Słownik rodzinny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prze­kład ksi­ążki był mo­żli­wy dzi­ęki po­mo­cy fi­nan­so­wej Wło­skie­go Mi­ni­ster­stwa Spraw Za­gra­nicz­nych i Wspó­łpra­cy Mi­ędzy­na­ro­do­wej; La tra­du­zio­ne del li­bro è sta­ta po­ssi­bi­le gra­zie al con­tri­bu­to del Mi­ni­ste­ro de­gli Af­fa­ri Es­te­ri e del­la Co­ope­ra­zio­ne In­ter­na­zio­na­le ita­lia­no.

Wpro­wa­dze­nie

Miej­sca, fak­ty i po­sta­ci są w tej ksi­ążce praw­dzi­we. Ni­cze­go nie zmy­śli­łam: za ka­żdym ra­zem, kie­dy zgod­nie ze swo­im daw­nym po­wie­ścio­pi­sar­skim zwy­cza­jem coś wy­my­śla­łam, czu­łam na­tych­mia­sto­wą po­trze­bę usu­ni­ęcia tego zmy­śle­nia.

Na­zwi­ska też są praw­dzi­we. Ma­jąc przy pi­sa­niu tej ksi­ążki tak głębo­ką nie­chęć do ja­kie­go­kol­wiek zmy­śle­nia, nie mo­głam zmie­niać na­zwisk nie­ro­ze­rwal­nie zwi­ąza­nych z praw­dzi­wy­mi po­sta­cia­mi. Może ko­muś będzie przy­kro, że po­ja­wi się w mo­jej ksi­ążce z imie­nia i na­zwi­ska. Nie mam na to od­po­wie­dzi.

Na­pi­sa­łam tyl­ko o tym, co za­cho­wa­ło mi się w pa­mi­ęci. Dla­te­go też ta ksi­ążka czy­ta­na jako kro­ni­ka może spo­tkać się z za­rzu­tem, że jest w niej mnó­stwo bra­ków. Uwa­żam, że cho­ciaż po­wsta­ła na kan­wie praw­dzi­wych wy­da­rzeń, trze­ba ją czy­tać jako po­wie­ść – a za­tem nie na­le­ży mieć mniej­szych ani wi­ęk­szych ocze­ki­wań niż od po­wie­ści.

O wie­lu rze­czach pa­mi­ęta­łam, ale je po­mi­nęłam; były wśród nich ta­kie, któ­re do­ty­czy­ły mnie bez­po­śred­nio.

Nie mia­łam ocho­ty mó­wić o so­bie. Nie jest to opo­wie­ść o mnie, ale ra­czej, po­mi­mo opusz­czeń i bra­ków, jest to hi­sto­ria mo­jej ro­dzi­ny. Do­dam, że w dzie­ci­ństwie i w la­tach do­ra­sta­nia za­wsze chcia­łam na­pi­sać ksi­ążkę o lu­dziach, któ­rzy w tam­tym cza­sie żyli obok mnie. Taka jest po części moja ksi­ążka: ale tyl­ko po części, po­nie­waż pa­mi­ęć jest ulot­na, a ksi­ążki z ży­cia wzi­ęte nie­rzad­ko są za­le­d­wie sła­by­mi prze­bły­ska­mi i od­pry­ska­mi tego, co zda­rzy­ło nam się zo­ba­czyć i usły­szeć.

W moim domu ro­dzin­nym, je­śli mnie albo któ­re­muś z mo­je­go ro­dze­ństwa zda­rzy­ło się w dzie­ci­ństwie prze­wró­cić szklan­kę albo upu­ścić nóż, głos ojca grzmiał: – Za­cho­wuj­cie się!

Je­śli ma­cza­li­śmy chleb w so­sie, krzy­czał: – Nie li­zać ta­le­rzy! Żad­nych esów-flo­re­sów, bo­ho­ma­zów!

Dla ojca ta­kże wspó­łcze­sne ob­ra­zy to były bo­ho­ma­zy i esy-flo­re­sy; nie mógł ich ścier­pieć.

Mó­wił: – Nie umie­cie za­cho­wać się przy sto­le! Ni­g­dzie nie mo­żna was za­brać!

I jesz­cze: – Gdy­by­ście się zna­le­źli w An­glii przy ta­ble d’hôte1, to przez te wa­sze esy-flo­re­sy szyb­ko by was od­pra­wio­no.

1 Ta­ble d’hôte (z fr. dosł. wspól­ny stół) – po­si­łek lub ser­wis, pod­czas któ­re­go uczest­ni­kom po­da­je się jed­na­ko­we da­nia (wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­macz­ki).

An­glię da­rzył naj­wy­ższym sza­cun­kiem. Była dla nie­go wzo­rem naj­lep­sze­go wy­cho­wa­nia.

Miał zwy­czaj kry­ty­ko­wać przy obie­dzie oso­by, któ­re spo­tkał w ci­ągu dnia. Był su­ro­wy w osądach i wszyst­kich na­zy­wał głup­ca­mi. Głu­piec to był dla nie­go „pa­can”. – Wy­dał mi się pa­ca­nem – ma­wiał, kry­ty­ku­jąc ja­kąś nową zna­jo­mo­ść. Oprócz „pa­ca­nów” byli też „mu­rzy­ni”. Dla mo­je­go ojca „mu­rzyn” to był ktoś nie­po­rad­ny, skrępo­wa­ny i nie­śmia­ły w oby­ciu, kto ubie­rał się nie­sto­sow­nie, nie po­tra­fił cho­dzić po gó­rach, nie znał języ­ków.

Ka­żdy nasz od­ruch czy gest, któ­ry uzna­wał za nie­sto­sow­ny, na­zy­wał „mu­rzy­ństwem”. – Nie rób­cie z sie­bie mu­rzy­nów! Nie chcę tu żad­ne­go mu­rzy­ństwa! – krzy­czał bez ustan­ku. Ska­la mu­rzy­ństwa była duża. Mu­rzy­ństwem było wkła­da­nie na gór­skie wy­ciecz­ki miej­skich bu­tów; na­wi­ązy­wa­nie roz­mo­wy w po­ci­ągu albo na uli­cy z to­wa­rzy­szem pod­ró­ży lub z prze­chod­niem; roz­mo­wa z sąsia­da­mi przez okno; zdej­mo­wa­nie bu­tów w sa­lo­nie, grza­nie stóp przy ka­lo­ry­fe­rze; uska­rża­nie się w gó­rach na pra­gnie­nie, utra­tę sił albo otar­cia na­skór­ka; za­bie­ra­nie na gór­skie wy­ciecz­ki go­to­wa­nych i tłu­stych po­traw oraz ser­we­tek do wy­tar­cia rąk.

W góry wol­no było brać tyl­ko od­po­wied­ni pro­wiant: ser, mar­mo­la­dę, grusz­ki, jaj­ka na twar­do, i wol­no było pić wy­łącz­nie her­ba­tę, któ­rą sam szy­ko­wał, go­tu­jąc wodę na ma­szyn­ce spi­ry­tu­so­wej. Po­chy­lał nad ma­szyn­ką za­sępio­ną podłu­żną gło­wę o ru­dych wło­sach ucze­sa­nych na jeża; po­ła­mi ma­ry­nar­ki osła­niał pło­mień przed wia­trem, we­łnia­nej ma­ry­nar­ki w ko­lo­rze rdzy, wy­tar­tej i osma­lo­nej przy kie­sze­niach, za­wsze tej sa­mej na let­ni­sku w gó­rach.

W góry nie wol­no było za­bie­rać ko­nia­ku ani cu­kru w kost­kach: uwa­żał, że to „do­bre dla mu­rzy­nów”, i nie wol­no było za­trzy­my­wać się na pod­wie­czo­rek w schro­ni­skach, bo to „mu­rzy­ństwo”. Mu­rzy­ństwem były ta­kże chust­ka lub słom­ko­wy ka­pe­lu­sik dla osło­ny przed sło­ńcem, nie­prze­ma­kal­ny kap­tur dla ochro­ny przed desz­czem czy też ob­wi­ązy­wa­nie szyi sza­li­kiem; na­kry­cia dro­gie mo­jej mat­ce, któ­ra ran­kiem, przed wy­ru­sze­niem na wy­ciecz­kę, pró­bo­wa­ła wsu­nąć je do ple­ca­ka, dla sie­bie i dla nas; a któ­re mój oj­ciec, je­śli je zna­la­zł, wy­rzu­cał ze zło­ścią.

Na wy­ciecz­ki cho­dzi­li­śmy w pod­ku­tych bu­cio­rach, wiel­kich, twar­dych i ci­ężkich jak ołów, w we­łnia­nych skar­pe­tach i ko­mi­niar­kach, w go­glach na czo­le, w pe­łnym sło­ńcu, któ­re pa­li­ło nam gło­wę, i spo­ce­ni, pa­trzy­li­śmy z za­zdro­ścią na „mu­rzy­nów”, któ­rzy wędro­wa­li w lek­kich te­ni­sów­kach albo je­dli bitą śmie­ta­nę przy sto­li­kach schro­ni­ska.

Mat­ka na­zy­wa­ła te gór­skie wy­ciecz­ki „dia­bel­ski­mi roz­ryw­ka­mi dla jej dzie­ci” i za­wsze sta­ra­ła się zo­stać w domu, zwłasz­cza je­śli w grę wcho­dził po­si­łek poza do­mem; po je­dze­niu lu­bi­ła czy­tać ga­ze­tę i spać na ka­na­pie.

Lato za­wsze spędza­li­śmy w gó­rach. W domu wy­na­jętym na trzy mie­si­ące, od lip­ca do wrze­śnia. Zwyk­le od­da­lo­nym od in­nych za­bu­do­wań; mój oj­ciec i bra­cia co­dzien­nie wędro­wa­li z ple­ca­ka­mi na za­ku­py do wio­ski. Nie było żad­nych atrak­cji ani roz­ry­wek. Wie­czo­ry spędza­li­śmy w domu, przy sto­le, my i mat­ka. Oj­ciec czy­tał w dru­giej części domu; i od cza­su do cza­su sta­wał w drzwiach po­ko­ju, gdzie za­jęci by­li­śmy pa­pla­ni­ną i gra­mi. Sta­wał w drzwiach, po­dejrz­li­wy, za­sępio­ny; ska­rżył się mat­ce na na­szą słu­żącą Na­ta­li­nę, któ­ra zro­bi­ła mu ba­ła­gan w ksi­ążkach; „two­ja dro­ga Na­ta­li­na”, mó­wił. „To idiot­ka”, mó­wił, nie dba­jąc o to, że Na­ta­li­na może go w kuch­ni usły­szeć. Zresz­tą do zwro­tu „ta idiot­ka Na­ta­li­na” Na­ta­li­na już przy­wy­kła i wca­le się nie ob­ra­ża­ła.

Cza­sem wie­czo­ra­mi, w gó­rach, oj­ciec szy­ko­wał się do wy­cie­czek lub wspi­na­czek. Klęcząc na podło­dze, sma­ro­wał buty, swo­je i mo­ich bra­ci, tłusz­czem wie­lo­ry­ba; uwa­żał, że tyl­ko on po­tra­fi wy­sma­ro­wać buty tym tłusz­czem. Po­tem w ca­łym domu sły­chać było szczęk że­la­stwa: oj­ciec szu­kał ra­ków, ha­ków i cze­ka­nów. – Gdzie wpa­ko­wa­li­ście mi cze­kan? – grzmiał. – Li­dia! Li­dia! gdzie wpa­ko­wa­łaś mi cze­kan?

Wy­ru­szał na wspi­nacz­kę o czwar­tej rano, cza­sem sam, cza­sem z za­przy­ja­źnio­nym prze­wod­ni­kiem, cza­sem z mo­imi bra­ćmi; na­stęp­ne­go dnia był zmęczo­ny i nie­zno­śny; twarz miał czer­wo­ną i opuch­ni­ętą od sło­ńca, od jego pro­mie­ni od­bi­ja­nych przez lo­dow­ce, usta po­pęka­ne i za­krwa­wio­ne, nos po­kry­ty żó­łtą po­ma­dą, przy­po­mi­na­jącą ma­sło, brwi ści­ąg­ni­ęte na po­bru­żdżo­nym i gniew­nym czo­le, i czy­tał ga­ze­tę, nie od­zy­wa­jąc się ani sło­wem: wy­star­cza­ła byle bła­host­ka, żeby wpa­dł we wście­kło­ść. Po po­wro­cie ze wspi­na­czek z mo­imi bra­ćmi oj­ciec mó­wił, że bra­cia to „ofer­my” i „mu­rzy­ni” i ża­den z jego sy­nów nie odzie­dzi­czył po nim pa­sji do gór; poza Gi­nem, naj­star­szym z nas, do­sko­na­łym al­pi­ni­stą, któ­ry ra­zem ze swo­im przy­ja­cie­lem zdo­by­wał naj­trud­niej­sze szczy­ty; o Gi­nie i jego przy­ja­cie­lu oj­ciec wy­po­wia­dał się z mie­sza­ni­ną dumy i za­zdro­ści, mó­wi­ąc, że sam nie ma już tyle siły, bo się sta­rze­je.

Mój brat Gino był zresz­tą jego ulu­bie­ńcem i da­wał mu po­czu­cie sa­tys­fak­cji; in­te­re­so­wał się hi­sto­rią na­tu­ral­ną, ko­lek­cjo­no­wał owa­dy, krysz­ta­ły oraz inne mi­ne­ra­ły, i pil­nie się uczył. Gino za­pi­sał się pó­źniej na in­ży­nie­rię; a kie­dy wra­cał do domu po zda­nym eg­za­mi­nie i mó­wił, że do­stał trzy­dzie­ści, oj­ciec py­tał: – Jak to trzy­dzie­ści? A dla­cze­go nie trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem2?

2 Tren­ta e lode (wł.) – trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem. Naj­wy­ższa oce­na w szkol­nic­twie wy­ższym.

A je­śli do­sta­wał trzy­dzie­ści z wy­ró­żnie­niem, oj­ciec mó­wił: – No, to był ła­twy eg­za­min.

W gó­rach, kie­dy oj­ciec nie wy­bie­rał się na wspi­nacz­kę albo na ca­ło­dzien­ną wy­ciecz­kę, co­dzien­nie cho­dził na „spa­ce­ry”; wy­ru­szał wcze­śnie rano, ubra­ny jak na wspi­nacz­kę, ale bez liny, ra­ków ani cze­ka­na; często wy­cho­dził sam, my i mat­ka to były we­dług nie­go same „tchó­rze”, „cia­maj­dy” i „mu­rzy­ni”; wy­cho­dził z ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na ple­cach, ci­ężkim kro­kiem, w pod­ku­tych bu­tach, z faj­ką w zębach. Cza­sa­mi zmu­szał mat­kę, żeby mu to­wa­rzy­szy­ła; – Li­dia! Li­dia! – grzmiał o po­ran­ku – idzie­my! Zgnu­śnie­jesz na tych po­la­nach! – Mat­ka po­tul­nie szła za nim; kil­ka kro­ków z tyłu, ze swo­im kij­kiem, swe­trem za­wi­ąza­nym na bio­drach, po­trząsa­jąc czu­pry­ną kręco­nych si­wych wło­sów, krót­ko ob­ci­ętych, cho­ciaż oj­ciec nie zno­sił mody na krót­kie wło­sy, a kie­dy je ob­ci­ęła, zro­bił awan­tu­rę na cały dom. – Zno­wu ob­ci­ęłaś so­bie wło­sy! Ośli­ca! – krzy­czał za ka­żdym ra­zem, kie­dy wra­ca­ła od fry­zje­ra. W języ­ku mo­je­go ojca „osioł” nie od­no­sił się do igno­ran­cji, ale do pro­stac­twa lub nie­grzecz­no­ści; my, jego dzie­ci, sta­wa­li­śmy się „osła­mi”, gdy mó­wi­li­śmy mało albo od­po­wia­da­li­śmy bur­kli­wie.

 

– Fran­ces cię na­mó­wi­ła! – mó­wił oj­ciec do mat­ki, wi­dząc, że zno­wu pod­ci­ęła wło­sy; w isto­cie oj­ciec bar­dzo lu­bił i ce­nił ową Fran­ces, przy­ja­ció­łkę mat­ki, a ta­kże żonę ko­le­gi z dzie­ci­ństwa i stu­diów; ale miał jej za złe, że wta­jem­ni­czy­ła mat­kę w modę na krót­kie wło­sy; Fran­ces często je­ździ­ła do Pa­ry­ża, gdzie mia­ła ro­dzi­nę, i pew­nej zimy wró­ci­ła stam­tąd ze sło­wa­mi: – W Pa­ry­żu nosi się krót­kie wło­sy. W Pa­ry­żu ubie­ra się na spor­to­wo. – W Pa­ry­żu ubie­ra się na spor­to­wo – po­wta­rza­ły przez całą zimę moja sio­stra i mat­ka, na­śla­du­jąc tro­chę Fran­ces, któ­ra gra­se­jo­wa­ła; skró­ci­ły so­bie su­kien­ki, a mat­ka ob­ci­ęła wło­sy; sio­stra nie, bo mia­ła wło­sy dłu­gie do pasa, ja­sne i pi­ęk­ne; i za bar­dzo bała się ojca.

Zwy­kle na gór­skie let­ni­ska przy­je­żdża­ła moja bab­ka, mat­ka ojca. Nie miesz­ka­ła wte­dy z nami, ale w miej­sco­wym ho­te­lu.

Od­wie­dza­li­śmy ją, sie­dzia­ła na pla­cy­ku przed ho­te­lem, pod pa­ra­so­lem; była nie­du­ża, mia­ła ma­le­ńkie sto­py w czar­nych pó­łbu­tach z gu­zicz­ka­mi, była dum­na ze swo­ich stó­pek wy­sta­jących spod spód­ni­cy, i była dum­na ze swo­ich bia­łych kręco­nych wło­sów, wy­so­ko upi­ętych w kok. Oj­ciec co­dzien­nie wy­pro­wa­dzał ją „na spa­cer”. Cho­dzi­li głów­ny­mi szla­ka­mi, bo ona była sta­ra i nie mo­gła cho­dzić po gór­skich ście­żkach w tych swo­ich pó­łbu­ci­kach na nie­wy­so­kich ob­ca­sach; szli tak, on z przo­du, sa­dząc dłu­gie kro­ki, z ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na ple­cach, z faj­ką w ustach, ona z tyłu, w sze­lesz­czącej spód­ni­cy, sta­wia­jąc drob­ne kro­ki na tych swo­ich ob­ca­si­kach; ni­g­dy nie chcia­ła wra­cać na dro­gę z po­przed­nie­go dnia, chcia­ła cho­dzić no­wy­mi dro­ga­mi. – To wczo­raj­sza dro­ga – bia­do­li­ła, a oj­ciec, nie od­wra­ca­jąc się, mó­wił z roz­tar­gnie­niem: – Nie, inna – ale ona po­wta­rza­ła: – To wczo­raj­sza dro­ga. To wczo­raj­sza dro­ga. – Ka­szel mnie dusi – mó­wi­ła po chwi­li do ojca, któ­ry nie od­wra­ca­jąc się, sze­dł na­przód. – Ka­szel mnie dusi – po­wta­rza­ła, uno­sząc ręce do gar­dła: mia­ła zwy­czaj po­wta­rza­nia tego sa­me­go dwa albo trzy razy. Mó­wi­ła: – Ta podła Fan­tec­chi ka­za­ła mi uszyć brązo­wy ko­stium! A ja chcia­łam gra­na­to­wy! A ja chcia­łam gra­na­to­wy! – i stu­ka­ła pa­ra­sol­ką o bruk, ze zło­ścią. Oj­ciec mó­wił, żeby po­pa­trzy­ła na za­chód sło­ńca nad gó­ra­mi, ale ona na­dal gniew­nie stu­ka­ła czub­kiem pa­ra­sol­ki o bruk, ogar­ni­ęta zło­ścią na swo­ją kraw­co­wą Fan­tec­chi. Przy­je­żdża­ła w góry tyl­ko po to, żeby po­być z nami, w ci­ągu roku miesz­ka­ła we Flo­ren­cji, a my w Tu­ry­nie, i wi­dy­wa­li­śmy się tyl­ko w le­cie; nie zno­si­ła gór, i ma­rzy­łby jej się po­byt we Fiug­gi albo w Sal­so­mag­gio­re, miej­sco­wo­ściach, gdzie spędza­ła lato w cza­sach mło­do­ści.

Moja bab­ka była daw­niej bar­dzo bo­ga­ta, ale zbied­nia­ła w cza­sie woj­ny świa­to­wej; po­nie­waż nie wie­rzy­ła w zwy­ci­ęstwo Włoch i da­rzy­ła śle­pym za­ufa­niem Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, po­sta­no­wi­ła za­cho­wać pa­pie­ry war­to­ścio­we po­sia­da­ne w Au­strii i stra­ci­ła dużo pie­ni­ędzy; mój oj­ciec, ir­re­den­ty­sta, da­rem­nie sta­rał się ją prze­ko­nać, żeby sprze­da­ła te au­striac­kie pa­pie­ry. Bab­ka zwy­kła na­zy­wać tę pie­ni­ężną stra­tę „swo­im nie­szczęściem”; roz­pa­cza­ła ran­kiem, prze­cha­dza­jąc się tam i z po­wro­tem po po­ko­ju i za­ła­mu­jąc ręce. Nie była jed­nak wca­le tak bar­dzo bied­na. Mia­ła we Flo­ren­cji pi­ęk­ny dom, pe­łen in­dyj­skich i chi­ńskich me­bli, i tu­rec­kich dy­wa­nów; je­den z jej dziad­ków, dzia­dek Pa­ren­te, ko­lek­cjo­no­wał cen­ne przed­mio­ty. Na ścia­nach wi­sia­ły por­tre­ty przod­ków, dziad­ka Pa­ren­te i Van­dei, ciot­ki, któ­rą tak na­zy­wa­no, bo była re­ak­cjo­nist­ką i pro­wa­dzi­ła sa­lon dla wstecz­ni­ków i re­ak­cjo­ni­stów; było tam też wie­le jej cio­tek i ku­zy­nek, któ­re na­zy­wa­ły się Mar­ghe­ri­ta albo Re­gi­na – imio­na daw­niej po­pu­lar­ne w ro­dzi­nach ży­dow­skich. Wśród por­tre­tów nie było jed­nak wi­ze­run­ku ojca mo­jej bab­ki i nie na­le­ża­ło o nim wspo­mi­nać; kie­dy owdo­wiał, po­kłó­cił się pew­ne­go dnia ze swo­imi obie­ma cór­ka­mi, już do­ro­sły­mi, i oświad­czył, że na zło­ść im oże­ni się z pierw­szą na­po­tka­ną ko­bie­tą, co też uczy­nił; a przy­naj­mniej tak to przed­sta­wia­no w ro­dzi­nie; czy na­praw­dę była to pierw­sza ko­bie­ta, któ­rą spo­tkał przy wy­jściu z domu, tego nie wiem. W ka­żdym ra­zie miał z tą nową żoną cór­kę, któ­rej moja bab­ka ni­g­dy nie chcia­ła po­znać, i z nie­sma­kiem na­zy­wa­ła ją „dziew­czyn­ką ta­tu­sia”. Zda­rza­ło nam się cza­sem spo­ty­kać na let­ni­skach tę „dziew­czyn­kę ta­tu­sia”, doj­rza­łą i dys­tyn­go­wa­ną pa­nią do­bie­ga­jącą pi­ęćdzie­si­ąt­ki, a wte­dy oj­ciec mó­wił do mat­ki: – Wi­dzia­łaś? Wi­dzia­łaś? To była dziew­czyn­ka ta­tu­sia!

– Ro­bi­cie tyl­ko młyn. W tym domu robi się tyl­ko młyn – ma­wia­ła bab­ka, ma­jąc na my­śli to, że nie uzna­je­my żad­nych świ­ęto­ści; to zda­nie zro­bi­ło fu­ro­rę w ro­dzi­nie i po­wta­rza­li­śmy je za ka­żdym ra­zem, kie­dy chcia­ło nam się śmiać ze zma­rłych albo z po­grze­bów. Bab­ka brzy­dzi­ła się zwie­rząt i kie­dy ba­wi­li­śmy się z ko­tem, wpa­da­ła w spa­zmy, mó­wi­ąc, że zła­pie­my ja­kąś cho­ro­bę i ją za­ra­zi­my; „Wstręt­ne zwie­rzę”, wo­ła­ła, tu­pi­ąc i stu­ka­jąc w podło­gę szpi­cem pa­ra­sol­ki. Brzy­dzi­ła się wszyst­kie­go i bała się cho­rób; była jed­nak oka­zem zdro­wia, i zma­rła w wie­ku po­nad osiem­dzie­si­ęciu lat; ni­g­dy nie mia­ła do czy­nie­nia z żad­nym le­ka­rzem ani z den­ty­stą. Oba­wia­ła się tyl­ko, że któ­reś z nas, chcąc zro­bić jej na zło­ść, ją ochrzci: raz je­den z mo­ich bra­ci dla żar­tu zro­bił gest, jak­by za­mie­rzał ją ochrzcić. Co­dzien­nie od­ma­wia­ła mo­dli­twy po he­braj­sku, nic z nich nie ro­zu­mie­jąc, bo nie zna­ła he­braj­skie­go. Do tych, któ­rzy nie byli Ży­da­mi jak ona, ży­wi­ła taką samą od­ra­zę jak do ko­tów. Z tej od­ra­zy była wy­łączo­na tyl­ko moja mat­ka: je­dy­na nie-Ży­dów­ka, do któ­rej się przy­wi­ąza­ła. Mat­ka ta­kże da­rzy­ła ją uczu­ciem, i ma­wia­ła, że bab­ka w swo­im ego­izmie jest nie­win­na i na­iw­na jak nie­mow­lę u pier­si.

W mło­do­ści bab­ka była, we­dług jej słów, bar­dzo pi­ęk­na, i była dru­gą pi­ęk­no­ścią w Pi­zie; pierw­szą była Vir­gi­nia Del Vec­chio, jej przy­ja­ció­łka. Do Pizy przy­je­chał nie­ja­ki pan Se­grè i ze­chciał po­znać naj­pi­ęk­niej­szą dziew­czy­nę, żeby pro­sić ją o rękę. Vir­gi­nia od­rzu­ci­ła jego oświad­czy­ny. Wte­dy przed­sta­wio­no mu moją bab­kę. Ale bab­ka rów­nież od­mó­wi­ła, oznaj­mia­jąc, że nie przyj­mie „resz­tek po Vir­gi­nii”.

Po­tem wy­szła za mo­je­go dziad­ka, Mi­che­le: czło­wie­ka od­zna­cza­jące­go się nie­zwy­kłym spo­ko­jem i ła­god­no­ścią. Owdo­wia­ła mło­do; kie­dyś za­py­ta­li­śmy, dla­cze­go nie wy­szła po­now­nie za mąż. Za­nio­sła się pi­skli­wym śmie­chem i od­po­wie­dzia­ła z try­wial­no­ścią, któ­rej nie spo­dzie­wa­li­by­śmy się po tej płacz­li­wej i la­men­tu­jącej sta­rusz­ce:

– Jesz­cze cze­go! Żeby mnie osku­bał!

Cza­sa­mi moje ro­dze­ństwo i mat­ka na­rze­ka­li, że nu­dzą się na gór­skich wa­ka­cjach, w tych od­lud­nych do­mach, bez żad­nych roz­ry­wek ani to­wa­rzy­stwa. Mnie, naj­młod­szej z nich, wy­star­cza­ło nie­wie­le: nie od­czu­wa­łam jesz­cze wa­ka­cyj­nej nudy.

– Nud­no wam – mó­wił oj­ciec – bo nie ma­cie żad­ne­go ży­cia we­wnętrz­ne­go.

Jed­ne­go roku by­li­śmy wy­jąt­ko­wo bez pie­ni­ędzy i wy­gląda­ło na to, że zo­sta­nie­my na lato w mie­ście. W ostat­niej chwi­li zo­stał wy­na­jęty nie­dro­gi dom w miej­sco­wo­ści Sa­int-Ja­cqu­es-d’Ajas; dom bez elek­trycz­no­ści, z lam­pa­mi naf­to­wy­mi. Mu­siał być bar­dzo mały i nie­wy­god­ny, bo przez całe lato mat­ka po­wta­rza­ła: – Pa­skud­ny dom! Prze­klęte Sa­int-Ja­cqu­es-d’Ajas! – Je­dy­nym na­szym skar­bem były ksi­ążki, osiem lub dzie­si­ęć to­mów w skó­rza­nej opra­wie: zszy­te nu­me­ry ja­kie­goś ty­go­dni­ka, za­wie­ra­jące sza­ra­dy, re­bu­sy i po­wie­ści gro­zy. Po­ży­czył je mo­je­mu bra­tu Al­ber­to­wi jego przy­ja­ciel, nie­ja­ki Frin­co. Kar­mi­li­śmy się ksi­ążka­mi Frin­ca przez całe lato. Po­tem mat­ka za­przy­ja­źni­ła się w pa­nią miesz­ka­jącą w sąsiedz­twie. Na­wi­ąza­ły roz­mo­wę pod nie­obec­no­ść ojca. On ma­wiał, że roz­ma­wia­nie z sąsia­da­mi to „mu­rzy­ństwo”. Ale kie­dy po­tem oka­za­ło się, że ta pani Ghi­ran miesz­ka w Tu­ry­nie w tym sa­mym domu co Fran­ces i zna ją z wi­dze­nia, mo­żna ją było przed­sta­wić ojcu, któ­ry zro­bił się dla niej bar­dzo miły. Oj­ciec był za­wsze nie­uf­ny i czuj­ny w sto­sun­ku do ob­cych, bo­jąc się, że to „lu­dzie po­dej­rza­ni”, ale kie­dy tyl­ko od­kry­wał, że ma z nimi ja­ki­chś wspól­nych zna­jo­mych, od razu czuł się spo­koj­niej­szy.

Mat­ka mó­wi­ła tyl­ko o pani Ghi­ran i ja­da­li­śmy po­tra­wy, któ­rych na­uczy­ła nas pani Ghi­ran. – Oto wscho­dzi nowa gwiaz­da – ma­wiał oj­ciec za ka­żdym ra­zem, gdy pa­da­ło na­zwi­sko pani Ghi­ran. „Oto wscho­dzi nowa gwiaz­da” albo tyl­ko „nowa gwiaz­da” – tym iro­nicz­nym zwro­tem wi­tał na­sze ko­lej­ne za­uro­cze­nia. – Nie wiem, co by­śmy zro­bi­li bez ksi­ążek Frin­ca i bez pani Ghi­ran – mó­wi­ła mat­ka pod ko­niec tam­tych wa­ka­cji. Po­wrót do mia­sta od­był się pod zna­kiem pew­ne­go in­cy­den­tu. Po dwóch go­dzi­nach jaz­dy au­to­bu­sem, któ­ry do­wió­zł nas na sta­cję ko­le­jo­wą, wsie­dli­śmy do po­ci­ągu i za­jęli­śmy miej­sca. Na­gle spo­strze­gli­śmy, że na­sze ba­ga­że zo­sta­ły na pe­ro­nie. Kie­row­nik unió­sł cho­rągiew­kę i krzyk­nął: – Od­jazd! – Dia­bła tam, nie od­jazd! – wrza­snął oj­ciec tak gło­śno, że jego ryk roz­brzmiał w ca­łym wa­go­nie; i po­ci­ąg nie ru­szył, do­pó­ki nie zo­stał za­ła­do­wa­ny ostat­ni z na­szych ku­frów.

W mie­ście z ża­lem mu­sie­li­śmy się roz­stać z ksi­ążka­mi Frin­ca, bo Frin­co chciał je od­zy­skać. A co do pani Ghi­ran, ni­g­dy wi­ęcej jej nie uj­rze­li­śmy. – Trze­ba za­pro­sić pa­nią Ghi­ran! To nie­grzecz­ne! – po­wta­rzał cza­sem oj­ciec. Ale mat­ka była zmien­na w swo­ich sym­pa­tiach i nie­sta­ła w sto­sun­kach to­wa­rzy­skich: albo wi­dy­wa­ła wy­bra­ne oso­by co­dzien­nie, albo nie chcia­ła ich wi­ęcej wi­dzieć. Była nie­zdol­na do pod­trzy­my­wa­nia zna­jo­mo­ści tyl­ko dla­te­go, że tak wy­pa­da­ło. Za­wsze bała się, że lu­dzie ją „znu­dzą” i że ze­chcą ją od­wie­dzać, kie­dy ona będzie się wy­bie­ra­ła na spa­cer.

Mat­ka spo­ty­ka­ła się z przy­ja­ció­łka­mi: za­wsze tymi sa­my­mi. Poza Fran­ces i kil­ko­ma in­ny­mi, żo­na­mi ko­le­gów ojca, wy­bie­ra­ła so­bie przy­ja­ció­łki spo­ro młod­sze od sie­bie: mło­de mężat­ki, świe­żo po ślu­bie i bied­ne: mo­gła da­wać im rady, pod­su­wać kraw­co­we. Nie zno­si­ła „sta­rych”, jak mó­wi­ła, ma­jąc na my­śli oso­by pra­wie w swo­im wie­ku. Nie zno­si­ła przy­jęć. Je­śli ja­kaś daw­na zna­jo­ma ka­za­ła ją po­wia­do­mić, że pla­nu­je od­wie­dzi­ny, wpa­da­ła w pa­ni­kę. – No to dzi­siaj nie będę mo­gła wy­jść! – roz­pa­cza­ła. Młod­sze przy­ja­ció­łki mo­gła za­bie­rać ze sobą na spa­cer albo do kina; były ustępli­we i chęt­ne, go­to­we utrzy­my­wać z nią mało ce­re­mo­nial­ne sto­sun­ki; a je­śli mia­ły małe dzie­ci, tym le­piej, bo ona lu­bi­ła dzie­ci. Cza­sem, po po­łud­niu, te przy­ja­ció­łki od­wie­dza­ły ją w domu. Przy­ja­ció­łki mat­ki w języ­ku mo­je­go ojca na­zy­wa­ły się „pa­ple”. Kie­dy nad­cho­dzi­ła pora ko­la­cji, z jego ga­bi­ne­tu roz­le­ga­ło się wo­ła­nie: – Li­dia! Li­dia! Czy pa­ple już so­bie po­szły? – Wte­dy wi­dy­wa­li­śmy, jak ostat­nia z nich, wy­stra­szo­na, wy­my­ka się na ko­ry­tarz i zni­ka za drzwia­mi; wszyst­kie mło­de przy­ja­ció­łki mat­ki nie­przy­tom­nie bały się mo­je­go ojca. Przy ko­la­cji oj­ciec py­tał mat­kę: – Nie znu­dzi­ło ci się jesz­cze pa­plać? Nie znu­dzi­ło ci się traj­ko­tać?

Cza­sem wie­czo­ra­mi przy­cho­dzi­li do nas przy­ja­cie­le ojca: po­dob­nie jak on, pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­te­tu, bio­lo­dzy i ucze­ni. Kie­dy za­po­wia­dał się taki wie­czór, oj­ciec przy ko­la­cji py­tał mat­kę: – Przy­go­to­wa­łaś po­częstu­nek? – Po­częstu­nek to były her­ba­ta i bisz­kop­ty: li­kie­rów u nas w domu nie było. Zda­rza­ło się, że mat­ka nie przy­go­to­wa­ła po­częstun­ku, a wte­dy oj­ciec wpa­dał w gniew: – Jak to, nie ma po­częstun­ku? Nie mo­żna przyj­mo­wać go­ści bez po­częstun­ku! Nie mo­żna da­wać po­pi­su mu­rzy­ństwa!

 

Do gro­na bli­skich zna­jo­mych mo­ich ro­dzi­ców na­le­że­li Lo­pe­zo­wie, czy­li Fran­ces z mężem, oraz ma­łże­ństwo Ter­ni3. Mąż Fran­ces miał na imię Ame­deo, ale mó­wio­no na nie­go Lo­pez jesz­cze od cza­su, kie­dy stu­dio­wał z moim oj­cem. Oj­ciec za cza­sów stu­denc­kich no­sił przy­do­mek Pom, czy­li po­mi­dor, z uwa­gi na rude wło­sy, ale oj­ciec zło­ścił się, kie­dy mó­wio­no na nie­go Pom, i po­zwa­lał na to tyl­ko mo­jej mat­ce. Nie­mniej mi­ędzy sobą Lo­pe­zo­wie mó­wi­li o nas „Po­mo­wie”, po­dob­nie jak my o nich mó­wi­li­śmy „Lo­pe­zo­wie”. Skąd wzi­ął się ten przy­do­mek Ame­dea – tego nikt nie umiał mi wy­tłu­ma­czyć i my­ślę, że po­wód prze­pa­dł w mro­ku dzie­jów. Ame­deo był gru­by, miał cien­kie i śnie­żno­bia­łe je­dwa­bi­ste wło­sy; gra­se­jo­wał, po­dob­nie jak jego żona i trzech sy­nów, na­szych przy­ja­ciół. Lo­pe­zo­wie od­zna­cza­li się dużo wi­ęk­szą ele­gan­cją, wy­ra­fi­no­wa­niem i no­wo­cze­sno­ścią niż my: ich dom był ład­niej­szy, mie­li win­dę i te­le­fon, któ­re­go w tam­tych la­tach nikt jesz­cze nie miał. Fran­ces, któ­ra często je­ździ­ła do Pa­ry­ża, przy­wo­zi­ła stam­tąd ostat­nie no­win­ki do­ty­czące stro­jów i mód; któ­re­goś roku przy­wio­zła chi­ńską grę w szka­tu­łce wy­ma­lo­wa­nej w smo­ki, któ­ra na­zy­wa­ła się ma­dżong; wszy­scy u nich w ro­dzi­nie na­uczy­li się grać w ma­dżon­ga, a Lu­cio, naj­młod­szy syn Lo­pe­zów, mój ró­wie­śnik, za­wsze prze­chwa­lał się przy mnie tym swo­im ma­dżon­giem, ale ni­g­dy nie chciał mnie na­uczyć: mó­wił, że to za trud­ne i mat­ka nie po­zwa­la mu do­ty­kać szka­tu­łki: za­zdro­ść mnie zże­ra­ła na wi­dok tej tak cen­nej szka­tu­łki, za­ka­za­nej i ta­jem­ni­czej.

3 Tul­lio Ter­ni (1888–1946) – wło­ski le­karz, ana­to­mi­sta i uczo­ny. Pro­wa­dził eks­pe­ry­men­tal­ne ba­da­nia z za­kre­su em­brio­lo­gii, cy­to­lo­gii, ge­ne­ty­ki. Zma­rł śmier­cią sa­mo­bój­czą. Mary Ter­ni (1886–1963) – żona Tul­lia.

Kie­dy ro­dzi­ce szli wie­czo­rem do Lo­pe­zów, po po­wro­cie oj­ciec wy­chwa­lał ich dom, me­ble, her­ba­tę po­da­wa­ną na sto­li­ku na kó­łkach, pi­ęk­ne por­ce­la­no­we fi­li­żan­ki; i mó­wił, że Fran­ces „jest za­rad­na”, po­tra­fi zna­le­źć ład­ne me­ble i pi­ęk­ne fi­li­żan­ki, po­tra­fi urządzić dom i po­dać her­ba­tę.

Czy Lo­pe­zo­wie byli od nas bo­gat­si, czy też bied­niej­si, nie było ja­sne: mat­ka mó­wi­ła, że są dużo bo­gat­si, ale oj­ciec twier­dził, że nie, i że po­dob­nie jak my, nie mają dużo pie­ni­ędzy, tyle że Fran­ces „jest za­rad­na”, nie jest „faj­tła­pą jak wy”. Oj­ciec czuł się zresz­tą strasz­nie bied­ny, zwłasz­cza wcze­śnie rano, za­raz po prze­bu­dze­niu; bu­dził wte­dy mat­kę i mó­wił: „Nie wiem, jak so­bie da­lej po­ra­dzi­my”, „wi­dzia­łaś, że Im­mo­bi­lia­ri4 znów po­szły w dół”. Im­mo­bi­lia­ri za­wsze szły w dół, ni­g­dy w górę; „te pie­kiel­ne Im­mo­bi­lia­ri”, mó­wi­ła mat­ka i ubo­le­wa­ła, że oj­ciec nie ma gło­wy do in­te­re­sów, i gdy tyl­ko tra­fia się ja­kiś nie­pew­ny pa­pier war­to­ścio­wy, on na­tych­miast go ku­pu­je; często pro­si­ła go, żeby zwró­cił się o po­ra­dę do ma­kle­ra gie­łdo­we­go, ale on wte­dy wpa­dał we wście­kło­ść, bo za­wsze chciał, ta­kże i w tym przy­pad­ku, po­le­gać na so­bie.

4 Im­mo­bi­lia­ri (wł.) – dosł. nie­ru­cho­mo­ści. Tu: ak­cje lub ob­li­ga­cje no­to­wa­ne na gie­łdzie opar­te na war­to­ści nie­ru­cho­mo­ści.

Z ko­lei pa­ństwo Ter­ni byli bar­dzo bo­ga­ci. Nie­mniej Mary, żona Ter­nie­go, pro­wa­dzi­ła skrom­ne ży­cie, nie mia­ła wie­lu kon­tak­tów to­wa­rzy­skich i spędza­ła dni na po­dzi­wia­niu dwój­ki swo­ich dzie­ci, wspól­nie z nia­nią As­sun­tą, ubra­ną na bia­ło; szep­ta­ły obie w eks­ta­zie, za­rów­no Mary, jak i nia­nia, któ­ra ją na­śla­do­wa­ła: – Cyt! Cyt! – Ta­kże Ter­ni szep­tał: – Cyt! Cyt! – po­dzi­wia­jąc swo­je dzie­ci; a zresz­tą mó­wił „cyt, cyt” na wszyst­ko, na na­szą nie­ład­ną słu­żącą Na­ta­li­nę, na sta­re su­kien­ki, w któ­rych wi­dy­wał moją sio­strę i mat­kę. O ka­żdej spo­ty­ka­nej ko­bie­cie ma­wiał, że ma „in­te­re­su­jącą twarz” i że przy­po­mi­na mu ja­kiś słyn­ny ob­raz; trwał tak w po­dzi­wie przez kil­ka mi­nut i wyj­mo­wał z ust cu­kie­rek, któ­ry wy­cie­rał śnie­żno­bia­łą i cien­ką chu­s­tecz­ką. Ter­ni był bio­lo­giem i mój oj­ciec sza­no­wał go jako czło­wie­ka na­uki; zwy­kle mó­wił jed­nak „ten pa­can Ter­ni”, bo uwa­żał, że pod względem ży­cio­wym jest z nie­go po­seur. – Ter­ni po­zu­je – mó­wił o nim za ka­żdym ra­zem, kie­dy go spo­ty­kał. – My­ślę, że on po­zu­je – po­wta­rzał po ja­ki­mś cza­sie. Kie­dy Ter­ni nas od­wie­dzał, zwy­kle sta­wał przy nas w ogro­dzie i mó­wił nam o po­wie­ściach; był wy­kszta­łco­ny, znał wszyst­kie wspó­łcze­sne po­wie­ści i jako pierw­szy przy­nió­sł nam À la re­cher­che du temps per­du5. My­ślę na­wet, że chciał się upodob­nić do Swan­na tym cu­kier­kiem i na­wy­kiem do­pa­try­wa­nia się w nas po­do­bie­ństwa do sław­nych ob­ra­zów. Oj­ciec wo­łał go ze swo­je­go ga­bi­ne­tu, żeby przy­sze­dł po­roz­ma­wiać z nim o ko­mór­kach i tkan­kach. – Ter­ni! – krzy­czał – pro­szę tu do mnie! Niech pan nie pa­ca­ni! Nie robi z sie­bie pa­ja­ca! – ry­czał, kie­dy Ter­ni z eks­ta­tycz­nym szep­tem wsa­dzał nos w wy­tar­te i za­ku­rzo­ne ko­ta­ry na­szej ja­dal­ni, py­ta­jąc, czy są nowe.

5 Mar­cel Pro­ust, À la re­cher­che du temps per­du – W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su.

Oj­ciec ce­nił i sza­no­wał na­stępu­jące rze­czy: so­cja­lizm, An­glię; po­wie­ści Zoli; Fun­da­cję Roc­ke­fel­le­ra; góry i prze­wod­ni­ki po Do­li­nie Aosty. Mat­ka zaś lu­bi­ła: so­cja­lizm; wier­sze Pau­la Ver­la­ine’a; mu­zy­kę, a w szcze­gól­no­ści Lo­hen­gri­na, któ­re­go śpie­wa­ła nam po ko­la­cji.

Mat­ka uro­dzi­ła się w Me­dio­la­nie, ale ta­kże po­cho­dzi­ła z Trie­stu; po po­ślu­bie­niu mo­je­go ojca przy­swo­iła so­bie wie­le trie­ste­ńskich zwro­tów. Opo­wia­da­jąc o swo­im dzie­ci­ństwie, wtrąca­ła licz­ne zwro­ty me­dio­la­ńskie.

Pew­ne­go dnia, kie­dy była małą dziew­czyn­ką, uj­rza­ła w Me­dio­la­nie pana, któ­ry stał bez ru­chu z wy­pi­ętą pier­sią przed wi­try­ną fry­zje­ra, pa­trzył na gło­wę lal­ki i mó­wił do sie­bie:

– Ład­na, ład­na. Ale szy­ja tro­chę za dłu­ga.

Dużo jej wspo­mnień było wła­śnie ta­kich: pro­ste, usły­sza­ne kie­dyś zda­nia. Któ­re­goś dnia była na spa­ce­rze z ko­le­żan­ka­mi ze szko­ły, w to­wa­rzy­stwie na­uczy­cie­lek. Na­raz jed­na z dziew­czy­nek wy­rwa­ła się z sze­re­gu i pod­bie­gła uści­skać prze­cho­dzące­go psa; mó­wi­ła przy tym:

– O je, o je, o je sio­strą mo­jej sucz­ki!

Mat­ka spędzi­ła w tej szko­le z in­ter­na­tem wie­le lat. Do­brze się w tej szko­le ba­wi­ła.

Wy­stępo­wa­ła, śpie­wa­ła i ta­ńczy­ła pod­czas szkol­nych za­baw; za­gra­ła na­wet w ja­kie­jś ko­me­dii, prze­bra­na za ma­łpę; śpie­wa­ła też w ope­ret­ce, któ­ra no­si­ła ty­tuł Pan­to­fe­lek zgu­bio­ny w śnie­gu6.

6 La pia­nel­la per­du­ta nel­la neve – po­pu­lar­na kie­dyś ope­ret­ka w dwóch ak­tach z XVIII wie­ku, wy­sta­wia­na w XIX i XX wie­ku.

Na­pi­sa­ła tekst i mu­zy­kę do ope­ry. Jej ope­ra za­czy­na­ła się tak:

Ja je­stem don Car­los Ta­drid

I stu­diu­ję w mie­ście Ma­dryt!

Gdy raz sze­dłem o po­ran­ku

Uli­cą Be­rzu­el­li­na,

Uj­rza­łem na­gle, że w oknie stoi

Mło­da bona i się nie boi!

Na­pi­sa­ła wiersz, w któ­rym tak to szło:

Wi­taj, o igno­ran­cjo,

Na myśl o to­bie ból brzu­cha usta­je!

Zdro­wie za­wi­ta tam, gdzie ty prze­sta­jesz,

Na­ukę zo­staw­my głup­com!

Ta­ńcz­my, pij­my i nie du­maj­my,

Świ­ętuj­my!

A te­raz, Muzo, pod­suń mi myśl,