Moc srebra

Tekst
Z serii: Fantasy
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Starałam się zrobić jak najwięcej, żeby chcieli, abym wróciła. Zanim wyszłam, żona lichwiarza zapytała mnie ochrypłym od kaszlu głosem:

– Zechcesz mi powiedzieć, jak ci na imię?

Po chwili powiedziałam jej.

– Dziękuję ci, Wando – rzekła. – Bardzo nam pomogłaś.

Kiedy opuszczałam ich dom, słyszałam, jak mówi, że skoro tyle zrobiłam, to pewnie dług szybko zostanie spłacony. Przystanęłam pod oknem i słuchałam.

– On pożyczył sześć kopiejek! – powiedziała Mirjem. – Przy pół grosza za dzień będzie spłacać to przez cztery lata. Nie próbuj mi wmawiać, że to nie jest uczciwa stawka, skoro je z nami obiad.

Cztery lata! Moje serce trzepotało z radości jak ptak.

Rozdział 3


pady śniegu i ataki kaszlu mojej matki trwały do późnej wiosny, ale w końcu zrobiło się cieplej i jednocześnie kaszel jej przeszedł, wyleczony rosołem, miodem i odpoczynkiem. Gdy tylko znów mogła śpiewać, powiedziała mi:

– Mirjem, w przyszłym tygodniu pojedziemy odwiedzić mojego ojca.

Wiedziałam, że rozpaczliwie próbuje oderwać mnie od mojej pracy. Nie chciałam jechać, ale bardzo chciałam zobaczyć babcię i pokazać jej, że jej córka nie śpi snem wiecznym i zimnym, a jej wnuczka już nie chodzi jak żebraczka; chciałam choć raz nie widzieć, jak płacze. Poszłam na ostatni obchód i powiedziałam wszystkim, że wyjeżdżam do miasta i będę musiała doliczyć im odsetki za dodatkowe tygodnie, chyba że będą zostawiali należności w naszym domu podczas mojej nieobecności. Powiedziałam Wandzie, że nadal ma przychodzić codziennie, gotować mojemu ojcu obiad, karmić kury oraz sprzątać dom i podwórze. W milczeniu skinęła głową, nie spierając się.

A potem pojechałyśmy do domu dziadka, lecz tym razem zapłaciłam Olegowi, żeby zawiózł nas tam swoimi wygodnymi, wymoszczonymi sianem i kocami saniami, zaprzężonymi w dobre konie z pobrzękującymi dzwoneczkami, nakrytymi futrem osłaniającym od wiatru. Zdziwiona babcia wyszła nas powitać, gdy zajechałyśmy pod dom, a matka padła jej w ramiona, milcząc i tuląc twarz do jej piersi.

– Cóż, wejdźcie i ogrzejcie się – powiedziała babcia, patrząc na sanie, nasze porządne nowe szaty z czerwonej wełny, obszyte króliczym futerkiem oraz złoty wisiorek na mojej szyi, który pochodził ze skrzyni tkaczki.

Kazała mi zanieść imbryk z wrzątkiem do gabinetu dziadka, żeby porozmawiać sobie z moją matką. Dziadek rzadko się do mnie odzywał, tylko z dezaprobatą mierzył mnie wzrokiem, gdy pojawiałam się w sukienkach kupionych przez matkę. Nie wiedziałam, skąd wiem, co myśli o moim ojcu, ponieważ nigdy nie powiedział o nim ani słowa, ale wiedziałam.

Tym razem przyjrzał mi się uważnie i zmarszczył krzaczaste brwi.

– Teraz futro? I złoto?

Powinnam powiedzieć, że zostałam dobrze wychowana, i wiedziałam, że nie powinnam pyskować do dziadka, ale już złościło mnie niezadowolenie matki i to, że babcia też była niezadowolona, a teraz te docinki akurat z jego strony.

– A dlaczego nie powinnam ich nosić ja, tylko ktoś, kto kupił je za pieniądze mojego ojca? – zapytałam.

Dziadek był tak zaskoczony, jak można się spodziewać po kimś, kto usłyszał coś takiego od swojej wnuczki, ale zaraz uświadomił sobie, co powiedziałam, i znów zmarszczył brwi.

– Zatem kupił ci to ojciec?

Lojalność i miłość do ojca kazały mi milczeć, więc tylko spuściłam oczy i w milczeniu skończyłam wlewać gorącą wodę do samowara i zmieniać herbatę. Dziadek nie zatrzymywał mnie, gdy wychodziłam, ale następnego ranka znał już całą historię o tym, że przejęłam obowiązki ojca, i nagle był tak zadowolony, jak jeszcze nigdy wcześniej i jak nikt inny.

Jego pozostałe dwie córki wyszły za mąż lepiej niż moja matka, za bogatych mieszczan z dobrymi zawodami, ale żadna nie urodziła mu wnuka, który mógłby przejąć jego interes. W mieście mieszkało tylu ludzi, że można było zostać tam kimś więcej niż bankierem czy rolnikiem żyjącym z upraw. Ludzie z miasta chętniej kupowali nasze towary i tuż obok naszej dzielnicy był duży i dobrze prosperujący targ.

– To nie przystoi dziewczynie – próbowała ganić moja babcia, ale dziadek tylko prychnął.

– Złoto nie wie, w czyjej jest dłoni – rzekł i zmarszczył brwi, patrząc na mnie, choć z sympatią. – Będziesz potrzebowała służących – powiedział mi. – Na początek jednego, jakąś dobrą i silną osobę, która nie będzie miała nic przeciwko pracy u Żyda: znajdziesz taką?

– Tak – odpowiedziałam, myśląc o Wandzie; już przyzwyczaiła się przychodzić do nas, a w naszym miasteczku nie było innych możliwości zarobku dla córki ubogiego rolnika.

– Dobrze. Więcej nie chodź sama po pieniądze – powiedział. – Wysyłaj służącą, a jeśli klienci zechcą się spierać, będą musieli przyjść do ciebie. Kup sobie biurko, żebyś mogła za nim siedzieć, kiedy oni będą stali.

Kiwnęłam głową i kiedy odjeżdżałyśmy, dał mi sakiewkę pełną drobniaków, łącznie pięć kopiejek, na pożyczki dla mieszkańców sąsiednich miasteczek, które nie miały swojego lichwiarza. Po powrocie do domu zapytałam ojca, czy Wanda przychodziła, kiedy mnie nie było. Spojrzał na mnie smutnie, głęboko zapadniętymi i smutnymi oczami, chociaż już od miesięcy nie chodziliśmy głodni.

– Tak – odrzekł cicho. – Mówiłem jej, że nie musi, ale przychodziła codziennie.

Zadowolona porozmawiałam z nią tego dnia, kiedy skończyła pracę. Jej ojciec był postawnym mężczyzną i ona też była wysoka i barczysta, z szerokimi kwadratowymi dłońmi, czerwonymi od pracy, krótko obciętymi paznokciami, brudną twarzą i długimi jasnymi włosami schowanymi pod chustką; pospolita, milcząca i uparta jak muł.

– Chcę spędzać więcej czasu nad księgami rachunkowymi – powiedziałam. – Potrzebny mi ktoś, kto będzie chodził i zbierał dla mnie pieniądze. Jeśli się tego podejmiesz, będę ci płaciła nie pół, a cały grosz za dzień.

Stała tam przez długą chwilę, jakby nie wiedząc, czy dobrze mnie zrozumiała.

– Dług mojego ojca zostanie spłacony prędzej – powiedziała w końcu, jakby się upewniając.

– Kiedy zostanie spłacony, nadal będę ci płacić – powiedziałam z udawaną beztroską.

Gdyby jednak Wanda zbierała za mnie pieniądze, ja mogłabym krążyć po okolicznych wioskach i dawać nowe pożyczki. Chciałam zainwestować to jeziorko srebra, które dał mi dziadek, żeby wróciło do mnie jako rzeka groszy.

Wanda znów milczała, po czym zapytała:

– Będziesz mi dawać monety?

– Tak – odparłam. – I co?

Skinęła głową i ja też. Nie próbowałam uścisnąć jej dłoni; nikt nie podaje ręki Żydom, a gdyby ktoś to zrobił, wiedziałabym, że to udawana uprzejmość. Gdyby Wanda nie dotrzymała umowy, przestałabym jej płacić; to była lepsza gwarancja niż jakakolwiek inna.

Tato był zły i ponury, od kiedy poszłam do pracy w domu lichwiarza. Nie mógł mnie nikomu sprzedać, nie zajmowałam się domem i nadal nie mieliśmy co jeść. Częściej krzyczał i używał pięści. Stepon i Siergiej większość czasu spędzali z kozami. Ja uchylałam się jak mogłam i znosiłam wszystko w milczeniu. Trzymałam język za zębami i liczyłam. Jeśli dług mojego ojca zostałby spłacony po czterech latach pracą za pół grosza dziennie, to teraz wystarczą dwa lata. A dwa lata to sześć kopiejek. Później będę mogła pracować jeszcze przez dwa lata, zanim ojciec uzna, że dług został spłacony. Będę miała sześć kopiejek. Sześć moich własnych kopiejek.

Tylko raz widziałam podobną sumę pieniędzy, gdy ojciec wsunął dwie błyszczące srebrne monety w nadstawioną dłoń lekarza. Może gdyby nie przepił i nie przegrał pozostałych czterech, matka by żyła.

Nie miałam nic przeciwko temu, by pukać do drzwi domów obcych ludzi i prosić ich o pieniądze. To nie ja prosiłam, tylko Mirjem, to były jej pieniądze i część z nich miała być potem moja. Stojąc w progach, widziałam wnętrza domów, eleganckie meble, ogień na kominkach. Nikt w tych domach nie kaszlał.

– Przyszłam w imieniu lichwiarza – oświadczałam, a potem mówiłam, ile są winni, i nie odzywałam się, gdy próbowali mi wmówić, że to błąd w obliczeniach. W kilku domach oznajmiono mi, że nie mogą zapłacić, na co odparłam, że muszą iść i porozmawiać z nią w jej domu, jeśli nie chcą, żeby oddała sprawę do sądu. Wtedy jednak coś mi dawali, tak więc kłamali. To jeszcze mniej mnie obchodziło.

Miałam duży i solidny kosz, do którego wkładałam wszystko, co mi dawali. Mirjem obawiała się, że zapomnę, kto mi co dał, ale nie zapominałam. Pamiętałam każdą monetę i wszystkie towary. Ona zapisywała wszystko w swojej wielkiej czarnej księdze, bez przerwy skrobiąc w niej grubym gęsim piórem, pewnie trzymanym w dłoni. W dni targowe brała wszystkie te rzeczy, których nie chciała zatrzymać, a ja szłam za nią z koszykiem do miasta. Sprzedawała i handlowała, aż koszyk był pusty, a jej sakiewka pełna, zamieniając materiały, owoce i guziki na monety. Czasem najpierw robiła coś innego; jeśli jakiś rolnik dał jej dziesięć motków wełny, zanosiła ją do zadłużonej u niej tkaczki i kazała jej w ramach spłaty zrobić z niej płaszcz; potem sprzedawała ten płaszcz na targu.

I pod koniec dnia usypywała na podłodze jeziorko groszaków, robiła z nich ruloniki i zawijała je w papier, zamieniając w srebro; jeden rulonik groszy długości mojego serdecznego palca miał wartość kopiejki. Wiedziałam to, ponieważ gdy następnym razem szła na targ bardzo wcześnie rano, znajdowała jakiegoś przyjezdnego kupca, który dopiero rozkładał swój stragan, i dawała mu taki rulonik, a on otwierał go, liczył grosze, a potem dawał jej jedną srebrną kopiejkę. Tych srebrnych monet nie wydawała ani nie rozmieniała na targu. Zanosiła je do domu i też zawijała w papier, w ruloniki długości mojego małego palca, z których każdy miał wartość jednej złotej monety. Chowała je do skórzanej sakiewki, którą dał jej dziadek. Widywałam tę sakiewkę tylko w dni targowe, wtedy leżała na stole, gdy przychodziłam, i była tam nadal, kiedy wychodziłam po pracy. Nie chowała jej ani nie brała ze sobą, kiedy wychodziła, a jej ojciec i matka nigdy nie dotykali tej sakiewki.

 

Nie rozumiałam, skąd wie, ile co jest dla kogoś warte, skoro nie chciała tego zatrzymać dla siebie. Powoli jednak nauczyłam się odczytywać liczby, które zapisywała w swojej księdze, wyceniając przedmioty, a kiedy słyszałam, ile dostała za nie na targu, te sumy przeważnie były niemal takie same. Chciałam zrozumieć, jak ona to robi. Jednak nie pytałam. Wiedziałam, że uważa mnie za rodzaj konia lub muła, jakieś pospolite, milczące i silne stworzenie. Tak się czułam przy niej i jej rodzicach. Miałam wrażenie, że mówią przez cały dzień; rozmawiają, śpiewają, a nawet się kłócą. Nigdy jednak na siebie nie krzyczeli i nie podnosili rąk. I wciąż się dotykali. Matka kładła dłoń na policzku Mirjem albo ojciec całował ją w czubek głowy, ilekroć przechodziła obok. Czasem gdy opuszczałam ich dom po całym dniu pracy, kiedy doszłam drogą na pola i nikt mnie nie widział, kładłam sobie na głowie dłoń, która stała się duża, ciężka i silna, i próbowałam sobie przypomnieć dotyk matczynej ręki.

W moim domu była tylko cisza, ciężka jak ziemia. Przez całą zimę głodowaliśmy, chociaż jadłam obiady na służbie. Później musiałam przejść sześć mil, żeby wrócić do domu. Teraz nadeszła wiosna, ale wciąż byliśmy głodni. Wracając do domu, zbierałam grzyby, a jeśli miałam szczęście, to dziką rzepę i inne warzywa. Nie było ich wiele. Większość nie nadawała się do jedzenia. Te dawaliśmy kozom. Potem wykopywałam w ogrodzie wczesne ziemniaki, zbyt młode, więc niezbyt pożywne, ale i tak je jedliśmy. Odcinałam najmniejsze kawałki z oczkami i zakopywałam je. Wchodziłam do domu i przegarniałam żar pod garnkiem z kapustą, którą nastawiłam rano. Dodawałam do niej te małe ziemniaki i wszystko inne, co udało mi się znaleźć. Jedliśmy, siedząc przy stole ze spuszczonymi głowami i nie odzywając się.

Nic nie rosło dobrze. Ziemia była zamarznięta na kamień aż do kwietnia, a żyto rosło ospale. Gdy tato w końcu zdołał zasiać fasolę, po tygodniu spadł śnieg i wymroził połowę roślin. Tego ranka po przebudzeniu myślałam, że jeszcze jest noc. Jednak był dzień, szary jak kamień, a śnieg sypał tak, że nie widzieliśmy płotu sąsiada. Tato zaczął kląć i wykopał nas z łóżka. Wszyscy wybiegliśmy na zewnątrz, żeby wprowadzić kozy pod dach, piątkę małych koźląt. Jedno już było martwe. Pozostałe wprowadziliśmy do domu razem z ich matkami. Meczały, żuły nasze koce i o mało nie wlazły do kominka, ale przeżyły. Kiedy śnieg przestał padać, poćwiartowaliśmy martwe koźlę i zasoliliśmy tę niewielką ilość mięsa. Ugotowałam zupę na kościach i zjedliśmy wątrobę oraz płucka. Przez jeden dzień nie byliśmy głodni.

Siergiej mógłby zjeść trzy razy więcej, niż mu przypadało. Zaczynał szybciej rosnąć. Podejrzewałam, że czasem poluje, chociaż wiedział, że za kłusowanie mogą go powiesić albo gorzej, jeśli polował w lesie. Jedynymi zwierzętami, które mogliśmy łapać w sidła, były te oznakowane czarną lub brązową plamą. Niewiele jednak ich zostało, a białe zwierzęta, całe białe, należały do Starzyków. Nie wiedziałam, co oni by zrobili komuś, kto polował na ich zwierzęta, ponieważ nikt tego nie robił, ale wiedziałam, że coś by zrobili. Starzykom nie zabiera się niczego, co do nich należy. Oni przychodzą i okradają ludzi, ale nie lubią, gdy ktoś okrada ich.

Czasem jednak Siergiej przychodził i zjadał całą swoją porcję, nie podnosząc oczu ani nie przerywając, tak samo jak ja moją. Jakby wiedział, że zjadł więcej niż pozostali siedzący przy stole. Dlatego podejrzewałam, że poluje tam, gdzie nikt inny nie śmiał. Nie mówiłam mu, żeby tego nie robił: wiedział, że nie powinien. Ponadto w moim domu nie było tak jak w domu lichwiarza. Tu nie przychodziło mi na myśl słowo „miłość”. Ta została pochowana razem z moją matką. Siergiej i Stepon byli tylko kolejnymi dziećmi, po których się rozchorowała. Nie umarli, ale jeszcze przysporzyli pracy jej, a teraz mnie. Zjadali część żywności, a ja musiałam prząść kozią wełnę, szyć i prać im ubrania. Tak więc niezbyt martwiłam się tym, co będzie, jeśli Starzykowie zrobią coś Siergiejowi. Myślałam, że może powinnam mu powiedzieć, żeby przyniósł mi kości na zupę, ale potem pomyślałam, że gdybyśmy wszyscy ją zjedli, to wszyscy mielibyśmy kłopoty, a nie warto dla paru rozłupanych kości, które już obrał do czysta.

Jednak Stepon kochał Siergieja. Kazałam Siergiejowi opiekować się nim, kiedy umarła matka. Ja miałam jedenaście lat i umiałam prząść, a Siergiej miał dopiero sześć, więc tato na to pozwolił. Zanim Siergiej był na tyle duży, żeby pracować w polu, przyzwyczaił się do towarzystwa Stepona i nie próbował mi go podrzucać. Stepon chodził za nim, starał się nie przeszkadzać i przynosił im wodę. Pomagał przy kozach i razem spali w ich ciepłej szopie, kiedy ojciec był zły, nawet w zimie. Siergiej czasem bił brata, ale niezbyt mocno.

Tak więc Stepon przyszedł do mnie, gdy Siergiej zachorował. Było to przed południem. Pracowałam w ogrodzie lichwiarza, ścinając główki kapusty. Jeszcze nie były dojrzałe, ale nad ranem chwycił przymrozek, chociaż była to jeszcze wczesna jesień, i Mirjem orzekła, że lepiej zebrać je teraz, zanim całkiem się zepsują. Miałam oko na drzwi. Wkrótce się otworzą i żona lichwiarza zawoła mnie na obiad. Tego ranka w worku z ziarnem dla kur była skórka zeschniętego chleba, którą wzięłam i gryzłam po kawałku, zmiękczając w ustach łykami wody z beczki na deszczówkę, zimnej pod skorupą lodu, ale wciąż ściskało mnie w brzuchu z głodu. Właśnie znów spojrzałam na drzwi, gdy Stepon zawołał: „Wanda!”. Opierał się o płot i łapał powietrze. „Wanda!”

Gdy wykrzyknął moje imię, drgnęłam, jakby tato zdzielił mnie kijem po plecach.

– Co jest?

Byłam zła na Stepona, że przyszedł. Nie chciałam go tu.

– Wanda, podejdź – powiedział, machając do mnie. Nigdy wiele nie mówił. Siergiej rozumiał go bez słów, a gdy nasz dom zaczynał rozbrzmiewać krzykami ojca, on wychodził, jeśli tylko mógł. – Wanda, podejdź.

– Czy coś się stało w domu? – Żona lichwiarza stała w drzwiach, opatulona szalem. – Idź, Wando. Powiem Mirjem, że wysłałam cię do domu.

Nie miałam ochoty iść. Domyślałam się, że coś się stało Siergiejowi, ponieważ tylko dlatego mógł tu przyjść Stepon. Nie chciałam rezygnować z obiadu, żeby pomóc Siergiejowi, który nigdy w niczym mi nie pomógł. Nie mogłam jednak tego powiedzieć żonie lichwiarza. Wstałam i w milczeniu wyszłam przez bramę, a kiedy przeszliśmy kawałek drogą i znaleźliśmy się pod drzewami, potrząsnęłam Steponem.

– Nigdy więcej po mnie nie przychodź – powiedziałam gniewnie. Miał dopiero dziesięć lat, więc z łatwością mogłam nim potrząsać.

On jednak tylko złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Poszłam z nim. Powinnam pójść do domu i powiedzieć tacie, że Siergiej wpakował się w tarapaty, ale tego nie mogłam zrobić. Nie kochałam Siergieja, ale on by nie doniósł na mnie ojcu, więc i ja na niego nie doniosę. Stepon próbował biec. Usiłowałam dotrzymać mu kroku, żeby przebiec kawałek, nie myśląc, a potem przystawałam i on także, żeby złapać oddech, a po chwili znów zaczynał biec. Pokonaliśmy sześć mil zaledwie w godzinę. Kiedy byliśmy już niedaleko domu, zaczął ciągnąć mnie w bok, do lasu. Nabrałam podejrzeń.

– Co mu się stało? – zapytałam.

– Nie może wstać – powiedział Stepon.

Siergiej był nad strumieniem, do którego w lecie chodziliśmy po wodę, jeśli bliższy strumyk wysechł. Leżał na boku, na brzegu. Nie wyglądał, jakby spał. Miał otwarte oczy, a kiedy przytknęłam palec do jego warg, poczułam, że oddycha, ale się nie ruszał. Spróbowałam unieść jego rękę – była ciężka i bezwładna. Rozejrzałam się. Obok niego był do połowy zanurzony w wodzie martwy biały królik, z zaciśniętym na nodze sznurkiem skręconym z koziego włosia. Bez żadnej plamki na futrze. Wszystkie ścieżki pokrywał szron, a brzegi strumienia były ścięte lodem. Zrozumiałam, że Starzyk przyłapał Siergieja i zabrał jego duszę.

Położyłam jego rękę na ziemi. Stepon patrzył na mnie, jakby spodziewał się, że coś zrobię. Jednak nic nie można było zrobić. Kapłan nie przyjedzie z odległego miasta, żeby nam pomóc, a poza tym Siergiej kradł, chociaż wiedział, że nie powinien. Nie sądziłam, by Bóg ratował kogoś, kto sam był sobie winien.

Nic nie powiedziałam. Stepon też nic nie mówił, ale nadal patrzył na mnie, jakby wiedział, że coś mogę zrobić, aż zaczęłam mieć wrażenie, że mogłabym, chociaż nie chciałam. Zacisnęłam zęby i usiłowałam nie myśleć o tym, co by tu zrobić, potem spróbowałam ocucić Siergieja, klepiąc go po twarzy i pryskając mu na twarz zimną wodą, chociaż wiedziałam, że to nic nie da. I nie dało. Nie ruszał się. Woda ściekała mu po twarzy, a kilka kropel nawet zalało mu oczy, a potem spłynęło z nich jak łzy, ale on nie płakał, tylko leżał tam bezwładnie jak spróchniała w środku kłoda.

Stepon nie patrzył na Siergieja. Przez cały czas spoglądał na mnie, prawie nie mrugając. Miałam ochotę go spoliczkować albo zdzielić kijem. Co dobrego obaj kiedykolwiek dla mnie zrobili, żebym była im coś winna? Przestałam go cucić i stałam, zaciskając pięści, a potem powiedziałam: „Weź go za nogi”. Te słowa miały smak zgniłych żołędzi.

Siergiej nie był jeszcze taki duży, żebyśmy we dwoje nie mogli go unieść. Obróciłam go na plecy i złapałam pod pachy, a Stepon umieścił kostki jego nóg na swoich chudych ramionach, i razem powoli wynieśliśmy go z lasu na sam skraj naszych pól, aż do białego drzewa. Kiedy tam dotarliśmy, byłam jeszcze bardziej rozzłoszczona. Trzy razy upadłam w lesie, idąc tyłem i taszcząc go, potykając się o korzenie i ślizgając w na pół zamarzniętym błocku. Nabiłam sobie siniaka na jakimś kamieniu, ubrudziłam się ziemią i zgniecionymi trującymi jagodami, tak że będę musiała uprać ubranie. Jednak nie to mnie złościło. Odebrali mi ją, oni wszyscy: Siergiej, Stepon i ci pozostali martwi chłopcy w grobach. Zabrali mi matkę. Nie chciałam się nią dzielić. Jakie mieli do niej prawo?

Nic jednak nie powiedziałam. Puściłam Siergieja, pozwalając mu bezwładnie osunąć się na ziemię pod białym drzewem, obok grobu naszej matki, stanęłam pod tym drzewem i powiedziałam:

– Mamo, Siergiej jest chory.

Powietrze było nieruchome i zimne. Za nami żyto ledwie wschodziło na długim, zielonkawym, ciągnącym się w dal polu, kiełkami o wiele mniejszymi, niż powinny być, i widziałam dym unoszący się nad naszym domem prostą szarą smugą. Ojca nie było w pobliżu. Wiatr ucichł, lecz białe drzewo westchnęło, jego gałęzie zadrżały i kawałeczek jego kory odskoczył. Złapałam go i oderwałam od pnia jeden długi pas.

Podnieśliśmy Siergieja i zanieśliśmy go nad nasz strumyk, po czym posłałam Stepona do domu po gorący węgiel i kubek. Nazbierałam suchej trawy oraz patyków i zrobiłam z nich stosik, a kiedy Stepon wrócił, rozpaliłam ognisko i zaparzyłam herbatę z tego kawałka kory. Gdy woda w kubku zrobiła się popielatoszara i miała zapach ziemi, unieśliśmy Siergiejowi głowę i zmusiliśmy go do przełknięcia kilku łyków. Trząsł się przy tym jak pies strząsający pchły w lecie. Wmusiłam w niego jeszcze jeden łyk, a potem następny, a wtedy obrócił się i zaczął wymiotować, raz po raz, zwracając mnóstwo parującego surowego mięsa, cuchnącego i obrzydliwego. Odwróciłam się, żeby też nie zwymiotować. Gdy w końcu przestał, sam odczołgał się od tej sterty, popłakując.

Dałam mu trochę wody do wypicia, a Stepon zakopał tę stertę surowego mięsa, które zwrócił. Siergiej płakał jeszcze przez chwilę, dysząc. Był chudy i wymizerowany, jakby długo głodował, ale przynajmniej znów był z nami. Musiał oprzeć się na mnie, kiedy wstawaliśmy. Poszliśmy wzdłuż strumienia do głazu, gdzie był wodopój kóz, które pasły się i skubały liście na brzegu. Najstarsza podeszła do nas z nastawionymi uszami, a Siergiej objął jej szyję i przycisnął twarz do jej boku, gdy ja wydoiłam z niej kubek mleka i dałam mu do wypicia.

Opróżnił kubek do ostatniej kropli, a potem czujnie spojrzał na mnie. Nasz ojciec zauważał, jeśli któraś z kóz nie dała tyle mleka, ile powinna, i wszyscy dostaniemy lanie, jeśli się nie dowie, kto je wypił. Pomimo to wyjęłam z ręki Siergieja kubek, ponownie go napełniłam i mu dałam. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Jednak zrobiłam to, a potem rano, gdy ojciec przyszedł ze skopkami po dojeniu i zaczął krzyczeć, wstałam i powiedziałam mu głośno:

– Siergiej musi więcej jeść!

Ojciec spojrzał na mnie ze zdumieniem, a Siergiej i Stepon także. Na ich miejscu też bym wytrzeszczyła oczy. Po chwili spoliczkował mnie i kazał mi się zamknąć, ale potem wyszedł i na tym sprawa się skończyła. Siergiej, Stepon i ja czekaliśmy w chacie, ale nie wrócił. Nie pobił nas. Siergiej popatrzył na mnie, a ja na niego i nic nie powiedzieliśmy. Po jakiejś minucie wzięłam chustę oraz worek i poszłam do pracy. Moje ubranie było nadal brudne i sztywne od zaschniętego błota. Upiorę je dopiero razem z rzeczami ojca i braci.

 

Kiedy po południu wróciłam do domu, Siergiej wyciągnął balię, a Stepon napełnił ją wodą przyniesioną ze strumienia. Nawet zagrzali trochę wody, żeby była ciepła i rzeczy się lepiej uprały. Popatrzyłam na nią, a potem wyjęłam z kieszeni i pokazałam im trzy jajka, które dostałam od żony lichwiarza. Zapytała mnie, co się stało. Kiedy powiedziałam jej, że mój brat rozchorował się po czymś, co zjadł, stwierdziła, że najlepsze na niestrawność są surowe jajka, i dała mi trzy. Wypiłam jedno, Siergiej półtora, a Stepon ostatnie pół. Potem pokroili za mnie główkę naszej kapusty, gdy ja prałam ubranie, a kiedy skończyłam, zrobiłam obiad.