale ja też dostałem po dupie. Ta dziewczyna najpierw mnie zignorowała, chociaż to mogła być miłość mojego życia. A potem więcej jej nie zobaczyłem. Być może straciłem coś pięknego, co więcej nigdy mi się nie trafi.

Sonia parsknęła śmiechem.

– Błagam cię! Nic o niej nie wiesz. Nie masz pojęcia, kim jest i co lubi. Zobaczyłeś dziewczynę w kawiarni, raz w białej bluzie, raz w niebieskiej koszuli, i z normalnymi paznokciami i nagle cię oświeciło? Poczułeś strzałę Amora w lewym pośladku? To najsłabsza historia, jaką kiedykolwiek słyszałam. Co ci się w niej spodobało? To, że piła smoothie czy że nie miała makijażu? Człowieku, ona mogła kompletnie do ciebie nie pasować. Mogła być głupia, egoistyczna, zaborcza. Mogła być lesbijką. A ty utkałeś sobie w głowie obraz wielkiej miłości. Ile ty masz lat?

Mati nie odpowiedział.

Deszcz ustał na moment, ale oboje byli już tak przemoczeni, że nie zwrócili na to większej uwagi. Mati zdjął kurtkę, na której oboje usiedli, i spuścili nogi z mostu. Zapatrzyli się też w przepływającą pod nimi rzekę.

– Umiesz w ogóle pływać? – spytała Sonia.

– Pewnie – obruszył się.

– To po cholerę chcesz skakać? Człowiek odruchowo się ratuje, nawet jeśli w planach miał zupełnie co innego. Ja przynajmniej nie umiem pływać. Pewnie od razu zachłysnę się wodą i po krzyku.

– Nie próbuj mnie podejść. Poza tym żadne z nas na razie nie wygrało. Twoje historie nie wydają mi się wcale aż tak tragiczne. Wypalony zawodowo, życiowo, związkowo i jeszcze w stu innych kategoriach jest co drugi człowiek na tej ziemi. Ilu znasz takich, którzy są bezwarunkowo szczęśliwi? Każdy uważa, że ma do dupy życie i że wszystko, co dobre, skończyło się wraz z błogim dzieciństwem, kiedy jedynym twoim zmartwieniem był wybór ciuchów do szkoły.

Sonia milczała. W zasadzie chłopak miał rację, choć do tej pory wydawało jej się, że to ona ma w życiu kompletnie przesrane. Ale faktycznie, może trzeba dorzucić coś cięższego. I przyznać się, że również z jej emocjami jest coś nie tak.

– No dobrze – zgodziła się po chwili. – Załóżmy, że jest remis. Tylko muszę cię zmartwić, bo ja mam w zanadrzu jeszcze kilka opowieści z mojego trzydziestoparoletniego życia. I jestem pewna, że żadnej z nich mi nie pozazdrościsz.

Mati tylko się zaśmiał.

– Ja też nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego. Smaczki zawsze zostawiam na później. Są moją kartą przetargową. Kiedy dowiesz się, co mnie ostatnio spotkało, sama przyznasz mi palmę pierwszeństwa. Czasem mam wrażenie, że swoim pechem mógłbym obdarować pół świata. Zupełnie jakby ktoś gdzieś tam uparł się, żeby mi dowalić. Ale poczekaj, nie jesteś czasem głodna? – nagle zmienił temat.

Sonia spojrzała na niego z pobłażaniem w oczach.

– Mamy skoczyć. Zniknąć. Wymazać się z listy obecności. Serio chcesz przedtem coś zjeść?

Przytaknął.

– Zgłodniałem jak cholera. Może kebab? Tu niedaleko jest Turek, który ma czynne całą dobę. Ale idziesz ze mną. – Chwycił ją za ramię.

– Niby dlaczego?

– No chyba nie sądzisz, że cię tu samą zostawię. Za duże ryzyko. Poza tym nie skończyliśmy licytacji.

Wzruszyła ramionami.

– Niech ci będzie. Właściwie też mam ochotę na kebab, ale bez cebuli, bo potem mi się odbija.

W milczeniu poszli do budki z jedzeniem, zamówili dwie porcje na wynos i w milczeniu wrócili na most.

– Dobre – powiedziała w końcu Sonia, a Mati potakująco mlasnął.

SONIA

Zemsta zza grobu

Dwa lata temu Sonia nie dostała urlopu. Najpierw zamierzała wyjechać w lipcu, ale koleżanka podrzuciła jej kameleona na przechowanie, więc zdecydowała się na sierpień. A jak się już zdecydowała i zaniosła wniosek, dowiedziała się, że wszystkie urlopy dawno „rozdano” i ktoś musi zostać, żeby pracować. Pierwszy wolny termin – początek października. Sonia była wściekła z powodu utraconej wizji smażenia się na rozgrzanej plaży usłanej muszelkami i postanowiła coś jednak wymyślić. Strasznie nie lubiła rezygnować z czegoś, co wcześniej zaplanowała.

 

– Przecież mam już strój kąpielowy – powiedziała do swojego odbicia w lustrze.

Po dwóch godzinach miała gotowy plan oszukania szefa. Postawiła na sprawdzoną w czasach licealnych metodę „na babcię”, która nagle i niespodziewanie umarła. Babcia rzeczywiście umarła, tyle że dziesięć lat temu. Sonia pominęła jednak tę informację w rozmowie z szefem i zupełnie szczerze zalała się łzami, opisując ciepło staruszki, która pachniała drożdżowym ciastem i nosiła kraciaste fartuszki. Szef nawet się wzruszył i podpisał urlop aż na tydzień, bo babcia oczywiście mieszkała bardzo daleko (gdzieś w Górach Sowich), a Sonia obiecała rodzinie, że zajmie się wszystkimi formalnościami związanymi z pogrzebem. A to wymaga czasu.

Dwa dni później siedziała w samolocie, na wszelki wypadek od razu wysmarowana blokerem, bo ciężko byłoby wytłumaczyć szefowi, że opaliła się podczas pochówku. Kierunek Costa Brava, last minute, przyjemna cena, zdjęcia w katalogu jeszcze ładniejsze. Babci obiecała, że po powrocie osobiście wyszoruje jej grób i zamówi co najmniej kilka mszy na przeprosiny. Pierwsza niespodzianka czekała ją już po wyjściu z samolotu. Na transfer do hotelu musiała czekać jakieś dwie godziny, a kiedy w końcu pojawił się spocony kierowca, została poinformowana, że muszą trochę zboczyć z drogi, bo coś tam.

– Ale co konkretnie? – dopytywała Sonia. Niestety kierowca odpowiedział szybko i po hiszpańsku. Później okazało się, że pojechał po jakiegoś krewnego, co w sumie wydłużyło drogę o kolejne dwie godziny. Pod wieczór byli w hotelu.

– Nie ma już apartamentów, ale mamy pokoje od strony morza. – Miła pani w recepcji się uśmiechnęła.

Sonia uznała, że nie warto się kłócić, chociaż katalog sugerował, że hotel ma tylko dwupokojowe przestronne apartamenty, i pobiegła na drugie piętro. Otworzyła okno w celu łyknięcia morskiej bryzy. Zamiast bryzy dostała w twarz kurzem, a dodatkowo ogłuszył ją nachalny dźwięk betoniarki. Zbiegła na dół i zażądała wyjaśnień.

– Nie widzę morza – syknęła.

Recepcjonistka łypnęła na nią hiszpańskimi oczami w kolorze węgla i ze stoickim spokojem oznajmiła:

– To nie jest pokój z widokiem na morze, tylko od strony morza. Tyle że do morza jest stąd jakieś dwa kilometry w linii prostej. Przy dobrej pogodzie nawet je widać.

– A ta betoniarka to jakiś specjalny wystrój waszego hotelu? – Sonia wkroczyła w obszary lekkiego sarkazmu.

– W katalogu napisano „hotel częściowo w przebudowie”. – Recepcjonistka wskazała dopisek wielkości mszycy zamieszczony na samym dole.

Sonia próbowała zabić ją wzrokiem, niestety hiszpańskie oczy kobiety były zbyt silne i odparły atak.

Następnego dnia do zakurzonych okien zapukało słońce i Sonia postanowiła nie przejmować się więcej drobiazgami, tylko natychmiast wyciągnąć swe ciało na plaży (oczywiście pod parasolem) i oddać się błogiemu lenistwu. Spakowała niewielką torbę, przerzuciła przez ramię ręcznik i weszła w rozgrzane powietrze Costa Brava. Do plaży dotarła wykończona. Dwa kilometry w linii prostej oznaczały jakieś cztery z zakrętami. Gdyby nie uprzejmość przystojnego Hiszpana na skuterze, pewnie by zrezygnowała po drugiej godzinie marszu.

Kiedy stanęła na piasku, z jej gardła wydobył się okrzyk zgrozy i rozpaczy. Plaża okazała się dzika. Wszędzie walały się gałęzie, kamienie, wodorosty, całkiem sporo śmieci i potłuczonego szkła. Uciekła do pobliskiej restauracji i spytała o plażę miejską. Jest. Siedem kilometrów stąd, autobus zaraz odjeżdża. Około godziny drugiej rozłożyła wreszcie ręcznik między rozwrzeszczaną rodziną z Polski a jeszcze bardziej rozwrzeszczaną rodziną z Niemiec. Osiemnaście razy oberwała w głowę piłką od bachorów zarówno polskich, jak i niemieckich, dwanaście razy sypnięto w jej stronę piachem i siedemdziesiąt siedem razy zaczepiono pytaniem, czy chce kupić oryginalnego rolexa, torebkę Louis Vuittona lub chociaż okulary Diora. O szóstej wieczorem uciekła, a w hotelu wylądowała o dziewiątej, bo pomyliła autobusy. Z bufetu kolacyjnego zostało tylko wspomnienie i zapach smażonych kalmarów.

– To klątwa babci. – Zrozumiała to dość szybko.

W kolejnych dniach zrezygnowała z plaży, wycieczki fakultatywne, na które chciała pojechać, odwołano, bo nie było chętnych, a na własną rękę bała się ruszać do Barcelony. Snuła się zatem po hotelowym placu budowy i szukała schronienia. Basenu nie mieli – był w przebudowie, mieli za to saunę, ale przy czterdziestu stopniach na zewnątrz nikt nie miał ochoty z niej korzystać. Poszła w końcu na pierwszy lepszy cmentarz i przy dowolnie wybranym krzyżu zaczęła prosić babcię, żeby jej wybaczyła.

Cisza… Mroczna, hiszpańska, cmentarna cisza. Ale może zadziałało…

Po tygodniu Sonia przypominała wyciśniętą cytrynę. Była zmęczona, blada i roztrzęsiona.

Babcia bowiem nie odpuściła i najwyraźniej mściła się dalej. Trzy dni przed wyjazdem Sonia poznała mężczyznę swojego życia. Niestety po upojnej nocy okazało się, że facet dorabia w hotelu jako żigolak. I bardzo normalnym tonem poprosił ją o zapłatę za nocną usługę. Sonia poczuła się tak bardzo zdezorientowana, wstrząśnięta i oszołomiona, że nie bardzo wiedziała, ile należy zapłacić.

– Dwadzieścia euro? – spytała w końcu, ale ponieważ żigolak parsknął zdecydowanie negatywnie, dała mu pięćdziesiąt.

A potem przez godzinę leżała na łóżku i patrzyła w sufit, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Kiedy siedziała w powrotnym samolocie do Polski, pomyślała, że życie naprawdę ma swoich ulubieńców. I wtedy daje im wszystko, innym zabierając nawet coś tak zwykłego jak udane wakacje.

– Dlaczego za każdym razem odnoszę wrażenie, że ktoś robi mnie w balona? Zupełnie jakby w nieskończoność testował moją odporność na te wszystkie gówniane rzeczy, które mi się przydarzają.

Sonia najchętniej zakopałaby się pod kocem i nie ruszała przez najbliższy tydzień z domu.

Ale praca czekała. Paczki i pakunki.

A szef bardzo chciał, żeby mu coś opowiedziała o swojej zmarłej babci.

MATI

Ten problem

Może to jest i śmieszne dla kogoś, kto nigdy tego nie doświadczył. Kto zawsze staje na wysokości zadania, jest ogierem o nieokiełznanym temperamencie, dzikim i pełnym namiętności. W zasadzie Mati też tak o sobie myślał.

Do czasu.

Dziewczynę jak zwykle poderwał w klubie i był z siebie naprawdę dumny, bo zajęło mu to około minuty. A wcale nie była ani brzydka, ani zdesperowana. Po prostu miała ochotę się rozerwać i uznała, że Mati idealnie się do tego nadaje.

– Podobasz mi się – powiedziała szczerze, a on odwzajemnił się podwójnym mojito.

Posiedzieli jeszcze chwilę na miękkiej kanapie, pogadali, choć kompletnie nie wiedział o czym, a potem oboje doszli do wniosku, że mają ochotę na seks. Mati lubił takie dziewczyny, choć gdzieś w głębi serca uważał się za romantyka. A jednak fajnie było od czasu do czasu nie brać udziału w żadnych grach wstępnych, żadnych podchodach z kwiatami i nie wiadomo czym jeszcze, tylko zupełnie normalnie umówić się na spotkanie, które miało być przyjemne dla obu stron. Poszli do niego i jeszcze na klatce schodowej rozpoczął się proces namiętnego całowania.

Czuł, że ma coraz większą ochotę, więc kiedy tylko weszli do mieszkania, ściągnął z siebie sweter oraz podkoszulek i pozwolił dziewczynie pobawić się swoimi sutkami. Uwielbiał takie wieczory. Niezobowiązujące, luźne, spontaniczne i zakończone dobrym seksem.

Do sypialni jej nie zaciągał, uznał, że kanapa w pokoju gościnnym im wystarczy. Zresztą sypialnię traktował bardzo osobiście i rzadko kiedy zapraszał tam osoby trzecie. Każdy ma swoje świętości, a Mati po prostu nie lubił obcych we własnej pościeli. Nawet jeśli były to zgrabne blondynki z rozmiarem piersi C łamane przez D, czyli absolutnie dla niego idealnym i wymarzonym. Jeszcze mieściły się w dłoniach, a jednak nie do końca.

Dziewczyna na szczęście nie naciskała na sypialniane łóżko, tylko usiadła okrakiem na Matim i wprawnym gestem ściągnęła z siebie wszystko oprócz bielizny.

Białej, koronkowej, dość skąpej.

I kiedy właśnie zbliżali się do kulminacyjnego momentu, w którym Mati zsunął swoje bokserki z nadrukowanymi bohaterami Marvela, nagle okazało się, że to, co powinno być twarde i stojące, bardziej przypomina śpiącego kurczaczka i jest równie bezradne jak on. Zasłonił się natychmiast leżącą obok koszulką i szybko zerknął na dziewczynę, czy też ujrzała jego hańbę. Na szczęście była zajęta szyją Matiego i jeszcze nie zwróciła uwagi na to, co miał między nogami. Szybko zamknął więc oczy i zaczął ją namiętnie całować, jednocześnie próbując przypomnieć sobie najbardziej gorące kawałki z pornhuba, jakie ostatnio oglądał, a na dokładkę dorzucił Scarlett Johansson, w której się potajemnie kochał.

Niestety, w dalszym ciągu nie doszło nawet do początków erekcji.

– Coś jest nie tak? – zorientowała się nagle dziewczyna i Mati poczuł, jak się czerwieni.

A im większą czuł presję, tym mniejsze stawało się to, co nie powinno.

– Nie stoi ci – zauważyła w końcu.

„Mogła być bardziej delikatna” – pomyślał Mati, ale tylko pokrył tę niezręczność wymuszonym śmiechem.

– Cholernie ciężki dzień w pracy. Czasem nie nadajemy z kolegą na tych samych falach. Mózg chce, a ten tymczasem – wskazał ręką na swojego penisa – przysypia.

Strasznie żałośnie to zabrzmiało, ale musiał przecież coś powiedzieć. Nie da się zignorować zwiędniętego kutasa, zwłaszcza w sytuacji sam na sam z kobietą.

Nagą.

Dziewczyna przygryzła wargę.

– Możesz się nim oczywiście zająć, jak chcesz. Jestem pewien, że tobie się nie oprze – spróbował jeszcze, choć zdawał sobie sprawę, jak żenująco i rozpaczliwie brzmi.

Z drugiej strony niektóre kobiety lubiły takie wyzwania.

Dziewczyna (właśnie dotarło do niego, że nawet nie zna jej imienia albo po prostu go nie pamięta) faktycznie śmiało podeszła do tematu. Zarówno ręcznie, jak i oralnie.

I chociaż robiła to całkiem sprawnie i z wyczuciem, Mati czuł tylko, że jest coraz gorzej. Mimo iż zrzuciła z siebie bieliznę, a jej nagie ciało było niezwykle apetyczne. Opalone, jędrne. Aż się prosiło, żeby go dotknąć, polizać, skosztować i doprowadzić do wrzenia.

Tylko jak?

– Masz zaburzenia erekcji? – spytała w końcu.

K…wa. Nie.

– Czasem mięknie po alkoholu. Może za dużo wypiłeś i zakłóciło ci synapsy? – najwyraźniej musiała postawić jakąś diagnozę.

Z wrażenia trochę się spocił. Cała ta sytuacja była cholernie krępująca, zwłaszcza dla kogoś, komu zdarzyło się to po raz pierwszy. I to przy nieznajomej, której chciał zaimponować swoim seksualnym obyciem.

– Nie wypiłem tyle, żeby się nie kontrolować – wysapał zmieszany.

Dziewczyna raz jeszcze nachyliła się nad nim, wkładając całe serce w to, co robi, ale najwyraźniej ten wieczór nie miał się skończyć fajerwerkami.

– Chyba nic tu po mnie – oznajmiła nieco rozczarowana. – Wymiękłeś, kolego – zachichotała z własnej gry słów, ale Matiemu wcale nie było do śmiechu. – A może bierzesz jakieś leki? Cukrzyca? Zakrzepica? Nie wiem, co jeszcze. – Wzruszyła ramionami. – Leki i erekcja czasem nie idą w parze.

Mati bardzo chciał, żeby już sobie poszła. Żeby przestała się bawić w panią doktor, psycholog i seksuolog w jednym, tylko szybko się ubrała, narzuciła na swoją białą koronkową bieliznę sweterek, założyła kurtkę i wreszcie buty. A potem starannie zamknęła za sobą drzwi i zapomniała o Matim raz na zawsze.

W końcu dziewczyna faktycznie dała za wygraną. Pocałowała go jeszcze w czółko, jakby był chorym i zniedołężniałym starcem, a potem zniknęła z jego mieszkania i życia zapewne również.

Obrzydliwa sytuacja.

Kompromitacja na całego, i to w tak młodym wieku. Co innego, gdyby miał pięćdziesiątkę na karku, wtedy mógłby to sobie jakoś wytłumaczyć. Ale jak może nie stanąć facetowi, który dobiega ledwo trzydziestki i który zaliczył co najmniej trzy tuziny różnych kobiet?

– Czy ja muszę kupić viagrę? – spytał samego siebie. Głupio byłoby kolejny raz wypaść z gry. W końcu wpadnie w jakąś obsesję na tym punkcie i sama tylko myśl o seksie spowoduje, że z jego penisa ujdzie życie niczym z przekłutego balonika. – Kończę się – wysapał jeszcze, a potem wypił duszkiem dwie butelki piwa i padł wykończony na łóżko w sypialni.

To, z którego najbardziej lubił korzystać sam.

I zdaje się, że bardzo słusznie.