Moc srebra

Tekst
Z serii: Fantasy
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego stoimy? – spytałam w końcu.

Oleg nie odpowiedział: kulił się na koźle, jakby spał. Zerwał się zimny wiatr, mrucząc za moimi plecami, wkradając się do sań i wdzierając pod okrycia, żeby dotknąć mojej skóry. Na śniegu wyciągnęły się długie niebieskie cienie, rzucane przez bladą poświatę gdzieś za mną, a gdy wokół mojej twarzy uniosły się kłęby pary mojego oddechu, śnieg zaskrzypiał pod jakimś ciężkim stworzeniem zmierzającym ku saniom. Przełknęłam ślinę, otuliłam się płaszczem, a potem przywołałam całą zimną jak lód odwagę, którą zdołałam w sobie znaleźć, i odwróciłam się.

W pierwszej chwili Starzyk nie wydawał się tak okropnie dziwny; właśnie z tego powodu był naprawdę straszny. Gdy jednak dłużej na niego patrzyłam, jego wyrzeźbione z lodu i szkła rysy straciły ludzki wygląd, a oczy zmieniły się w srebrne sztylety. Twarz miał gładką jak chłopiec, lecz była to twarz dorosłego mężczyzny, i był wysoki, zbyt wysoki, gdy podszedł bliżej i stał nade mną jak marmurowy posąg na placu w Wyżni, niezwykle duży. Białe włosy miał zaplecione w długie warkoczyki. Miał ubiór zrobiony z takiej samej nienaturalnie białej skóry jak sakiewka i siedział na jeleniu większym niż koń pociągowy, mającym rogi o dwunastu odgałęzieniach obwieszone kryształowymi łezkami, a gdy ten rumak wysunął czerwony ozór, żeby się oblizać, zobaczyłam ostre jak u wilka kły.

Chciałam wrzasnąć i się skulić. Zamiast tego jedną ręką mocno ścisnęłam płaszcz pod szyją, broniąc się przed bijącym od Starzyka chłodem, a drugą podałam mu sakiewkę, kiedy zbliżył się do sań.

Zatrzymał się, mierząc mnie jednym srebrzystoniebieskim okiem, z głową obróconą bokiem, jak ptak. Wyciągnął urękawiczoną dłoń i wziął sakiewkę, otworzył ją i wysypał sobie na dłoń sześć złotych monet; ich cichy brzęk wydał się donośny w zalegającej wokół ciszy. W jego dłoni monety wyglądały jakoś inaczej, ciepłe i żółte jak słońce, błyszcząc nienaturalnie jasno na tle zimnej bieli jego rękawicy. Popatrzył na nie i wyglądał na zdziwionego, a także lekko rozczarowanego, jakby żałował, że zdołałam to zrobić. Wsypał je z powrotem do sakiewki i mocno ściągnął sznurek, gasząc złoty blask, jakby więził promień słońca, po czym mieszek znikł pod jego długim płaszczem.

Starzykowa droga ciągnęła się za nim szeroką i lśniącą wstęgą, tuż między drzewami. Bez słowa obrócił ku niej swojego rumaka, zabierając te sześć złotych monet, które zdobyłam w trudzie i strachu. Wezbrał we mnie gniew.

– Następnym razem będę potrzebowała więcej czasu, jeśli znów zechcesz, żebym je zmieniła! – zawołałam za nim, ciskając słowa w twardą lodowatą ciszę, otaczającą nas jak skorupa.

Odwrócił głowę i spojrzał na mnie, jakby zaskoczony, że śmiałam coś do niego powiedzieć, a potem ostrorogi jeleń wszedł na tę drogę i już go nie było. Oleg otrząsnął się, cmoknął na konia i znów ruszyliśmy kłusem. Opadłam w koce, drżąc, jakby nagle zrobiło się o wiele zimniej; straciłam czucie w końcach palców, w których trzymałam sakiewkę. Ściągnęłam rękawiczkę i wetknęłam je pod pachę, żeby je ogrzać, krzywiąc się, gdy dotknęły skóry. Przez resztę drogi padały na nas lekkie jak piórka płatki śniegu.

Tego wieczoru zauważyłam na palcu mojego ojca srebrny pierścień, którym z irytacją postukiwał o puchar, miarowo pobrzękując. Kazał mi raz w tygodniu brać udział w uroczystej kolacji; żebym nabrała dobrych manier w zacnym towarzystwie, powiedział. Moje maniery nie wymagały poprawy – Magreta zadbała o to – lecz jakikolwiek był prawdziwy powód, ojciec na pewno nie robił tego dla własnej przyjemności. Za każdym razem gdy mnie widział, był niezadowolony, jakby miał nadzieję, że stanę się piękniejsza, mądrzejsza, bardziej czarująca. Niestety, nie. Jednak byłam jego jedynym dzieckiem na tyle dorosłym, żeby już się o nie martwić, gdyż moi przyrodni bracia byli jeszcze w powijakach, a ojciec nie lubił, żeby cokolwiek, co do niego należy, się marnowało.

Tak więc przychodziłam na kolację i zachowywałam się jak należy w towarzystwie, żeby Magreta nie została ukarana, a kiedy podejmował przy swoim stole jakiegoś rycerza, bojara, a czasem nawet przejezdnego barona, siedziałam ze skromnie spuszczonymi oczami i słuchałam, jak rozmawiają o wojskach, podatkach, granicach i polityce – przebłyskach innego, szerokiego świata, tak odległego od moich ciasnych pokoików na górze jak raj. Chciałabym myśleć, że mam szansę pewnego dnia wejść w ten świat; moja macocha robiła to, uśmiechem i otwartymi ramionami witając naszych gości, pilnując, by jej stół i gościnność odpowiadały każdemu, jako piękna i wykwintna postać u boku mojego ojca, gdy sami wizytowaliśmy kogoś lub gościliśmy bardziej znamienitych szlachciców. Od żon, sióstr i córek wydobywała prawdę o stanie ich dóbr, a wieczorami mój ojciec słuchał jej rad i opinii; mąż ją cenił. Chciałabym mieć nadzieję, że mój też będzie cenił mnie.

Jednak irytacja ojca mówiła mi coś innego. Od początku go rozczarowywałam; matka potrzebowała zbyt wielu lat, żeby mnie urodzić, a wkrótce potem poroniła późno poczętego syna i umarła razem z nim. Trzeba było kilku lat, żeby znaleźć odpowiednią zastępczynię, i chociaż Galina robiła, co mogła, miał tylko mnie i dwóch małych chłopców, podczas gdy wszyscy mężczyźni z jego kręgu, którzy pomogli zasiąść na tronie staremu carowi, mieli córki gotowe do zamążpójścia i synów szukających żon o urodzie i gracji większej od tych, które mogłabym im zaoferować, a przynajmniej z większym posagiem, niż mógł zaoferować im mój ojciec jako rekompensatę za ich brak.

Kiedy byłam młodsza i jeszcze mógł mieć nadzieję, że okażę się naprawdę przydatna, gdy dorosnę, czasem zadawał mi wnikliwe pytania o książki, które czytałam, lub domagał się, żebym recytowała mu nazwiska wszystkich szlachciców w Litwasie, od cara po hrabiów, według ich znaczenia, ale ostatnio przestał się trudzić. Moja ostatnia guwernantka teraz zaczęła uczyć pisać mojego starszego brata, więc jeśli miałam jakąś książkę do czytania, to tylko dlatego, że czasem udawało mi się ukradkiem wziąć ją z regałów na dole. A gdy przy stole nie było nikogo, kto odwróciłby jego uwagę od mojego milczenia i bladej, pociągłej twarzy, ojciec patrzył na mnie, marszcząc brwi i stukając palcami w puchar.

Tego wieczoru przy stole nie siedział żaden gość. Niebawem miał nas odwiedzić car i od kilku miesięcy nikogo nie zapraszano, żeby zebrać pieniądze na nieuniknione wydatki. Ojciec zamierzał wydać jak najmniej, ale i tak z powodu tego marnotrawstwa był ze mnie bardziej niezadowolony niż zwykle. Może ta wizyta jeszcze dotkliwiej uzmysławiała mu, jak niewielkie będzie miał ze mnie korzyści, chociaż nawet gdybym była piękna, z pewnością nie byłby jednym z tych panów, którzy zadłużają się, żeby ugościć cara, podsuwając mu swoje córki jak przynętę i robiąc z siebie głupców.

Car nie zamierzał poślubić żadnej z nich, choćby nie wiedzieć jak pięknej; miał poślubić księżniczkę Wasylię. Była równie mało urodziwa jak ja, lecz jej ojcem był książę Ulryk, który władał trzema miastami, a nie jednym, miał dziesięć tysięcy żołnierzy i wielką kopalnię soli, tak więc nie musiała być piękna, żeby zostać carycą. Car już powinien się z nią ożenić, ale najwidoczniej wolał, by inni szlachcice jeszcze przez jakiś czas mieli nadzieję; niebezpieczna gra z dumą Ulryka, ale w ten sposób car mógł tak często podróżować i przerzucać na barki innych koszty utrzymywania licznego dworu, zamiast samemu podejmować gości.

A mój ojciec teoretycznie miał córkę na wydaniu, tak więc można się było do niego wprosić. Stałam się zatem zbytecznym wydatkiem, szczególnie że ojciec najwyraźniej nawet nie liczył na jakieś uboczne korzyści – na przykład, że jakiś użyteczny członek carskiej świty uzna mnie za odpowiednią kandydatkę na żonę dla swojego syna lub jakiegoś kuzyna. Byłam rada, że nie zwróci na mnie uwagi car, który był młody, przystojny i okrutny, ale chciałabym być na tyle ładna lub czarująca, żeby ktoś zechciał mnie poślubić, zamiast traktować jedynie jako kodycyl do jakiegoś skromnego posagu, który uda mu się wycisnąć z mojego ojca. Albo chociaż mieć pewność, że ktokolwiek zechce się ze mną ożenić: tylko tak mogłam uniknąć dożywocia za murami tych ciasnych komnat. Irytacja ojca wyraźnie mówiła, jaki okropny czeka mnie los.

Gdy pierścień na jego palcu z cichym brzękiem postukiwał o puchar, obserwowałam, jak zimne srebro lśni w blasku świec, i zapomniałam, że robi to ze zniecierpliwienia. Myślałam tylko o płatkach śniegu sypiącego za oświetlonym oknem, o ciszy na początku zimy, staniu na zewnątrz w ogrodzie, gdy liście okrywa lśniący czysty lód. Nie pamiętałam nawet, że powinnam słuchać, co do mnie mówi, dopóki ostro nie spytał:

– Irino, słuchasz mnie?

Musiałam uczciwie przyznać, że nie.

– Wybacz mi, ojcze – powiedziałam. – Patrzyłam na twój pierścień. Jest magiczny?

Był to jeszcze jeden powód rozczarowania moją matką: magiczne zdolności, których nie miała. Jej prababka została zgwałcona przez Starzykowego rycerza pewnej nocy w trakcie zimowego napadu, w którym zabito jej męża, a chłopiec, którego po tym urodziła, miał srebrne włosy i oczy, mógł chodzić w śnieżycy i zamrażać przedmioty dotknięciem. Jego dzieci też miały srebrne włosy, ale niewiele jego mocy, a mój ojciec poślubił moją matkę, urzeczony legendą, jej jasnymi oczami i srebrnym puklem włosów nad jej czołem.

Tyle że całą jej magią była uroda, a ja nie miałam nawet tej, tylko zwyczajne kasztanowe włosy, piwne oczy ojca, i jak wszyscy trzęsłam się na mrozie. A jednak gdy patrzyłam na ten pierścień, widziałam padający śnieg. Ojciec zamilkł i spojrzał na pierścień na swoim palcu. Był na niego trochę za mały. Nosił go nad knykciem wskazującego palca prawej dłoni i potarł kciukiem. Robił to przez cały czas przy kolacji, bezwiednie. Po chwili rzekł: „Niezwykle kunsztowny, to wszystko” zdecydowanym tonem oznaczającym, że nie będziemy już o tym mówić. Tak więc nie wiedział, że to magiczny pierścień, nie znał jego mocy i nie obchodziło go, czy ktoś wie więcej od niego.

 

Nic nie powiedziałam, spuściłam oczy i do końca kolacji uważnie słuchałam, jak obojętnie mówił, czego ode mnie oczekuje podczas wizyty cara – czyli niczego. Nie zamierzał wykosztowywać się na nowe suknie dla mnie. Tak więc miałam być niedysponowana, zostać na górze i nie wchodzić nikomu w drogę, natomiast Galina dostanie trzy nowe suknie. Nic już nie mówił o pierścieniu i nie wspomniał o moim wcześniejszym roztargnieniu.

Byłam zadowolona z tego, że mam trzymać się z daleka od cara, ale trzy nowe suknie bardziej przydałyby się mnie niż Galinie, jeśli ojciec zamierzał niebawem wydać mnie za mąż. Tej nocy postawiłam świecę na parapecie i patrzyłam, jak płatki śniegu wirują w jej blasku, gdy Magreta szczotkowała moje włosy; ostrożnie rozczesywała kędziory od dołu do góry srebrnym grzebieniem i szczotką, które zawsze miała w mieszku przywiązanym do pasa; potem jeszcze siedemnaście pociągnięć od góry do dołu, po jednym za każdy rok mojego życia. Pielęgnowała moje włosy jak ogród, a one wynagradzały jej zabiegi; były tak długie, że sięgały podłogi i gdy siedziałam przy oknie, ona szczotkowała ich końce na swoim fotelu przy kominku.

– Magra – zapytałam – czy mój ojciec kochał moją matkę?

Była tak zaskoczona, że przestała szczotkować. Wiedziałam, że służyła mojej matce, zanim przyszłam na świat, ale jeszcze nigdy ją o to nie pytałam. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby spytać. Byłam taka mała, kiedy umarła, że myślałam o niej tylko jak o dawno nieżyjącym przodku. Ojciec opisał ją krótkimi i dobranymi słowami, tak żebym zrozumiała, że była marną kobietą. Nie chciał, żebym wiedziała więcej.

– Ależ tak, duszeńko, oczywiście – powiedziała Magreta, a chociaż powiedziałaby tak nawet wtedy, gdyby nie było to prawdą, nie zawahała się, co oznaczało, że przynajmniej sama w to wierzyła. – Poślubił ją bez posagu, prawda? – dodała, a wtedy z kolei ja spojrzałam na nią ze zdziwieniem. O tym nigdy mi nie mówił. To było wprost niewyobrażalne.

– Nie mówi o niej tak, jakby ją kochał – zauważyłam, teraz też trochę nieostrożnie.

– Cóż, musi myśleć o twojej macosze – bez wahania odparła Magreta.

Nie chciałam, by Magreta mówiła mi, że miłość schwytała mojego ojca jak rybę na haczyk i zerwawszy się z niego, chętnie zapomniał, że dał się złapać. Niewątpliwie moja macocha wniosła spory posag w złocie, ciężki kufer monet, większy ode mnie, który teraz stał w skarbcu w podziemiach. Ojciec drugi raz nie dał się złapać. I zapewne był jeszcze bardziej rozczarowany moją matką, jeśli miała dość magii, by go oczarować, ale nic więcej.

Tej nocy śniłam o pierścieniu, tyle że nosiła go kobieta ze srebrnym lokiem opadającym na czoło – srebrzystym jak pierścień na jej palcu. We śnie nie widziałam wyraźnie jej twarzy, ale odwróciła się do mnie plecami i poszła przez las białych i srebrnych drzew. Zbudziłam się, myśląc nie o matce, ale tym pierścieniu; chciałam go dotknąć, potrzymać.

Magreta zwykle trzymała mnie z daleka od ojca, ale codziennie zabierała na przechadzkę po ogrodach, nawet gdy było zimno. Tego ranka skręciłam w ich starszą część, oddaloną od domu; wciąż stała tam zaniedbana kaplica, na pół skryta pod bezlistnymi pnączami, z lekko zbutwiałego poszarzałego drewna, z rzeźbionymi zwieńczeniami sterczącymi jak ciernie z warstwy śniegu na dachu. Magreta została na dole i wołała mnie z niepokojem, ale ja wspięłam się po trzeszczących schodach na dzwonnicę, żeby spojrzeć przez okrągłe okienko na rozległy dziedziniec za murem ogrodu, gdzie ojciec codziennie ćwiczył swoich ludzi.

Tego obowiązku nigdy nie zaniedbywał. Nie był już młody, ale był urodzonym bojarem, a nie księciem, i przed wieloma laty w jednym dniu zabił trzech rycerzy w bitwie i zdobył dla ojca cara mury Wyżni, za co otrzymał prawo nazywania tego miasta swoim. Nadal nadzorował ćwiczenia swoich rycerzy, brał krzepkich wiejskich chłopców i wcielał ich do straży miejskiej. Nawet dwaj arcyksiążęta i jeden książę z rodziny carskiej zniżyli się do tego, by przysłać do niego swoich synów, wiedząc, że dobrze ich wyszkoli.

Pomyślałam, że mógł zdjąć ten pierścień przed ćwiczeniami; jeśli tak, to zostawiłby go w gabinecie, na biurku. Już układałam plan. Magreta nie pozwoliłaby mi tam wejść, ale mogłabym ją namówić, żeby zaprowadziła mnie do biblioteki znajdującej się obok, po czym zgubić ją między regałami; wtedy mogłabym wejść do gabinetu i chociaż przez chwilę podotykać pierścienia.

Kiedy jednak spojrzałam na dziedziniec, gdzie żołnierze ćwiczyli pod nadzorem pokrzykującego setnika, zauważyłam, że ojciec nie ma rękawic; zwykle nosił skórzane, a czasem żelazne. Stał z rękami założonymi do tyłu, lewą dłoń zaciskając na przegubie prawej. Chociaż niebo było ciemnoszare i sypał śnieg, ten srebrny pierścień błyszczał jak w słońcu, równie nieosiągalny dla mnie jak inny świat.

Starzykowy pan wciąż chodził mi po głowie, nawet gdy już znów byłam w domu. Nie myślałam o nim przez cały czas; tylko w tych chwilach, kiedy byłam sama albo zajęta czymś innym. Gdy wychodziłam na dwór i szłam za dom, żeby nakarmić kury, przypominały mi się ślady, które tam zostawił, i cieszyłam się, że nie ma ich na śniegu. W szopie, karmiąc kozy w słabym świetle wczesnego ranka, zaglądałam w ciemny kąt, gdzie stały grabie, i przypominało mi się, jak wyszedł z cienia drzew ze swoimi białymi warkoczykami i okrutnym uśmiechem. Gdy wychodziłam po śnieg do stopienia na herbatę, marzły mi dłonie i myślałam: „A jeśli wróci?”. To mnie złościło, ponieważ gniew jest lepszy od strachu, ale potem wracałam z cebrzykiem śniegu i odkrywałam, że stoję przed piecem rozgniewana bez żadnego powodu, a matka patrzy na mnie zdziwiona.

Nie pytała mnie wcale o Starzyka, tylko o to, jak mają się dziadkowie i czy miałam spokojną podróż, jakby i ona zapomniała, dlaczego w ogóle pojechałam do Wyżni. Nie zostało mi ani odrobiny tego magicznego srebra, żeby ułożyć to sobie w głowie, nie miałam nawet tej białej sakiewki. Pamiętałam, że poszłam na targ i patrzyłam, jak pracuje Izaak, ale oczami duszy nie mogłam zobaczyć pierścienia, który zrobił.

Jednak pamiętałam dość, by każdego ranka iść popatrzeć za dom, a w poniedziałek Wanda wyszła nakarmić kury, gdy jeszcze tam byłam. Dołączyła do mnie, spojrzała na gładki niezdeptany śnieg i niespodziewanie zapytała:

– Zatem zapłaciłaś mu? Odszedł?

O mało nie zapytałam: „Kogo masz na myśli?”, ale zaraz znów sobie przypomniałam i zacisnęłam pięści.

– Zapłaciłam mu – powiedziałam, a Wanda po chwili skinęła głową, energicznie, jakby rozumiała, że mówię, że tylko tyle wiem: może wróci, a może nie.

Przywiozłam z Wyżni kilka fartuszków z nowym haftowanym wzorem – fartuszków, a nie sukien, żeby sprzedać je taniej niż po złotówce i nie wyjść na oszustkę, która zawyżyła cenę. W ten targowy dzień poszły wszystkie, tak samo jak chusteczki, które również przywiozłam. Jakaś kobieta z odległego gospodarstwa zapytała mnie nawet, czy wkrótce znów pojadę do Wyżni i czy moim zdaniem mogłabym tam uzyskać dobrą cenę za jej przędzę. Dotychczas nikt nie robił ze mną interesów, jeśli nie musiał, chyba że kupował ode mnie za grosze i sprzedawał mi drogo; zazwyczaj poprosiłaby któregoś z woźniców, Olega lub Pietrowa, żeby zawiózł towar do miasta, gdyby nie zdołała sprzedać go na targu. Jednak w ostatnich latach owce i kozy podczas długich i srogich zim miały tyle wełny, że jej cena spadła, więc nie dostałaby za nią dużo.

Ta wełna była lepsza niż zwykle, miękka i gruba; wiedziałam, że starannie ją wyczesała, uprała i uprzędła. Potarłam pasmo palcami i przypomniałam sobie, że dziadek mówił, że z nadejściem wiosny będzie wysyłał towary na południe, w dół rzeki: wynajął barkę. Zamierzał pakować je w słomę, ale może zamiast niej mógłby używać wełny i uzyskać za nią wyższą cenę na południu, gdzie nie było tak zimno.

– Daj mi próbkę, a zabiorę ją ze sobą, kiedy znów tam pojadę, i powiem ci, ile mogę za nią dostać – powiedziałam kobiecie. – Ile tego masz?

Miała tylko trzy worki, ale widziałam, że inni przysłuchują się naszej rozmowie. Wiele osób sprzedawało na targu wełnę, żeby trochę zarobić albo nawet mieć za co żyć, i gnębiła ich ta obniżka cen. Byłam pewna, że jeśli wrócę na targ i zaproponuję jej dobrą cenę tak, żeby inni słyszeli, to jeszcze wielu z nich przyjdzie do mnie prywatnie.

Zanim tego dnia wróciłam do domu z targu, już postanowiłam, że pojadę do Wyżni po następny towar na sprzedaż, żeby rozkręcić interes. Ciągnęłam na sznurku trzy nowe kozy, kupione tanio z powodu spadających cen wełny, i już układałam w głowie kolejne plany: poproszę dziadka, żeby za pieniądze ze sprzedaży wełny kupił mi kilka sukien na południu, w trochę innym, tamtejszym stylu, żeby sprzedać je w Wyżni i tu na targu.

Wieczorem na stole była pieczona kura ze smażoną marchewką i chociaż raz matka jadła ten porządny posiłek, nie mając takiej miny, jakby każdy kęs miał ją otruć. Zjedliśmy, a potem Wanda poszła do domu, a my usiedliśmy przy ogniu. Ojciec czytał, bezgłośnie poruszając wargami, nową Biblię, którą kupiłam mu w Wyżni; matka z cienkich jedwabnych nici robiła koronkowy stroik, który pewnego dnia może będzie częścią ślubnej sukni. Złocisty blask oblewał ich twarze, miłe i strudzone, a ja przez moment czułam, że cały świat znieruchomiał w szczęściu i spokoju, jakbym dotarła do miejsca, którego przedtem nawet nie mogłam sobie wyobrazić.

Usłyszeliśmy pukanie do drzwi, głośne i energiczne.

– Otworzę – powiedziałam, odkładając szycie.

Kiedy jednak wstałam, rodzice nawet nie podnieśli oczu. Przez moment stałam nieruchomo, ale nadal na mnie nie spojrzeli; matka cicho nuciła coś, miarowo poruszając szydełkiem. Powoli poszłam do drzwi i je otworzyłam, a Starzyk stał na progu z całą zimą ze plecami, w wirującej chmurze śniegu, który nie padał za oknami.

Podał mi następną sakiewkę, pobrzękującą jak ogniwa łańcucha, i przemówił wysokim, dobitnym głosem, jak wiatr świszczący pod krokwiami.

– Tym razem masz trzy dni, zanim przyjdę po to, co moje – oznajmił.

Popatrzyłam na sakiewkę. Była duża i ciężka od monet; więcej srebra, niż miałam w złocie, nawet gdybym opróżniła mój sejf; o wiele więcej. Śnieg spadał i topił się na moich policzkach, oprószył mój szal. Miałam przyjąć te pieniądze bez słowa, ze spuszczoną głową i strachem. Bałam się. Przy butach miał ostrogi, a na palcach biżuterię jak kawały lodu, a za nim wyły dusze wszystkich zaginionych w śnieżycach. Oczywiście, że się bałam.

Jednak nauczyłam się bardziej bać innych rzeczy: pogardy, powolnej utraty szacunku dla samej siebie, szyderstw i wykorzystywania. Z podniesioną głową zapytałam, równie zimno jak on mógłby na to odpowiedzieć:

– A co mi za to dasz?

Szeroko otworzył oczy, które nagle straciły barwę. Śnieżyca zawyła za nim i podmuch lodowatego powietrza uderzył mnie w twarz śniegiem i lodem, kłując w policzki jak igłami. Spodziewałam się, że mnie uderzy, i wyglądał tak, jakby chciał to zrobić, ale zamiast tego powiedział do mnie śpiewnie, jakby słowami piosenki:

– Trzy razy, śmiertelniczko. Trzy razy zamienisz mi srebro w złoto albo sama zostaniesz zamieniona w lód.

Już byłam jak zlodowaciała, a ręce miałam tak zimne, że wydawało mi się, że czuję mróz w kościach palców zdrętwiałych dłoni. Przynajmniej byłam zbyt zmrożona, żeby drżeć.

– A wtedy? – zapytałam pewnym głosem.

Zaśmiał się dźwięcznie i przerażająco.

– A wtedy, jeśli zdołasz to zrobić, uczynię cię moją królową – rzekł drwiąco i rzucił mi sakiewkę pod nogi, aż głośno zabrzęczała.

Gdy oderwałam od niej wzrok, już go nie było, a za moimi plecami matka powiedziała powoli i niepewnie, jakby trudno jej było mówić:

– Mirjem, dlaczego otworzyłaś drzwi? Zimno ciągnie.