Mroczna wiedzaTekst

Z serii: Seria Scholomance #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  Scholomance

3  1. Pożeracz dusz

4  2. Imitacje

5  3. Czarownica

6  4. Stwory, które krążą w nocy

7  5. Syrenopająki

8  6. Zjawa

9  7. Niedola

10  8. Pełzacz

11  9. Nieznane

12  10. Grogler

13  11. Uczniowie ostatnich klas

14  12. Horda

15  13. Żywy ogień

16  Podziękowania

Dla lim, roz­świe­tla­ją­cej mrok



Roz­dział 1
POŻE­RACZ DUSZ

Zdecy­do­wa­łam, że Orion musi umrzeć, kiedy po raz drugi ura­to­wał mi życie. Dotych­czas jakoś go tole­ro­wa­łam, ale moja cier­pli­wość ma gra­nice. Byłoby w porządku, gdyby rato­wał mi życie wie­lo­krot­nie, dzie­sięć, trzy­na­ście czy wię­cej razy – trzy­nastka to szcze­gólna liczba. Orion Lake, mój oso­bi­sty ochro­niarz; pogo­dzi­ła­bym się z tym. Jed­nak byli­śmy w Scho­lo­mance już pra­wie trzy lata i wcze­śniej w żaden spo­sób mnie nie wyróż­niał.

Powie­cie, że jestem samo­lubna, bo zamie­rzam zamor­do­wać boha­tera, któ­remu jedna czwarta naszej klasy zawdzię­cza życie. No cóż, szkoda tych cie­nia­sów, któ­rzy nie pora­dzą sobie bez jego pomocy. W końcu nie wszy­scy mamy prze­żyć. Szkoła musi jakoś się żywić.

Ach, a co ze mną, zapy­ta­cie, skoro musiał mnie rato­wać? Nawet dwu­krot­nie? Wła­śnie dla­tego musi znik­nąć. To on w zeszłym roku spo­wo­do­wał wybuch w labo­ra­to­rium alche­micz­nym pod­czas walki z chi­merą. Musia­łam wygra­mo­lić się spod gru­zów, gdy on bie­gał sobie i rąbał mie­czem jej zie­jący ogniem ogon. A ten poże­racz dusz był w moim pokoju naj­wy­żej pięć sekund, gdy Orion wpadł do środka; musiał dep­tać mu po pię­tach, zapewne goniąc go po kory­ta­rzu. Ten stwór wpadł tutaj w poszu­ki­wa­niu drogi ucieczki.

Tylko kto zechce słu­chać moich wyja­śnień? Chi­mera mogła mnie nie dopaść, gdyż w labo­ra­to­rium było wów­czas ponad trzy­dzie­ścioro dzie­cia­ków, ale dra­ma­tyczny ratu­nek w moim pokoju to zupeł­nie inna sprawa. Cała szkoła uwa­żała, że wła­śnie dołą­czy­łam do tłumu nie­szczę­snych nie­udacz­ni­ków ura­to­wa­nych przez bły­sko­tli­wego Oriona Lake’a, co było nie do znie­sie­nia.

Nasze pokoje nie były duże. Stał zale­d­wie kilka kro­ków od mojego biurka, na­dal zasa­pany i pochy­lony nad bul­go­czącą fio­le­tową gala­retą, w którą zmie­nił się poże­racz dusz, powoli wsią­ka­jącą w szcze­liny posadzki. Lep­sze to, niż gdyby miała się roz­lać po całym pokoju. Gasnący już blask jego rąk oświe­tlał mu twarz, wcale nie nad­zwy­czaj uro­dziwą. Miał wielki haczy­ko­waty nos, który kie­dyś może będzie paso­wał do reszty, ale teraz był po pro­stu za duży, oraz czoło zlane potem i oble­pione przy­dłu­gimi sre­brzy­sto­si­wymi wło­sami, któ­rych nie obci­nał o trzy tygo­dnie za długo. Więk­szość czasu spę­dzał w nie­prze­nik­nio­nym kręgu swo­ich odda­nych wiel­bi­cieli, tak więc jesz­cze ni­gdy nie byłam tak bli­sko niego. Wypro­sto­wał się i otarł pot przed­ra­mie­niem.

– Nic ci nie jest… Gal, tak? – zapy­tał, wcie­ra­jąc tro­chę soli w ranę.

Od trzech lat cho­dzi­li­śmy do tej samej klasy.

– Nie dzięki tobie i two­jej bez­gra­nicz­nej fascy­na­cji wszyst­kimi zło­wro­gami, jakie tu krążą – odpar­łam lodo­wa­tym tonem. – I nie Gal, nie jestem Gal, tylko Gala­driel – to imię to nie mój pomysł, nie gap­cie się – a jeśli nie potra­fisz wypo­wie­dzieć tylu sylab za jed­nym razem, to wystar­czy El.

Gwał­tow­nie pod­niósł głowę i zamru­gał z roz­dzia­wio­nymi ustami.

– Och. Hm. Prze… prze­pra­szam? – powie­dział, nieco pod­no­sząc głos, jakby nie rozu­miał, co się dzieje.

– Nie, nie – rzu­ci­łam. – To ja prze­pra­szam. Naj­wy­raź­niej wypa­dłam z roli. – Melo­dra­ma­tycz­nie przy­ci­snę­łam dłoń do czoła. – Orio­nie, byłam taka prze­ra­żona – jęk­nę­łam i rzu­ci­łam się na niego. Lekko się zachwiał, bo byli­śmy takiego samego wzro­stu. – Dzięki Bogini, że przy­by­łeś mnie oca­lić, sama ni­gdy nie pora­dzi­ła­bym sobie z poże­ra­czem dusz.

I uda­łam, że żało­śnie szlo­cham w jego pierś.

Nie do wiary, on naprawdę spró­bo­wał mnie objąć i pokle­pać po ramie­niu, tak już weszło mu to w krew. Wal­nę­łam go łok­ciem w brzuch, uwal­nia­jąc się. Zasko­wy­czał, zato­czył się i wytrzesz­czył gały.

– Nie potrze­buję two­jej pomocy, ty nie­zno­śny czubku – powie­dzia­łam. – Trzy­maj się ode mnie z daleka albo poża­łu­jesz.

Wypchnę­łam go za próg i zatrza­snę­łam drzwi kilka cen­ty­me­trów przed jego nosem. Mia­łam prze­lotną satys­fak­cję, widząc głę­bo­kie zasko­cze­nie na jego twa­rzy, zanim zni­kła mi z oczu za meta­lową płytą drzwi z wielką wyto­pioną dziurą w miej­scu klamki i zamka. Piękne dzięki, boha­te­rze. Spoj­rza­łam na nią gniew­nie i wró­ci­łam do mojego biurka w chwili, gdy gala­re­to­wata pozo­sta­łość poże­ra­cza dusz cał­kiem się zapa­dła, sycząc jak para ucho­dząca z dziu­ra­wej rury i wypeł­nia­jąc pokój naprawdę odra­ża­ją­cym tru­pim odo­rem.

Byłam tak roz­złosz­czona, że musia­łam sześć razy rzu­cać zaklę­cie oczysz­cza­jące. Po czwar­tym razie wsta­łam, cisnę­łam naj­now­szym roz­pa­da­ją­cym się sta­ro­żyt­nym zwo­jem w nie­prze­nik­nioną ciem­ność po dru­giej stro­nie biurka i krzyk­nę­łam z wście­kło­ścią:

– Nie chcę przy­wo­łać armii dżin­nów! Nie potrze­buję żywego ognia! Chcę oczy­ścić mój cho­lerny pokój!

W odpo­wie­dzi z otchłani wyle­ciało ogromne tomisz­cze opra­wione w wybla­kłą i popę­kaną skórę, z ostrymi naro­żami, które nie­przy­jem­nie zazgrzy­tały o meta­lowy blat biurka. Ta skóra zapewne była świń­ska, ale naj­wi­docz­niej ktoś chciał, by myślano, że została zdarta z czło­wieka, co było pra­wie rów­nie nie­go­dziwe. Otwo­rzyła się sama na stro­nie z instruk­cjami, które wyja­śniały, jak pod­po­rząd­ko­wać sobie cały tłum ludzi. Ci zapewne oczy­ści­liby mój pokój, gdy­bym im kazała.

W końcu musia­łam wyjąć jeden z tych głu­pich krysz­ta­łów mojej matki, usiąść na wąskim skrzy­pią­cym łóżku i medy­to­wać przez dzie­sięć minut w uno­szą­cym się wokół mnie smro­dzie poże­ra­cza dusz, któ­rym prze­sią­kały moje ubra­nia, pościel i papiery. Może myśli­cie, że każdy odór powi­nien szybko znik­nąć, skoro cała jedna ściana mojego pokoju jest otwarta, z pano­ra­micz­nym wido­kiem na mistyczną ciemną otchłań, co naj­mniej jak­bym miesz­kała na statku kosmicz­nym pędzą­cym pro­sto w czarną dziurę, ale się myli­cie. Kiedy w końcu zdo­ła­łam powró­cić z głę­bin sza­le­ją­cego gniewu, zepchnę­łam opra­wioną w świń­ską skórę księgę z biurka z powro­tem w otchłań – i zro­bi­łam to pió­rem, nie doty­ka­jąc jej, na wszelki wypa­dek. Powie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak mogłam:

– Chcę rzu­cić pro­ste zaklę­cie oczysz­cza­jące nie­po­żą­daną plamę i przy­kry zapach.

Nagle na biurku wylą­do­wał z łosko­tem ogromny tom zaty­tu­ło­wany Amu­nan Ham­we­rod, z mnó­stwem zaklęć napi­sa­nych po sta­ro­an­giel­sku – czyli w mar­twym języku, który znam naj­sła­biej – i nie otwo­rzył się na żad­nej kon­kret­nej stro­nie.

Zawsze przy­da­rzają mi się takie rze­czy. Jedni cza­ro­dzieje potra­fią wpły­wać na pogodę, rzu­cać zaklę­cia prze­kształ­ca­jące lub wal­czyć z magicz­nymi stwo­rami jak sza­nowny Orion. Ja mam zdol­ność powo­do­wa­nia ogrom­nych znisz­czeń. Wszystko to wina mojej mamy, oczy­wi­ście, tak samo jako to głu­pie imię. Ona jest jedną z tych od kwia­tów, pacior­ków i krysz­ta­łów, tań­czą­cych dla Bogini w świe­tle księ­życa. Dla niej wszy­scy są cudowni, a każdy, kto zrobi coś złego, z pew­no­ścią jest nie­zro­zu­miany lub nie­szczę­śliwy.

Ona nawet wyko­nuje masaże lecz­ni­cze zwy­czaj­nym śmier­tel­ni­kom, ponie­waż „to takie odprę­ża­jące, spra­wiać, że ludzie czują się lepiej”. Więk­szość cza­row­ni­ków nie tru­dzi się pracą ze zwy­czaj­nymi – która jest uwa­żana za uwła­cza­jącą god­no­ści – a jeśli nawet, to tylko żeby zna­leźć sobie jakieś zaję­cie. Jak ktoś, kto odcho­dzi na eme­ry­turę po czter­dzie­stu sze­ściu latach i nikt nie pamięta, co on wła­ści­wie robił, senny biblio­te­karz, któ­rego cza­sem zauwa­żasz bez­ce­lowo wędru­ją­cego mię­dzy rega­łami, trzeci wice­dy­rek­tor działu sprze­daży, który poja­wia się tylko na posie­dze­niach zarządu; takie osoby. Są zaklę­cia wyszu­ku­jące lub two­rzące takie posady, które zapew­niają środki potrzebne do życia oraz dają dużo wol­nego czasu na zebra­nie mocy i prze­mie­nie­nie taniego miesz­kanka w dwu­na­sto­po­ko­jowy apar­ta­ment. To nie dla mamy. Ona za te masaże pobiera tylko sym­bo­liczną zapłatę, a i to tylko dla­tego, że jeśli wyko­nujesz je za darmo, ludzie krzywo na cie­bie patrzą – i powinni.

 

Natu­ral­nie w rezul­ta­cie sta­łam się jej skraj­nym prze­ci­wień­stwem, czego każdy choć tro­chę rozu­mie­jący zasadę rów­no­wagi mógł się spo­dzie­wać, i kiedy chcę upo­rząd­ko­wać mój pokój, dostaję instruk­cje, jak omieść go pło­mie­niem. Nie żebym naprawdę mogła użyć tych cudow­nie kata­stro­ficz­nych zaklęć, które szkoła tak ocho­czo mi pod­suwa. To zabawne, ale nie można w mgnie­niu oka wycza­ro­wać armii demo­nów. Do tego potrzeba mocy, i to mnó­stwo. A nikt nie pomoże ci jej zebrać, żebyś wezwała sobie armię demo­nów, więc bądźmy reali­stami, do tego potrzeba czar­nej magii.

Wszy­scy – pra­wie wszy­scy – od czasu do czasu jej uży­wają i nie uwa­żają tego za nie­godne. Do takich rze­czy jak prze­miana kromki chleba w ciastko nie­po­trzebna jest moc i wszy­scy uwa­żają to za nie­szko­dliwy trik. No cóż, czar musi skądś wziąć moc i jeśli samemu się jej nie zebrało, to zapewne pocho­dzi od cze­goś żywego, ponie­waż łatwiej jest ją uzy­skać od cze­goś, co żyje i się poru­sza. Tak więc ty masz swoje ciastko, a kolo­nia mró­wek w twoim ogro­dzie za domem nagle wymiera i znika.

Mama nie uży­łaby czar­nej magii nawet do pod­grza­nia her­baty. Jeśli jed­nak ktoś jest mniej zasad­ni­czy, tak jak więk­szość ludzi, może sobie codzien­nie wycza­ro­wy­wać trzy­pię­trowy tort z ziemi oraz mró­wek i mimo to umrzeć spo­koj­nie w łóżku w wieku stu pięć­dzie­się­ciu lat. Zakła­da­jąc, że nie umrze prę­dzej od nad­miaru cho­le­ste­rolu. Jeśli jed­nak zaczniesz uży­wać cza­rów na więk­szą skalę, na przy­kład do obra­ca­nia miast w perzynę, wyrzy­na­nia w pień całych armii lub robie­nia tysiąca innych bez­u­ży­tecz­nych rze­czy, które dosko­nale potra­fi­ła­bym robić, nie uzy­skasz jej w dosta­tecz­nej ilo­ści ina­czej jak dzięki pobra­niu mocy – albo siły życio­wej, nie­ziem­skiej ener­gii, magicz­nego pyłu czy jak chcesz to zwać – od istot na tyle zło­żo­nych, żeby im się to nie podo­bało i żeby sta­wiły opór. Kiedy pró­bu­jesz ode­brać im ją prze­mocą, moc staje się zbru­kana, a ty psy­chicz­nie pokie­re­szo­wany – i dość czę­sto one wygry­wają.

Jed­nak to nie byłoby dla mnie pro­ble­mem. Umia­ła­bym wspa­niale zdo­by­wać moc, gdy­bym była tak głu­pia lub zde­spe­ro­wana, żeby tego pró­bo­wać. Muszę to przy­znać mamie: dzięki non­sen­sow­nemu rodzi­ciel­skiemu przy­wią­za­niu jej śliczna roz­iskrzona i czy­sta aura spo­wi­jała moją wystar­cza­jąco długo, żebym przed­wcze­śnie nie zajęła się cza­rami. Kiedy przy­no­si­łam do domu żabki, żeby obej­rzeć sobie ich wnętrz­no­ści, tłu­ma­czyła mi nad­zwy­czaj łagod­nie:

– Nie, kocha­nie, nie krzyw­dzimy żywych stwo­rzeń.

Potem zabie­rała mnie do naszego wiej­skiego skle­piku i kupo­wała lody, żeby wyna­gro­dzić to, że ode­brała mi żabki. Mia­łam pięć lat, a lody i tak były jedy­nym powo­dem tej mojej żądzy mocy, więc jak się domy­śla­cie, przy­no­si­łam jej wszyst­kie takie moje zna­le­zi­ska. I zanim uro­słam na tyle, że nie mogłaby mnie już powstrzy­mać, byłam wystar­cza­jąco duża, by rozu­mieć, co się dzieje z cza­ro­dzie­jami, któ­rzy uży­wają czar­nej magii.

Prze­waż­nie zaczy­nają to robić starsi, bli­scy ukoń­cze­nia szkoły, ale na moim roku też jest kilku, któ­rzy tego pró­bują. Cza­sem, gdy Yi Liu zer­k­nie na cie­bie znie­nacka, jej oczy robią się zupeł­nie białe. I paznok­cie ma czarne jak noc, a ja wiem, że nie jest to lakier. Jack Westing wydaje się nor­malny, zwy­czajny uśmiech­nięty ame­ry­kań­ski blon­da­sek, i więk­szość ludzi uważa go za cudow­nego chłopca, lecz jeśli mija­jąc jego pokój, głę­boko wcią­gniesz powie­trze, to wyczu­jesz słaby odór rzeźni. Przy­naj­mniej ja go czuję. Miesz­ka­jąca trzy pokoje dalej Luisa zni­kła na początku roku i nikt nie wie, co się z nią stało – w czym nie ma niczego nie­zwy­kłego, ale jestem pra­wie pewna, że jej szczątki są w jego pokoju. Potra­fię wyczuć takie rze­czy, cho­ciaż wola­ła­bym o nich nie wie­dzieć.

Gdy­bym się pod­dała i zaczęła uży­wać cza­rów, śmi­ga­ła­bym tu na ohyd­nych – trzeba przy­znać – bło­nia­stych nie­to­pe­rzych skrzy­dłach, demo­nicz­nych, ale tak czy owak skrzy­dłach. Scho­lo­mance chęt­nie wypusz­cza cza­row­ni­ków – nie­mal ni­gdy ich nie zabija. To resztę z nas odwie­dzają poże­ra­cze dusz, które wci­skają się przez szpary w drzwiach wcze­snym popo­łu­dniem, lub wau­rie, które wypeł­zają z odpły­wów i owi­jają się wokół kostek naszych nóg, kiedy pró­bu­jemy wziąć prysz­nic czy czy­tamy lek­tury roz­pusz­cza­jące oczy. Nawet Orion nie jest w sta­nie ura­to­wać wszyst­kich. Naj­czę­ściej mniej niż jedna czwarta klasy koń­czy szkołę, a osiem­na­ście lat temu – jestem pewna, że nie­przy­pad­kowo mniej wię­cej wtedy został poczęty Orion – ukoń­czyło ją zale­d­wie tuzin uczniów, i to sami cza­row­nicy. Po pro­stu połą­czyli siły i zała­twili pozo­sta­łych uczniów, odbie­ra­jąc im ogromną ilość mocy.

Rzecz jasna, rodziny tych pozo­sta­łych zorien­to­wały się, co zaszło – ponie­waż było to oczy­wi­ste; ci idioci nie pozwo­lili naj­pierw uciec dzie­ciom z enklawy – i wytro­piły ten tuzin cza­row­ni­ków. Ostatni z nich zgi­nął, zanim rok póź­niej moja mama ukoń­czyła szkołę, i taki był koniec Ręki Śmierci, czy jak tam nazy­wali swoją grupę.

I nawet jeśli jesteś chy­trym małym noc­nym pod­kra­da­czem mocy, który mądrze wybiera swe ofiary i czyni to nie­po­strze­że­nie, jest to droga po równi pochy­łej. Śliczny Jack już krad­nie siłę życiową ludz­kich istot, więc zacznie gnić od wewnątrz przed upły­wem pię­ciu lat od ukoń­cze­nia szkoły. Jestem pewna, że ma dosko­nały plan powstrzy­ma­nia tego roz­kładu, jak wszy­scy cza­row­nicy, ale nie sądzę, żeby naprawdę zdo­łał go zre­ali­zo­wać. Jeśli nie wymy­śli cze­goś spe­cjal­nego w ciągu dzie­się­ciu, naj­wy­żej pięt­na­stu lat, roz­sy­pie się cał­ko­wi­cie w gro­te­skowo gwał­towny spo­sób. Prze­ko­pią jego piw­nicę i znajdą w niej setki ciał, po czym wszy­scy będą cmo­kać i mówić, o panie, a wyda­wał się takim miłym mło­dzień­cem.

Jed­nak w tym momen­cie, wal­cząc z kolej­nymi zapi­sa­nymi macz­kiem stro­ni­cami sta­ro­an­giel­skich zaklęć przy­dat­nych w gospo­dar­stwie domo­wym, byłam prze­ko­nana, że przy­da­łaby mi się odro­bina cza­rów. Gdyby kie­dy­kol­wiek mru­go­skoczki zaczęły zja­dać moje łuskane płatki, to choć wiem o nich tyle samo co wy, była­bym przy­go­to­wana. Tym­cza­sem bańki gala­rety po poże­ra­czu dusz wciąż pękały z cichym trza­skiem, wypusz­cza­jąc gaz, niczym prze­ta­cza­jące się w oddali gromy zapo­wia­da­jące kolejne fale strasz­li­wego smrodu.

Już haro­wa­łam cały dzień, przy­go­to­wu­jąc się do koń­co­wych egza­mi­nów. Zostały do nich zale­d­wie trzy tygo­dnie i jeśli przy­ło­żyło się dłoń do ściany łazienki, już można było wyczuć cichy szczęk włą­cza­ją­cych się śred­nich bie­gów szy­ku­ją­cych się do kolej­nego, opusz­cza­ją­cego nas obrotu. Sale lek­cyjne pozo­stają w tym samym miej­scu bli­sko osi, a nasze pokoje, począt­kowo znaj­du­jące się na tym samym pozio­mie co jadal­nia, co roku opa­dają niżej, jak nakrętka na śru­bie, aż na sam dół – przed ukoń­cze­niem szkoły. W przy­szłym roku znaj­dzie się tam nasza klasa, choć nikomu się tam nie spie­szy. Bar­dzo bym nie chciała oblać jakie­goś egza­minu i przy­go­to­wy­wać się do poprawki.

Po popo­łu­dnio­wym wku­wa­niu bolały mnie krzyż, tyłek i kark, a oświe­tle­nie mojego biurka zaczęło migo­tać i przy­ga­sać, gdy ślę­cza­łam nad gru­bym tomem, wpa­tru­jąc się w maleń­kie litery. Zdrę­twiała mi ręka, w któ­rej trzy­ma­łam słow­nik języka sta­ro­an­giel­skiego. Przy­wo­ła­nie żywego ognia, który pochło­nąłby resztki poże­ra­cza dusz, księgę z zaklę­ciami, słow­nik, moje biurko i całą resztę, było coraz bar­dziej kuszą­cym roz­wią­za­niem.

Dłu­go­trwałe upra­wia­nie czar­nej magii nie jest zupeł­nie nie­moż­liwe. Liu nic się nie sta­nie; ona robi to o wiele ostroż­niej niż Jack. Założę się, że wyko­rzy­stała dozwo­lony limit wagi ciała, żeby zabrać tu worek cho­mi­ków lub innych stwo­rzeń, i poświęca je powoli, jedno po dru­gim. Jakby wypa­lała paczkę papie­ro­sów tygo­dniowo, a nie cztery paczki dzien­nie. Jed­nak może sobie na to pozwo­lić, ponie­waż nie jest zupeł­nie sama. Ma dużą rodzinę – jesz­cze nie dość liczną, by stwo­rzyć wła­sną enklawę, ale nie­wiele bra­kuje – i wieść nie­sie, że jest w niej wielu cza­row­ni­ków; taką mają stra­te­gię. Ma dwie kuzynki bliź­niaczki, które poja­wią się tu w przy­szłym roku, i uży­wa­jąc cza­rów, będzie mogła je chro­nić przez pierw­szy rok. A kiedy Liu skoń­czy szkołę, będzie miała różne moż­li­wo­ści. Jeśli zechce, będzie mogła dać sobie spo­kój z magią, pod­jąć jedną z tych zwy­czaj­nych prac, żeby mieć na życie, i liczyć na ochronę i wspar­cie rodziny. Za jakieś dzie­sięć lat odzy­ska rów­no­wagę psy­chiczną na tyle, żeby znów uży­wać mocy. Albo zawo­dowo zająć się czarną magią: zostać jedną z tych cza­row­nic, któ­rym enkla­wowcy sowi­cie płacą za wyko­ny­wa­nie czar­nej roboty i nie pytają, skąd się bie­rze ich moc. Dopóki nie zacznie prze­sa­dzać – na przy­kład rzu­cać takie zaklę­cia, jakie są moją spe­cjal­no­ścią – zapewne będzie jej dobrze.

Ja jed­nak nie mam żad­nej rodziny poza moją matką, a z pew­no­ścią żad­nej enklawy, która by mnie wspie­rała. Miesz­kamy w pobliżu Car­di­gan w Walii w komu­nie Pro­mienny Umysł, która szczyci się także posia­da­niem sza­mana, dwóch uzdro­wi­cieli dusz, grupki wic­can oraz zespo­łem tan­ce­rzy mor­risa. A wszy­scy oni mają taką samą realną moc, czyli żadną, i wszy­scy byliby prze­ra­żeni, gdyby zoba­czyli mamę czy mnie rzu­ca­jącą praw­dziwe czary. No, tylko mnie. Mama czer­pie magiczną moc przez taniec z gro­madą ochot­ni­ków – mówi­łam jej, że powinna pobie­rać za to opłaty, ale nie chce – po czym roz­daje ją ocho­czo i rado­śnie, tra­lala. Ludzie pozwa­lają nam jadać przy swo­ich sto­łach, ponie­waż ją kochają, bo kto by nie kochał, i posta­wili jej jurtę, gdy przy­szła do nich pro­sto ze Scho­lo­mance i w trze­cim mie­siącu ciąży, ale nikt z nich nie mógł pomóc mi w nauce magii ani obro­nić mnie przed sza­le­ją­cymi zło­wro­gami. Nawet gdyby mogli, nie zro­bi­liby tego. Nie lubią mnie. Nikt mnie nie lubi, poza mamą.

Tato zgi­nął tutaj, na końcu szkoły, wycią­ga­jąc z niej mamę. Nazy­wamy to abso­lu­to­rium, ponie­waż tak nazy­wają to Ame­ry­ka­nie, a oni pono­szą lwią część kosz­tów jej utrzy­ma­nia od około sie­dem­dzie­się­ciu lat. Kto płaci orkie­strze, dyk­tuje, co ma grać, i tak dalej. Jed­nak nie jest to uro­czy­ste zakoń­cze­nie. Po pro­stu moment, w któ­rym wszy­scy naj­starsi ucznio­wie są gro­ma­dzeni w auli, na samym dole szkoły, i pró­bują prze­drzeć się przez pier­ścień cze­ka­ją­cych na to zło­wro­gów. Mniej wię­cej połowa absol­wen­tów, czyli tych, któ­rzy zdo­łali dożyć tej chwili, wydo­staje się stąd. Tato nie zdo­łał.

On miał rodzinę; miesz­kają w pobliżu Mum­baju. Mamie udało się ich odna­leźć, ale dopiero wtedy, kiedy mia­łam już pięć lat. Ona i ojciec nie dzie­lili się infor­ma­cjami o real­nym świe­cie ani nie pla­no­wali, co będą robić, kiedy skoń­czą szkołę i wrócą do swo­ich domów. To byłoby zbyt roz­sądne. W szkole byli ze sobą zale­d­wie jakieś cztery mie­siące, ale byli brat­nimi duszami i miłość miała wska­zać im drogę. Oczy­wi­ście zapewne wska­zała, mamie.

Tak czy ina­czej, gdy ich zna­la­zła, oka­zało się, że jego rodzina jest bogata, ma pałace, klej­noty i dżin­nów na służ­bie, a co waż­niej­sze, zda­niem mamy, pocho­dzi ze sta­ro­żyt­nej hin­du­istycz­nej enklawy, w któ­rej surowo prze­strze­gano zasad magii. Ta enklawa została znisz­czona w okre­sie bry­tyj­skiej domi­na­cji, ale oni na­dal prze­strze­gają tych zasad. Nie jedzą mięsa, a tym bar­dziej nie rzu­cają cza­rów. Z rado­ścią prze­nio­sła się do nich, a oni wszy­scy bar­dzo chęt­nie nas przy­jęli. Nie wie­dzieli, co się stało z tatą. Ostat­nie wia­do­mo­ści od niego otrzy­mali, kiedy koń­czył pierw­szy rok szkoły. Naj­starsi ucznio­wie zbie­rają listy od nas na tydzień przed ukoń­cze­niem szkoły. Ja w tym roku już napi­sa­łam mój i dałam kopie kilku dzie­cia­kom z lon­dyń­skiej enklawy. Był krótki i słodki: „wciąż żyję i dobrze się uczę”. Musia­łam się stresz­czać, żeby nikt nie mógł odmó­wić dołą­cze­nia go do innych, w prze­ciw­nym razie wyko­rzy­sta­liby ten pre­tekst.

 

Tato wysłał taką notatkę do swo­jej rodziny, więc wie­dzieli, że prze­żył pierw­szy rok. A potem nie wró­cił. Jesz­cze jeden z setek dzie­cia­ków rzu­co­nych tam na zatra­ce­nie. Gdy mama w końcu odna­la­zła jego rodzinę i powie­działa im o mnie, poczuli się tak, jakby jed­nak odzy­skali jakąś część taty. Przy­słali nam bilety w jedną stronę, a mama poże­gnała się ze wszyst­kimi w komu­nie i zapa­ko­wała mnie wraz z całym naszym ziem­skim dobyt­kiem.

Jed­nak kiedy tam przy­by­ły­śmy, moja pra­babka tylko na mnie spoj­rzała, po czym miała pro­ro­czą wizję i orze­kła, że jestem duszą udrę­czoną, która spro­wa­dzi śmierć i znisz­cze­nie na wszyst­kie enklawy świata, jeśli się mnie nie powstrzyma. Mój dzia­dek i jego bra­cia rze­czy­wi­ście usi­ło­wali mnie powstrzy­mać. Tylko ten jeden raz mama naprawdę wyszła z sie­bie. Jak przez mgłę pamię­tam, że stała w naszym pokoju, a ci czte­rej nie­zdar­nie usi­ło­wali usu­nąć ją z drogi i mnie zabrać. Nie wiem, co zamie­rzali ze mną zro­bić, gdyż żaden z nich nie skrzyw­dziłby muchy, ale domy­ślam się, że wyglą­dało to groź­nie.

Spie­rali się chwilę i potem nagle wszystko zalało strasz­li­wie ostre świa­tło, od któ­rego bolały mnie oczy, a mama zawi­jała mnie w koc. Boso i w noc­nej koszuli wyszła z zaj­mo­wa­nego przez rodzinę kom­pleksu zabu­do­wań, a oni stali tylko przy­gnę­bieni i nie pró­bo­wali jej dotknąć. Dotarła do naj­bliż­szej drogi i wysta­wiła kciuk, a jakiś kie­rowca zabrał nas i zawiózł aż na lot­ni­sko. Tam jakiś miliar­der wsia­da­jący do pry­wat­nego odrzu­towca lecą­cego do Lon­dynu zoba­czył ją sto­jącą ze mną w holu lot­ni­ska i zapro­po­no­wał, że ją zabie­rze. Raz do roku wciąż poja­wia się w komu­nie na tygo­dniowe oczysz­cza­nie duchowe.

Oto cała mama. Ale nie ja. Moja pra­babka była pierw­sza w dłu­giej kolejce ludzi, któ­rzy zoba­czyli mnie, uśmiech­nęli się i zaraz prze­stali się śmiać, zanim powie­dzia­łam choć słowo. Nikt ni­gdy nie zapro­po­nuje mi pod­wózki ani tańca w środku lasu, żeby pomóc mi zebrać moc, nie podzieli się ze mną jedze­niem ani – co waż­niej­sze – nie sta­nie ze mną do walki z wszyst­kimi tymi paskud­nymi stwo­rami, które nie­ustan­nie ata­kują cza­ro­dziei, szu­ka­jąc poży­wie­nia. Gdyby nie mama, nie była­bym mile widziana nawet w moim domu. Nie uwie­rzy­li­by­ście, ilu miłych ludzi z komuny – któ­rzy piszą dłu­gie szczere listy do poli­ty­ków i regu­lar­nie cho­dzą pro­te­sto­wać prze­ciwko wszyst­kiemu, od nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej po wymie­ra­nie nie­to­pe­rzy – rado­śnie mówiło mi, gdy ukoń­czy­łam czter­na­ście lat, że pew­nie się cie­szę, że odcho­dzę z komuny do szkoły – ha, ha – bo z pew­no­ścią póź­niej zechcę pójść wła­sną drogą, zoba­czyć tro­chę świata i tak dalej.

Nie żebym chciała wró­cić do tej komuny. Nie wiem, czy ktoś, kto tego nie spró­bo­wał, potrafi pojąć, jak okrop­nie jest być nie­ustan­nie oto­czo­nym przez ludzi, któ­rzy wie­rzą we wszystko, od kra­sno­lud­ków poprzez zba­wienne dzia­ła­nie sauny po bożo­na­ro­dze­niowe kolędy, ale nie uwie­rzą, że naprawdę masz magiczne zdol­no­ści. Dosłow­nie poka­zy­wa­łam im to albo pró­bo­wa­łam poka­zać; trzeba mnó­stwo mocy, żeby rzu­cić choćby skromne zaklę­cie roz­nie­ca­jące ogień, kiedy obser­wuje cię zwy­czajny czło­wiek, głę­boko prze­ko­nany, że jesteś głu­pim dziec­kiem z zapal­niczką w ręka­wie. Łatwo wtedy popeł­nić błąd. Jed­nak nawet jeśli zdo­łasz rzu­cić jakieś nale­ży­cie efek­towne zaklę­cie, wszy­scy powie­dzą, och, to zdu­mie­wa­jące, a następ­nego dnia dojdą do wnio­sku, że coś im się przy­wi­działo. A potem jesz­cze bar­dziej będą mnie uni­kać. Nie chcę być tutaj, ale jesz­cze bar­dziej nie chcę być tam.

Och, to oczy­wi­ście kłam­stwo. Codzien­nie marzę o powro­cie do domu. Ogra­ni­czam sobie do pię­ciu minut dzien­nie chwile, gdy staję przed wen­ty­la­to­rem w ścia­nie, w bez­piecz­nej odle­gło­ści, lecz czu­jąc ruch powie­trza, zamy­kam oczy, przy­ci­skam dło­nie do twa­rzy, by nie czuć woni prze­grza­nego oleju oraz zasta­rza­łego potu, i udaję, że wdy­cham zapach wil­got­nej ziemi, zeschnię­tych płat­ków róż, mar­che­wek pie­czo­nych w maśle, wiatr prze­myka wśród drzew, i jeśli otwo­rzę oczy, będę leżała na ple­cach na pola­nie, a słońce wła­śnie skryje się za chmurą. Natych­miast zamie­ni­ła­bym mój pokój na jurtę w lesie, nawet po dwu­ty­go­dnio­wym desz­czu, kiedy wszystko, co posia­dam, pokrywa pleśń. To i tak lep­sze od zapa­chu poże­ra­cza dusz. Brak mi nawet ludzi, w co nie uwie­rzy­ła­bym wcze­śniej, lecz po trzech latach spę­dzo­nych tutaj ucie­szyłby mnie nawet widok kwa­śnej miny Phi­lippy Wax i jej zaci­śnię­tych ust.

No dobrze, nie, nie ucie­szyłby mnie i jestem naj­zu­peł­niej pewna, że moja radość z powrotu zni­kłaby w ciągu tygo­dnia. Tak czy ina­czej, bar­dzo jasno dano mi do zro­zu­mie­nia, że nie jestem tam mile widziana, a w osta­tecz­no­ści nie­chęt­nie. Na pewno nie wtedy, gdy­bym pró­bo­wała znów tam osiąść, kiedy opusz­czę szkołę. Rada komuny – któ­rej Phi­lippa jest sekre­ta­rzem – zapewne zna­la­złaby jakiś pre­tekst, żeby mnie wyrzu­cić. Nie­je­den raz mówiono o mojej nega­tyw­nej aurze, nie zwa­ża­jąc, czy to sły­szę, czy nie. No i po pro­stu zruj­no­wa­ła­bym życie mamie, ponie­waż bez namy­słu ode­szłaby razem ze mną.

Już zanim przy­by­łam do Scho­lo­mance, wie­dzia­łam, że moją jedyną nadzieją na w miarę porządne życie – o ile wydo­stanę się stąd i będę w ogóle je pro­wa­dzić – jest dosta­nie się do jakiejś enklawy. Była­bym tam osa­mot­niona, ale przy­naj­mniej więk­szość nie­za­leż­nych cza­ro­dziei znaj­duje tam przy­ja­ciół, któ­rzy two­rzą wspólny krąg, ochra­niają się wza­jem­nie, gro­ma­dzą moc, tro­chę współ­pra­cują. Nawet gdyby ludzie polu­bili mnie na tyle, żeby pozwo­lić mi zostać, czego dotych­czas nie doświad­czy­łam, nie mie­liby ze mnie dużego pożytku. Zwy­czajni ludzie potrze­bują mopa, a nie gra­nat­nika, a ja od dwóch godzin roz­pacz­li­wie pró­buję rzu­cić zaklę­cie myjące pod­łogę.

Jeśli jed­nak jeste­ście w eks­klu­zyw­nej enkla­wie z kil­ku­set cza­ro­dzie­jami i śmier­cio­no­śny wyrm wypełza z cze­lu­ści pobli­skiej jaskini lub inna enklawa wypo­wiada wam wojnę, potrze­bu­je­cie kogoś, kto potrafi zarżnąć krowę w ofie­rze i użyć wszyst­kich pie­kiel­nych ogni, żeby was obro­nić. Jeśli macie w waszej enkla­wie osobę o takiej repu­ta­cji, zazwy­czaj wcale nie zosta­nie­cie zaata­ko­wani, więc nie trzeba będzie skła­dać w ofie­rze żad­nych krów, a ja nie będę musiała pod­da­wać się psy­cho­te­ra­pii i tra­cić pię­ciu lat życia, a co gor­sze, zno­sić płacz mojej mamy.

Jed­nak wszystko to zależy od mojej repu­ta­cji. Nikt nie zaprosi mnie do enklawy ani nawet nie zapro­po­nuje soju­szu przed egza­mi­nem koń­co­wym, jeśli będę uwa­żana za nie­szczę­sną damę w opa­łach, którą musi rato­wać miej­scowy boha­ter. Na pewno nie zro­bią tego z czy­stej sym­pa­tii do mnie. Tym­cza­sem Orion na nikim nie musi robić wra­że­nia. On nawet nie jest zwy­kłym enkla­wow­cem. Jego matka jest jedną z głów­nych kan­dy­da­tek na następną dominę Nowego Jorku, wciąż chyba naj­po­tęż­niej­szej enklawy na świe­cie, a jego ojciec jest sztuk­mi­strzem. Orion mógłby się nie wysi­lać, zali­czyć wyma­gane mini­mum kursu, po czym spę­dzić resztę życia bez­piecz­nie i kom­for­towo, oto­czony przez naj­lep­szych cza­ro­dziei i naj­wspa­nial­szą sztukę na świe­cie.

Zamiast tego robi z sie­bie w szkole wido­wi­sko. Zabi­cie tego poże­ra­cza dusz za moimi ple­cami było chyba jego czwar­tym boha­ter­skim czy­nem w tym tygo­dniu. Ratuje każdą ofermę i sła­be­usza, nie zasta­na­wia­jąc się, kto za to zapłaci. Ponie­waż na pewno ktoś będzie musiał zapła­cić. Cho­ciaż w każ­dej minu­cie mojego pobytu w szkole pra­gnę wró­cić do domu, dosko­nale wiem, jak ogrom­nym szczę­ściem jest pobyt tutaj. Mam to szczę­ście tylko dla­tego, że szkoła została zbu­do­wana głów­nie przez enklawę Man­che­steru, jesz­cze w spo­wi­tych mgłą edwar­diań­skich cza­sach, a obecne enklawy Wiel­kiej Bry­ta­nii zdo­łały utrzy­mać uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję przy przy­dziale miejsc. To może się zmie­nić w nad­cho­dzą­cych latach, gdyż enklawy Szan­ghaju i Dżaj­puru grożą utwo­rze­niem zupeł­nie nowej szkoły w Azji, jeśli szybko nie nastą­pią istotne zmiany w regu­la­mi­nie przy­jęć – ale przy­naj­mniej na razie każdy nie­za­leżny dzie­ciak z Wiel­kiej Bry­ta­nii zostaje auto­ma­tycz­nie wpi­sany na listę przyj­mo­wa­nych.

Mama pro­po­no­wała, że mnie z niej usu­nie, ale nie byłam tak sza­lona, żeby jej na to pozwo­lić. Enklawy stwo­rzyły szkołę, ponie­waż na zewnątrz jest jesz­cze gorzej. Wszyst­kie te zło­wrogi wypeł­za­jące z prze­wo­dów wen­ty­la­cyj­nych, rur i szpar pod drzwiami nie biorą się stąd – one przy­cho­dzą do Scho­lo­mance, ponie­waż tutaj jeste­śmy my: bez­bronni mło­dzi cza­ro­dzieje try­ska­jący mocą, któ­rej wciąż dopiero uczymy się uży­wać. Dzięki pod­ręcz­ni­kowi nauki o zło­wro­gach, z któ­rego uczy­łam się w pierw­szej kla­sie, wiem, że kiedy mamy od trzy­na­stu do osiem­na­stu lat, nasza atrak­cyj­ność zwięk­sza się dwu­krot­nie co sześć mie­sięcy, pod ochronną war­stewką cienką jak sko­rupka jajka, a nie twardą jak rze­mień skórą doro­słego cza­ro­dzieja. Tej meta­fory nie wymy­śli­łam sama, lecz wzię­łam ją pro­sto z tej książki, w któ­rej z satys­fak­cją i z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami opi­sano, jak bar­dzo zło­wrogi chcą nas pożreć: bar­dzo, naprawdę bar­dzo.