Wkręcona w rodzinęTekst

Z serii: Macocha #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wkręcona w rodzinę
Wkręcona w rodzinę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Wkręcona w rodzinę
Wkręcona w rodzinę
Audiobook
Czyta Lena Schimscheiner
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rok 2019


15 stycznia, wtorek


Mam dziecko. Gorzej. Mam dwójkę dzieci.

Być może nie jest to wstrząsająca wiadomość dla wielu kobiet, ale dla mnie wręcz przeciwnie. Bo ja te dzieci mam od wczoraj i zdaje się, że na nieco dłużej niż weekend.

Chłopiec ma lat cztery i jest niepokojąco śliczny. Ma na imię Staś, ale muszę zwracać się do niego Stanisław. Dziewczynka z kolei to Zuzanna, a nie żadna Zuzia, lat sześć, równie śliczna jak jej brat. Dzieci są z serii – złote włosy i niebieskie oczy, urocze dołeczki w policzkach i perlisty śmiech. Niestety mają jedną wadę – nie lubią mnie. To znaczy nie powiedziały tego wprost i nie rzuciły we mnie morderczych spojrzeń, ale nie jestem głupia. Widzę i czuję, że coś jest nie tak. No dobrze, sytuacja jest niejako przejściowa, bo za jakieś dziesięć miesięcy ich matka ma się po nie zgłosić, ale umówmy się – dziesięć miesięcy to prawie rok, a rok w takim przypadku to cała wieczność. Zacznę jednak po kolei, żeby trochę lepiej nakreślić sytuację.

Jestem Katarzyna, mam dwadzieścia dziewięć lat i wpakowałam się w związek z facetem z odzysku. Jest trochę ode mnie starszy (niecałą dekadę) i niestety kocham go bardzo. Piszę „niestety”, bo w tej sytuacji nie bardzo wiem, jak znaleźć jakieś dobre wyjście. Otóż mój mężczyzna, o nieustająco zachwycającym mnie imieniu Franciszek, miał kiedyś żonę Tamarę, z którą rozwiódł się dwa lata temu. Rozwiódł się w miarę polubownie, choć nie ukrywajmy, że ta polubowność skończyła się z dniem, w którym mnie poznał. Wtedy Tamara nagle zmieniła front i stała się kobietą złą. Ale o tym napiszę jeszcze nieco później. Tamara i Franciszek mają dwójkę dzieci, wspomnianego Stanisława lat cztery oraz Zuzannę lat sześć. Do tej pory opiekę nad nimi sprawowała matka, a mój facet widywał się z dziećmi co drugi weekend. I to jako tako funkcjonowało.

Ale…

Tamara dostała propozycję pracy w Chinach, nie pytajcie mnie o nazwę miejscowości, bo oczywiście jej nie zapamiętałam. Podobnie jak nie do końca ogarniam to, czym ona się zajmuje.

– Skupiam się na kwestiach związanych z mikroorganizmami oraz wirusami. Do tego dochodzą grzyby, bakterie, a także niektóre protisty – wyjaśniła mi kiedyś, a ja tylko kiwałam głową, zupełnie jakby mówiła do mnie, że idzie pomalować paznokcie na kolor czerwony. Co to, do diabła, są protisty?

Tamara jest mikrobiologiem, co oznacza, że takie przedmioty jak biologia, chemia, medycyna i pewnie też fizyka nie są jej obce. Zupełnie odwrotnie niż u mnie, bo ja na przykład z biologii pamiętam tylko pantofelka, a z fizyki nie pamiętam kompletnie nic. Nie każdy musi mieć jednak ścisły umysł i rozwiązywać we śnie reakcje chemiczne. Tamara oczywiście pojmuje z tych dziedzin absolutnie wszystko i dlatego zaproponowano jej udział w jakimś megaważnym i prestiżowym projekcie badawczym w samych Chinach właśnie.

Nadal nie pamiętam nazwy miasta.

– Nie mogę odrzucić takiej oferty. Ale to niecały rok i wiem, że zleci szybciej, niż myślicie. Możliwe, że uda mi się wyrwać na kilka dni, ale nie mogę niczego obiecać.

– Może z okazji jakiegoś święta? – zaproponowałam nieśmiało, bo jednak wizja spędzenia prawie roku z urokliwym Stanisławem i jeszcze piękniejszą Zuzanną była równie kusząca, co przerażająca. Zwłaszcza dla kogoś, kto sam nie posiadał własnych dzieci. I komu zegar biologiczny jeszcze nie tykał.

Tamara spojrzała na mnie tym swoim nieco apodyktycznym wzrokiem wymieszanym z odrobiną wyższości oraz nutą pogardy. Tak, chyba właściwie to opisałam.

– Ale chyba wiesz, że choćby tylko współpracując z firmami chińskimi, nie wspominając już o przebywaniu w tym kraju, należy wiedzieć, kiedy przypadają dni wolne od pracy w Chinach? W państwie tym używa się kalendarza księżycowo-słonecznego, który dzieli rok na dwanaście miesięcy, a każdy z nich ma dwadzieścia dziewięć lub trzydzieści dni. Z tego powodu chińskie święta co roku przypadają w innym terminie – oznajmiła tak po prostu.

No tak. Zupełnie wyleciało mi to z głowy.

– Być może uda mi się przyjechać w okolicach Święta Smoczych Łodzi.

Musiałam mieć chyba minę kompletnej kretynki, bo Tamara tylko przewróciła oczami, a potem zaczęła mówić wyraźnie i dobitnie, celując we mnie każde wypowiedziane słowo, które trafiało niczym nożyk w tarczę.

– To święto przypada na piąty dzień piątego miesiąca kalendarza księżycowo-słonecznego i upamiętnia pisarza Qu Yuan, który z rozpaczy i miłości do utraconej ojczyzny rzucił się do rzeki.

Cholera. Ja kojarzę tylko Wandę, ale ona skoczyła w odmęty wody przez jakiegoś Niemca. Muszę nadrobić zaległości dotyczące innych postaci, które postanowiły utopić się z ważnych egzystencjonalnych powodów.

16 stycznia, środa


Ta rozmowa odbyła się jakiś miesiąc temu, który nie wiem kiedy zleciał, a potem nagle Tamara przywiozła Stanisława i Zuzannę oraz całe mnóstwo ich rzeczy, zabawek oraz kota, chomika, rybki i dmuchanego jednorożca. Dwa dni później odleciała do Chin jako ważny i znaczący mikrobiolog, a ja zostałam sama na polu bitwy z dwójką dzieci, które nie wiedzieć czemu nabrały podejrzenia, iż jestem winna wyjazdu ich mamy. Miałam wrażenie, że wcześniej jakoś się dogadywaliśmy, no ale to były zaledwie dwudniowe wizyty, z których większość czasu spędzały z tatą albo układając puzzle. Nawet im w tym pomagałam. Czesałam też lalkę Zuzanny i robiłam jej warkoczyki. Wszystko przebiegało sprawnie i bez zakłóceń.

Ale diabeł tkwił w tymczasowości.

– Nie będę cię słuchał – oznajmił pierwszego wieczoru Stanisław, a Zuzanna tylko mu przytaknęła.

Nie ukrywam, że trochę mnie speszyli tą stanowczością, bo nie od dzisiaj wiadomo, że nie jest łatwo walczyć z kilkulatkami, którzy jakimś cudem wydają się znacznie bardziej dorośli, niż być powinni. Udałam jednak, że niczym się nie przejęłam, tylko z ochoczą miną zaproponowałam im naleśniki z kremem czekoladowym. No dobra, słaby chwyt, ale które dziecko nie da się na to złapać?

Stanisław się nie dał.

Zuzanna również.

– Nie jemy słodyczy na kolację. A mama i tak robi lepszy krem – oznajmiła mi ta urocza dziewczynka z dołeczkiem w prawym policzku.

– Naleśniki też – dodał jej cudowny brat, a potem pokazał mi język.

Moje wewnętrzne ja chciało zachować się podobnie, ale przecież byłam dwadzieścia lat starsza, a to jednak do czegoś zobowiązywało. Poza tym do kuchni wszedł w tym momencie Franek, na widok którego dzieciaki zaczęły krzyczeć, a potem zgodnie rzuciły mu się na szyję.

Udałam, że rozczulił mnie ten widok, choć prawda była zupełnie inna. Otóż ten widok tylko i wyłącznie mnie rozdrażnił.

17 stycznia, czwartek


Na pytanie, co widzimy, patrząc w przyszłość, wiele osób odpowiada: wielki znak zapytania. Nikt nie wie, co przyniesie kolejny rok i czy wreszcie zła karta jakoś się odwróci. Najważniejsze to pamiętać o jednym – destrukcyjne myślenie zdecydowanie niczemu dobremu nie służy. Człowiek ma w sobie instynkt przetrwania, ale żeby go uruchomić, potrzebna jest nadzieja. Nie ma sensu marnować energii na tworzenie ponurych scenariuszy i czarnych wizji przyszłości. Obarczeni złymi myślami, źle sypiamy, stajemy się nerwowi, łatwo popadamy w frustrację albo agresję. Nie tędy droga.

To wszystko oczywiście brzmi bardzo mądrze i gdybym tylko miała siłę, aby zastosować się do tego, co sama napisałam, byłabym dzisiaj w zupełnie innym miejscu, niż jestem. Instynkt przetrwania mam w sobie na pewno. Nie dam się zagryźć dwóm kilkulatkom, które zamieszkały w jednym pokoju i kumulują siłę. I nie będę uskuteczniać czarnych wizji, choć uczciwie muszę przyznać, że nie jest łatwo. Problem polega na tym, że nie wychodzę codziennie do pracy, która mogłaby się stać czymś w rodzaju azylu bezpieczeństwa. Nie mam dokąd uciec. Najgorsze będą dwa pierwsze tygodnie, bowiem dopiero od pierwszego lutego zwolniło się miejsce w pobliskim przedszkolu. Zuzanna i Stanisław będę do niego chodzić razem, od września natomiast Zuzka przenosi się do szkoły.

W alfabecie pozytywnych emocji skupię się dziś na literce N jak nadzieja. To nic innego jak przeświadczenie, że tym razem jednak się uda, że będzie lepiej, a ja zrealizuję wszystko to, co sobie zaplanowałam. Niektórzy uważają, że nadzieja to rodzaj iluzji, która nie pozwala nam obiektywnie ocenić rzeczywistości. Ale nie teorie i definicje są tu najważniejsze, tylko fakt, jak bardzo ja w to wierzę.

Cholera.

Wierzę?

Rano Zuzanna patrzyła na mnie wymownie i milcząco. Wszystko leciało mi z rąk, a płatki nasypałam do talerza od zupy. Zostało to skwitowane czymś w rodzaju parsknięcia, i nawet to rozumiem. Płatki wsypuje się do miseczki i nawet przedszkolaki o tym wiedzą. Albo zwłaszcza one. Udałam jednak, że nie zrobiło to na mnie większego wrażenia i ostentacyjnie dolałam do talerza mleka. W końcu mam prawo decydować o wyborze naczyń i nie ulegać przedszkolnym stereotypom.

– Zimne? – spytała Zuzanna.

Z tego, co pamiętam, wczoraj powiedziała, że mleko było za gorące.

– Zimne – odpowiedziałam.

– Nie pijam.

– Gorącego też nie – zauważyłam spokojnie, bo przecież jestem królową zen, mądrą, roztropną i starszą od tego bachora. Przepraszam, uroczego dziecka, które niczemu nie jest winne.

– Zgadza się – przytaknęła.

 

– To jakie pijasz? – dopytywałam słodko.

– Letnie.

Nadzieja jest emocją. Pozytywną siłą sprawczą, która pobudza do działania i powoduje, że przełamujemy własne bariery. Nadzieja pozwala nazwać nasze marzenia, sformułować je i zwiększyć szansę na ich realizację. Działa motywująco i pozwala wierzyć, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Wiara w to, że się uda, nie jest tylko fikcyjnym budowaniem zamków na lodzie, ale determinującą siłą, która popycha do przodu. Naprawdę chcę siedzieć w domu i martwić się tym, że moja przyszłość jest niestabilna, że oszaleję lub osiwieję, że będę mieć wyłącznie powody do zmartwień, a na koniec zagryzie mnie chomik? Muszę odwrócić swój tok myślenia. Uwierzyć, że nie zawsze mam pod górkę, bo życie jest przecież balansem. Nadzieja z pewnością nie jest matką głupich, ale tych, którzy nie stracili wiary w siebie. Którzy są przekonani, że właśnie mija zła passa i zaczyna się nowy rozdział w ich życiu. Mój zaczął się lekkim trzęsieniem ziemi, ale czy to oznacza, że teraz będzie już tylko gorzej? Może coś się odmieni? Może dogadam się jakoś z Zuzanną i Stanisławem, nawet jeśli oboje są przekonani, że to ja wysłałam ich matkę do Chin.

Ktoś kiedyś powiedział, że nadzieja jest jak tarcza, która sprawia, że małe niepowodzenia nas nie załamują i nie podcinają skrzydeł. Dzięki niej stajemy się bardziej odporni, bardziej twardzi i ostatecznie silniejsi. Dobra, przekonajmy sie, że tak właśnie jest.

To przecież tylko płatki i źle dobrane mleko. Oraz talerz do zupy. Chyba niepotrzebnie dorabiam do tego jakąś ideologię. W końcu Zuzanna ma rację, między zimnym a gorącym mlekiem jest jeszcze letnie. Czyli nawet ona wie, że nie wszystko jest albo białe, albo czarne. Zawsze znajduje się coś pośrodku.

Zagrzałam mleko, a potem na nie dmuchałam pełna poświęcenia. Zuzanna bacznie mi się przyglądała.

W końcu postawiłam przed nią tym razem miseczkę z płatkami i przedmuchanym mlekiem.

– Nie zjem – oznajmiła spokojnie.

– Bo?

– Bo naplułaś.

Chesterton powiedział, że bajki nie mówią dzieciom, iż smoki istnieją, bo dzieci już wiedzą, że tak jest, bajki mówią więc dzieciom, że smoki można zabić.

Tylko jak zabić tego smoka, zanim on sam odgryzie mi głowę?

18 stycznia, piątek


Wstałam rano ze wspomnianą wyżej nadzieją, że dzisiaj wszystko się jakoś ułoży. Związki mają to do siebie, że nie zawsze funkcjonują idealnie i bez żadnych zgrzytów. Moim zdaniem wtedy nie są prawdziwe. Coś, co składa się wyłącznie ze słodkich warstw lukru, prędzej czy później okaże się zbyt mdlące. W życiu potrzebny jest cukier oraz pieprz. Niekoniecznie razem, ale naprzemiennie.

Wiedziałam też, że w końcu powinnam zadzwonić do Romy i powiedzieć jej, że mam dzieci. Od kilku dni. Roma była moją macochą, czyli kimś takim, kim właśnie stałam się ja. Chichot losu. Doskonale pamiętam dzień, w którym pojawiłam się w jej życiu z walizką i głową przepełnioną złymi myślami. Byłam na nią wściekła, że zabrała mi tatę, choć to wcale nie była prawda. Tata był już po rozwodzie, kiedy poznał Romę, ale i tak większość winy zrzuciłam na nią, bo lepiej się z tym czułam. Miałam przynajmniej jakiegoś wroga, kogoś do wylewania moich nastoletnich frustracji i złości. Roma była twardą przeciwniczką i nie dała się tak łatwo pokonać. A na końcu najzwyczajniej w świecie zaprzyjaźniłam się z nią.

Muszę jej powiedzieć. W końcu nikt inny nie będzie potrafił lepiej mi doradzić niż ten, kto sam przeszedł przez piekło i opuścił je z niewielkimi poparzeniami. Muszę też powiedzieć Miśce. Michalina to moja przyjaciółka, która niestety wyjechała do Rzymu i teraz tam mieszka. A wszystko dlatego, że poznała Włocha i miłość namieszała jej w głowie. Początkowo byłam na nią wściekła, bo jednak przyjaźń do czegoś zobowiązuje, ostatecznie jednak wybaczyłam jej ten nietakt.

Najpierw zadzwonię do Romy, potem do Miśki.

– Jasna dupa. – To były pierwsze słowa, które usłyszałam od swojej macochy. Przynajmniej ktoś mnie rozumie.

– Dokładnie – zgodziłam się. – Na dodatek widzę, że mnie nie lubią.

– Ha, ha – zachichotała.

– No wiem, historia zatoczyła krąg, czy jakoś tak. W najczarniejszych snach nie sądziłam, że spotka mnie coś podobnego. – Zasłoniłam dłonią oczy.

– Tylko spokojnie. Musisz po prostu przejść przez kolejne fazy i nawet nie próbuj ich zmieniać.

– Jaka jest pierwsza?

– Pragnienie pozbycia się balastu.

Zdębiałam.

– Też tak miałaś?

Roma zamilkła na chwilę, po czym oznajmiła ze stoickim spokojem:

– Mój plan był prosty: chciałam się ciebie pozbyć z domu, zmusić do powrotu, przekonać, że życie ze mną i z twoim ojcem będzie beznadziejne, otruć, a na koniec wysłać w kosmos.

– Jak to otruć?

– No wiem, to nie było zbyt humanitarne, ale taka myśl pojawiła się w mojej głowie. Oczywiście dziś się tego wstydzę.

Nabrałam powietrza i ze świstem je wypuściłam.

– To faktycznie nasz początek nie zapowiadał się zbyt optymistycznie.

– Zdecydowanie nie – zgodziła się Roma. – Ale spójrz, dokąd nas zaprowadził. Dzisiaj normalnie rozmawiamy, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że się lubimy, a ja z całą pewnością nie chcę cię już otruć.

Pocieszające.

– Co mam robić?

– Obserwuj. Na początku przede wszystkim obserwuj i nie daj się wyprowadzić z równowagi. Musisz zostać cesarzową spokoju i carycą wewnętrznej harmonii.

– Nie umiem.

– Nikt nie umie, ale zacznij od jogi. Podobno wycisza rozedrgane fragmenty naszego ciała.

– Ja cała drżę. Nie wiem, czy istnieje taki rodzaj jogi, który to ogarnie.

– Może być ciężko – zgodziła się Roma. – Ale nie poddawaj się. Postaram się wpaść do was w przyszłym tygodniu i razem znajdziemy jakieś rozwiązanie. Poobserwuję też dzieci i może odnajdę ich słabe punkty.

– Wiesz, że oni całkiem dobrze już mówią? Dużo i poprawnie. To pewnie dlatego, że ich matka zna pięć języków, ma pojęcie o fizyce i biologii i nawet zaprosili ją do Chin.

– Cholera, może nie być łatwo. Dziecko z założenia jest nietykalne, a już zwłaszcza dziecko z rodziny rozbitej. Nikt nie będzie się nad tobą użalał, bo w końcu jesteś starsza i sama wpakowałaś się w taki układ.

– Nie było mowy, że zamieszkają z nami aż na rok.

– To się nazywa ryzyko kupującego. Facet z odzysku zawsze będzie obarczony przeszłością i trzeba to zaakceptować. Mleko się rozlało, teraz musisz minimalizować straty. Patrząc na całe zjawisko obiektywnie i z góry – dzieci faktycznie nie są tu niczemu winne. Ale to nie znaczy, że mają prawo wleźć ci na głowę albo, nie daj Boże, ją odgryźć.

– Myślisz, że będą próbować? – wyszeptałam przerażona.

– Nie miej złudzeń. Matka w Chinach, nie wiem dokładnie gdzie, bo nie pamiętasz, ale to w sumie bez znaczenia, a na miejscu został ojciec z inną kobietą. To zrozumiałe, że jesteś na straconej pozycji.

– Jasna dupa.

– To samo ci na początku powiedziałam. Ale spokojnie, znam cię i wiem, że dasz radę. Zacznij od obserwacji, tak jak mówiłam. I rób notatki.

– Niby jakie?

– Zapisuj wszystko, co się da. W ten sposób oswoisz własne lęki, bo coś, co zostało głośno nazwane lub napisane na kartce, nie wydaje się już takie groźne. Uwierz mi, wiem, co mówię. Pisz o tym, co cię boli, czego się boisz, co wydaje ci się groźniejsze od wampira albo obecnego rządu. Dodatkowo rób notatki dotyczące dzieci. Co lubią, a czego nie. Z jakim misiem czy innym wiewiórem zasypiają. Jakie lubią bajki. Ulubione kolory, jedzenie, ubranka, nawet rodzaj kredek. Wszystko może okazać się ważne i pomocne. I miej oczy dookoła głowy.

Po rozmowie z Romą byłam jeszcze bardziej przerażona tym, co mnie czeka, ale jednocześnie uspokojona, że ją mam. Że mi pomoże. W końcu przeszła przez podobne męki, na dodatek byłam nastolatką, a to znacznie gorzej. Miałam pryszcze na nosie i chęć mordu w oczach. Te dzieci są chyba jeszcze zbyt młode na takie emocje. Poza tym wyglądają naprawdę uroczo, zwłaszcza kiedy śpią i kiedy są schowane pod kołderkami. Wtedy nawet je lubię.

– Masz brzuch – dobiegło mnie nagle zza pleców.

Stanisław. Nie wiem, jak to możliwe, że to dziecko zna już tyle słów i na dodatek wcale nie używa zdrobnień. Mówi jak przeciętny siedmiolatek, takie przynajmniej mam wrażenie.

– Każdy ma brzuch – zauważyłam rozsądnie i na temat.

– Ty masz duży brzuch – odpowiedział Stanisław, a ja poczułam się jak morświn.

Okej, nie jestem jakoś specjalnie szczupła, ale daleko mi chyba do wieloryba. Nie uprawiam żadnego sportu, bo za tym nie przepadam, lubię natomiast czekoladę z orzechami, misie Haribo oraz orzeszki solone, najlepiej prażone. Nie będę też ściemniać w temacie mojej największej słabości – czekoladowego kremu orzechowego, który mogłabym jeść łyżką ze słoika.

– Bo jestem duża. Większa od ciebie, więc mam większy brzuch – próbowałam jakoś wybrnąć.

– Nieśmieszne – oznajmił Stanisław. – Jesteś po prostu gruba.

19 stycznia, sobota


Czasem warto zaufać nie tylko własnemu rozsądkowi, ale i zdać się na intuicję. To nic innego, jak pewien proces myślowy, który skupia się na dostosowaniu sytuacji do znanych już sposobów. Intuicji nie można kontrolować, można tylko zdecydować, czy chcemy jej posłuchać, czy nie. To swego rodzaju umiejętność rozumienia siebie oraz własnych emocji. Jak ją rozpoznać? Poprzez przeczucie, olśnienie, wrażenie, że coś nas spotka albo coś się wydarzy w najbliższym czasie.

Nie rozumiem, dlaczego moja intuicja jest uśpiona. Dlaczego nie przewidziałam wcześniej, że Tamara zniknie z naszego życia na jakiś czas, a nam ofiaruje w spadku swoje dwa największe skarby? Franciszek jest zachwycony, a ja udaję, że podzielam to szczęście. Prawda jest jednak taka, że nowa rzeczywistość mnie przerasta. Kiedy kobieta jest w ciąży, ma dziewięć miesięcy na to, by przygotować się do roli matki. Przechodzi przez różne stany – od fascynacji i rozsadzającej ją od wewnątrz radości, po akty totalnego załamania i przerażenia, że sobie nie poradzi. Wszystko jest normalne, napisano na ten temat milion poradników i każdy rozumie rozterki przyszłych mam. A co z nami? Co z kobietami, którym nikt nie ofiarował dziewięciu miesięcy i nikt nawet nie zapytał o zdanie?

„Dlaczego Adam był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie? Bo nie miał teściowej”. Śmieszne, prawda? Ale co się stanie, jeśli zmienię ten żart: „Dlaczego Ewa była najszczęśliwszą kobietą na świecie? Bo nie miała pasierbów”? Jestem pewna, że w takiej sytuacji zapadłaby niezręczna cisza. To niepoprawne politycznie. To bardzo egoistyczne i samolubne. Biedne, niewinne, rozdzielone dzieci. Nie żartujemy z takich dramatów, nie opowiadajmy żadnych dowcipów. Tylko… dlaczego nie? Śmiech przecież wyzwala, a humor pomaga nawet w mrocznych sytuacjach.

– O cholera, to się wpakowałaś – podsumowała Miśka, do której w końcu też zadzwoniłam. – Tylko spokojnie, nie panikuj. Sytuacja nie wygląda dobrze, ale jakoś to ogarniesz. Macochy z założenia mają przerąbane, to rodzaj tradycji.

Ludzie najwyraźniej nie rozumieją, że niemal każda młoda dziewczyna marzy o białej sukni księżniczki, w której przemknie do ołtarza lub choćby przed oblicze urzędnika stanu cywilnego, a potem założy „normalną” rodzinę z mężczyzną swoich marzeń, przy czym za normalne biorę coś, co robi większość. Pasierbów i byłych żon zazwyczaj nie ma w tych fantazjach. Wybierając faceta z odzysku, niejako same odcinamy się od tych marzeń, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa powiedzieć głośno, co czujemy? Wszyscy oczekują, że będziemy entuzjastycznie nastawione do naszej nowej konstelacji rodzinnej. Że z dumą przyjmiemy na siebie nie tylko rolę macochy, ale i wszystkie kopniaki, które zostaną wymierzone w naszą stronę. Nie wolno nam mówić na głos, że coś jest nie tak. Że coś nam się nie podoba.

A cokolwiek złego się wydarzy, to zawsze jest wina macochy.

Obecnie najbardziej pozytywnie do mnie nastawione są cztery rybki w akwarium, które stanęło w kuchni. Każda z nich ma swoje imię – mamy zatem Jadwigę, Eleonorę, Mariannę oraz Malwinę. Nie wiem oczywiście, która jest która, bo ledwo je rozpoznaję, ale Zuzanna i Stanisław doskonale się w tym orientują. Rybki mają podobny kształt i kolorystykę oraz jakieś minimalne różnice między sobą, których jeszcze nie zgłębiłam.

– Dzień dobry – przywitałam się z nimi dzisiejszego poranka, kiedy wszyscy smacznie spali, a ja jak zwykle obudziłam się przed szóstą i poczułam palącą potrzebę wypicia kawy w samotności.

Usiadłam teraz przy kuchennym stole i zamyśliłam się nad swoim tragicznym losem, wzdychając co chwila dramatycznie.

 

Wróćmy na chwilę do intuicji. Wielu z nas obawia się jej, z góry zakładając, że nie ma ona wiele wspólnego z rozumem, bowiem płynie z serca, z podszeptów podświadomości, o których ciągle tak mało wiemy. Czasem rozwiązania, które wpadają nam spontanicznie do głowy, mogą wydawać się głupie, irracjonalne i mało logiczne, ale czy faktycznie niesłuszne? Problem polega na tym, że ja na razie nie mam żadnych pomysłów, ani racjonalnych, ani tym bardziej abstrakcyjnych. Być może jestem mało cierpliwa, być może za szybko oczekuję jakichś rozwiązań, ale każdy dzień jest dla mnie wyzwaniem. Nie lubię kłaść się spać z poczuciem porażki, z przeświadczeniem, że znowu mi się nie udało, a Zuzanna i Stanisław nie polubili mnie nawet o gram swoich dziecięcych uczuć.

Nie żeby mi zależało.

Po prostu wolałabym czuć się komfortowo we własnym domu.

Podobno, żeby dopuścić intuicję do głosu, warto się na nią otworzyć. Odejść od logicznego myślenia i zastanowić nad alternatywnym rozwiązaniem. Zrobić to, co podpowiada nam serce. Dać się uwieść zasadzie pierwszej myśli, bo to ona właśnie jest najlepszym podszeptem podświadomości. Pojawia się, jeszcze zanim zaczniemy analizować i rozważać wszystkie za i przeciw. Czasem warto zafundować sobie burzę myśli bez udziału osób trzecich. Zapisać na kartce wszystkie pomysły, jakie wpadną do głowy, bez względu na to, jak dziwne i absurdalne się wydają. Wsłuchać się w siebie.

Okej, spróbuję.

Zamknęłam oczy i próbowałam wyczyścić umysł ze wszystkich niepotrzebnych myśli, które kotłowały się w mojej głowie. Jest to przeraźliwie trudne, bo człowiek myśli nawet o tym, żeby nie myśleć. Wyzerowanie się jest praktycznie niemożliwe, zwłaszcza kiedy mózg po brzegi wypchany jest najróżniejszymi emocjami.

– Mmmm – pomruczałam nawet, żeby zagłuszyć wszystko dookoła.

Co mówi moja intuicja?

Jakie kroki podjąć, żeby wyjść z tej sytuacji obronną ręką, a kiedy wróci Tamara oddać jej szczęśliwe, kochające i empatyczne dzieci, które będą się do mnie zwracać „najdroższa Kasieńko”?

Nagle poczułam, że nie jestem w kuchni sama. Ostrożnie uniosłam powieki i prawie wrzasnęłam. Na stole, tuż przed moim nosem, siedział Stanisław i bacznie mi się przyglądał. Obok niego stała Zuzanna i patrzyła na mnie z niesmakiem.

– Co jest? – spytałam tylko.

– Ty nam powiedz – oznajmiła sześcioletnia dziewczynka i wbiła we mnie spojrzenie swojej matki. To apodyktyczne, z domieszką pogardy. Tak, dzieci też tak potrafią.

– Medytuję – wyjaśniłam spokojnie, uznając, że to najlepsze wyjście.

– Widać ci piersi – powiedziała spokojnie Zuzanna, a Stanisław dodał tylko:

– Fuj.

Spojrzałam nerwowo w dół i zaczerwieniłam się aż po same uszy. Pasek od szlafroka zsunął się na ziemię, a ja siedziałam przed dwójką dzieci na pół goła, z piersiami na wierzchu oraz moim trochę wystającym brzuchem. To musiał być upiorny widok, zwłaszcza że jeszcze przed chwilą miałam zamknięte oczy, wyciągnięte przed siebie dłonie i mamrotałam coś pod nosem. Jak wybrnąć z takiej hańby?

Intuicja nie podpowiedziała mi absolutnie niczego. Mogłam się tego spodziewać.

– Tak jak podejrzewałam – oznajmiła nagle Zuzanna, patrząc na swojego brata.

Zamarłam.

– Tak – zgodził się Stanisław.

O czym oni mówią?

– Co jest? – spytałam zatem, bo jednak wolałabym wiedzieć, czy czasem czegoś nie knują. Poza tym chcę poznać ich zdanie na mój temat.

Zuzanna powoli przeniosła na mnie wzrok i powiedziała bardzo wyraźnie:

– Jesteś nienormalna.

20 stycznia, niedziela


Zalogowałam się na portalu dla młodych matek. Najpierw przebrnęłam przez miliardy zachwytów i uniesień na temat ich cudownych dzieci, a potem dokopałam się do pewnych konkretów, które być może co nieco rozjaśnią mi w głowie.

Podobno u dziecka w wieku czterech lat nasila się potrzeba autonomii. Aby podkreślić swoją indywidualność, zaczyna używać zaimków osobowych takich jak „ja” czy „mnie”. Często buntuje się i jest uparte. Zawiera też pierwsze przyjaźnie i staje się otwarte na współpracę. Na ogół potrafi się dzielić. Zaczyna lubić nie tylko brać, ale i dawać. Obawiam się, że Stanisława to w żaden sposób nie dotyczy. To znaczy autonomię ma pewnie bardziej nasiloną niż połowa przedszkola, ale nie widzę żadnej otwartości na jakąkolwiek współpracę. Uparty jest na pewno, dzisiaj rano na przykład oznajmił, że nie wstanie z łóżka, bo nie wyprałam jego ulubionej koszuli z Batmanem.

– Jest niedziela, nigdzie nie musisz wychodzić – próbowałam go przekonać. – W domu możesz chyba założyć cokolwiek.

– Nie – oznajmił stanowczo i dość konkretnie. – Chcę Batmana.

– To może załóż brudnego? – zaproponowałam.

Spojrzał na mnie z odrazą, nie przesadzam nawet odrobinę.

– Ty załóż – odbił piłeczkę.

– Dla niej będzie za mały – zauważyła słusznie Zuzanna, która właśnie się przebudziła i usiadła w swojej różowej pościeli.

– Tak – zgodził się Stanisław i dziabnął paluchem mój brzuch.

Cholera, muszę się zapisać na siłownię albo zacząć ćwiczyć w domu. Tylko kiedy? Te dwa potwory siedzą na razie tutaj, a ja nie mam nawet pięciu minut wolnych dla siebie. Za chwilę zacznę zalegać z terminami, bo nie potrafię się na niczym skupić. Franek obiecał, że w przyszłym tygodniu weźmie wolne, wtedy ja będę mogła zająć się swoimi sprawami i jakoś przepękamy do początku lutego.

Nigdy nie przypuszczałam, że z takim utęsknieniem będę czekać na pierwsze odwiedziny w przedszkolu.

– Dobra, to nie wstawaj – powiedziałam nagle, bo przecież nie będę walczyć z czterolatkiem, który i tak robi mi na złość.

– Nie? – zdumiał się.

Wzruszyłam ramionami.

– Nie. Ja idę robić śniadanie. Jak jesteście głodni, to zapraszam, jak nie, to zjem tylko z waszym tatą.

Wychodząc z pokoju, zauważyłam kątem oka, że nie tego się spodziewali.

Poszłam do kuchni i zaczęłam wyjmować rzeczy z lodówki, podczytując na portalu dla młodych matek kolejne newsy i ciekawostki z życia ich cudownych latorośli. Dowiedziałam się, że w okresie trzech–czterech lat dziecko nabiera zdolności motorycznych, wymagających bardzo precyzyjnej koordynacji. Oczywiście pod warunkiem, że mu na to pozwalamy, a nie wyręczamy nawet w najmniejszych drobiazgach. Absolutna prawda. Żadnej pomocy przy wstawaniu z łóżka i nakładaniu pasty na szczoteczkę. Tutaj piszą, że samodzielny trzylatek powinien potrafić już posmarować chleb masłem, jeździć na trzykołowym rowerku, coraz lepiej wspinać się po schodach, łącznie ze stawianiem na przemian nóg, myć zęby, wkładać buty czy skakać na jednej nodze. Skoro to potrafią trzylatki, to nad wyraz przemądrzały czteroletni Stanisław musi umieć jeszcze więcej.

Nie muszę oczywiście wspominać, że dwadzieścia minut później pojawili się oboje w naszej kuchni z minami dość pochmurnymi, ale najwyraźniej burczenie w brzuchu okazało się silniejsze od chęci postawienia na swoim.

– Stasiek, a czemu ty jesteś tylko w majtkach? – zdumiał się Franek. Franek jest jedyną osobą, która czasami może używać zwrotów „Stasiek” oraz „Zuzka”. Reszta ma używać formy długiej.

– Nie wyprała. – Wskazał na mnie palcem, a ja poczułam się trochę niepewnie. Donosić tak w niedzielny poranek?

– Dzisiaj będę prała czarne rzeczy, to wrzucę koszulkę z Batmanem – powiedziałam uspokajającym tonem.

– Kazała mu założyć brudną i śmierdzącą – westchnęła Zuzanna i pokręciła z niedowierzeniem głową.

Przysięgam, że miałam ochotę zjeść ostatnią porcję jej ulubionych płatków, które stały w słoiku, ale postanowiłam, że nie będę mściwa. Muszę zachowywać się dorośle i odpowiedzialnie, w końcu to tylko dzieci…

Małe, niewinne ptaszęta.

– I powiedziała, że nie musimy jeść… Że mamy być głodni… – zachlipała Zuzanna, a ja ze zdumienia wylałam na siebie filiżankę kawy.

To niewiarygodne, jak prawie siedmioletnie dziecko potrafi zmanipulować rzeczywistość. Tego nie napisała na forum żadna młoda matka, więc albo wszystkie kłamią, albo nie radzą sobie z wychowaniem dzieci.

21 stycznia, poniedziałek


Pół dnia wisiałam na telefonie z Miśką, ale na razie nie wymyśliłyśmy niczego mądrego. Żadnej strategii. Żadnego planu. Mam po prostu próbować przeżyć i nie zwariować.