Enola HolmesTekst

Z serii: Enola Holmes #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Marzec 1889 roku

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Kwiecień 1889 roku

Przypisy

An Enola Holmes Mystery. The Case of the Bizarre Bouquets

Copyright © Nancy Springer, 2008

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Gałązka-Salamon

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Wydanie I

Projekt graficzny serii: Poradnia K

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA – Good Mood Studio

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: JOLANTA KUCHARSKA

Korekta: MAGDALENA GERAGA

ISBN 978-83-66005-68-6

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojej matki

N.S.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

MARZEC 1889 ROKU

Wariaci nie mają za grosz rozsądku – stwierdziła w myślach przełożona personelu pielęgniarskiego – ale co odbiera ludziom zdolności umysłowe, jeśli nie brak zdrowego rozsądku? – Weźmy tego nowego pacjenta: gdyby miał choć trochę pomyślunku, skorzystałby z pięknej słonecznej pogody i wyszedłby na plac rekreacyjny wraz z innymi, żeby się trochę rozruszać w pierwszym dniu wiosny. Słuchałby poleceń („Wyprostować się! Głęboki wdech! Patrzymy w górę i podziwiamy piękne niebo! A teraz marsz! Od lewej! RAZ-dwa-trzy-cztery!”) i wyszłoby mu to tylko na zdrowie, ale ten...

– Wypuśćcie mnie! – słyszy to żądanie już chyba setny raz. – Jestem Anglikiem! Takie traktowanie brytyjskiego obywatela jest niedopuszczalne! – Chociaż pacjent mówi w gniewie, jedno trzeba mu przyznać: nie przeklina. Nie obrażał przyzwoitości nawet wtedy, gdy szarpał się z dozorcami czy podbił dyrektorowi oko. Teraz też ogranicza się do ognistych protestów: – Wypuśćcie mnie! Żądam tego, jako lojalny poddany jej królewskiej mości. Wypuśćcie mnie z tej sakramenckiej trumny!

– To nie jest trumna, panie Kippersalt – oponuje przełożona nieco znudzonym, lecz łagodnym głosem. Siedzi na niewygodnym drewnianym krześle, którego twardość kompensują jedynie jej obfite kształty, zajęta dzierganiem skarpetki. – Góra i dół mogą wprawdzie kojarzyć się z trumną, ale przecież doskonale pan wie, że trumna nie ma po bokach kratek, które panu umożliwiają oddychanie, a nam pilnowanie, czy nie dzieje się panu żadna krzywda.

– Żadna krzywda?! – Uwięziony w skrzyni mężczyzna wybucha śmiechem. Zaskoczona kobieta gubi oczko, marszczy brew i odkłada na bok robótkę, by sięgnąć po cienki zeszyt i ołówek. – Nie dzieje mi się żadna krzywda w tym diabelskim wynalazku? – Więzień z trudem wypowiada te słowa między kolejnymi spazmami dyszkantowego śmiechu.

– Nie wydaje mi się, by był pan fizycznie niedysponowany – odpowiada przełożona łagodnie, acz z godnością. – Poza tym leży pan na czystej palecie, może pan zmieniać pozycję i poruszać rękami. Łóżeczko jest o wiele przyjemniejsze niż kaftan bezpieczeństwa.

– Łóżeczko? Więc tak to nazywacie?! – Pacjent wciąż zanosi się śmiechem bez najmniejszego powodu.

Przełożona zerka na niego z ukosa. Doskonale zdaje sobie sprawę, że z tym człowiekiem nie ma żartów. Okazał się nader zwinny jak na swoją tuszę i do tego obdarzony wyjątkowym sprytem. Niewiele brakowało, a dobiegłby do ogrodzenia.

W nowym, niemal dziewiczym dzienniku pacjenta Kippersalta pojawia się nowy wpis: data i godzina, a pod nimi słowa: Pacjent dostał ataku śmiechu, to oczywisty przejaw histerii. Z poprzednich uwag wynika, że pan Kippersalt opierał się z całych sił podczas przebierania go w szary wełniany uniform i protestował, kiedy odebrano mu rzeczy osobiste, by umieścić je w bezpiecznej przechowalni. Odmówił przyjmowania pokarmów. Mocz jest jasny i przejrzysty. Praca jelit przebiega prawidłowo. Sprawia wrażenie schludnego. Nie stwierdza się u niego deformacji czaszki, tułowia i kończyn. I używa chustki do nosa.

– Łóżeczko, które ma mnie pozbawić przynależnej dorosłym wolności? – Denerwujący śmiech zaczyna przycichać. Pacjent nawet nieźle się trzyma jak na osobę w średnim wieku. Ma w sobie coś z żołnierza. Teraz gładzi palcami wąsy, jakby chciał powściągnąć irytację albo coś przemyśleć. – Kiedy mnie stąd wypuścicie?

– Po przebadaniu przez lekarza. – I rzecz jasna po podaniu wodzianu chloralu, dopowiada w myślach przełożona. Zakładowy medyk, będąc uzależniony od laudanum i podobnych substancji, ogranicza swój kontakt z pacjentami do podawania im silnie działających środków.

– Lekarza? Ależ to ja jestem lekarzem! – I nowo przyjęty wariat ponownie zanosi się śmiechem.

Przełożona zapisuje: Upiera się przy swoich urojeniach będących przejawem manii wielkości. Odkłada zeszyt i ponownie sięga po druty. Wyrabianie pięty w skarpecie wymaga skupienia, ale kiedy jest się żoną dyrektora szpitala dla obłąkanych, trzeba się pogodzić z robieniem siedmiu rzeczy naraz i brakiem czasu, by odsapnąć, pójść na spacer czy przejrzeć gazetę. Cóż, kierowanie personelem pielęgniarskim wymaga równie dużo zachodu jak nadzór nad chorymi. Nie dotarł tu jeszcze etos pracy Florence Nightingale: opiekunowie chorych są w najlepszym razie analfabetami, większość jednak tkwi w szponach jakiegoś nałogu i zazwyczaj pije.

Przełożona wzdycha. Usiłuje znaleźć zgubione oczko, i choć w jej głosie pobrzmiewa tłumiony strach, odpowiada pacjentowi:

– Lekarzem? To nieprawda, panie Kippersalt. Z dokumentów przyjęcia wyraźnie wynika, że prowadzi pan sklep.

– Nie nazywam się Kippersalt! Nie jestem osobą, za którą mnie tu wszyscy biorą! Dlaczego nikt w tym piekielnym miejscu nie potrafi pojąć, że trafiłem tu wskutek jakiegoś absurdalnego qui pro quo[1]?

Czując na sobie wzrok zamkniętego w trumnopodobnym pudle mężczyzny, przełożona uśmiecha się z pełnym rutyny pobłażaniem.

– Doświadczenie zdobyte podczas trzydziestu lat pracy nauczyło mnie jednego: pacjenci nader często twierdzą, iż doszło do pomyłki, jednak nigdy nie jest to zgodne z prawdą. – Jakżeby inaczej, skoro skierowanie do zakładu zamkniętego wiązało się z niebagatelnymi kwotami przechodzącymi z ręki do ręki. – Było tu wielu takich jak pan dżentelmenów. Niejeden z nich upierał się, że jest Napoleonem, to najczęstsza fiksacja. Ale zdarzyli się nam także książę Albert i sir William Drake, a nawet William Szekspir.

– Ależ ja mówię prawdę!

– ...niektóre zbłąkane dusze wracają tu do zdrowia – ciągnie przełożona, puszczając protesty mimo uszu. – Część z nich wciąż tu przebywa. Ale chyba nie chciałby pan tego, prawda, panie Kippersalt? Nie chciałby pan dokończyć tu żywota.

– Nie noszę nazwiska Kippersalt! Nazywam się Watson! – Nawet przez kratę widać, jak nastroszyły mu się wąsy.

Przełożona kwituje to dobrodusznym żarcikiem:

– Na jednym z oddziałów mamy teraz samego Sherlocka Holmesa. Ciekawe, czy zechce za pana poręczyć.

– Pani chyba oszalała! Tłumaczę pani, że jestem Johnem Watsonem, lekarzem i literatem! Wystarczy zatelefonować do Scotland Yardu...

 

Zatelefonować? Jakby ktoś w oddalonej od City północnej części miasta miał kiedykolwiek styczność z tym nowomodnym wynalazkiem. „Wystarczy zatelefonować do Scotland Yardu”? Kolejny dowód, że to przypadek manii wielkości.

– ...i poprosić o rozmowę z inspektorem Lestrade’em. Potwierdzi moją tożsamość.

– Nonsens – mruczy pod nosem przełożona. – Nonsens. – Doprawdy, czy ten biedak naprawdę się łudzi, że dyrektor przeprowadzi dochodzenie, zwróci pokaźną zapłatę i wypuści go na wolność? – Już dobrze, cichutko. Cii... – ścisza głos, jak piastunka uspokajająca marudne dziecko. Zaczyna się obawiać, czy nasilające się pobudzenie nerwowe nie doprowadzi pacjenta do gorączki mózgowej. Wszak mija już drugi dzień, a pan Kippersalt jak bredził, tak bredzi.

Doprawdy, przykra sprawa. Przełożona miała do czynienia z pokaźną rzeszą obłąkanych, jednak ten osobnik wzbudza w niej szczególne współczucie. Zdaje się, że byłby przezacnym człowiekiem, gdyby tylko nie szwankował mu umysł.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Niełatwo wybrać sobie nowe imię i nazwisko. Chyba nawet trudniej niż wybrać imię dla dziecka, ponieważ z wiekiem człowiek wchodzi w szczególną komitywę z własnym ja, a przychodzące na świat niemowlę jest jedną wielką niewiadomą. Z pewnością jakiś artystyczny kaprys kazał mamie wybrać dla mnie imię Enola, czyli a l o n e pisane wspak.

Nie myśl o mamie.

Mimo że potężny siniec na mojej twarzy już prawie zniknął, cios zadany moim uczuciom pozostawił głęboką i bolesną ranę. Dlatego też owego pierwszego ciepłego i słonecznego dnia marca tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego roku uznałam, że wolę pozostać w zaciszu wynajmowanego pokoiku. Uzbrojona w papier i ołówek zasiadłam przy otwartym oknie (jak miło odetchnąć świeżym powietrzem – nawet w jego londyńskim wydaniu – po długiej zimie!), przyglądając się tętniącej życiem uliczce East Endu. Moją uwagę od razu przykuła rozgrywająca się na dole scena: właśnie przepędzano tamtędy spore stado baranów, więc wszelkiego rodzaju pojazdy – wozy z węglem, wózki zaprzężone w osiołki czy kramiki na kółkach pchane przez obwoźnych sprzedawców – utworzyły zator. Do moich uszu dobiegały wyjątkowo plugawe przekleństwa, którymi przerzucali się wściekli woźnice. Ubrani w czerwień rekruterzy z wojska i liczni próżniacy przyglądali się temu z drwiącym uśmieszkiem; ślepy żebrak i prowadzący go chłopaczek w łachmanach próbowali przebić się przez tłum; nieletni ulicznicy wspinali się na latarnie, żeby się gapić i szydzić, a kobiety okutane w brudne szale spieszyły się do swoich obowiązków. One – przepracowane ponad siły mieszkanki slumsów – w przeciwieństwie do mnie miały dokąd pójść.

Spojrzałam na trzymany na kolanach arkusz, na którym bezwiednie napisałam:

Enola Holmes

Zamaszystym ruchem przekreśliłam swoje prawdziwe personalia. Tym imieniem i nazwiskiem absolutnie nie wolno mi się było posługiwać. Mycroft i Sherlock mogliby trafić na mój ślad i ponownie wziąć mnie pod kuratelę, by poprzez lekcje śpiewu i inne podobne sztuczki zrobić z niepokornej siostry wzorcową ozdobę towarzystwa z wyższych sfer. I mieli do tego pełne prawo. Mogli mnie przymusowo umieścić na pensji dla panien. Albo w klasztorze. Ewentualnie w sierocińcu. Zapisać do Akademii Zdobienia Porcelany dla Młodych Dam. Mogliby zrobić ze mną wszystko. Zgodnie z obowiązującym prawem Mycroft, starszy z braci, byłby władny zamknąć mnie do końca życia w szpitalu dla obłąkanych. Wymagało to jedynie podpisów dwóch doktorów medycyny (w tym lekarza „od czubków”, który dbał o regularne wpłaty na rzecz swojego zakładu). Dwa podpisy plus autograf samego Mycrofta, gotowego posunąć się do każdej intrygi, byle tylko pozbawić mnie wolności, której nie chciałam się wyrzec.

Napisałam:

Ivy Meshle

Imię i nazwisko, którymi posługiwałam się przez pół roku swego niezależnego bytowania po ucieczce z domu. „Ivy”, czyli bluszcz, symbol wierności, oraz „Meshle” – gra sylabami nazwiska „Holmes”: Hol mes, mes Hol, Meshle. Bardzo mi się ta tożsamość podobała i żal mi było z niej zrezygnować, jednak czułam się z nią niezbyt pewnie, odkąd Sherlock odgadł, że posługuję się kryptonimem Ivy w szyfrowanej korespondencji z mamą, na łamach działów ogłoszeń drobnych codziennej prasy.

Co jeszcze wiedział mój arcymądry brat Sherlock – który w przeciwieństwie do korpulentnego i zasiedziałego Mycrofta próbował mnie chociaż odszukać – co jeszcze Sherlock wiedział na mój temat? Co odkrył podczas naszych jakże osobliwych spotkań?

Napisałam:

Wie, że jestem do niego podobna fizycznie.

Wie, że wspinam się na drzewa.

Wie, że jeżdżę na rowerze.

Wie, że udawałam wdowę.

Wie, że podszywałam się pod nędzarkę sprzedającą czyściki do stalówek.

Wie, że udawałam zakonnicę.

Wie, że rozdawałam biedakom żywność i koce.

Wie, że noszę w gorsecie sztylet.

Wie, że naprowadziłam policję na trop dwóch przestępców.

Wie, że dwukrotnie wdarłam się do jego domu przy Baker Street.

Wie, że używam imienia Ivy.

Należy założyć, że doktor Watson poinformował go, iż niejaka Ivy Meshle pracuje dla pierwszego na świecie naukowca perdytorysty.

Westchnęłam, pisząc to ostatnie zdanie. Podziwiałam poczciwego doktora Watsona, mimo że spotkałam go zaledwie trzykrotnie. Po raz pierwszy, kiedy postanowił zasięgnąć rady perdytorysty – zawodowego poszukiwacza zaginionych osób – w sprawie swego przyjaciela Sherlocka Holmesa. Po raz drugi – kiedy wybrałam się do niego po poradę, a on mi zaaplikował brom na ból głowy. Po raz trzeci i ostatni – kiedy powierzyłam jego opiece ranną lady. Doktor Watson był uosobieniem szarmanckiego i solidnego angielskiego dżentelmena gotowego spieszyć z pomocą bliźnim w każdej potrzebie. Darzyłam go wielką sympatią, niemal równie wielką jak brata, bo mimo wszystko uwielbiałam Sherlocka, choć znałam go tylko z cieszących się ogromnym wzięciem relacji spisywanych i publikowanych przez doktora Watsona, które czytałam z wypiekami na policzkach.

Dlaczego, ach, dlaczego ci, na których mi najbardziej zależało, zawsze chcą dowieść, że się do niczego nie nadaję?

Z westchnieniem zacisnęłam wargi i przekreśliłam Ivy Meshle paroma grubymi pociągnięciami ołówka.

No to w takim razie jak?

Moja konsternacja wynikała nie tyle z konieczności wyboru imienia i nazwiska, ile z szerzej pojętej kwestii wyboru kolejnego wcielenia. Jaki typ kobiety wziąć sobie za wzór? Prostą dziewczynę, Mary albo Susan? Brzmi nijako. Jednak imiona kwiatowe, które uwielbiałam, takie jak Rosemary (rozmaryn to symbol wspomnień) czy Violet (fiołek symbolizuje ukryte piękno i cnotę) nie wchodziły w rachubę, ponieważ Sherlock wiedział, że porozumiewam się z mamą kwiatowym szyfrem.

Nie mogłam też wykorzystać pozostałych imion, które otrzymałam na chrzcie, a zgodnie ze szlacheckim obyczajem mam ich kilka: Enola Eudoria Hadassah Holmes. Enola E.H. Holmes – E.E.H.H. Eehh. Tak się właśnie czułam. Imię Hadassah nosiła nieżyjąca już siostra mojego ojca, Sherlock natychmiast by je ze mną skojarzył. Z Eudorią było jeszcze gorzej, ponieważ imię to nadano mi po matce.

Zresztą nie chciałam się w żaden sposób wzorować na mamie.

A może jednak?

– A niech to. Do diaska – mruczałam gniewnie, pisząc:

Violet Vernet

Vernet to nazwisko panieńskie matki, więc Sherlock bez wątpienia by je rozpoznał. A gdyby je zapisać wspak:

Tenrev.

Zupełnie nie brzmi. A gdybym pobawiła się nieco literami?

Netver

Never

Every

Ever

Ever. Zawsze. Ale co?

Zawsze sama?

Zawsze porzucona?

– Zawsze wierna sobie – stwierdziłam surowo. – Zawsze będąca tym, kim teraz jestem. Buntowniczką, marzycielką. Oraz perdytorystką, poszukiwaczką zaginionych. Przyszło mi nagle na myśl, że dobrym rozwiązaniem dla osoby zainteresowanej poznawaniem wiadomości, które nie trafiały do druku, byłoby zatrudnienie się w redakcji przy Fleet Street...

Traf chciał, że w tej samej chwili na schodach rozległo się żółwiowate człapanie mojej gospodyni.

– Gazety, panno Meshle! – zawołała, zanim jeszcze dotarła do półpiętra. Głucha jak pień pani Tupper uznawała za stosowne robić wokół siebie jak najwięcej hałasu.

Wstałam, przeszłam przez pokój i wrzuciłam wszystkie swoje zapiski do ognia. Po chwili gospodyni załomotała do drzwi z siłą, z jaką zwykli ludzie łupią orzechy.

– Dziękuję, pani Tupper. – Oczywiście nie mogła mnie usłyszeć i tylko z ruchu moich, mam nadzieję, uśmiechniętych warg odczytała, co powiedziałam, odbierając od niej prasę.

Pani Tupper nie zamierzała jednak się oddalić. Wyprostowawszy przygarbione plecy na tyle, na ile było to możliwe, wbiła we mnie spojrzenie wodnistych oczu.

– Panno Meshle – oznajmiła z heroizmem osoby, która postanawia wypełnić święty moralny obowiązek – nie godzi się tak zamykać na cztery spusty. Cokolwiek się wydarzyło... chociaż nic mi do tego... cokolwiek się stało, to jeszcze nie powód, żeby się wpędzać w chorobliwą bladość. A tak się składa, że mamy dziś dzionek jak marzenie. Pokazało się słoneczko i wreszcie czuć w powietrzu wiosnę. Niechże panna naciągnie na głowę czepek i wyjdzie w końcu na spacer...

Wydaje mi się, że mniej więcej coś w tym stylu powiedziała. Nie wsłuchiwałam się w jej słowa i z lekkim wstydem stwierdzam, że zamknęłam jej drzwi przed nosem. Całą moją uwagę przykuł bowiem nagłówek z pierwszej strony „Daily Telegraph”.

A brzmiał on tak:

WSPÓŁPRACOWNIK SHERLOCKA HOLMESA

ZNIKNĄŁ W TAJEMNICZYCH OKOLICZNOŚCIACH

MIEJSCE POBYTU DOKTORA WATSONA POZOSTAJE NIEZNANE

ROZDZIAŁ DRUGI

Nawet nie zadałam sobie trudu, żeby usiąść. Stojąc tam, gdzie stałam, narażając się na to, że spódnica mojej domowej sukienki z taniego kretoniku zajmie się ogniem, czytałam, co następuje:

Zdarzenie, które z całą pewnością przyprawi co wrażliwsze osoby o dreszcz przerażenia, miało miejsce w Bloomsbury, jednak jego skutki odczuje cały Londyn, jeśli zaginiony brytyjski dżentelmen rychło się nie odnajdzie. Doktor John Watson, szanowany lekarz, znany szerszemu ogółowi jako współpracownik i kronikarz przygód sławnego detektywa, pana Sherlocka Holmesa, zniknął bez śladu, i to w nader tajemniczych okolicznościach. W kręgu rodziny i przyjaciół zaginionego wyrażana jest obawa, że ów zacny dżentelmen mógł wpaść w ręce kryminalisty będącego wrogiem pana Sherlocka Holmesa. Może ktoś chce się nim posłużyć jako kartą przetargową w jakiejś nikczemnej intrydze, przetrzymuje jako zakładnika w celu wymiany na inną osobę lub zażądania okupu. Pojawiły się też głosy, że noszona przez doktora czarna lekarska torba mogła sprowokować przeciwną szczepieniom tłuszczę z East Endu do napaści. W tej chwili nie da się wykluczyć żadnego z ponurych scenariuszy. Podjęto próby odtworzenia poczynań doktora Watsona od chwili, gdy w minioną środę rano udał się do miasta w celu złożenia zaplanowanych wizyt domowych i załatwienia innych spraw, jednak wieczorem nie pojawił się ani w domu, ani w gabinecie. Przesłuchiwani są dorożkarze...

I tak dalej, i dalej. Mnóstwo słów pozbawionych głębszej treści. Opisywane zniknięcie nie byłoby warte wzmianki w prasie, gdyby nie to, że w nagłówku można było zamieścić nazwisko mojego brata. Doktor Watson ucałował żonę na do widzenia w środę rano, teraz mieliśmy piątkowe popołudnie, czyli zacny medyk przepadł bez wieści całe dwa dni temu. Wyobrażałam sobie, jak policjanci – skądinąd nie bez pewnej dozy słuszności – tłumaczą uspokajająco, że przedłużona nieobecność lekarza może wynikać z całkiem niegroźnych przyczyn i że lada chwila pojawi się telegram albo list z wyjaśnieniami, gdzie przebywa i co go zatrzymało. Sformułowanie „podjęto próby” oznaczało, że nie wszczęto jeszcze dochodzenia, w przeciwnym razie gazeta podałaby nazwisko odpowiedzialnego za śledztwo inspektora. Nie, na tym etapie jedynie dwie osoby starały się ustalić miejsce pobytu doktora Watsona: jego żona oraz jego przyjaciel, a mój brat, Sherlock Holmes.

Teraz włączę się w to również ja.

Hola, hola. A jeśli zniknięcie Watsona to podstęp wymyślony przez braciszka, żeby mnie złowić w sidła? Sherlock wiedział, że zaangażowałam się już w dwie sprawy dotyczące zaginionych osób. I choć być może nie domyślał się, że doktor Leslie Ragostin, naukowiec perdytorysta, jest wytworem mojej fantazji, to prawdopodobnie zdołał już ustalić, że dla niego pracowałam. Czyżby zrozumiał, że szukanie tych, którzy przepadli bez wieści, jest moim życiowym powołaniem?

 

Czy się domyślał, jak bardzo polubiłam dobrotliwego po ojcowsku doktora Watsona?

Czy w takim razie nie powinnam potraktować ostatnich doniesień prasy z najwyższą podejrzliwością?

Umysł podsuwał mi owe nad wyraz rozsądne przemyślenia, gdy tymczasem zdążyłam już cisnąć gazetę w ogień i zaczęłam grzebać w szafie, obmyślając warianty przebrania, strategie pozyskania szczegółów zniknięcia doktora Watsona, najlepsze podejście do sprawy. Doprawdy, nawet kaftan bezpieczeństwa nie powstrzymałby mnie przed działaniem.

Chociaż wiedziałam, że muszę być wyjątkowo czujna.

Co nastręczało pewnych trudności. Spędziwszy większość ostatniego miesiąca w czterech ścianach mojej izdebki, gdzie oddawałam się pełnym goryczy rozmyślaniom o zawodzie, jaki sprawiła mi matka, nie spiesząc mi z pomocą w pilnej potrzebie – innymi słowy pogrążałam się w nieróbstwie i roztkliwianiu nad sobą – straciłam gotowość do jakichkolwiek przedsięwzięć. Potrzebowałam tuzina najrozmaitszych rzeczy, których nie posiadałam.

Okrywszy głowę i ramiona szalem o nieokreślonej barwie, wyszłam ze swojej kryjówki, żeby uzupełnić braki. Pani Tupper byłaby zadowolona: wreszcie udałam się na przechadzkę.

I rzeczywiście, szłam piechotą, ponieważ targały mną uczucia równie splątane jak labirynt zaułków dzielnicy nędzy, a w głowie kłębiły się myśli stłoczone jak mieszkańcy mijanych przeze mnie zapyziałych budynków, których strome poddasza górowały nade mną. Długi spacer zapewniał czas potrzebny na doprowadzenie się do jako takiego ładu umysłowego.

Okoliczności jednak nie sprzyjały wyciszeniu. Sprzedawca pasztecików krzyczał: „Gorące z mięsem, dwa za pensiaka!”, a wokół niego podrygiwała banda uliczników, wrzeszcząc: „Szczeniaki i kociaki! Kot bury i szczury!”, co zapewne było aluzją do składu nadzienia oferowanych wypieków. Po chwili zjawił się konstabl i marszcząc gniewnie brwi, zgromił łobuziaków za blokowanie przejścia. Dzionek był w istocie jak marzenie, zgodnie z określeniem pani Tupper, jednak cieplejsze powietrze przyczyniło się także do wzmożenia smrodu dolatującego z wychodków – a każdy z nich obsługiwał około dwustu przedstawicieli londyńskich „niedomytych hord” – odoru bijącego z pobliskiej Tamizy oraz wyziewów z gazowni wznoszącej się nad slumsami niczym rozdęta, lśniąca stonoga na stalowych odnóżach, zatruwająca wszystko poniżej.

No trudno, widać nie potrafiłam się cieszyć urodą wiosennego dnia, mimo że słońce jest w Londynie arcyrzadkim zjawiskiem. Niezależnie od pogody panującej w kraju miasto zazwyczaj spowijają kłęby brudnej mgły. Powiew wiosny przyczynił się też do natężenia zgiełku i zwiększenia zagrożeń na ulicach. Dostrzegłam pielęgniarkę ze szpitala okręgowego w staroświeckim czarnym czepcu i długim płaszczu narzuconym na biały fartuch, lawirującą między sznurami z bielizną suszącą się w ciasnych podwórkach. W ślad za nią niosły się szpetne wyzwiska rzucane przez zbijających bąki mężczyzn, ulicznych łobuzów i niektóre z kobiet, wzmacniane ciskanym przez całe towarzystwo błotem, kamieniami, a nawet odchodami.

Dzielna kobieta, pomyślałam i nie przerywając wędrówki, zaczęłam rozważać wszelkie za i przeciw przebrania się za pielęgniarkę. A może lepiej sprawić sobie czarną spódnicę i czerwony kubrak o wojskowym kroju na wzór Dzieweczek Alleluja generała Bootha[2]? Miałam wrażenie, że widok munduru skłania osoby postronne do skupienia się na ubiorze, a nie na noszącej go jednostce.

Lecz Sherlock Holmes to nie przypadkowy obserwator. Zapewne pamiętał, że udawałam zakonnicę, wypatrywałby więc kogoś podobnego: diakonisy, niańki, pielęgniarki. Nie, musiałam wymyślić przebranie, którego nigdy by ze mną nie skojarzył.

Na szczęście East End zostawiłam za sobą. Zamiast przeciskać się między ruderami, szłam chodnikami wzdłuż szerokich brukowanych ulic. W oddali widziałam już górującą nad otoczeniem kopułę katedry świętego Pawła, potężnej budowli z neogrecką kolumnadą, oraz konkurującą z nim równie wysoką, połyskującą stalowymi elementami gazownię. Mijałam obwieszone gargulcami gotyckie kościoły. Willę we włoskim stylu zdobną w liczne gzymsy i kanciaste wieże. Niestety większość Londynu stanowi jeden wielki miszmasz: tu kolej, tam fabryka, a między nimi budynki w stylu Drugiego Cesarstwa Francuskiego, architektura mauretańska, georgiańska, zabudowa z okresu regencji, gmachy neotudoriańskie, neoklasycystyczne, neotakie i neoowakie.

Miasto, które podobnie jak ja nie może się zdecydować, jakie oblicze chce pokazać światu.

Różnorodność typów ludzkich była tu jeszcze większa niż na East Endzie. Eleganckie damy robiące sprawunki w sklepach pasmanteryjnych, w pracowniach modystek i w składach pachnideł, krążące między nimi w pośpiechu, by nie wzięto ich za przedstawicielki innego sortu wystrojonych „dam” spacerujących po chodnikach. Panny sklepowe, zwinne jak kozice, wdrapujące się na górne piętro omnibusów. Przybysze z prowincji z ciekawością przyglądający się wszystkiemu: gońcom na rowerach, sprzedawcom pudeł modniarskich dźwigającym swój towar na przerzuconych przez ramiona kijach, kominiarzom o twarzach czarnych jak ich narzędzia pracy, objuczonym książkami uczniom o powalanych atramentem palcach, muzykom ulicznym, dżentelmenom odzianym od stóp do głów w dostojne szarości i czernie, a także „paniskom” innego autoramentu, elegancikom poszukującym rozrywki. Moi bracia kiedyś nawet zakładali, że mogłabym się w kogoś takiego wcielić.

No proszę, właśnie minęłam krótko ostrzyżoną kobietę w meloniku, otuloną w dorożkarską pelerynę, spacerującą bez rękawiczek. W jednej ręce trzymała laseczkę, w drugiej smycz, na której prowadziła bulteriera. Jestem pewna, że moi bracia wyobrażali sobie, że upadłam jeszcze niżej – może nawet paliłam cygara.

Przekroczyłam już granicę City, najstarszej części stolicy. Ktoś, kto mógłby przypuszczać, że to środek miasta, byłby w błędzie. Nie wyznacza go także ani Tower, ani Covent Garden, Piccadilly Circus, Trafalgar Square, pałac Buckingham czy Westminster, siedziba parlamentu. Londyn to chaos i galimatias, coś jak potrawka z baraniej głowizny w wykonaniu pani Tupper.

Zwalczywszy pokusę doszukiwania się dalszych analogii między miejskim chaosem a stanem mojego ducha, skierowałam kroki w stronę Holywell Street, wąskiej, krętej, brudnej uliczki, której nazwa zakrawała na ironię, a jej miniona świetność została splugawiona. Malownicze stare kamienice o wysokich szczytach opanowali sprzedawcy poślednich druków i tanich odbitek fotograficznych. Ale nie przyszłam tu sycić wzroku litografowanymi dziewczętami ukazującymi halki i nóżki w ferworze sznurowania trzewiczków. Szukałam innego sklepu. Za panowania królowej Elżbiety Holywell Street stała się mekką sukienników, a echa tej epoki rozkwitu przetrwały do dziś w postaci składów oferujących amatorom przebieranek kostiumy, dodatki, dziwaczne staroświeckie stroje i tym podobne akcesoria. Widniejące na drewnianych szyldach maski pozdrawiały mnie uśmiechem lub nieprzyjemnym grymasem, kiedy torowałam sobie łokciami drogę wśród gęstego tłumu. Nie dość, że ulica była wiekowa, kręta i wąska, to jeszcze sprzedawcy wątpliwej wartości rycin powystawiali swój towar na chodnik, by wabić przechodniów. Kiedy lawirowałam w tym rozgardiaszu, szarpnęła mnie za rękaw urocza dziewuszka, mająca nie więcej niż sześć lat, namawiając do kupna czegoś, co na pierwszy rzut oka wzięłam za talię kart. Drugi rzut oka przejął mnie dreszczem i kazał przyspieszyć kroku.

Jest. W końcu dotarłam do wiszącej pod wystającym frontem starodawnego szachulcowego budynku drewnianej rzeźby, równie leciwej jak on sam. Tak, kogut to z pewnością znak firmowy sklepu, którego szukałam.