Tylko jedna taka nocTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Natalie Anderson

Tylko jedna taka noc

Tłumaczenie: Maria Nowak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Pregnant by the Commanding Greek

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Natalie Anderson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5600-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pies był drobniutki, miał przezabawne uszy, zwisające niemal do ziemi, lśniącą sierść i bardzo sympatyczną mordkę. Zamerdał krótkim ogonkiem, kiedy Tonia zawołała go po imieniu, a gdy impulsywnym gestem porwała go w ramiona i przytuliła do piersi, uniósł łepek i popatrzył na nią ogromnymi, nierozumiejącymi ślepiami. Z cichym szlochem wtuliła twarz w miękkie, ciepłe futerko, pachnące jesiennymi liśćmi i świeżą ziemią, a piesek wcisnął swój wilgotny nos w jej dekolt. Poczuła, że chude ciałko drży, i zagryzła wargi. To nie był czas na łzy.

Zaczęła głaskać pieska, kołysząc się delikatnie, jakby uspokajała dziecko. Po chwili drżenie małego ciałka ustało, piesek sapnął i umościł się wygodniej w jej ramionach, najwyraźniej gotów do drzemki. I dobrze, pomyślała Tonia. Potrzebowała chwili, króciutkiej chwilki, żeby ochłonąć. Minuty ciszy, żeby pożegnać się z Haroldem Clarkiem, długoletnim mieszkańcem rezydencji, który zmarł nagle ostatniej nocy, pozostawiając swojego jedynego przyjaciela, starego jamnika imieniem Kamyk. Musiała zebrać siły, bo odkąd jego pan odszedł, mały Kamyk nie miał nikogo poza nią, kto stanąłby w jego obronie. Nie zamierzała pozwolić, by osieroconemu psu stała się krzywda.

Będzie mi ciebie brakowało, dziadku Harry – powiedziała bezgłośnie, wciąż wtulając twarz w sierść psa, przywołując w pamięci obraz starszego pana, który od lat mieszkał w Rezydencji pod Olchami. Mayfair, ekskluzywna dzielnica Londynu, liczyła niewiele równie luksusowych obiektów. Na pobyt w jednym z apartamentów ze wszelkimi wygodami i pełną obsługą, położonych w zabytkowej, pięknie odrestaurowanej kamienicy otoczonej szlachetnym starodrzewem, pozwolić mogli sobie tylko ludzie niezmiernie zamożni, i Harold Clarke bez wątpienia należał do ich grona. Jednak pośród egocentrycznych celebrytów, chimerycznych artystów i apodyktycznych rekinów finansjery starszy pan stanowił wyjątek. Był… normalny. I uroczy. Z bogactwem się nie obnosił, a Toni, od pięciu lat zatrudnionej w Rezydencji pod Olchami na stanowisku konsjerżki, czyli osoby, której obowiązkiem było wypełnianie poleceń rezydentów, dbanie, by niczego im nie brakowało, i spełnianie ich najbardziej nawet wymyślnych fanaberii, nie zamęczał żadnymi kaprysami. Zamiast tego zapraszał ją na herbatę. Nieznoszącym sprzeciwu gestem wskazywał jeden z rozkosznie wygodnych, przepastnych foteli i nie ustępował, dopóki nie umościła się w nim, z westchnieniem ulgi zrzucając pantofle i podwijając nogi, obolałe od ciągłej krzątaniny. Dziadek Harry przynosił herbatę i ciasteczka, po czym siadał naprzeciwko i zaczynał pogawędkę. Uwielbiała iskierki humoru lśniące w bystrych, intensywnie niebieskich oczach, ocienionych gąszczem imponująco krzaczastych, szpakowatych brwi. Uwielbiała tubalny śmiech, którym starszy pan kwitował dykteryjki o bataliach, toczonych przez nią na linii frontu, jakim była praca konsjerżki. Uwielbiała też jamnika Kamyka, który witał ją, merdając z werwą ogonkiem, i mogłaby przysiąc, że widzi autentyczny uśmiech na jego posiwiałej mordce.

Kiedyś jeden z lokatorów Rezydencji pod Olchami nazwał Tonię „Piętaszkiem w spódnicy”, i to określenie przylgnęło do niej na dobre. Cóż, faktycznie, była na każde zawołanie mieszkańców; na tym polegała jej praca, a ona wykonywała ją wzorowo. Ale dla Harolda Clarka nie była Piętaszkiem. Traktował ją jak wnuczkę, a ona widziała w nim dziadka, którego nigdy nie miała.

Chwile, które dane jej było z nim spędzić, miały posmak beztroski i poczucia bezpieczeństwa, którego nie zaznała od dnia, gdy umarła jej matka, zostawiając ją samą z młodszą siostrą Ofelią, uczennicą pierwszej klasy szkoły średniej. Z dnia na dzień spadła na nią odpowiedzialność za utrzymanie i wykształcenie piekielnie zdolnej, ale też i niezwykle charakternej nastolatki. Dziadek Harry zawsze pytał Tonię, co słychać u Ofelii. A ona szybko się przekonała, że nie warto zbywać tych pytań zapewnieniami, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia po prostu zdjęła maskę wiecznie uśmiechniętego „Piętaszka w spódnicy”, i opowiedziała starszemu panu o swoich troskach. A on wysłuchał jej z uwagą, pokiwał głową. Odezwał się dopiero po chwili. Nie pouczał, nie potraktował jej protekcjonalnie. Jego ogląd sytuacji był rzeczowy i świadczył o wytrawnej znajomości życia. Podziwiała jego spokojną pogodę ducha i mądrość płynącą z doświadczenia. Była przekonana, że dzięki przyjaźni z tym człowiekiem udało jej się pokonać wzburzone wody trzech lat samotnej walki o przetrwanie.

Dziadek Harry umarł tak, jak żył – pomyślała przelotnie, podchodząc do drzwi opatrzonych tabliczką, na której wygrawerowano jego nazwisko. Była bezradna wobec bolesnej świadomości, że nie usłyszy już jego melodyjnego basu, gdy nucił stare piosenki, krzątając się po mieszkaniu albo układając pasjansa na stoliku ustawionym przy oknie z widokiem na ogród. Nie zobaczy już jego zawadiackiego, krzepiącego uśmiechu, tego uśmiechu, który zdawał się mówić: „grunt, to się nie przejmować i mieć wygodne buty”. Umarł tak, jak żył, samotnie i spokojnie, nie robiąc wokół całej sprawy wielkiego szumu. Tłumiąc łzy, wyobraziła sobie, że stary dżentelmen powitał śmierć tak, jak savoir-vivre nakazywał witać niezbyt mile widzianego gościa – z powściągliwą uprzejmością. Owszem, dał znać obsłudze pracującej na nocnej zmianie, że bardzo źle się poczuł. Piekący ból w klatce piersiowej był raczej jednoznacznym symptomem świadczącym o tym, że mięsień sercowy, pracujący niestrudzenie od lat dziewięćdziesięciu, właśnie odmówił posłuszeństwa. Zanim przyjechała karetka, było już po wszystkim. Ratownicy medyczni zastali Harolda Clarka siedzącego w ulubionym fotelu… ale już nie oddychał. Kamyk zaś, jak żołnierz na warcie, wciąż czuwał u boku ukochanego pana.

Tyle dowiedziała się Tonia od kolegi pracującego na nocnej zmianie, kiedy, haniebnie spóźniona, wpadła do pomieszczenia służbowego. Liczyła się każda sekunda, a ona musiała spiąć czymś włosy, bo biegnąc do autobusu zgubiła tę idiotyczną opaskę z kokardą w groszki, która stanowiła część uniformu konsjerżki w Rezydencji pod Olchami. Potem trzeba się jeszcze było przebrać w raczej nietwarzową czarną tunikę ozdobioną logo rezydencji i spodnie do kompletu – na szczęście te ostatnie były praktyczne, odpowiednio skrojone dla kogoś, kto przez cały dzień musiał być na nogach, wykonując najrozmaitsze zadania i usługi. Co najważniejsze, ich przepastne kieszenie mieściły jej notatnik, narzędzie pracy, bez którego ktoś tak roztrzepany jak ona byłby zupełnie zgubiony. Przebierała się za przepierzeniem, spiesząc się jak na pożar, kiedy dotarło do niej to, co mówi kolega.

Dziadek Harry nie żyje.

Machinalnie zapinała guziki służbowego wdzianka, tak jak robiła to codziennie. W głowie miała pustkę. Jakby jej umysł wyłączył się, zastrajkował, nie mogąc się pogodzić z tą wiadomością.

A potem było tylko gorzej.

Do pomieszczenia służbowego wtargnął Joel, młodziutki stażysta, który dorabiał do studenckiego stypendium, załatwiając poranne sprawunki mieszkańców rezydencji.

– Krewny pana Harolda jest już na miejscu – zaraportował, wyraźnie wzburzony. – Nawet nie zapytał o… o ciało. Od razu zabrał się za przeglądanie jego rzeczy. Kamyk zaczął warczeć i wtedy ten pan bardzo się zdenerwował. Polecił, żebym się pozbył psa.

– Co takiego?! – Tonia zebrała włosy i nie bawiąc się w ceregiele, spięła je zwykłą recepturką, tworząc kiepską imitację koka. – Co…?

Dopiero teraz zauważyła, że Joel niezgrabnie trzyma pod pachą Kamyka. Biedny jamnik bezradnie przebierał w powietrzu swoimi krótkimi łapkami.

– Ten pan powiedział, że jest siostrzeńcem pana Harolda, i przyjechał niezwłocznie, bo czuje się odpowiedzialny za cenne pamiątki rodzinne, będące w posiadaniu jego wuja. Chce je zabezpieczyć. Psa natomiast nie może zatrzymać i uważa, że najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich będzie, jeśli… – tu na chwilę głos odmówił mu posłuszeństwa – jeśli Kamyk zostanie uśpiony. Polecił, żebym zabrał psa, i liczy na to, że niezwłocznie umówimy weterynarza, który przeprowadzi, hm, zabieg.

 

– Tak powiedział ten pan? – wycedziła Tonia, kiedy udało jej się odzyskać głos. – A jak się ten pan nazywa? Pokazał jakiś dokument tożsamości?

– Mnie nic nie pokazywał. – Joel postawił Kamyka na podłodze z takim pośpiechem, jakby się pozbywał niestabilnego ładunku wybuchowego.

– Pięknie. – Tonia pochyliła się i zawołała pieska, usiłując utrzymać wzbierającą w niej furię na wodzy rozsądku. – Kto go wobec tego wpuścił do prywatnego apartamentu Harolda Clarka?

– Pan George. – Joel rozłożył ręce bezradnym gestem.

George, niedawno zatrudniony zarządca, zdawał się mieć tylko jeden priorytet – cięcie kosztów. Tajemnicą poliszynela było, że właściciel rezydencji popadł w kłopoty finansowe, nic więc dziwnego, że udzielił nowemu szefowi personelu jednoznacznych instrukcji. Liczyło się tylko to, na czym można było zarobić. Reszta nie miała znaczenia. George okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu. Bezwstydnie służalczy wobec tych spośród mieszkańców, których dało się dodatkowo oskubać, ostentacyjnie lekceważył wszystkie inne obowiązki, a personel traktował w sposób opryskliwy. Tonia, gdyby ktoś zapytał ją o zdanie, ujęłaby to zwięźlej i dosadniej – George był po prostu jak wrzód na tyłku. Od tygodni musiała zażegnywać kryzysy, które wywołał swoim obcesowym zachowaniem. Ale samowolnie wpuszczając obcego człowieka do mieszkania Harolda, posunął się zdecydowanie za daleko.

– Już ja zrobię z tym porządek. – Chwyciła pieska w ramiona.

Kiedy stanęła przed drzwiami, które tyle razy w ciągu ostatnich pięciu lat otwierał dla niej dziadek Harry, pozwoliła sobie na chwileczkę słabości. A potem wzięła się w garść. Anonimowy „siostrzeniec Harolda” usłyszy od niej parę słów prawdy. Czy kiedykolwiek pojawił się w Rezydencji pod Olchami za życia wuja, żeby go odwiedzić? Ależ skąd. Ani razu. Ale przyleciał jak na skrzydłach, gdy tylko ten zmarł. Zaczął grzebać w osobistych rzeczach Harolda, nie czekając nawet, by ciało ostygło… to było oburzające. I z pewnością niezgodne z prawem – testament starszego pana nie został jeszcze odczytany. Dopóki notariusz nie uczynił swojej powinności, nikomu nie było wolno tknąć niczego, co znajdowało się w lokalu należącym do zmarłego. „Siostrzeniec” był nie tylko bezczelny, pazerny i wyrachowany, ale też okrutny. I chyba głupi. Wtargnął do mieszkania wuja, ubzdurał sobie, że może rozkazywać wszystkim naokoło, i czego zażyczył sobie na wstępie? Żeby uśmiercić Kamyka, wiernego towarzysza Harry’ego. Tonia nie zamierzała puścić tego płazem.

Wzięła głęboki oddech i, wciąż tuląc psa w ramionach, zdecydowanie pchnęła drzwi prowadzące do mieszkania Harolda Clarka. Nie były zamknięte; ustąpiły bez trudu. Z salonu, oddzielonego niewielkim przedpokojem, dobiegały podniesione głosy. Co tam wyprawiał „siostrzeniec”? Tonia nie mogła się doczekać, aż się o tym przekona. Zanurzyła palce w jedwabistej sierści Kamyka, dodając sobie w ten sposób odwagi, i weszła do salonu. Zrobiła jeden krok, potem drugi. Trzeciego już nie zdołała zrobić, bo w polu jej widzenia stanął „siostrzeniec”. Nie tak go sobie wyobrażała. Spodziewała się, że zobaczy indywiduum pokroju Harpagona. Czy mogła zgadnąć, że ten bezczelny chciwiec, człowiek bez serca, który rozpoczął zarządzanie spadkiem po wuju od polecenia, żeby uśmiercić jego ukochanego psa, będzie wyglądał tak… imponująco?

Stał tyłem do niej, pośrodku pomieszczenia, i choć nie był sam, na pierwszy rzut oka widziało się, że tylko on się tu liczy. Przy antycznym sekretarzyku giął się w służalczej pozie George. Obok niego starsza para, w ubraniach równie nietwarzowych, co ich siwiejące fryzury, wciskała się w kąt obok oszklonej biblioteczki, jakby w nadziei, że zdoła uciec, przeniknąwszy przez ścianę.

Wszyscy wpatrywali się w intruza z mieszaniną fascynacji i przerażenia. Tonia pomyślała przelotnie, że im się nie dziwi – facet musiał mieć ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i figurę atlety, którą podkreślał znakomicie skrojony garnitur. „Siostrzeniec Harolda” był nie tylko świetnie zbudowany, ale też, bez wątpienia, bardzo zamożny. Tonia pracowała dostatecznie długo w londyńskim Mayfair, dzielnicy bogaczy, by umieć rozpoznać ubranie szyte na miarę, i to takie, które musiało kosztować majątek. Żaden garnitur z sieciówki, nawet najbardziej renomowanej, nie leżałby tak idealnie, uwydatniając szerokie ramiona, wąskie biodra i długie, muskularne nogi właściciela. Całości dopełniały buty, zapewne wykonane ręcznie przez włoskiego mistrza, i zegarek na grubej bransolecie, stanowiącej ciekawe połączenie srebra i splecionych, skórzanych pasków. Włosy, oleiście czarne, zaczesał do tyłu z pedantyczną starannością, co musiało stanowić nie lada wyczyn, bo były grube, gęste, mocno kręcone i bez wątpienia niesforne z natury.

Wystarczył jej ułamek sekundy, by zarejestrować te wszystkie szczegóły. I następny, by powiedzieć sobie, że w ogóle jej nie interesują. Co z tego, że „siostrzeniec” nie był przygarbionym, chuderlawym neurotykiem, tylko imponującym okazem samca, i w dodatku prawdopodobnie milionerem? To nie miało znaczenia. A raczej – stawiało go w jeszcze gorszym świetle. Skoro był człowiekiem sukcesu, to dlaczego rzucał się jak hiena cmentarna na majątek Harolda?

– Jak panu nie wstyd?! – wypaliła bez wstępów. Czysta furia zapłonęła w niej nagle, jakby ktoś zapalił flarę, której blask oślepił ją, sprawiając, że zapomniała o Bożym świecie.

O tym, że jako konsjerżka w rezydencji jest obowiązana zachowywać się bez zarzutu.

O tym, że wobec wszystkich gości winna okazywać uprzejmość, życzliwość oraz chęć pomocy.

O tym wreszcie, że ma tu niezłą pracę, a etatu potrzebuje jak powietrza.

– Co pan wyprawia? – atakowała, napędzana nie tylko kipiącym w niej oburzeniem, ale też nagłym smutkiem, który ścisnął jej serce na widok fotela, w którym Harry już nigdy nie miał się rozsiąść, i stolika, gdzie nie rozstawi już szachownicy, zapraszając ją do gry. W tej krótkiej chwili doświadczyła głębokiej samotności, która podziałała jak znieczulenie. Nic już jej nie obchodziło. Ani to, że rażąco przekracza swoje kompetencje, ani tym bardziej to, że George nagle zaczął podskakiwać, wymachiwać rękami i kręcić głową, jakby wykonywał jakiś dziwny, rytualny taniec. Nic nie mogło jej powstrzymać. – Jak pan śmie włazić nieproszony do cudzego mieszkania?! Jak pan śmie dotykać swoimi brudnymi łapskami rzeczy, które należały do dziad… do pana Clarka? Za kogo pan się ma? Gdy tylko dowiedział się pan, że wuj nie żyje, przyleciał pan tu jak sęp. I na dzień dobry kazał pan zamordować psa! Kamyk jest najsłodszym stworzeniem na świecie, a pan… pan… – urwała, gdy „siostrzeniec”, do którego pleców dotąd przemawiała, obrócił się ku niej zwodniczo spokojnym, płynnym ruchem.

I choć nie zrobił nic, żeby przerwać jej monolog, straciła wątek.

Był młodszy, niż sądziła – nie wyglądał na więcej niż trzydzieści lat. Wyrazista twarz, jakby ciosana w twardym kamieniu, robiła uderzające wrażenie; Tonia nie mogła zdecydować, czy, patrząc na tę twarz, czuje odrazę, czy też raczej jakąś dziwną, mroczną fascynację. Mignęła jej myśl, że „siostrzeniec” jest najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała, ale przegnała ją natychmiast.

– Jest pan po prostu nieludzki – podjęła, mocniej ściskając pieska w ramionach, zdecydowana nie zwracać uwagi na to, że George, za plecami intruza, nie przerywa swojego dziwacznego tańca. Nadal wymachiwał nerwowo rękami, oczy niemal wychodziły mu z orbit, a na twarzy malował się wyraz autentycznej grozy. O, nie, nie zamierzała sprzątać bałaganu, którego narobił. – Osobiście dopilnuję, by nie uszło to panu płazem. Zawiadomię policję. Zostanie pan pociągnięty do odpowiedzialności…

„Siostrzeniec Harolda” nie zrobił najmniejszego gestu, by przerwać jej tyradę, nie powiedział ani słowa. Wystarczyło, że na nią popatrzył. Oczy miał ciemne, w niespotykanym odcieniu brązu – chłodnym jak bezlistny, zimowy las. Tonia poczuła, że brak jej tchu, zupełnie, jakby to nieruchome, intensywne spojrzenie zamknęło ją w żelaznym uścisku.

– Przepraszam – odezwał się po chwili, wciąż mierząc ją tym samym, nieodgadnionym spojrzeniem. – Czy mógłbym się dowiedzieć, z kim mam przyjemność?

– Nic z tego. – Pokręciła głową tak energicznie, że kilka kręconych kosmyków uwolniło się spod gumki i zatańczyło wokół jej twarzy. – Nie mam obowiązku się panu przedstawiać. To pan wtargnął na cudzy teren, bez pytania, bez pozwolenia…

– Pozwolę sobie zauważyć – wyraz twarzy intruza nie zmienił się ani na jotę – że jest pani w błędzie.

George zmienił układ taneczny – teraz wyciągniętą ręką robił dramatyczne gesty, wskazując intruza, unosił znacząco brwi i otwierał usta, jakby chciał przekazać jej bezgłośnie jakąś szalenie ważną wiadomość. Zignorowała go. Z „siostrzeńcem Harolda” jeszcze nie skończyła.

– Ja jestem w błędzie? Ja?! – Gdyby nie pies kulący się w jej ramionach, ujęłaby się pod boki. – Nigdy nie odwiedził pan Harolda, gdy ten żył. Mam rację?

– Owszem, co do tego, ma pani rację. – Mężczyzna nie spuszczał z niej swojego nieruchomego, chłodnego spojrzenia. W jego spokojnym głosie nie dosłyszała nawet cienia poczucia winy.

– Właśnie! – naskoczyła na niego. – Jest pan zwykłym draniem!

– Panno Roberts, panno Roberts! – chrypiał George, wciąż wymachując rękami, jakby się dusił. „Siostrzeniec Harolda” zwrócił się w jego stronę.

– Pan zarządca chciałby chyba zasugerować, że zaszła pomyłka – skomentował bez emocji. – Widzi pani, nie jestem siostrzeńcem pana Clarka. Jeśli chodzi o ścisłość, nie jestem w ogóle spokrewniony z nieboszczykiem.

Nie…?

Poczuła, że traci rezon. Intruz, faktycznie, nie był ani trochę podobny do niebieskookiego dziadka Harry’ego. A tak w ogóle, kim byli ci starsi państwo, którzy ciągle kulili się w kącie salonu? Dlaczego George był zielony z przerażenia? I dlaczego wszyscy wpatrywali się w stojącego pośrodku pomieszczenia mężczyznę z niemal nabożną czcią?

– Nazywam się Leon Kariakis – podjął mężczyzna tym samym, rzeczowym tonem. – Jestem właścicielem Rezydencji pod Olchami. Nowym właścicielem – dodał wyjaśniająco i zerknął na zegarek. – Umowę podpisałem niespełna dwanaście godzin temu.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kariakis…? Kariakis…? Tonia bezwiednie uniosła dłonie i przycisnęła je do ust, jakby się chciała w ten sposób upewnić, że tym razem zmilczy. Nazwisko brzmiało znajomo. Wystarczyło kilka sekund, żeby skojarzyła, skąd je zna. Do jej obowiązków należało przecież załatwianie formalności związanych z organizacją urlopów mieszkańców rezydencji, jeśli ci sobie tego życzyli. Wynajdywała hotele, uzgadniała warunki, wpłacała zaliczki. Tradycyjnie, jednym z najpopularniejszych wakacyjnych kierunków była Grecja. A jedną z najczęściej wybieranych sieci hoteli były… hotele Kariakis.

Kariakisowie od ćwierćwiecza budowali imperium hotelarskie, najpierw w Grecji, potem w całej południowej Europie. Teraz byli właścicielami co najmniej setki pięciogwiazdkowych hoteli, uwielbianych i namiętnie odwiedzanych przez wybrednych bogaczy i kapryśnych artystów. Leon Kariakis nie mógł być nikim innym, jak synem pary hotelarskich potentatów. Jedynakiem, o którym opowiadała uwielbiająca ploteczki hrabina Van der Velden. Stara dama mieszkała na parterze rezydencji i chętnie zapraszała sąsiadki na popołudniową herbatkę lub szklaneczkę sherry. O życiu możnych i utytułowanych wiedziała wszystko, a świeżymi nowinkami częstowała gości nie mniej szczodrze niż napitkami, czekoladkami i innymi łakociami, które zamawiała w najlepszej londyńskiej cukierni. Jak każda osoba mocno przygłucha, nie potrafiła mówić cicho, więc kronikę towarzyską z życia wyższych sfer słyszeli wszyscy, którzy znaleźli się w polu rażenia jej głosu.

– Starzy Kariakisowie mają z tym chłopakiem ciężki orzech do zgryzienia, mówię wam, drogie panie – nadawała ze swadą, choć „starzy” Kariakisowie byli prawdopodobnie dwa razy młodsi od niej, a „chłopak” już chyba przekroczył trzydziestkę. – A dlaczego? Ano dlatego, że to dzi-wo-ląg! Ponadprzeciętna inteligencja, jak to się mówi. I co z tego, że taki z niego geniusz? Rodzinną firmą w ogóle się nie interesuje, stary Kariakis boi się, że nie będzie miał kto jej po nim przejąć. Może i ten chłopak jest genialny, ale moim zdaniem ma nie równo pod sufitem. Uparł się, że będzie studiował w Ameryce! Phi! Jakby po tej stronie oceanu nie było porządnych szkół. Zrobił dyplom, oczywiście summa cum laude, i zaraz doktorat. A potem co? Czy wrócił na łono rodziny, jak Pan Bóg przykazał? Skądże znowu! Postanowił, że zostanie specjalistą w dziedzinie finansów, i przez ładnych parę lat terminował w czort wie jakich firmach. Gdy wreszcie przeniósł się do Europy, stary Kariakis z radości skakał pod sufit, jeśli wierzyć ciotce teściowej mojego wnuka, z którą się ostatnio widziałam w Mediolanie. Niedługo jednak się cieszył. Leon oznajmił rodzicom, że zamierza zacząć karierę od zera. Inwestuje w nieruchomości stojące na skraju bankructwa, zajmuje się rewitalizacją…

 

– I niebawem ta zabawa mu się znudzi, a wtedy przybiegnie do tatusia i mamusi po kieszonkowe – zaśmiała się jedna z przyjaciółek hrabiny.

Tonia, która układała akurat kompozycję ze świeżych kwiatów w buduarze starszej damy, skrzywiła się z niesmakiem. Jeśli by ją kto pytał, ponadprzeciętna inteligencja dla tego całego Leona Kariakisa była raczej kulą u nogi niż przepustką do łatwego i przyjemnego życia. Pomyślała wtedy, że życzy mu szczęścia.

Teraz, kiedy stał przed nią we własnej osobie, w głowie miała kompletną pustkę.

– Nie jest pan… – zdołała tylko wydukać. Czuła, że musi mieć strasznie głupią minę, ale nie mogła nic na to poradzić. Kompletnie nic.

– Nie jestem siostrzeńcem pana Clarka – powtórzył Kariakis powoli, jak ktoś, kto chce zostać zrozumiany przez osobę ociężałą umysłowo. – To – wskazał oszczędnym ruchem ręki przygarbionego człeczynę, który wciąż stał wciśnięty w kąt pomieszczenia – jest krewny pana Harolda, jego bratanek, gwoli ścisłości. Z małżonką. Ci państwo właśnie wychodzą.

– Wychodzą – powtórzyła Tonia niemądrze, myśląc z rozpaczą, że jeśli Leon Kariakis miał jeszcze jakieś wątpliwości dotyczące tego, czy jest normalna, czy nie, właśnie je rozwiała.

– Owszem. – Skrzywił usta w ledwo dostrzegalnym wyrazie niesmaku. – Omówiliśmy sobie pokrótce prawo spadkowe i liczę, że pojęli, że nie mogą niczego tknąć, dopóki w obecności notariusza nie zostanie odczytany testament zmarłego.

– Ale przecież ukochany wujaszek chciałby… – Kobieta dramatycznym gestem chwyciła się za serce, ale Kariakis nie dał jej skończyć.

– Chciałby, żeby zjawili się państwo tutaj zaraz po jego zgonie i wydali polecenie uśmiercenia psa? – podsunął chłodnym tonem.

– To nieporozumienie, my wcale nie zamierzaliśmy… – Bratanek poczerwieniał, nie tylko na twarzy, ale też na chuderlawej szyi.

– A co niby innego mielibyśmy zrobić z tym kundlem? – oburzyła się w tej samej chwili jego żona. – Nie mamy warunków, żeby trzymać psa! Nie mamy pieniędzy, nie mamy zdrowia, nie mamy czasu…!

– Skoro nie mają państwo czasu, radzę nie tracić go więcej i jak najszybciej opuścić lokal – zasugerował Kariakis, nie zmieniając wyrazu twarzy.

– Nie może pan tak po prostu nas stąd wyrzucić! – Bratanek Harolda postąpił krok do przodu i wypiął pierś, podejmując desperacką próbę uratowania honoru.

– Tak pan sądzi? – zainteresował się uprzejmie jego rozmówca. – Bo mnie się wydaje, że nie miałbym z tym najmniejszego problemu – dodał po chwili namysłu.

Zapadła ciężka cisza. Wszyscy wpatrywali się w dwóch mężczyzn stojących naprzeciwko siebie. Kariakis, w swoim ciemnym garniturze, górował niczym dąb nad siwiejącym człowieczkiem mikrej postury. Ten ostatni zrobił krok w stronę drzwi, potem następny. I jeszcze jeden. Małżonka dołączyła do niego żwawym truchtem.

– To skandal! – Odsunąwszy się na bezpieczną odległość, krewny zmarłego uniósł ręce do góry w geście oburzenia. – Nie zostawię tak tego, słyszy pan? Naślę na pana prawników…

– Znakomity pomysł. Będę ogromnie wdzięczny, jeśli ci prawnicy wybawią mnie od konieczności obcowania z panem.

Tonia przygryzła wargę. Była tu tylko konsjerżką i nie wypadało jej okazywać radości tylko dlatego, że osobom, do których czuła instynktowny wstręt, pokazano, gdzie ich miejsce. Wciąż tuląc Kamyka w ramionach, patrzyła z nieskrywaną satysfakcją, jak samozwańczy spadkobiercy dziadka Harry’ego pospiesznie udają się do windy. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, w apartamencie zapadła absolutna cisza.

– Chciałbym wyraźnie zaznaczyć – George, jako pierwszy, nie wytrzymał napięcia – że nie ponoszę absolutnie żadnej odpowiedzialności za ten incydent…

– A ja chciałbym, żeby opuścił pan ten lokal. – Kariakis nawet na niego nie spojrzał. Wsunął ręce do kieszeni spodni i wolnym krokiem podszedł do okna, jakby rozciągający się z niego widok był jedyną rzeczą, która go w tej chwili interesowała. – Proszę pójść do biura zarządu i poczekać tam na mnie.

– Oczywiście, proszę pana. Jeśli pan sobie tego życzy… Antonia, zbieraj się, idziemy. – Zarządca porzucił służalczy ton, teraz rozkazywał i pouczał. – Nie widzisz, że pan Kariakis chce chwili spokoju?

– Pani zostanie tutaj. – Nowy właściciel Rezydencji pod Olchami obrócił się, wciąż z rękami w kieszeniach, i wbił w nią to swoje niepokojące, nieruchome spojrzenie.

No pięknie, po prostu pięknie, przemknęło jej przez myśl. Możesz się, kochana, pożegnać z etatem. Leon Kariakis, zamożny światowiec i geniusz, który prawdopodobnie przy porannej kawie kupuje i sprzedaje niejedną nieruchomość wartą tyle, co Rezydencja pod Olchami, na pewno nie będzie skłonny puścić płazem jej zachowania. Jezuniu, ona się na niego wydarła! Nazwała go… jak? Łajdakiem? Szubrawcem, kanalią? Nie mogła sobie przypomnieć. Zresztą, wszystko jedno; teraz będzie musiała go przeprosić. Na samą myśl czuła, że się dławi. Wiedziała jednak, że zrobi wszystko, żeby nie stracić pracy. Nie teraz! Ofelia była w ostatniej klasie szkoły średniej, przygotowywała się do matury. Miała wszelkie szanse, żeby uzyskać stypendium i pójść na wymarzone studia, ale to, czy się jej powiedzie, zależało od Toni. Potrzebne były pieniądze na opłacanie czesnego w liceum z internatem. Ofelia chciała oczywiście zarabiać i nawet znalazła sobie posadę w McDonaldzie na nocnej zmianie, ale Tonia wybiła jej to z głowy. Siostra miała się uczyć, i kropka. Opłatami nie musiała się martwić.

Za to Antonia zbierała grosz do grosza. Podstawą był przyzwoicie płatny etat w rezydencji, do tego dochodziły napiwki od mieszkańców, zadowolonych z pracy zawsze gotowego do usług „Piętaszka w spódnicy”. I wieczorna praca na zlecenie…

W wynajętej kawalerce wielkości pudełka od zapałek właściwie tylko nocowała. Całe jej życie to była praca, odkładanie pieniędzy, rozmowy z siostrą przez skype’a i znowu praca. Cel miała jeden – zapewnić Ofelii poczucie bezpieczeństwa. Niech siostra cieszy się, jeszcze choćby przez rok, względną beztroską. Niech wiedzie życie zwyczajnej nastolatki. Niech zakuwa do egzaminów i imprezuje z kolegami, nie martwiąc się o nic więcej. Niech zda maturę i zacznie wymarzone studia.

Z sióstr Roberts Ofelia była tą rozważną, obdarzoną błyskotliwą, ponadprzeciętną inteligencją. Miała ogromne zdolności do przedmiotów ścisłych. Antonia natomiast była niespokojnym duchem. Roztrzepana, bujająca w obłokach. Romantyczna? Owszem, może kiedyś, ale życie dało jej niezłą nauczkę.

Od tamtego czasu skupiła się na sprawach naprawdę istotnych. Praca, pieniądze, siostra. Reszta się nie liczyła. Wszystko miała poukładane i każdego dnia walczyła o to, by tak pozostało.

Aż do dzisiaj. Zaraz usłyszy, że ma się wynosić z rezydencji, i zostanie z niczym.

Nowy właściciel wciąż mierzył ją nieodgadnionym, nieruchomym spojrzeniem. Mijały sekundy, a on stał bez słowa, bez najmniejszego nawet gestu. Wreszcie Tonia poczuła, że dłużej nie wytrzyma napięcia, którego Kariakis zdawał się być w ogóle nieświadom.

– Jeśli zamierza pan wyrzucić mnie z pracy, to proszę zrobić to teraz – wypaliła z desperacją. – Chciałabym mieć to już za sobą.

Mężczyzna się nie poruszył, nie zmienił wyrazu twarzy. Cisza stała się tak ciężka, że Tonia z trudem łapała oddech. Chyba w całym pokoju było słychać, jak wali jej serce.

– Nie lubi pani niepewności? – odezwał się wreszcie. W jego beznamiętnym tonie wychwyciła chyba ledwie słyszalną nutkę rozbawienia.

– Nie lubię, gdy każe mi się czekać – powiedziała sztywno.

– Cóż, poproszę o cierpliwość. Muszę pomyśleć – oświadczył.