Enola HolmesTekst

Z serii: Enola Holmes #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Drżałam ze strachu.

Ze strachu przed uwielbianym bratem Sherlockiem.

Był moim bohaterem. Moją nemezis. Darzyłam go niemal bałwochwalczą czcią. Ale gdyby mnie odszukał, utraciłabym na zawsze wolność.

A jednak... czy naprawdę aż tak się przejął moim losem?

Nie mogłam już sobie wmawiać, że moje zniknięcie zadało cios jedynie jego dumie.

Tylko co teraz robić? Gdybym dała Sherlockowi najmniejszą wskazówkę, że mimo wszystko dobrze sobie radzę, wykorzystałby to, aby mnie zwabić w pułapkę.

Musiałam też pamiętać o mamie. Ile zostało jej przed śmiercią czasu, by mogła nacieszyć się wolnością i szczęściem po ucieczce od wymogów przyzwoitości i przekonania, że „kobieta powinna znać swoje miejsce”? Miejsce, które wykluczało poczucie własnej godności, zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn.

Starszym z braci, czyli Mycroftem, nie zaprzątałam sobie zbytnio głowy; nie przejmowałam się dociekaniem, czy jego duma ucierpi czy nie. Choć dorównywał Sherlockowi inteligencją, pod każdym innym względem przypominał kartofel z wczorajszej kolacji: zimny i bez życia. Nie zależało mu na siostrze, nie do tego stopnia, by podjąć wysiłek poszukiwań.

Pozostawała do rozwikłania jeszcze jedna kwestia: dlaczego Mycroft zadał sobie trud, by opowiedzieć o mnie Watsonowi?

A jeśli to wszystko kłamstwo? Jeśli odwiedziny doktora Watsona to podstęp? Może Sherlock wysłał przyjaciela na przeszpiegi?

Nonsens. Mój brat nie mógł wiedzieć...

A jednak skądś wiedział o czymś, o czym nie powinien mieć pojęcia: o tym, że dysponuję gotówką. Mógł też skojarzyć fakt, że doktor Ragostin przejął biuro po tak zwanej „astralnej perdytorystce”, do aresztowania której przyczyniłam się ja, Enola. A jeśli Sherlock dostrzegł związek między jednym a drugim?

Mało prawdopodobne – zdecydowałam po głębszej analizie. Bardziej realne było to, że jeśli Sherlock Holmes wysłał Watsona na przeszpiegi, to z czystej ciekawości, chcąc ustalić, czy „naukowiec perdytorysta” mógłby stanowić konkurencję dla jego detektywistycznej działalności.

Czy w takim razie istniała możliwość, że mój brat nie popadł w przygnębienie?

A jednak byłabym gotowa przysiąc, że w oczach Watsona malowała się autentyczna troska.

Do diaska, skąd mam wiedzieć, co myśleć o własnej rodzinie? Już chyba zdolność spirytystów do lewitacji kryła w sobie mniej tajemnic.

Tak bardzo chciałabym obgadać to wszystko z mamą. Nie widziałam się z nią od tamtego pamiętnego lipcowego dnia, w którym postanowiła niespodziewanie zniknąć. Nie miałam pojęcia, gdzie przebywa. Utrzymywałam z nią kontakt jedynie za pośrednictwem działu ogłoszeń drobnych „Pall Mall Gazette” (jej ukochanego dziennika, który ceniła za wysoki poziom i większą postępowość niż „Times”), „Modern Womanhood”, „Journal of Personal Rights” oraz kilku innych periodyków, w których zamieszczałyśmy szyfrowane anonse. Na przykład, kiedy wysnułam hipotezę, że mama przystała do cygańskiego taboru, wykupiłam następujący tekst:

Moja Chryzantemo: czwarta litera przykrości, piąta litera tego samego, pierwsza litera wdzięczności, trzecia litera myśli, pierwsze trzy litery prawdziwej miłości. Czy dobrze zgaduję? Bluszcz.

„Chryzantema” była kryptonimem oznaczającym „matkę”, a cała reszta nawiązywała do haseł z Mowy kwiatów, podręcznika ofiarowanego mi przez mamę, tłumaczącego osobom obdarowanym i obdarowującym utajoną symbolikę roślin. W moim ogłoszeniu – będącym czymś w rodzaju bukietu na opak – „przykrość” była hiacyntem, „wdzięczność” goździkiem i tak dalej: goździk, bratek i trzy niezapominajki. Czwarta i piąta litera „hiacyntu” to CY, pierwsza litera „goździka” to G... a wszystko razem układało się w słowo CYGANIE.

Po tygodniu mama odpowiedziała mi, stosując ten sam system kodowania: „Tak. A gdzie ty jesteś?”.

Zamieściłam zaszyfrowaną wiadomość: „Londyn”.

I to był cały nasz kontakt. Chciałam się spotkać z mamą, jednak powstrzymywały mnie niejednoznaczne uczucia, które wobec niej żywiłam.

Nie wszystkich też byłam do końca pewna. Dlatego uznałam, że lepiej będzie, jeśli odszukam ją w odpowiednim dla siebie czasie i na własnych warunkach.

Ale teraz... po tak niepokojących informacjach na temat Sherlocka... uznałam, że trzeba będzie odłożyć na bok swoje wątpliwości.

Chciałam omówić całą sprawę z mamą. Musiałam to zrobić.

Ale przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności.

Musiałam z tym zaczekać, aż znajdę się w domu, z dala od Joddy’ego i reszty służby.

Chociaż mogłam się urządzić w którymś z przestronnych mieszkań znajdujących się na górnych piętrach neogotyckiej kamienicy, której parter zajmowało biuro doktora Ragostina, ze względów bezpieczeństwa wybrałam inne rozwiązanie. „Doktor Ragostin” odnajmował wspomniane lokale rozlicznym osobnikom wiodącym raczej koczowniczy tryb życia (dzięki czemu miałam stały dochód), a ja zamieszkałam w skromnym pokoiku na East Endzie, gdzie z całą pewnością nie zajrzałby mój brat, ponieważ nigdy nie wpadłby na pomysł, że mogłabym osiąść w tak nędznej dzielnicy. Byłam jedyną lokatorką wynajmującą cokolwiek w sypiącym się budyneczku, wciśniętym pomiędzy szarobure czynszówki. Jego właścicielką była przemiła, starsza wdowa, pani Tupper, szczęśliwym dla mnie trafem przygłucha. Wszelki kontakt z mojej strony wymagał krzyczenia w wylot trąbki, którą przytykała sobie do ucha. Nie musiałam się zatem martwić, że zasypie mnie gradem pytań. Przychodziła tam także – co istotne, w godzinach mojej pracy w biurze – tak zwana dziewczyna do wszystkiego. Jednym słowem idealne miejsce dla kogoś, kto pragnie pozostać niezauważony.

Zaczekałam do wieczora. Wówczas to, w bezpiecznym zaciszu mojej skromnej sypialni, pozbywszy się balastu gorsetu, uzdatniacza biustu, falbanek, sztucznych loczków i gumowych wypełniaczy składających się na pannę Meshle, mogłam się wreszcie odprężyć przy kominku, otulona w szlafrok, z nogami na podnóżku – co chroniło je przed hulającym przy podłodze zimnym przeciągiem.

Przysunęłam bliżej świecę i zaczęłam szyfrować kolejną wiadomość dla mamy.

DEREŃ CZTERY IRYS DWA PO TRZY FIOŁKI I KWIATY JABŁONI ILE?

Tym razem musi być inaczej skonstruowana niż poprzednie i trudniejsza do rozgryzienia. Skąd mój brat Sherlock wiedział, że mam pieniądze? Nie dawało mi to spokoju. Skoro wiedział o mnie aż tyle, to być może udało mu się odszyfrować i powiązać z mamą i mną wcześniejsze ogłoszenia, zamieszczone w dziale ogłoszeń drobnych „Pall Mall Gazette”?

Przepisałam utworzony tekst, grupując jego litery w trójki:

DER EŃC ZTE RYI RYS DWA POT RZY FIO ŁKI IKW IAT YJA BŁO NII LE?

Postanowiłam zrezygnować z „bluszczu” dla bezpieczeństwa, licząc jednak, że mama domyśli się, że to mój anons, ponieważ irys w mowie kwiatów oznacza „wiadomość”.

Jednocześnie żywiłam gorącą nadzieję, że mama zorientuje się w zmianie sposobu szyfrowania. Irys wyróżnia się tym, że ma trzy większe płatki na górze i tyle samo mniejszych na dole, kwiat derenia jest nietypowy ze swoimi czterema płatkami, a kwitnący fiołek i kwiat jabłoni mają ich po pięć. Dodatkowo fiołek symbolizuje wierność. A kiedy byłam mała, mama przekrawała czasem jabłko w poprzek, żeby mi pokazać pięcioramienną gwiazdę gniazda nasiennego i wyjaśnić jej ścisły związek z liczbą płatków kwiatu.

Podzieliwszy tekst na trzyliterowe zbitki, zapisałam je wspak:

LE? NII BŁO YJA IAT IKW ŁKI FIO RZY POT DWA RYS RYI ZTE EŃC DER

Przyjrzałam się, marszcząc brwi, znakowi zapytania. Niepotrzebnie chyba ułatwiał odczytanie wiadomości. Zastąpiłam go znakiem, który mama nazywała „krzyżykiem”.

LEX NII BŁO YJA IAT IKW ŁKI FIO RZY POT DWA RYS RYI ZTE EŃC DER

Gotowe. Mama nie powinna mieć kłopotów z rozwiązaniem tej łamigłówki, ponieważ przypominała nieco jej pierwszą kodowaną wiadomość, którą tak mnie zafrapowała. Ale był to tylko wstęp, żeby naprowadzić mamę na trop liczby pięć.

Miałam nadzieję, że zrozumie, iż można podzielić alfabet na pięć grup:

ABCDE

FGHIJ

KLMNO

PQRST

UVWXYZ

Każda z nich, z wyjątkiem ostatniej, składa się z pięciu liter. Ale iks występuje w piśmie tak rzadko, że można go połączyć z Y.

Przyszła kolej na zapisanie prawdziwej wiadomości do mamy: MOST LONDYŃSKI WALI SIĘ MUSIMY PILNIE POROZMAWIAĆ[2]. Zaszyfrowałam ją następująco:

L jest w trzeciej grupie liter i zajmuje w niej drugą pozycję: 32, O jest piątą literą trzeciej grupy:35.

I tak dalej.

33354445 323534145534443124 53113224 442415 335144243355 412432342415 4135433556331153241113

Zastanawiałam się, czy nie zapisać wszystkich cyfr w jednym ciągu, który mama sama mogłaby rozbić na wyrazy, uznałam jednak, że lepiej tego nie robić. I tak będzie miała kłopot z rozgryzieniem szyfru (trzecia litera, druga linijka czy trzecia linijka, druga litera?) i zrozumieniem aluzji do londyńskiego mostu, który zdradzał miejsce kłopotów oraz konieczność rozmowy.

Ostatecznie tekst wyglądał tak:

LEX NII BŁO YJA IAT IKW ŁKI FIO RZY POT DWA RYS RYI ZTE EŃC DER

33354445 323534145534443124 53113224 442415 335144243355 412432342415 4135433556331153241113

Przepisałam go kilkakrotnie, ponieważ miał trafić do kilku pism. Każdą z kopii sprawdziłam po trzy razy, w celu wyłapania ewentualnej pomyłki, przed złożeniem kartki na troje i zapieczętowaniu brzegów woskiem. Musiałam się posłużyć roztopioną świecą, ponieważ nie dysponowałam w pokoiku lakiem. Wypisawszy po drugiej stronie adresy redakcji, odłożyłam listy na bok.

 

Jutro zaniosę je na Fleet Street.

A potem, aż do ukazania się odpowiedzi mamy, pozostanie mi tylko czekać.

Nie znoszę czekać.

Niestety, w kwestii zaginięcia córki sir Eustace’a Alistaira również musiałam uzbroić się w cierpliwość. Zabiorę się za to nazajutrz.

Ale musiałam zrobić coś innego, żeby w ogóle móc zasnąć.

Opuściłam swoje przytulne legowisko przy kominku i zaczęłam się ubierać. Ponownie. Ale tym razem zupełnie inaczej. Zamiast odziać się w bieliznę godną damy, wskoczyłam we flanelowe ineksprymable i koszulę, które ogrzewały mnie od kostek po przeguby rąk. Na to stary gorset, który kiedyś uratował mnie przed zadźganiem; zasznurowałam go na tyle mocno, żeby się ze mnie nie zsunął – nie miał bowiem podkreślać moich kształtów, tylko mnie chronić. I służyć za arsenał. W miejsce stalowej brykli, usztywniającej przedtem gors, wsunęłam sztylet o cienkim, długim na pięć cali ostrzu. Wpasował się idealnie w sztywno nakrochmalony materiał. Broń – naostrzona z obu stron jak brzytwa – po którą mogłam sięgnąć przez rozcięcie nałożonej na to wszystko kolejnej części garderoby: czarnej szaty o prostym kroju, uszytej własnoręcznie w nadziei, że większość osób weźmie ją za habit mniszki. Zapięłam aż pod brodę usztywniany fiszbinami kołnierz, zabezpieczający przed atakiem nożownika. Na grube pończochy wciągnęłam swoje stare, czarne buciory. W końcu upięłam czarny kaptur i welon, zasłaniając głowę i twarz.

Oto ubiór, w którym prowadziłam swoje nocne życie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Bezszelestnie wymknęłam się z pokoju. Pani Tupper zgodnie z ustalonym zwyczajem udała się już wcześniej do swojej sypialni i nawet jeśli jeszcze nie spała, to i tak głuchota nie dałaby jej usłyszeć moich kroków. Habit przechowywałam w stelażu łóżka, więc wdowa nie domyślała się nawet, że udostępnia pokój nie tylko przemiłej sekretareczce, pannie Meshle, ale także drugiej osobie, chuderlawej Siostrze Miłosierdzia, prowadzącej nocny tryb życia.

Schody pokonałam po omacku, ponieważ, rzecz jasna, w tak nędznej kamieniczce, a raczej ruderze, nie było oświetlenia gazowego. Wymacałam w ciemności dziurkę od klucza i otworzyłam drzwi frontowe, wyszłam na zewnątrz, zamknęłam drzwi na zamek i oddaliłam się szybkim krokiem, by zmniejszyć ryzyko, że jakiś spóźniony przechodzień wypatrzy, gdzie mieszkam.

Szłam przed siebie, wybrawszy inną trasę niż dzień czy dwa przedtem. Przemykałam się cienistymi, wąskimi pasażami w mizernym świetle gazowych latarni. Na East Endzie nie uświadczysz oświetlonych latarniami pojazdów konnych, płonących pochodni przy domach zamożnych osób czy nowomodnego oświetlenia elektrycznego, na które stać jedynie bogaczy. Słabe i chybotliwe płomyki rozpływają się, a raczej toną w morzu szaroburej mgły; Londyn osacza tu przechodnia w szczególny, duszący sposób. O północy zapada chłód, na który składają się sadza, węglowy kopeć, dym palonego drewna i chorobliwe wyziewy przynoszone przez wiatr znad Tamizy. Wydaje ci się, że płyniesz przez mgłę zimniejszą niż lód, która nigdy nie zamarza, za to przenika cię na wskroś przez ubranie aż do szpiku kości. Wszechogarniający, wilgotny ziąb zagnał wszystkich, którzy mieli się gdzie schronić, pod dach. Nawet w sieniach domów widać było śpiących włóczęgów. Nędzarzy, którym za cały opał musiała wystarczyć garstka końskiego nawozu przemieszanego ze słomą, wykradzionego ze stajni; nędzarzy, z których część nie dożyje świtu.

Kiedy uznałam, że oddaliłam się już wystarczająco daleko od swojego domostwa, skręciłam w wąski zaułek oddzielający dwa budynki, i zapaliłam zabraną w drogę latarnię olejową. Zgrabiałe na mrozie palce z trudem utrzymały zapałkę.

Ktoś mógłby się zastanowić, co robi młoda dama z dobrego domu w tak odrażającym otoczeniu. Sama nie byłam w stanie zrozumieć przyczyn, które mnie pchały do tych nocnych eskapad. Może jestem dotknięta lekką monomanią, która każe mi nieustannie tropić, sondować, badać, poszukiwać, znajdować. Szukać odpowiedzi, lokalizować przedmioty, wypatrywać osób – tak jak tej nocy, kiedy rozglądałam się za kimś, komu mogłabym pomóc przetrwać.

Na habicie i zarzuconej na niego ciężkiej wełnianej pelerynie ponaszywałam całe mnóstwo głębokich kieszeni, które wypełniały teraz mogące się przydać przedmioty: ogarki świec i zapałki, szylingi i pensy, ciepłe skarpety i rękawiczki, jabłka, suchary, buteleczki napełnione brandy. Jedną ręką trzymałam przewieszony przez ramię uszyty własnoręcznie koc, w drugiej dzierżyłam latarnię.

Podszyte futerkiem rękawiczki chroniły dłonie przed mrozem, mogłam więc podnieść wysoko latarnię, by lustrować zaułki i zakamarki, wytężając cały czas słuch, czy nie pojawią się zwiastuny zagrożenia: odgłosy kłótni, krzyki, stukot kroków za plecami.

Nasłuchiwałam też, czy ktoś nie płacze.

Nie czekałam długo.

Usłyszałam stłumiony, monotonny szloch. Mimowolny, jakby płacząca osoba dała za wygraną i płakała tylko po to, by oddychać. Kierując się słuchem – bo latarnia rozświetlała jedynie kilka kroków bruku wyłaniającego się z czarnej mgły – trafiłam w końcu na staruszkę kulącą się na schodkach przed drzwiami, usiłującą otulić się przykrótkim szalem, którego starczało tylko na okrycie głowy i ramion.

Na dźwięk moich kroków zalękniona kobieta podniosła rękę ku ustom, próbując zdławić płacz, po czym rozszlochała się ze zdwojoną siłą – tym razem na znak ulgi. Rozpoznała mnie. Wiele jej podobnych istot wiedziało już, kim jestem.

– Siostro – wyszeptała. – Siostro Uliczna. – I wyciągnęła ku mnie drżącą, wychudłą rękę.

W milczeniu – ponieważ Siostra nigdy nie odzywała się słowem ani nie wydawała żadnych innych dźwięków – ruszyłam w jej kierunku jak wielka, koścista czarna kwoka spiesząca okryć przed chłodem kurczątko, po czym otuliłam ją w przyniesiony przez siebie pled. Był bardzo toporny, szyłam bowiem koce z kawałków starych łachów. Wszelkie lepsze okrycia padłyby od razu łupem złodziei.

Kobieta podniosła ku mnie twarz i zobaczyłam, że wcale nie jest tak wiekowa, jak sądziłam, jedynie wyniszczona trudami życia. Jej wymizerowane ciało było zniekształcone przez krzywicę i głód. Czy to wdowa albo stara panna oddalona z przytułku za brak ośmiopensówki? Czy wygnały ją na chłód i poniewierkę ciosy pijanego męża? Wiedząc, że nigdy nie poznam prawdy, wsunęłam jej na nagie stopy grube, wełniane pończochy, po czym wyciągnęłam z jednej z przepastnych kieszeni przedmiot, który był moim oryginalnym wynalazkiem: sporą puszkę wypchaną po brzegi zwitkami papieru zalanymi parafiną. Potarłam zapałką o draskę i nietypowe przenośne ognisko buchnęło jasnym płomieniem. Ustawiłam puszkę na progu, na którym przycupnęła nędzarka. Ogień płonął wysoko i jasno, wydzielając przy tym sporo ciepła. Wprawdzie po godzinie miał zgasnąć, jednak pozwalał się przez ten czas nieco rozgrzać.

Miałam też nadzieję, że jest na tyle ukryty, że nie ściągnie niepożądanych osobników.

Dałam kobiecie jabłko, kilka sucharów oraz pasztecik z mięsem. Pasztecików nie kupowałam od ulicznych sprzedawców, lecz u piekarza, dzięki czemu mogłam podejrzewać, że do farszu użyto pełnowartościowego mięsa, bez przymieszki psiny i kociny.

– Bardzo Siostrze dziękuję. – Wydawało się, że kobieta nigdy nie przestanie płakać, wiedziałam jednak, że wkrótce po moim odejściu się uspokoi. Wsunęłam jej pospiesznie w dłoń kilka szylingów, sumę, która przez parę dni zapewni jej pożywienie i dach nad głową, jednak na tyle małą, by nikogo nie kusiło pozbawić dla niej życia. A potem wycofałam się, odwróciłam i odeszłam. Liczyłam, iż kobieta rozumie, że nic więcej nie mogę dla niej zrobić.

– Siostro Uliczna, niech ci Pan Bóg wynagrodzi! – zawołała za mną.

Słysząc ten wybuch wdzięczności, poczułam się jak oszustka, komediantka, osoba niegodna podziękowań, ponieważ potrzebujących pomocy było wielu, zbyt wielu, a ja nie miałam możliwości, by do wszystkich z nich dotrzeć.

Idąc dalej, sama zaczęłam dygotać. I z zimna, i ze strachu. Nasłuchiwałam.

Z sąsiedniej ulicy dobiegło echo bełkotliwych śpiewów i pijackich wrzasków. O tej porze działa jeszcze pub? Ciekawe, czy to zgodne z przepisami. Władze z pewnością...

Chwila dekoncentracji i zbyt późno zorientowałam się, że ktoś za mną idzie.

Zdradził go jakiś cichy odgłos, może skrzypnięcie skórzanej podeszwy na zamarzniętym błocie i kruszącym się bruku, może złowieszczy świst oddechu – ale mimo że otworzyłam usta, żeby zaczerpnąć powietrza, i uskoczyłam w bok, żeby się odwrócić, coś zacisnęło się na mojej szyi.

Niewidzialne, czające się za mną.

Przerażająco silne.

Dławiące coraz mocniej.

To nie była ludzka ręka. Coś złowieszczo cienkiego, wężowatego, duszącego wżynało mi się w krtań. Nie byłam w stanie myśleć, nie sięgnęłam nawet po sztylet; odruchowo upuściłam na ziemię latarnię, a moje dłonie poszybowały w górę, by uwolnić szyję z zabójczego uścisku – czułam jednak, że nie zdołam już zaczerpnąć powietrza; moim ciałem wstrząsnęły paroksyzmy bólu, usta rozwarły się w niemym krzyku, przed oczyma narastała ciemność i zrozumiałam, że przyszła śmierć.

Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że dostrzegam w mroku światło, niebudzące jednak wcale otuchy, wściekle pomarańczowe, roztańczone, diaboliczne. Mrugając rozpaczliwie, by odzyskać ostrość widzenia, uczułam pod sobą chłód i twardość bruku. Ujrzałam wokół siebie tańczące płomienie. Plama oleju, który wyciekł z mojej rozbitej latarni, płonęła żywym ogniem. W jego radosnej poświacie dostrzegłam twarze trzech czy czterech przyglądających mi się mężczyzn. Wszystko jawiło mi się jednak niewyraźnie, przesłonięte mrokiem nocy i mgłą, niezrozumiałe w chaosie zdezorientowania i bólu, zasłonięte częściowo przez czarny welon. Równie niezrozumiałe, jak ich przepite głosy.

– Zabita?

– Co za łajza mógł zarzucić na szyjkę siostrzyczki garotę?

– Może to ci zagramaniczni anarchiści, co to nie cierpią religii?

– Widział go który?

– Czy ona jeszcze dycha?

Jeden z nich pochylił się nade mną, żeby odsunąć welon.

Obawiam się, że zdołał dostrzec moją twarz, zanim odepchnęłam jego ręce. Tuż przed tym, jak oburzenie spowodowane tym grubiaństwem obudziło mnie z – właśnie, z czego? Z omdlenia? Nie, nie można powiedzieć, że padłam bez czucia jak delikatna dama. Kogoś, kogo omal nie zaduszono na śmierć trudno podejrzewać o omdlenie.

Tak czy inaczej najwyraźniej potrzebowałam paru chwil, by dojść do siebie, bo niezbyt wyraźnie to pamiętam. Zdaje się, że rzuciłam się na mężczyznę, który usiłował zajrzeć pod mój welon, zasłoniłam ponownie twarz, odsunęłam się od ognia i chwiejnie stanęłam na nogi.

– Ej, paniusiu, dokąd ci tak śpieszno?

– Powoli, staruszko.

– Uważaj, siostrzyczko, bo upadniesz.

Pamiętam, jak wyciągnęli w moją stronę ręce. Nie przyjęłam jednak ich pomocy – bądź co bądź sama chwiałam się na nogach wskutek chwilowego osłabienia, oni natomiast zataczali się z przepicia – i uciekłam.

Zrejterowałam, jakby to powiedzieli wojskowi, w rozsypce. Nawet nie wyciągnąwszy broni. Spanikowana i rozszlochana. Nie mam pojęcia, jak udało mi się dotrzeć do swojego azylu. Faktem jest, że jakimś cudem ponownie znalazłam się w swym pokoiku, drżącymi rękoma zapaliłam wszystkie lampy i świece, a także rozrzutnie zasilałam drewnem i węglem kominek, aż ciemności nocy rozjaśnił gorący blask. Rzuciłam się na fotel i znieruchomiałam, starając się zapanować nad zadyszką, ponieważ każde silniejsze zaczerpnięcie powietrza raniło boleśnie krtań. Zamknęłam usta i przełykałam raz po raz ślinę, a wraz z nią upokorzenie i ból.

Mimo buzującego ognia nie mogłam się rozgrzać. Przemarzłam nie tylko fizycznie, chłód przenikał mnie aż do szpiku duszy. Musiałam się położyć. Chwiejąc się na nogach, zaczęłam rozpinać wysoki kołnierz....

Drżące palce wymacały coś, co zwisało mi z szyi.

Jakiś obcy twór, coś długiego, gładkiego, miękkiego... jak oplatający szyję wąż. Mimo bólu skatowanego gardła wrzasnęłam głośno, chwyciłam ten nierozpoznany przedmiot, zdarłam z siebie i cisnęłam na podłogę.

Wylądował na dywaniku przed kominkiem.

Garota.

Słyszałam, że robi się je z drutu, tę jednak sporządzono z jakiejś gładkiej, białej linki zasupłanej na kawałku drewna.

Wplątało się w nią pasmo ciemnych włosów. Moich własnych. Wyrwanych ze skóry przez zaciskającą się na szyi garotę.

Zatoczyłam się w miejscu i aż zamknęłam z wrażenia oczy, uświadomiłam sobie bowiem, że mój usztywniony fiszbinami kołnierzyk ocalił mi życie. Londyńscy posterunkowi także nosili zapinane pod brodę usztywniane kurtki. Niesamowite, przerażające, że tak proste urządzenie mogło sterroryzować całą metropolię, łącznie z policją.

 

Przerażające i zawstydzające było także to, że nie uszłam z życiem dzięki własnej odwadze czy przebiegłości. Zapomniawszy o tym, że jestem uzbrojona, szarpałam się i wierzgałam jak pierwsza lepsza napadnięta przedstawicielka słabszej płci. Mniejsza o kołnierz z fiszbinami, mogłabym już nie żyć, gdyby w porę nie napatoczyła się grupka pijaków. Tak, to jedyne wyjaśnienie: ich pojawienie się spłoszyło sprawcę. Bo nie ma innego wytłumaczenia na to, że zostawił mi na szyi sporządzone z taką pieczołowitością narzędzie zbrodni.

Roztrzęsiona, zmusiłam się do otwarcia oczu, by przyjrzeć się dokładniej odrażającemu przedmiotowi.

Sporządzono go z pieczołowitością, to fakt. Uchwyt z polerowanego rattanu mógł być fragmentem laski należącej do dżentelmena. Ulicznych zbirów trudno podejrzewać o posiadanie takowej. Natomiast linka...

Sznurówka.

Innymi słowy, tasiemka z damskiego gorsetu.

Nagle ogarnęły mnie mdłości, którym towarzyszył przypływ furii. Chwyciłam złowieszczy, nikczemny przedmiot i cisnęłam go w ogień.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?