3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Mroczne jezioro

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Mroczne jezioro
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Roz­dział 1

2  Roz­dział 2

3  Roz­dział 3

4  Roz­dział 4

5  Roz­dział 5

6  Roz­dział 6

7  Roz­dział 7

8  Roz­dział 8

9  Roz­dział 9

10  Roz­dział 10

11  Roz­dział 11

12  Roz­dział 12

13  Roz­dział 13

14  Roz­dział 14

15  Roz­dział 15

16  Roz­dział 16

17  Roz­dział 17

18  Roz­dział 18

19  Roz­dział 19

20  Roz­dział 20

21  Roz­dział 21

22  Roz­dział 22

23  Roz­dział 23

24  Roz­dział 24

25  Roz­dział 25

26  Roz­dział 26

27  Roz­dział 27

28  Roz­dział 28

29  Roz­dział 29

30  Roz­dział 30

31  Roz­dział 31

32  Roz­dział 32

33  Roz­dział 33

34  Roz­dział 34

35  Roz­dział 35

36  Roz­dział 36

37  Roz­dział 37

38  Roz­dział 38

39  Roz­dział 39

40  Roz­dział 40

41  Roz­dział 41

42  Roz­dział 42

43  Roz­dział 43

44  Roz­dział 44

45  Roz­dział 45

46  Roz­dział 46

47  Roz­dział 47

48  Roz­dział 48

49  Roz­dział 49

50  Roz­dział 50

51  Roz­dział 51

52  Roz­dział 52

53  Roz­dział 53

54  Roz­dział 54

55  Roz­dział 55

56  Roz­dział 56

57  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: The Lake

Prze­kład: Andrzej Goź­dzi­kow­ski

Redak­cja: Alek­san­dra Ptasz­nik, Maria Zalasa

Korekta: Kata­rzyna Nawrocka, Anna Tara­ska

Text copy­ri­ght © 2021 by Nata­sha Pre­ston.

This trans­la­tion publi­shed by arran­ge­ment with Ran­dom House Chil­dren’s Books, a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House LLC

Zdję­cie na okładce: © 2021 by Kri­sty Camp­bell/Arcan­gel Ima­ges

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-107-4

Wyda­nie I, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two

ul. Kro­ku­sowa 3

92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Ste­vie, Kyro i Abbi – dzię­kuję, że pod­czas waka­cyj­nego wypadu do Nowego Jorku się­gnę­li­ście po moje książki! Jeste­ście wyjąt­kowi. Ste­vie, ni­gdy nie prze­stanę tęsk­nić za tobą i na zawsze zosta­niesz w mojej pamięci.

Roz­dział 1

1

Wraca­ły­śmy do obozu i do wszyst­kich roz­ry­wek, jakie w sobie krył: nowych zna­jo­mo­ści, wspól­nych śpie­wów, kra­ker­sów z pianką mar­sh­mal­low pała­szo­wa­nych przy ogni­sku… Oraz do miej­sca naszej zbrodni.

Sie­dzia­łam z tyłu. Musia­łam mocno nachy­lić się do przodu, żeby lepiej widzieć przez szybę.

– Jeste­śmy na miej­scu – oznaj­mi­łam.

Aku­rat prze­jeż­dża­li­śmy pod dużym szyl­dem z napi­sem OBÓZ NAD JEZIO­REM. Wyglą­dał dokład­nie tak, jak go zapa­mię­ta­łam: duże litery wyryte na drew­nia­nej tablicy.

Zer­k­nę­łam w dół. Powio­dłam pal­cem po iden­tycz­nym napi­sie w bro­szu­rze rekla­mo­wej, którą trzy­ma­łam w rękach. Wcze­śniej tego roku Kayla i ja dosta­ły­śmy listy, w któ­rych zapra­szano nas do wzię­cia udziału w kur­sie opie­kuna kolo­nij­nego.

Dla­tego wra­ca­ły­śmy.

Kiedy wio­ząca nas tak­sówka zatrzy­mała się, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, którą zna­łam od pięt­na­stu lat, zer­k­nęła na mnie. Wydęła poma­lo­wane błysz­czy­kiem usta i ścią­gnęła brwi.

– Sama nie wiem… – powie­działa zamy­ślona. – Wydaje się jakiś mniej­szy, nie sądzisz?

– Kayla, kiedy jesteś dzie­cia­kiem, wszystko wydaje się więk­sze – przy­po­mnia­łam.

Minęło dzie­więć lat, odkąd były­śmy tu ostat­nio.

W porów­na­niu z innymi znaj­du­ją­cymi się w oko­licy obo­zami let­nimi – które, nawia­sem mówiąc, wcale nie były poło­żone zbyt bli­sko – ten był naj­mniej­szy. Ale za to naj­lep­szy. Na orga­ni­zo­wane w nim kolo­nie przyj­mo­wano dziew­czynki i chłop­ców w wieku od sied­miu do dzie­się­ciu lat. Razem z Kaylą spę­dzi­ły­śmy tu dwu­krot­nie cudowne waka­cje, gdy mia­ły­śmy po sie­dem i osiem lat. Potem zabra­kło nam odwagi, by tu przy­je­chać po raz kolejny. Aż do teraz.

Mia­ły­śmy już sie­dem­na­ście lat i nade­szła pora, by to zmie­nić.

Otwie­ra­jąc drzwi tak­sówki, Kayla pisnęła rado­śnie:

– Tak! To będą nie­za­po­mniane waka­cje. – Mru­gnęła do mnie, a po chwili dodała: – Tym razem możemy nie kłaść się spać tak wcze­śnie.

– Prze­cież wtedy też prze­sia­dy­wa­ły­śmy do póź­nej nocy.

Gdy tylko otwo­rzy­łam drzwi i wysu­nę­łam się z kli­ma­ty­zo­wa­nego wnę­trza samo­chodu, poczu­łam, jak­bym zna­la­zła się w roz­pa­lo­nym piecu. Na szczę­ście ubiór opie­ku­nek kolo­nij­nych to szorty i koszulki z krót­kim ręka­wem. Lato w Tek­sa­sie potrafi dać w kość. Zapo­mnia­łam już, jak tu jest gorąco.

– Jasne, ale tym razem wolno nam to robić.

Przy­naj­mniej w teo­rii.

– Miesz­kamy w chatce razem z dzie­cia­kami – przy­po­mnia­łam Kayli.

Wyglą­dało na to, że jeśli cho­dzi o godziny snu, nasza sytu­acja nie­wiele miała się zmie­nić.

 

– Esme – Kayla uśmiech­nęła się sze­roko. – Dosta­niemy nasz wła­sny mały pokój. To będzie taka sypial­nia wydzie­lona z sypialni. A to ozna­cza tro­chę pry­wat­no­ści. – Omio­tła spoj­rze­niem teren obozu. – Mam tylko nadzieję, że są tu jacyś przy­stojni wycho­wawcy.

Cała Kayla. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka miała bzika na punk­cie face­tów. Jej ulu­biony kolor to oczy­wi­ście różowy. Naj­chęt­niej ni­gdy nie roz­sta­wa­łaby się z butami na obca­sie. No i śred­nio co trzy minuty zako­chi­wała się w nowym chło­paku.

Tak­sów­karz wyjął nasze walizki z bagaż­nika. Podzię­ko­wa­ły­śmy mu i zapła­ci­ły­śmy za kurs, dorzu­ca­jąc napi­wek.

Rozej­rza­łam się wkoło, prze­ły­ka­jąc ner­wowo ślinę i obli­zu­jąc wargi. Naprawdę wró­ci­łam. Poczu­łam lek­kie ukłu­cie w brzu­chu. Odru­chowo poszu­ka­łam ramie­nia Kayli, która aku­rat pode­szła do swo­jej różo­wej walizki w plamy.

– Myślisz, że przy­jazd tutaj był dobrym pomy­słem?

Przy­ja­ciółka jęk­nęła.

– Nie kom­pli­kuj. Wszystko będzie super. Zoba­czysz.

Ski­nę­łam bez prze­ko­na­nia głową.

– Nie jeste­śmy już dzie­cia­kami – bąk­nę­łam.

– Dokład­nie. Nikt tutaj nie koja­rzy nas z tam­tego okresu i nie będzie wie­dział, co się wtedy stało. Luz blues.

– Mówi się tak jesz­cze, „luz blues”? – dro­czy­łam się z nią.

Kayla spio­ru­no­wała mnie wzro­kiem. Puści­łam jej ramię i doda­łam z uśmie­chem:

– Dobrze, już dobrze. Luz blues. Wszystko się ułoży. Prze­staję się stre­so­wać, słowo honoru.

Cóż za kre­tyń­ska obiet­nica.

– Ale za tym tek­sań­skim skwa­rem to nie tęsk­ni­łam – wes­tchnęła ciężko Kayla, gar­biąc się lekko.

Dla ochłody macha­łam sobie dło­nią przed samą twa­rzą, jak­bym była stuk­nięta.

– Czy powie­trze może pło­nąć? Bo w tej chwili takie wła­śnie mam wra­że­nie – poskar­ży­łam się. – Dla­czego ktoś nie stwo­rzy kli­ma­ty­za­cji dla otwar­tej prze­strzeni? Popatrz, wszy­scy są tam: wycho­wawcy i pozo­stali kur­sanci – doda­łam na widok grupki osób sto­ją­cych pod jedną z cha­tek.

Kayla pisnęła rado­śnie i ruszy­ły­śmy na spo­tka­nie z grupą, cią­gnąc za sobą walizki. Zacho­dzi­łam w głowę, jakim cudem ludzie wytrzy­mują w tym żarze.

– Musimy zna­leźć Andy’ego – poin­stru­owała mnie Kayla.

Andy Mar­son to nasz prze­ło­żony. Jego nazwi­sko wid­niało na na wszyst­kich doku­men­tach dla kan­dy­da­tów na szko­le­nie. Przy­dzie­lono nam wykwa­li­fi­ko­waną opie­kunkę, z którą będziemy pro­wa­dzić więk­szość zajęć, a także nie­wielką grupę pod­opiecz­nych.

– Jak myślisz, który z nich to Andy? – zasta­na­wiała się na głos moja przy­ja­ciółka.

Omio­tłam spoj­rze­niem grupę obcych ludzi.

– Chyba ten rudzie­lec z pod­kładką do pisa­nia w ręku.

Kiedy się zbli­ży­ły­śmy, rudzie­lec uniósł głowę, a jego blade oczy roz­bły­sły.

– Oto i ostat­nie z naszych kur­san­tek. Kayla Price i Esme Ran­dal, zga­dłem?

– Kayla – przed­sta­wiła się moja kom­panka, poda­jąc mu rękę.

– Ja jestem Esme.

Andy zano­to­wał coś w papie­rach.

– Cie­szę się, że jeste­śmy już w kom­ple­cie. Przed nami fan­ta­styczne lato, naj­pierw jed­nak musimy się wszy­scy poznać. Potem chciał­bym omó­wić z wami obo­wią­zu­jące tu zasady oraz kwe­stie bez­pie­czeń­stwa.

Wska­zu­jąc dwie dziew­czyny sto­jące za nim, cią­gnął:

– To Rebeka i Tia. A to Olly i Jake – dodał, patrząc na dwóch chło­pa­ków. – Wszy­scy oni, podob­nie jak wy, będą szko­lić się na wycho­waw­ców kolo­nij­nych. Wie­czory, kiedy macie wychodne, będzie­cie mogli spę­dzać wspól­nie.

Następ­nie Andy przy­stą­pił do recy­to­wa­nia z pamięci regu­la­minu. Ale Kayla już go nie słu­chała. Wpa­try­wała się w dwóch bar­dzo przy­stoj­nych chło­pa­ków sto­ją­cych za nim: Olly’ego i Jake’a.

Obóz letni wła­śnie zna­cząco zyskał w naszych oczach.

Rebeka i Tia pode­szły, żeby się z nami przy­wi­tać. Obie tak samo wyszcze­rzone w uśmie­chu. Ale na tym koń­czyły się podo­bień­stwa mię­dzy nimi. Rebeka była wysoką dziew­czyną o bla­dej cerze i kasz­ta­no­wa­tych, się­ga­ją­cych ramion wło­sach. Zro­biła na mnie wra­że­nie sym­pa­tycz­nej, lecz nieco zagu­bio­nej. Zdra­dzały ją błę­kitne oczy, któ­rymi strze­lała ner­wowo na boki. Tia nato­miast była drob­niutka. Miała czarną skórę i wiel­kie brą­zowe oczy. Jedwa­bi­ste ciemne włosy się­gały jej nie­mal do pasa.

– Cześć – przy­wi­tała się Rebeka z połu­dnio­wym akcen­tem.

– To będzie nie­za­po­mniane lato – rzu­ciła na powi­ta­nie Tia.

– No jasne – potwier­dzi­łam skwa­pli­wie. – Wie­cie już, w któ­rej chatce was zakwa­te­rują?

– Rebeka i ja miesz­kamy w Wer­be­nie. Na was czeka domek o nazwie Łubin, to ten naj­bli­żej sto­łówki – wyja­śniła Tia. Kiedy zwró­ciła się w moją stronę, zauwa­ży­łam, że jest podob­nego wzro­stu co ja. – Chatki są nie­duże, ale łóżka wyglą­dają na cał­kiem wygodne. Zakwa­te­ro­wali nas z tymi dwiema, są tro­chę straszne.

Tia wska­zała dwie dziew­czyny, wyraź­nie star­sze od nas, będące wykwa­li­fi­ko­wa­nymi opie­kun­kami kolo­nij­nymi. Miały iden­tycz­nie ścięte włosy i ciemne grzywki. Jedna z nich była tak samo blada jak ja, druga miała prze­piękną oliw­kową kar­na­cję. Kayla musiała słono pła­cić co sześć tygo­dni pod­czas wizyt w sola­rium, żeby jej skóra przy­brała taki odcień.

– To Mary i Cata­lina – poin­for­mo­wała Tia. – Znane też jako Bra­wurki. No wie­cie, jak ta postać z Ato­mó­wek.

Nie udało mi się powstrzy­mać śmie­chu. Fak­tycz­nie wyglą­dały jak kopie Bra­wurki.

– A dla­czego uwa­żasz, że są straszne? – zain­te­re­so­wa­łam się.

– Są tro­chę zasad­ni­cze. Zresztą zoba­czysz, o co mi cho­dzi, jak z nimi poga­dasz.

– Tak się zasta­na­wiam, kto będzie naszym bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym – powie­dzia­łam, roz­glą­da­jąc się wkoło.

– Sły­sza­łam, jak Andy wspo­mi­nał, że przy­dzieli wam Corę. Wydaje się fajną babką. Chyba przed chwilą poszła na sto­łówkę. Tam jest teraz wielki bała­gan. Zgro­ma­dzono tam mnó­stwo sprzętu, który trzeba przej­rzeć, zanim przy­jadą dzie­ciaki. To ostatni spraw­dzian, czy nic nie nawala.

– Jak znam życie, to pew­nie czeka nas jesz­cze z dzie­sięć takich spraw­dzia­nów. Dobrze myślę? – spy­ta­łam, wodząc spoj­rze­niem za Andym, który bie­gał mię­dzy dom­kami, zaglą­da­jąc do każ­dego.

– Masz rację – roze­śmiała się Tia.

Rebeka i Kayla stały nie­opo­dal pogrą­żone w roz­mo­wie. Ich poga­wędka miała zapewne podobny cha­rak­ter do tej, którą odby­łam z Tią, tyle że w ich przy­padku bez prze­rwy mówiła Kayla. Z mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki była straszna gaduła. Odnio­słam wra­że­nie, że Rebekę prze­ro­sła ta sytu­acja. Dziew­czyna skrzy­żo­wała ramiona na piersi i strze­lała oczami na boki, jakby szu­kała spo­sob­no­ści do ucieczki.

Tia odcią­gnęła mnie na bok ze śmie­chem.

– Rebeka pocho­dzi z Kan­sas. Zapi­sała się na kurs wycho­waw­ców kolo­nij­nych, żeby nabrać nieco pew­no­ści sie­bie przed wyjaz­dem na stu­dia. Jest taka sło­dziutka, że od samego roz­ma­wia­nia z nią robią mi się dziury w zębach.

– Cóż, myślę, że jej pomo­żemy – odpar­łam. – Będziemy mogły spę­dzać wie­czory razem. Cie­kawe, czy pozwolą nam opusz­czać teren obozu.

– Nie zanosi się na to – mruk­nęła Tia. – Szu­ka­łam infor­ma­cji o obo­zie jesz­cze przed przy­jaz­dem tutaj. Jest droga na skróty przez las. Pro­wa­dzi brze­giem jeziora, nie­da­leko krze­wów jeżyn. Można się nią dostać do mia­sta, ale idzie się po ciemku.

Pamię­ta­łam ten skrót… Nie chcia­łam jed­nak, żeby wyszło na jaw, że byłam już w tym obo­zie jako dziecko.

– Już teraz czuję, jak z prze­ję­cia serce wali mi w piersi – przy­zna­łam, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

– To zna­czy, że nie wybie­rzesz się tym skró­tem?

– Skąd. Oczy­wi­ście, że pójdę.

– Jesteś tchó­rzem? – spy­tała ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem.

– Nie, ale rzadko mi się zda­rza, żebym włó­czyła się nocą po nie­zna­nym lesie. Kayla na pewno będzie pani­ko­wać.

– Nic nam nie będzie. Dla­czego myślisz, że Kayla będzie pani­ko­wać?

– Ciii – uci­szy­łam Tię, przy­cią­ga­jąc ją bli­żej do sie­bie. – Wytłu­ma­czę ci przy innej oka­zji.

Prawda była taka, że Kaylę bar­dzo łatwo prze­stra­szyć. Żeby upo­rać się z para­li­żu­ją­cym stra­chem, jaki opa­no­wy­wał ją w obli­czu choćby nie­wiel­kiego zagro­że­nia, poszła nawet na tera­pię, ale nie przy­nio­sła ona spo­dzie­wa­nych rezul­ta­tów. Nie było powodu, żeby już teraz stre­so­wać ją per­spek­tywą spa­ce­rów po mrocz­nym lesie.

Rebeka zer­kała na nas, jakby dosko­nale wie­działa, o czym roz­ma­wiamy. Naj­wy­raź­niej Tia wspo­mniała jej już o skró­cie.

Z roz­my­ślań wyrwał mnie głos Andy’ego:

– Kur­sanci, po tym jak się roz­pa­ku­je­cie i zje­cie lunch, spo­tkamy się w pawi­lo­nie. Przy­dzielę wam zada­nia.

Zwra­ca­jąc się do nas, nie pod­no­sił wzroku znad swo­ich papie­rów.

– Ten gość będzie jak wrzód na tyłku – mruk­nęła Tia.

W myślach przy­zna­łam jej rację.

Razem z Kaylą poszły­śmy do naszej chatki, żeby się roz­pa­ko­wać. W maleń­kim poko­iku Kayla momen­tal­nie sta­nęła przed lustrem. Osobne pomiesz­cze­nie dawało nam mini­mum pry­wat­no­ści, a zara­zem pozwa­lało mieć na oku nasze pod­opieczne.

Mia­ły­śmy spać na łóżku pię­tro­wym. Do dys­po­zy­cji oddano nam też nie­dużą komodę. Drugi osobny pokoik przy­dzie­lono Corze, wykwa­li­fi­ko­wa­nej wycho­waw­czyni kolo­nij­nej.

Gra­fik uło­żono w taki spo­sób, aby­śmy mogły korzy­stać z wol­nych wie­czo­rów naprze­mien­nie z Corą. Dopil­no­wano, by dzie­ciaki ni­gdy nie zosta­wały same w chatce. Pamię­ta­łam, jak strasz­nie zazdro­ści­łam wycho­waw­com i kur­san­tom, ile­kroć przy­cho­dziła ich kolej na nocne posia­dówki przy ogni­sku. Teraz ten przy­wi­lej miał przy­paść w udziale mnie.

Ponie­waż Kayla bała się wyso­ko­ści, wybra­łam górną pry­czę w pię­tro­wym łóżku.

Wnę­trze domku wypeł­niała woń drewna i sosno­wych igieł. Nasze łóżko wyglą­dało na nowe, w prze­ci­wień­stwie do tych sto­ją­cych w sali dla dzieci, o ramach poma­za­nych mar­ke­rami. Poprzedni kolo­ni­ści zosta­wili na nich swoje imiona i zro­zu­miałe wyłącz­nie dla nich żar­ciki.

– Któ­rego wybie­rasz? – zagad­nęła Kayla.

Zna­łam ją na wylot. Dzięki temu od razu zro­zu­mia­łam, że cho­dzi jej o Jake’a i Olly’ego.

– Nie mar­nu­jesz czasu – zauwa­ży­łam.

Nie odry­wa­jąc wzroku od swo­jego odbi­cia w lustrze, unio­sła jedną nie­na­gan­nie wyre­gu­lo­waną brew i odrzu­ciła do tyłu blond włosy. Z opa­le­ni­zną z sola­rium, wiel­kimi błę­kit­nymi oczami, zmy­sło­wymi ustami i figurą seks­bomby Kayla robiła zabój­cze wra­że­nie. Byłam nie­mal pewna, że w porów­na­niu z nią w swoim mało efek­tow­nym ubra­niu wycho­wawcy będę wyglą­dała jak gim­na­zja­listka – drob­niutka, chu­dziutka i blada. Cała nadzieja w tek­sań­skim słońcu, które powinno przy­naj­mniej zapew­nić mi ładną opa­le­ni­znę.

– No to jak, kochana? – nie odpusz­czała Kayla. – Który ci się spodo­bał?

– Ty pierw­sza.

Wrzu­ci­łam do komody swoje rze­czy. Na niej posta­wi­łam opra­wione w ramkę zdję­cie rodzi­ców.

– No dobra. Wybie­ram Jake’a.

Jasne, nie mogło być ina­czej. Wysoki, błę­kit­no­oki i pło­wo­włosy Jake o postu­rze zawod­nika fut­bolu ame­ry­kań­skiego był zde­cy­do­wa­nie typem faceta, który mógł wpaść w oko mojej przy­ja­ciółce.

– Cóż za zasko­cze­nie! – sko­men­to­wa­łam sar­ka­stycz­nym tonem. – No to śmiało, do boju!

Kayla roz­pa­ko­wała już wszyst­kie swoje ciu­chy i sta­ran­nie je roz­wie­siła.

– Esme, to lato minie nam w mgnie­niu oka. Nie ma chwili do stra­ce­nia.

– Czy chcesz powie­dzieć, że któ­rejś nocy wymkniesz się ze mną do mia­sta?

– Mówisz poważ­nie? – upew­niła się, mru­żąc podejrz­li­wie oczy. – Obie wiemy, że kiedy wycho­dzisz nocą do lasu, nic dobrego z tego nie wynika.

– Tego lata będzie ina­czej – zapew­ni­łam, trą­ca­jąc ją łok­ciem w bok. – Zgódź się, mała, w lesie nie czai się nic strasz­nego.

Roz­dział 2

2

Zerk­nę­łam na zega­rek, który nie­spiesz­nie odmie­rzał kolejną minutę. Lunch wlókł się nie­mi­ło­sier­nie.

Sie­dzia­łam pod sosną razem z Kaylą, Tią i Rebeką.

Kilka drzew dalej roz­sie­dli się Olly i Jake wraz z dwoma innymi kur­san­tami, Mar­cu­sem i Loren­zem. Spra­wiali wra­że­nie, jakby byli zain­te­re­so­wani przede wszyst­kim wła­snym towa­rzy­stwem, a spę­dza­nie czasu z dziew­czy­nami nie­zbyt ich pocią­gało. Podej­rze­wa­łam, że są od nas tro­chę starsi.

 

Byli­śmy tu dopiero od godziny, a wykwa­li­fi­ko­wani opie­ku­no­wie zdą­żyli już podzie­lić się na grupki.

Zaja­da­łam hot doga z ket­chu­pem z papie­ro­wego tale­rza i pra­żoną kuku­ry­dzę. Wystar­czył jeden kęs bułki, bym prze­nio­sła się w cza­sie i poczuła, jak­bym znowu miała osiem lat. Momen­tal­nie wró­ciły wspo­mnie­nia dłu­gich let­nich dni spę­dza­nych na kąpie­lach w jezio­rze. Kayla i ja były­śmy wtedy szczu­plut­kimi dziew­czyn­kami o wiecz­nie brud­nych kola­nach i potar­ga­nych wło­sach. W tam­tym cza­sie nie­mal codzien­nie na obo­zie obja­da­ły­śmy się hot dogami oraz maka­ro­nem zapie­ka­nym z serem.

Tamto let­nie obżar­stwo spra­wiało mi mnó­stwo przy­jem­no­ści. Teraz nie mogłam się docze­kać, aż doświad­czą go rów­nież moje obecne pod­opieczne.

– On cią­gle się na cie­bie gapi – stwier­dziła śpiew­nym tonem Tia.

– Co takiego?

– Olly. Udaje, że gada z kum­plami, ale tak naprawdę co trzy sekundy zerka w twoją stronę.

Cóż, uda­wa­nie, że nie inte­re­suje mnie ten wysoki, ciem­no­włosy przy­stoj­niak, raczej nie miało sensu. Jasne, żeby z nim poroz­ma­wiać, musia­ła­bym bez prze­rwy zadzie­rać głowę, ale tyczyło się to wła­ści­wie wszyst­kich osób.

– Tia, a co z tobą?

– Faceci mnie nie kręcą – wyznała, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– Prze­cież dziew­czyn tu też nie bra­kuje.

– No więc jest taka jedna… – Policzki jej zapło­nęły. – Cora.

– W jakim jest wieku?

Tia wes­tchnęła ciężko.

– To tylko zauro­cze­nie. Wydaje mi się, że może mieć około dwu­dzie­stu lat. No i jest hetero.

Pokle­pa­łam ją lekko po ramie­niu, żeby dodać jej otu­chy.

– A ty masz sie­dem­na­ście, tak?

– Zga­dza się. Wszy­scy kur­sanci to szes­na­sto- albo sie­dem­na­sto­lat­ko­wie. Z wyjąt­kiem Lorenza, który ma osiem­na­ście.

– Nic się przed tobą nie ukryje. Od jak dawna tu jesteś?

– Przy­je­cha­łam dzi­siaj wcze­snym ran­kiem. Nie tracę czasu. – Postu­kała się pal­cem w skroń i dodała: – Wie­dza to siła.

– A może ty wcale nie nie chcesz być wycho­waw­czy­nią kolo­nijną, tylko agentką FBI?

Par­sk­nęła śmie­chem, sły­sząc tę uwagę.

– Dziew­czyno, trzy­maj się mnie.

– Zaga­dam do nich – oznaj­miła Kayla.

Wstała i, dzier­żąc swój talerz, ruszyła w stronę chło­pa­ków.

Andy, sie­dzący przy ogni­sku, odpro­wa­dził ją wzro­kiem. Miał zacięty wyraz twa­rzy, głowę prze­chy­lił na bok. Lito­ści, chyba nie wyobraża sobie, że będziemy trzy­mać face­tów na dystans. W końcu to obóz koedu­ka­cyjny.

Prze­cież nie będę przez całe lato uda­wać, że chłopcy nie ist­nieją.

– Idziemy? – zagad­nęła Tia.

Rebeka unio­sła głowę.

– Chcesz się do nich dosiąść? – spy­tała, otwie­ra­jąc oczy sze­roko ze zdzi­wie­nia.

– Jasne, chodźmy – zgo­dzi­łam się chęt­nie, wsta­jąc.

W jed­nej ręce trzy­ma­łam talerz, drugą poda­łam Rebece, żeby pomóc jej wstać.

– No dobra, skoro chce­cie, pójdę z wami. – Podała mi rękę i dźwi­gnę­łam ją z ziemi. Kiedy stała, prze­wyż­szała mnie o głowę. – Dzięki, Esme.

Razem z Tią i Rebeką przy­cup­nę­ły­śmy na dłu­giej ławce. Ja zaję­łam stra­te­giczne miej­sce obok Olly’ego. W końcu przy­glą­dał mi się wcze­śniej, a do tego był taki uro­czy. Mia­łam wra­że­nie, że jest nie­źle przy­pa­ko­wany. Pew­nie grał w fut­bol ame­ry­kań­ski.

– Hej! – rzu­ci­łam na powi­ta­nie.

– Ty jesteś Esme, prawda? – spy­tał z uśmie­chem.

– Mam czuć się zaszczy­cona, że zapa­mię­ta­łeś moje imię?

– W sumie to tak – przy­znał ze śmie­chem. – Raz zda­rzyło mi się zapo­mnieć imię mojej kuzynki.

– Jakim cudem?

– Cóż, mam w rodzi­nie aż czter­na­ścioro kuzy­nów. I więk­szość z nas mieszka przy jed­nej ulicy.

– Ja mam tylko pię­cioro. Skąd jesteś?

– Z Mis­so­uri – wyja­śnił. – A ty?

– Z Pen­syl­wa­nii. Dla­czego chcesz zostać opie­ku­nem kolo­nij­nym?

Olly ode­rwał koń­cówkę bułki hot doga i powie­dział:

– Kiedy mia­łem trzy­na­ście lat, rodzice wysłali mnie na kolo­nię. Wyda­wało mi się wtedy, że opie­ku­no­wie mają lepiej od dzie­cia­ków. Chcę spraw­dzić, czy fak­tycz­nie tak jest. A cie­bie co skło­niło do przy­jazdu tutaj?

Pomy­śla­łam o fol­de­rze rekla­mo­wym, zagrze­ba­nym wśród róż­nych rze­czy w komódce.

– W sumie to samo, co cie­bie.

Chło­pak skie­ro­wał spoj­rze­nie swo­ich obłęd­nie zie­lo­nych oczu ku krze­wom jeżyn. Podej­rze­wa­łam, że prę­dzej czy póź­niej będę nimi podra­pana. Oby­śmy tylko nie musieli prze­dzie­rać się przez tę gęstwinę pod­czas pla­no­wa­nej noc­nej eska­pady.

– Tobie też Tia opo­wie­działa już o skró­cie? – domy­śli­łam się.

Olly wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Zanim jesz­cze się przy­wi­tała.

W tej chwili dobiegł nas głos Andy’ego:

– No dobra, kończ­cie posi­łek i zabie­ramy się za porząd­ko­wa­nie pawi­lonu socjal­nego i sto­łówki. Dzie­ciaki zja­wią się poju­trze, do tego czasu mamy sporo roboty.

Olly nie poru­szył się. Zmie­rzył tylko kie­row­nika obozu nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

– Powin­ni­śmy chyba… – zaczę­łam, pro­stu­jąc się.

– Esme – wszedł mi w słowo Olly. – Spo­koj­nie dokończ jedze­nie.

Przez chwilę wodzi­łam spoj­rze­niem mię­dzy oby­dwoma chło­pa­kami.

– Zna­łeś go przed przy­jaz­dem tutaj?

– Można tak powie­dzieć. Jeden z moich kuzy­nów go zna, byli razem na roku. Pozna­łem Andy’ego, kiedy koń­czyli stu­dia. Wspo­mniał wtedy o obo­zie. Kiedy dosta­łem pocztą bro­szurę o kur­sie na wycho­wawcę kolo­nij­nego, domy­śli­łem się, że to on mi ją wysłał.

– Chyba naprawdę lubi swoją robotę, co?

– O tak – roze­śmiał się Olly. – Spę­dza na pro­mo­wa­niu tego miej­sca z dzie­sięć godzin dzien­nie. Powin­naś zoba­czyć jego pro­file w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Ten gość nie pisze o niczym innym.

– Chyba wola­ła­bym tego unik­nąć.

Sku­pi­łam się na jedze­niu. Bra­wurki – to zna­czy Mary i Cata­lina – ocho­czo ruszyły za Andym. Nie­mal wpa­dały na sie­bie, tak bar­dzo im się spie­szyło.

Cie­kawe, czy nagrody prze­wi­dziano za bycie naj­lep­szym wycho­wawcą kolo­nij­nym, czy może naj­więk­szym lizu­sem? Cóż, w tej dru­giej kate­go­rii raczej nie mogłam liczyć na laury.

Kayla i ja wyrzu­ci­ły­śmy tale­rze do kubła na śmieci i razem z naszą nowo utwo­rzoną koedu­ka­cyjną grupą ruszy­ły­śmy do pawi­lonu. Jake i Olly oddzie­lili się od pozo­sta­łych face­tów i dołą­czyli do nas, czte­rech dziew­czyn. A my, rzecz jasna, nie mia­ły­śmy nic prze­ciwko.

W budynku powi­tała nas cała góra sprzętu tury­stycz­nego: namio­tów, kana­dy­jek, kaja­ków, akce­so­riów spor­to­wych, lin, kuche­nek i naczyń kem­pin­go­wych. Śmier­działo tu jak na sali gim­na­stycz­nej.

– No bez jaj, mamy spraw­dzić to wszystko? – ode­zwała się szep­tem Kayla, zwra­ca­jąc się do całej naszej grupy.

– Wła­ści­wie jakie mam kwa­li­fi­ka­cje, by stwier­dzić, że dany kajak nie prze­cieka? – mruk­nę­łam pod nosem.

Olly w odpo­wie­dzi zachi­cho­tał. Ja jed­nak mówi­łam cał­kiem poważ­nie.

Andy zło­żył przed sobą dło­nie i powie­dział:

– No dobrze, kur­sanci mogą zabrać się za roz­bi­ja­nie namio­tów i spraw­dza­nie, czy nie są uszko­dzone. Pro­szę o infor­ma­cję, jeśli cze­goś bra­kuje albo mate­riał jest porwany. Chciał­bym, żeby wycho­wawcy w tym cza­sie zajęli się testo­wa­niem pozo­sta­łego sprzętu tury­stycz­nego. Ja spraw­dzę akce­so­ria kuchenne.

Przed przy­stą­pie­niem do pracy dobra­li­śmy się w pary. Kayla oczy­wi­ście ruszyła pro­sto do Jake’a, moją parą został Olly. Nie żebym narze­kała – pod spoj­rze­niem jego obłęd­nych oczu w brzu­chu trze­po­tały mi motyle skrzy­dełka. Z uśmie­chem wzię­łam się za roz­sta­wia­nie pierw­szego namiotu. Pra­cu­jąc, pró­bo­wa­łam scho­wać twarz za swo­imi dłu­gimi wło­sami. Domy­śla­łam się, że policzki mam cegla­sto­czer­wone.

Pierw­szy namiot – pro­sty, czte­ro­oso­bowy model – udało nam się roz­ło­żyć bez naj­mniej­szego pro­blemu.

Obe­szli­śmy go wkoło, wypa­tru­jąc przedarć w mate­riale. Olly w tym celu zanur­ko­wał też do środka.

– Wszystko z nim w porządku – oświad­czy­łam na koniec.

– Na to wygląda – przy­znał, wysta­wia­jąc głowę z namiotu. – No to bierzmy się za następny, Esme.

Podo­bało mi się, jak moje imię brzmiało w jego ustach, wypo­wia­dane tym szorst­kim, męskim gło­sem.

Wylu­zuj, wariatko!

Czas mijał, a my haro­wa­li­śmy w pocie czoła. Mimo wszystko według mnie było tu faj­nie. Nie potra­fi­łam jed­nak prze­stać się stre­so­wać. Przez głowę prze­la­ty­wały mi różne myśli. Co, jeśli nie spraw­dzę się w roli opie­kunki? Co, jeśli moje pod­opieczne nie zapa­łają do mnie sym­pa­tią? Przede mną spore wyzwa­nie: mam słu­żyć im radą, dawać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, pod moją opieką powinny zdo­być nowe umie­jęt­no­ści, ale też wesoło spę­dzić czas.

Kiedy apli­ko­wa­łam na kurs, nie cho­dziło mi tylko o to, że tytuł wykwa­li­fi­ko­wa­nej opie­kunki kolo­nij­nej będzie dobrze wyglą­dał w CV. Zale­żało mi też na tym, żeby spraw­dzić się w tej roli. Uwiel­bia­łam to miej­sce. Nie­mal każdy aspekt Obozu nad Jezio­rem budził mój auten­tyczny zachwyt. Ten sie­lan­kowy obraz burzył tylko jeden szcze­gół, jedna noc rodem z hor­roru, któ­rej wspo­mnie­nie mro­ziło mi krew w żyłach.

Wie­czo­rem byli­śmy już gotowi na przy­jazd obo­zo­wi­czów. W każ­dym razie gotowy był obóz i sprzęt tury­styczny.

Haro­wa­li­śmy do upa­dłego, żeby zdą­żyć przed zmro­kiem. Pod koniec dnia byłam mokra od potu i lecia­łam z nóg. Ale ponie­waż uwi­nę­li­śmy się z wszyst­kimi obo­wiąz­kami, następny dzień miał upły­nąć pod zna­kiem dobrej zabawy. Ostatni łyk wol­no­ści przed przy­jaz­dem dzie­cia­ków, które potem miały już absor­bo­wać całą naszą uwagę.

Po wzię­ciu prysz­nica zebra­li­śmy się znów pod sosnami. Upał zelżał, zro­biło się rześko, na­dal jed­nak było na tyle cie­pło, że nie mar­z­łam w szor­tach i koszulce z krót­kim ręka­wem.

Kiedy Tia chwy­ciła mnie nagle za łokieć, drgnę­łam zasko­czona.

– Chodź na spa­cer – zapro­po­no­wała, odcią­ga­jąc mnie od grupy.

– Ale dokąd? – wydu­si­łam z sie­bie.

– Wokół jeziora.

Ani myślała cze­kać na moją zgodę, ale w sumie nie mia­łam jej tego za złe.

Kiedy w końcu puściła moją rękę, spy­ta­łam:

– Co ci strze­liło do głowy?

– Chcę się przejść.

– To aku­rat rozu­miem. Ale dla­czego?

Tia obej­rzała się przez ramię i rzu­ciła z uśmie­chem:

– Spraw­dzimy ten skrót. Podobno należy wejść pro­sto w las, tam znaj­dziemy wydep­taną ścieżkę. Powin­ny­śmy odcze­kać z tydzień, zanim się wymkniemy nocą.

Mówiła prze­ję­tym gło­sem, żywo gesty­ku­lu­jąc. Włosy miała zebrane w nie­dbały koczek.

– Niech Andy wyobraża sobie, że jeste­śmy grzecz­nymi kur­sant­kami, któ­rym nie w gło­wie łama­nie zasad – domy­śli­łam się.

– Otóż to.

– Co, jeśli ktoś nas nakryje?

– Pew­nie wpad­niemy w tara­paty. Ale nie wydaje mi się, żeby gro­ziło nam za to wyda­le­nie z obozu – stwier­dziła Tia.

Głę­boko ode­tchnę­łam.

– Mam taką nadzieję.

Moi rodzice by mi tego nie daro­wali.

– Nie martw się, Esme. Nikt nas nie przy­ła­pie.

Ale ryzyko było cał­kiem spore. Wystar­czyło prze­cież, że ktoś wyj­dzie z jed­nej z cha­tek i zoba­czy, jak zni­kamy w lesie i nie wra­camy przez kilka godzin. Z dru­giej strony, kto wie, może wszy­scy tutaj tak robili.

Ruszy­ły­śmy brze­giem jeziora. Miało owalny kształt. Z jed­nej strony towa­rzy­szył nam las, z dru­giej – woda. Było pięk­nie, tak spo­koj­nie.

Jesz­cze kilka dni i będziemy pły­wać. Na wypo­sa­że­niu obozu był nawet dmu­chany tor prze­szkód. Kiedy spę­dza­łam tu czas jako dziecko, jesz­cze nie było takich roz­ry­wek. Nie mogłam się docze­kać, aż wypró­bu­jemy tor na wodzie. Mie­wa­łam rywa­li­za­cyjne zapędy, zda­wa­łam sobie sprawę, że będę musiała na to uwa­żać pod­czas zabaw z dziećmi.

– Wybie­rasz się na stu­dia po waka­cjach? – zagad­nę­łam.

– Tak, do Nowego Jorku. Dla dziew­czyny z Ore­gonu to duża zmiana. Nie mogę się już docze­kać. A ty?