Zagubieni

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni
Zagubieni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,80  51,04 
Zagubieni
Tekst
Zagubieni
E-book
29,90 
Szczegóły
Zagubieni
Audio
Zagubieni
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
33,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Wstęp

2  CZĘŚĆ PIERWSZA

3  CZĘŚĆ DRUGA

Copyright for Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse sp. z o .o .

Copyright for the Text © 2020 by Natasza Socha

Wydawnictwo Edipresse sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Biuro Obsługi Klienta

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8–17)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

Redakcja: Joanna Machajska

Korekta: Katarzyna Szajowska

Projekt okładki: Magdalena Zając

Zdjęcie z okładki: Trevillion

ISBN: 978-83-8177-461-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne.

Bohumil Hrabal

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Mosty są czasem bezradne. Niby zwykła konstrukcja inżynierska wymyślona po to, by dostać się z jednego brzegu na drugi. Podpory i przęsła, elementy usztywniające, dźwigary. Pod mostem zazwyczaj znajduje się pusta przestrzeń. Ale i ona gdzieś się kończy. Albo w jeziorze, albo w rzece, albo na ulicy. Im wyższy most, tym większy powód do dumy. Tyle że niemal każdy most ma swojego samobójcę, chociaż wcale tego nie chce.

Jest godzina pierwsza osiemnaście w nocy. Marzec, dość zimny i deszczowy, więc ludzie po prostu są w domach. Przynajmniej ci, którym nie jest wszystko jedno, którzy zamierzają wstać rano, pójść do pracy, szkoły albo po prostu przed siebie. Którzy kupią świeże bułki na śniadanie, kawę w papierowym kubku, może gazetę, choć dzisiaj to mało popularne, albo wyjdą z psem na spacer i będą udawać, że nie widzą, jak robi kupę na trawniku.

Tymczasem na moście rozciągniętym między brzegami Warty stoi dziewczyna, trudno powiedzieć, czy ładna, bo twarz ma wykrzywioną jakimś dziwnym grymasem. Chwilę później już wiadomo dlaczego. Kilka metrów dalej stoi chłopak, chyba młodszy od niej, ale nie to jest teraz najważniejsze. Tak naprawdę chodzi tu o absurdalny zbieg okoliczności. Oboje bowiem postanowili zakończyć swoje życie, skacząc z mostu do wody, topiąc się w niej lub łamiąc kark, uderzając o dno. Oboje nie wiedzieli, jak to się dokładnie skończy, ale mieli identyczny plan.

Tyle że głupio jest popełniać samobójstwo w towarzystwie innej osoby.

– Możesz stąd odejść? – Dziewczyna podeszła do chłopaka i rzuciła mu spojrzenie z serii odpychających.

Ale jego mało to obeszło, bo głowę miał zaprzątniętą odebraniem sobie życia, a nie fochami jakiejś lali.

– Byłem tu pierwszy – powiedział tylko.

– Jestem kobietą – dodała ona, więc odruchowo spojrzał na nią zdumiony.

– No i?

– Mam pierwszeństwo.

– Tak jak w przepuszczaniu w drzwiach?

Skinęła głową.

– Nie sądzę, żeby zasady kurtuazji wobec kobiet obowiązywały również w takiej sytuacji. A powiesz, po co tu przyszłaś? Jest środek nocy, pada, a ty nawet nie masz parasola.

– Chciałam skoczyć z mostu. Parasol tylko by mi przeszkadzał. Poza tym wyglądałabym jak jakaś pieprznięta Mary Poppins, a nie o takie zakończenie mi chodziło.

Chłopak zapatrzył się na nią przez moment.

Westchnęła.

– Tylko błagam, nie rób scen, nie baw się w psychologa, nie próbuj mnie na siłę ratować, nie zacznij cytować Coelho i nie dzwoń ukradkiem na policję.

– Jak masz na imię? – spytał tylko.

– Naprawdę chcesz to wiedzieć w tej chwili? – zdziwiła się.

Zastanowił się.

– Chyba tak – przyznał w końcu. – Chcę ci po prostu powiedzieć: Anno, Katarzyno, Moniko albo Krystyno, zrób to, ale po mnie. Bo mimo że jesteś kobietą, byłem tu pierwszy i to ja pierwszy skoczę z mostu.

– To ty też chcesz się zabić?

– Nie. Chcę szukać syren pod wodą. – Popukał się w czoło. – Pewnie, że tak.

– A powiesz dlaczego?

– Bo nie widzę żadnego dalszego sensu, dla którego miałbym żyć.

– Rzuciła cię?

– Kto? – Nie zrozumiał w pierwszej chwili. – Jezu, nie. To byłoby zbyt banalne. Ogólnie nie mam powodów, żeby to ciągnąć.

– To tak jak ja. – Dziewczyna podeszła do niego jeszcze bliżej i spojrzała mu prosto w oczy. – Tyle że ja też wolałabym zrobić to pierwsza. Naprawdę. Boję się, że jeśli walniesz o coś głową z takim głuchym dźwiękiem albo wręcz przeciwnie, zaczniesz wrzeszczeć jak opętany, możesz mnie zniechęcić. A ja już nie mogę dłużej żyć. Jestem wypalona. Wypłukana. Jestem pusta w środku i nie ma w moim życiu absolutnie niczego, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego brania w nim udziału. Robię to świadomie. Nawet nie wiem, czy jest mi smutno.

Chłopak wyciągnął rękę.

– Mati.

– Sonia.

W tym właśnie momencie każdy myśli, że zna zakończenie tej książki. Że Mati zakocha się w Soni, a ona w nim. Że spłodzą potomka, kupią biały domek i może nawet psa. Że będą jedli świeże bułki na śniadanie, ona z dżemem truskawkowym, on wybierze pleśniowy ser. A na most wrócą tylko po to, by przyczepić do niego kłódkę zakochanych.

A jednak wszystko może się jeszcze wydarzyć, bo to dopiero początek tej historii.

CZĘŚĆ PIERWSZA
SONIA

Kobieta samotna

Sonia od pewnego momentu, który trudno dokładnie sprecyzować, postanowiła odnotowywać w kalendarzu dni nieudane. Takie, w których nic się nie wydarzyło, które były nieprzyjemne albo po prostu nudne. Takie, które powinny się znacznie wcześniej skończyć. Problem polegał jednak na tym, że kiedy wracała do domu i natychmiast kładła się do łóżka, żeby zasnąć i obudzić się załóżmy w środę, sen drwił z niej w jawny sposób i kompletnie nie przychodził. Tym sposobem dzień jeszcze bardziej się wydłużał i czasem zahaczał nawet o kolejny, bo Sonia była po prostu niewyspana.

Miała trzydzieści dwa lata, niebieskie oczy, ciemne włosy, związane w kucyk, szczupłą sylwetkę, numer buta czterdzieści i duże, ale ładnie dłonie. Ubierała się najchętniej w dżinsy i męskie koszule, choć zdarzało jej się założyć sukienkę. Nie nosiła biżuterii, tylko ogromny zegarek, prawie busolę, który trzeba było nakręcać. Czasem łapała się na tym, że miałaby ochotę założyć coś różowego, ale szybko jej przechodziło.

Sonia miała jedno spore zmartwienie – kompletnie nie wiedziała, po co żyje. Nie, to nie było załamanie nerwowe. To było stwierdzenie smutnego faktu. To był początek czegoś, czego nie umiała jeszcze nazwać albo co bała się powiedzieć głośno.

Na razie w życiu radziła sobie sama, choć nie było to łatwe.

Wykonywała zajęcie, którego nie lubiła, i pewnie to właśnie było podstawową przyczyną jej ogólnej niechęci. Praca w jednym z największych magazynów logistycznych – kontrola towarów, pakowanie, wysyłka i wszystko, co wiązało się z dostarczeniem konkretnego produktu do konkretnej osoby. Nie nudziła się, bo nie miała na to czasu, ale kompletnie nie rozumiała, dlaczego nie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie. Coraz bardziej jej to doskwierało, coraz bardziej męczyło i czasem zmuszało do niekontrolowanych wybuchów płaczu.

Tak naprawdę chciała zostać nauczycielką plastyki, tyle że w ostatnim czasie istniała nadwyżka w tej profesji i niemal każda szkoła podstawowa miała już kogoś na tym miejscu. Jej wykształcenie nikogo nie interesowało, podobnie jak zdolności manualne i piękne akwarele, które malowała.

– Niestety. Liczba chętnych do pracy znacznie przewyższa liczbę ofert. – Rozkładano bezradnie ręce, a ona kiwała głową, że oczywiście rozumie.

Z każdą kolejną odmową czuła się jednak coraz gorzej. A potem przeczytała prognozy zawodowe na kolejne lata i zrozumiała, że postawiła na złą ścieżkę kariery.

Problemu ze znalezieniem pracy nie mieli farmaceuci, lakiernicy, monterzy instalacji budowlanych, piekarze, pracownicy robót wykończeniowych czy kierowcy autobusów. Zawody nadwyżkowe stanowili nauczyciele przedmiotów ogólnokształcących, pedagodzy oraz pracownicy administracyjni i biurowi.

Cudownie. Miała zatem w ręku zawód nadwyżkowy i mogła sobie malować akwarele w domowym zaciszu, udając, że jest współczesnym Julianem Fałatem, którego jednak nikt nie chce.

Magazyn tymczasem szukał nowych pracowników, oferował nawet przyzwoite wynagrodzenie, dotowaną kantynę pracowniczą, opiekę medyczną oraz dwadzieścia sześć dni urlopu w roku, z którymi kompletnie nie wiedziała co zrobić. Dwa razy była o krok od wyjazdu w pojedynkę. Za pierwszym razem zmotywowała ją koleżanka z pracy. Stanęła kiedyś przed Sonią, rozpostarła ręce i zaczęła deklamować:

– Mieszkając w dużym mieście, spotykamy dziennie tyle osób, ile człowiek żyjący dawniej spotykał w ciągu całego swojego życia! Żyjemy szybko, na pełnych obrotach. Czuję, że jeśli nie wyjadę sama, nie znajdę się poza zasięgiem karuzeli spotkań, telefonów, rozmów i podejmowania decyzji, to zwariuję. Wybrałam Kołobrzeg, poza sezonem, na początku kwietnia. Chcę się uspokoić, pobyć sam na sam ze sobą. Popatrzeć przed siebie i w głąb siebie, pochodzić po plaży w starych dżinsach. Nie musieć wyglądać. Pomyśleć, poczytać, pomilczeć. No i wyspać się. Czy to nie jest wystarczająca rekomendacja?

 

Sonia musiała przyznać, że coś w tym było. Brzmiało naprawdę dobrze i nawet ten Kołobrzeg jej się spodobał. Ale potem okazało się, że koleżanka nigdzie sama nie wyjechała, bo w międzyczasie wrócił do niej chłopak i koniec końców wybrali się nad morze wspólnie. To trochę zepsuło wizję samotnego wyjazdu i Sonia poczuła się nawet nieco oszukana.

Za drugim razem miała już spakowany plecak. Dostała trzy tygodnie wolnego i perspektywa zostania w mieście mocno ją przeraziła. Postanowiła, że tym razem wyjedzie na pewno, postara się, aby było fajnie, bo przecież nikt nie mógł jej tego spieprzyć.

– Wycieczka dla dwóch osób – bardziej stwierdziła, niż spytała kobieta w biurze podróży.

Sonia chciała od razu wstać i wyjść, ale tylko zacisnęła zęby.

– Nie, tylko dla mnie.

Kobieta przypominająca z twarzy pochmurną lamę, odkleiła ma moment wzrok od ekranu komputera.

– Tak?

Sonia przygryzła wargi, żeby nie powiedzieć czegoś brzydkiego, choć wulgaryzm na „k” już zaczął wypełzać jej z gardła.

– Bardzo tak.

– No trudno – zgodziła się kobieta. – To proszę w takim razie szybciutko przejrzeć tę ulotkę. – Podała jej złożony w wachlarzyk prospekt z samotną kobietą na zdjęciu, unoszącą w górę kciuk prawej dłoni, a w lewej trzymającą mały spray, najwyraźniej z gazem.

Sonia głośno przełknęła ślinę.

Pamiętaj, że obraz kobiety Zachodu w oczach mężczyzny Wschodu jest wytworzony przez telewizję, kino, a także brukowce. Uogólniając – kobieta Zachodu jest zwykle postrzegana jako… łatwa. Należy więc od razu dać takiemu mężczyźnie do zrozumienia, że nie przyjechałaś tutaj, żeby znaleźć partnera.

Niby dlaczego ktoś miałby pomyśleć, że wyjechała właśnie w takim celu? Czy kobieta nie może sama zwiedzić jakiegoś miasta, pójść na plażę, wdrapać się na górę albo wleźć do muzeum i powzdychać na widok obrazów? Dlaczego miałaby być łatwa? Dlaczego miałaby upolować faceta? No dobrze, raz zdarzyło jej się zakochać w przystojnym Hiszpanie, ale to naprawdę był wyjątek.

I o tym trochę później.

Nie stawaj za blisko samotnego mężczyzny.

Ale jak rozpoznać, czy jest samotny? A może jego żona jest właśnie w jakimś sklepie? Może poszła do toalety? Albo śpi w pokoju hotelowym, a on wyszedł się przewietrzyć. Gdyby nie wolno jej było stawać w pobliżu samotnych facetów, musiałaby właściwie nie stawać w ogóle. Porada z koziej dupy.

Nie nawiązuj z samotnym mężczyzną rozmowy, nawet jeśli chcesz tylko zapytać, która jest godzina.

Sonia zamknęła oczy. A gdyby się zgubiła i jedyną osobą był samotny staruszek na osiołku? Czy wolno mu zadać pytanie? Czy to będzie oznaczało, że jest łatwa i szuka przygodnego seksu?

Nie noś prowokujących ubrań. Prowokujące mogą być nawet spódnice odsłaniające kawałek łydki lub bluzki ukazujące gołe ramiona. Na plażach raczej nie opalaj się topless.

Czyli kup golf, szerokie spodnie, na to wszystko narzuć kurtkę i płaszcz, a twarz ukryj pod maską. Nawet jeśli na dworze będzie jakieś trzydzieści pięć stopni. Czy prowokujące są również zwykłe T-shirty? A dres? Jak wygląda sprawa z dresem? Sonia pokręciła z niedowierzaniem głową.

Unikaj autostopu, jeśli się jednak na niego zdecydujesz, to już na początku podróży zasugeruj, że jedziesz do męża, dzieci, którzy na ciebie czekają.

Dzień dobry, mam męża policjanta i bodybuildera, szóstkę dzieci, z których najstarsze zna wschodnie sztuki walki, mam również GPS zaszyty w plecach i rewolwer po dziadku w tylnej kieszeni spodni.

Kup sobie tombakową obrączkę, noś zdjęcia jakiegoś mężczyzny i dzieci. Pokazuj, że nie jesteś sama. Mów, że twój mąż zaraz przyjdzie albo że właśnie umówiliście się przez komórkę.

Czy można pokazywać zdjęcie Bradleya Coopera? Albo dla pewności Thora? Najlepiej w pelerynie i z młotem w ręku. I powiedzieć, że przed chwilą ustaliłaś z nim (przez komórkę oczywiście), że ma natychmiast przylecieć z Asgardu?

Unikaj kontaktu wzrokowego z obcymi. Noś ciemne okulary, walkmana, to spowoduje, że będziesz w pewien sposób odcięta od innych.

A najlepiej włóż na łeb garnek. To cię odetnie na zawsze.

Noś przy sobie gaz w sprayu.

Dezodorant starczy. Byle nie w kulce.

Noś przy sobie drobne. Jeśli ktoś cię napadnie, możesz rzucić w niego pieniędzmi i uciec.

Tutaj Sonia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. A potem podziękowała pani z biura podróży i oznajmiła, że wskutek kobiecej zmienności i wahań nastrojów ona nie ma już ochoty na żaden wyjazd, tylko na wielkiego kebaba z dużą ilością majonezu.

– I zjem go sama. Ponieważ nie mam żadnego partnera. Jestem potwornie samotna. Potwornie – podkreśliła jeszcze, a potem wyszła z silnym postanowieniem niewyjeżdżania nigdzie, nawet do Asgardu.

Była kobietą samotną.

Dotarło to do niej bardzo dokładnie w wieku trzydziestu lat, czyli dwa lata temu. Od tamtego czasu nic się nie zmieniło. Sonia miała przerwy w tej samotności, ale były one chwilowe i w zasadzie niewarte większych wzmianek. To były raczej luźne relacje, luźne spotkania i nigdy z napisem „ciąg dalszy nastąpi”.

MATI

Śmierć sąsiada

Życie Matiego przypominało komiks. Krótkie wydarzenia, krótkie dialogi z przygodnie poznanymi ludźmi, ciągle coś się działo, a kiedy akcja siadała, Mati czuł coś w rodzaju wewnętrznego niepokoju. Szukał więc kolejnych przygód, żeby czytelnik mógł dalej wciągnąć się w jego historię i jednocześnie stawał się coraz bardziej nerwowy, że w końcu zabraknie mu pomysłów na samego siebie. A przecież, aby utrzymać się na powierzchni, trzeba stale uderzać rękami i nogami oraz mieć uniesioną głowę. I coraz bardziej niepokoił go fakt, że zaczyna brakować mu sił. Tymczasem był jeszcze młody! Dwadzieścia osiem lat. Przystojny. Przynajmniej tak uważały kobiety, z którymi się od czasu do czasu spotykał. Chwaliły jego kręcone ciemne włosy, brązowe oczy i trochę oliwkową cerę. Chwaliły jego umięśnione ciało (siłownia cztery razy w tygodniu, czasem wypady na rowerze i zimą obowiązkowo narty) oraz niski głos, który faktycznie był sporym wabikiem.

Dorosłość, mimo przywilejów, okazała się jednak dla Matiego dużym zaskoczeniem. Co prawda odciął pępowinę i wyrwał się spod opiekuńczych skrzydeł matki, ale nagle sam musiał płacić rachunki, chodzić do pracy, samodzielnie się żywić, a nawet sobie gotować, prać i kupować ubrania. Dorosłość nie była łatwa, więc automatycznie życie również, co idealnie ujął pewien pisarz, sprzedając publicznie swoją myśl, że „wszystko jest trudne, jeśli chcesz spojrzeć na to w ten sposób”. Mati w pewnym momencie tak właśnie zaczął podchodzić do życia.

W zasadzie nie powinien był na nic narzekać, a jednak z każdym kolejnym dniem coraz mniej rzeczy sprawiało mu satysfakcję. Pracował w agencji reklamowej, gdzie, jak wiadomo, wszystko jest podszyte artyzmem, oryginalnością oraz spontanicznym podejściem do codzienności, a jednak nawet to zaczynało go jakoś męczyć. Zarabiał całkiem dobrze, pracował więcej, niż pozwalały na to przepisy, ale przecież w agencjach nie ma normowanego czasu pracy, bo trudno zmusić mózg, żeby był kreatywny dokładnie między dziewiątą a szesnastą.

– Mati, robimy dzisiaj burzę mózgów. Zaczynamy o dwudziestej przy naszym okrągłym szklanym stole. Najpierw zajaramy po jednym, żeby wyostrzyć wizje, a potem odpalamy zwoje – mówił na przykład Beniamin, jego szef, starszy zaledwie o trzy miesiące. – Będziemy to nagrywać, bo rano zazwyczaj nikt nie pamięta własnych pomysłów. – Puszczał do niego oko, a Mati tylko kiwał głową, że już się cieszy na upalony wieczór.

I faktycznie się cieszył, choć ta radość trwała zaledwie dwa lata. Z czasem nie chciało mu się nawet wstawać do roboty, ale niestety rachunki czekały, a na zupy i pierogi od matki nie mógł już patrzeć.

– Mamo, nie przynoś. Ja naprawdę się dobrze odżywiam – powtarzał jej przez telefon, zapijając makaron na zimno napojem energetycznym.

Matka nie słuchała, bo żadna nie słucha, doskonale wiedząc, że nie ma nic lepszego od domowej zupy na kościach. W końcu Mati się poddał, a obiady zaczął zanosić sąsiadowi.

– Kapuśniak? – Sąsiad miał siedemdziesiąt sześć lat i uwielbiał wszystko, co ugotowała matka Matiego. Cieszył się na te smakołyki jak dziecko urodzone w latach siedemdziesiątych, które dostało gumę Donald.

– Zdaje się, że z żeberkami nawet. – Mati podał mu słoik i jak zwykle dodał, że się spieszy. Lubił sąsiada, ale nie lubił z nim rozmawiać. Wydawało mu się wtedy, że czas staje w miejscu albo przysiada na starej kanapie, a co to za życie, które wpada w letarg.

Dzisiaj należało pędzić, gnać, skakać i wirować, wtedy w żyłach buzowała adrenalina, nogi same człowieka niosły i dni pędziły przed siebie niemal na oślep. Tylko wtedy można było poczuć wiatr na twarzy. Zupełnie jak podczas jazdy rollercoasterem. A ponieważ Mati coraz częściej odczuwał jakieś lęki i niepokoje, uznał, że musi pędzić jeszcze szybciej, żeby zostawić je za sobą.

– Może wpadniesz kiedyś na herbatę? – pytał z kolei sąsiad, co również było swojego rodzaju rytuałem. Mati bezradnie rozkładał ręce, że bardzo chciałby, ale niestety obowiązki wzywają, a sąsiad kiwał głową, że oczywiście doskonale to rozumie i że może następnym razem.

Który nigdy nie następował.

Dzisiaj w lodówce królowała pomidorowa z ryżem, którą matka podrzuciła mu wczoraj wieczorem. Na szczęście nie było go wtedy w domu, bo pewnie chciałaby, żeby zjadł przynajmniej jeden talerz. Ziewnął tylko, sięgnął po plasterek sera, który obficie polał keczupem i zaparzył sobie mocnej kawy. A potem chwycił słoik i poszedł wręczyć go sąsiadowi.

Mieszkali obaj w starej kamienicy na tym samym piętrze. Mati co prawda wolałby nowoczesny apartamentowiec, cały w szkle i metalu, i lokum z widokiem na miasto, z minimalną liczbą mebli i wielkim telewizorem, który wyjeżdżałby z podłogi i zamieniał pokój w minikino. Na razie jednak nie było go na to stać, więc przystał na mieszkanie po ciotce, siostrze matki, która zmarła kilka lat temu, zapisując swoje trzy pokoje ukochanemu, bo jedynemu, siostrzeńcowi. Ciotka nie miała własnych dzieci, więc całą miłość przelała na Matiego, czego podsumowaniem był testament.

Mieszkanie wymagało wielu zmian, które Mati naturalnie wprowadził. Wystarczy wspomnieć, że wyrzucił wszystkie stare meble i postawił na wystrój minimalistyczny, w myśl zasady im mniej, tym mniej.

Mniej mebli – mniej kurzu.

Na razie jednak Mati bierze słoik z zupą i idzie do sąsiada, narzucając na siebie kurtkę. Potem nie będzie już wracał do swojego mieszkania, bo żółty ser właśnie się skończył, więc skoczy gdzieś na śniadanie z dużym latte i croissantem wypełnionym bo brzegi lepką, słodką i orzechową czekoladą.

Sąsiad otwierał zazwyczaj po trzecim dzwonku.

Jeden.

Dwa.

Trzy.

Mati doszedł do siedmiu i naprawdę się zdziwił. Przyłożył nawet ucho do drzwi, ale nie usłyszał kompletnie niczego.

A potem po schodach weszła sąsiadka spod piątki (Mati nie znał imion ludzi, z którymi mieszkał, ale kojarzył twarze), spojrzała na niego trochę smutno, a trochę z oburzeniem, że o niczym nie ma pojęcia, i powiedziała po prostu:

– Przecież on umarł.

W tej właśnie chwili świat w końcu się zatrzymał. Wszystko stanęło w miejscu, sąsiadka spod piątki z niedomkniętymi ustami, przelatująca mucha, deszcz, który właśnie zaczął kropić, i tylko serce Matiego dudniło jak oszalałe. Ta śmierć wbrew pozorom wstrząsnęła nim zdecydowanie bardziej niż śmierć ciotki. Być może dlatego, że nie był na nią w ogóle przygotowany. W rękach trzymał słoik z zupą pomidorową z ryżem i kompletnie nie rozumiał, dlaczego ta zupa nie zostanie zjedzona. Dlaczego nie otworzyły się drzwi i pan… pan…

– Jak on miał na imię?

– Marian – odpowiedziała sąsiadka.

Dlaczego pan Marian nie uśmiechnął się na jego widok, nie uniósł brwi w zachwycie nad pomidorową z ryżem i nie zaproponował herbaty.

– Jak pani ma na imię? – spytał nagle Mati, sam nie do końca rozumiejąc po co.

– Lucyna, ale dlaczego pan pyta? – Spojrzała na niego zdziwiona.

– Lubi pani pomidorową z makaronem?

– Chyba z ryżem, o ile dobrze widzę – poprawiła go.

– Z ryżem – zgodził się Mati.

– Nie – odpowiedziała pani Lucyna i poszła na górę, mrucząc coś pod nosem.

Mati chciał jeszcze zapytać, kiedy to się stało i dlaczego, ale tylko postawił na wycieraczce słoik z zupą, jakby to był bukiet kwiatów, a potem zbiegł po kilka schodów naraz, wyszedł na coraz silniej padający deszcz i po raz pierwszy pomyślał, że życie jest całkowicie pozbawione sensu.

 

Śmierć ma w dupie czyjeś plany.

Ma w dupie to, że ludzie przyzwyczajają się do pewnych rzeczy, co daje im poczucie stabilności.

Albo przychodzi losowo, na chybił trafił wybierając ofiary, albo po prostu jest złośliwą, wredną jędzą.

Pan Marian umarł. A wraz z nim minimalna cząstka Matiego, który od tego właśnie momentu zaczął coraz krytyczniej przyglądać się swoim kolejnym dniom. Zupełnie jakby zaatakował go jakiś wirus.