Enola HolmesTekst

Z serii: Enola Holmes #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Zrozumiałam, że przyszła śmierć...

Londyn, styczeń 1889 roku

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Nadal w objęciach zimy, luty 1889

Przypisy

An Enola Holmes Mystery. The case of the left-handed lady

Copyright © Nancy Springer, 2007

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Gałązka-Salamon

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Wydanie I

Projekt graficzny serii: Poradnia K

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Projekt typograficzny i łamanie: Monika Świtalska – Good Mood Studio

Redakcja: MAGDALENA GERAGA

Korekta: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

ISBN 978-83-66005-46-4

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla mojej matki

N.S.

ZROZUMIAŁAM,

ŻE PRZYSZŁA ŚMIERĆ...

Idąc dalej, sama zaczęłam dygotać. I z zimna, i ze strachu. Nasłuchiwałam.

Zbyt późno się zorientowałam, że ktoś za mną idzie.

Zdradził go jakiś cichy odgłos, może skrzypnięcie skórzanej podeszwy na zamarzniętym błocie i kruszącym się bruku, może złowieszczy świst oddechu – ale mimo że otworzyłam usta, żeby zaczerpnąć powietrza, i uskoczyłam w bok, żeby się odwrócić, coś zacisnęło się na mojej szyi.

Niewidzialne, czające się za mną.

Przerażająco silne.

Dławiące coraz mocniej.

To nie była ludzka ręka. Coś złowieszczo cienkiego, wężowatego, duszącego wżynało mi się w krtań. Nie byłam w stanie myśleć, nie sięgnęłam nawet po sztylet; odruchowo upuściłam na ziemię latarnię, a moje dłonie poszybowały w górę, by uwolnić szyję z zabójczego uścisku – czułam jednak, że nie zdołam już zaczerpnąć powietrza; moim ciałem wstrząsały paroksyzmy bólu, usta rozwarły się w niemym krzyku, przed oczyma narastała ciemność i zrozumiałam, że przyszła śmierć.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

LONDYN,

STYCZEŃ 1889 ROKU

Nie znaleźlibyśmy się w tej opłakanej sytuacji – stwierdza młodszy i szczuplejszy z dwóch mężczyzn siedzących w małym klubowym saloniku – gdybyś się nie uparł, by koniecznie wysłać ją do szkoły z internatem! – Chodzi nerwowo po pokoju, a jego ostre rysy i szczupłość granicząca z chudością, lśniące czarne buty, czarne spodnie i mocno wycięty czarny wieczorowy frak z długimi ogonami nasuwają skojarzenia z brodzącą czarną czaplą.

– Mój drogi braciszku. – Usadowiony wygodnie w głębokim marokinowym fotelu starszy i bardziej przysadzisty z dwóch panów unosi przypominające oszroniony żywopłot brwi. – Taka gderliwość nie leży w twoim charakterze. – Mówi to spokojnym, zrelaksowanym tonem. Jest przecież we własnym klubie, w swoim bezpiecznym, prywatnym pokoju do rozmów, a jego myśli krążą już wokół przepysznej kolacji z rostbefem, więc stara się ułagodzić młodszego brata. – Nie ulega wątpliwości, że nierozważna pannica przebywa całkiem sama w tyglu wielkiego miasta i być może została już okradziona i pozostawiona bez środków do życia, albo gorzej, odarta z dziewczęcej czci, jednak nie możesz podchodzić do tej całej sprawy aż tak emocjonalnie.

– Jak to? – Maszerujący po saloniku mężczyzna obraca się na pięcie, by rzucić bratu mordercze spojrzenie. – Przecież to nasza siostra!

– A druga z zaginionych przedstawicielek płci żeńskiej jest naszą matką, no i co z tego? Czy zachowując się jak lis w psiarni, ułatwisz sobie jej odszukanie? Jeśli masz już kogo winić – dodaje rozparty w fotelu jegomość, krzyżując ręce na niezmierzonych połaciach swej jedwabnej kamizelki – to właśnie nasza matka powinna być obiektem twojej złości. – I, będąc entuzjastą logiki, wymienia powody: – To nasza matka, zamiast wyrabiać w niej salonowe umiejętności, pozwalała dziewuszysku rozbijać się w męskich pumpach na rowerze. To nasza matka całymi dniami malowała bukieciki kwiatów, podczas gdy jej latorośl łaziła po drzewach. I to nasza matka sprzeniewierzyła fundusze, za które miała zapewnić swej nieletniej córce guwernantkę, nauczyciela tańca, strojne kobiece szmatki i tym podobne. I to wreszcie nasza matka porzuciła w końcu własne dziecko.

– I to w dniu jego czternastych urodzin – mruczy przechadzający się mężczyzna.

– W dniu urodzin czy w jakimkolwiek innym dniu, co to za różnica? – obrusza się starszy z braci, zdradzający już oznaki znużenia tematem. – To właśnie matka wykazała się tak wielkim brakiem odpowiedzialności, by opuścić córkę i...

– Ale wówczas ty narzuciłeś swoją wolę biednej, skrzywdzonej dziewczynie, każąc jej porzucić jedyny znany jej dotychczas świat, który zatrząsł się nagle w posadach...

– Bo nie było innego rozsądnego sposobu na to, by zrobić z niej coś choćby pozornie przypominającego pannę z porządnego domu! – przerywa mu szorstko starszy z panów. – Przecież sam, bardziej niż ktokolwiek inny, powinieneś dostrzegać logikę...

– Logika to nie wszystko.

– Doprawdy, po raz pierwszy słyszę taką herezję z twoich ust! – Nastrój spokoju i błogiej wygody prysnął. Zażywny jegomość prostuje się w fotelu, wbijając w drewnianą posadzkę obcasy okrytych nieskazitelnie czystymi getrami trzewików. Domaga się wyjaśnień: – Dlaczego traktujesz sprawę aż tak emocjonalnie i z taką afektacją? Czym się różni ustalenie miejsca pobytu naszej zbuntowanej uciekinierki od rozwiązywania innych drobnych zagadek...

– Ponieważ chodzi o naszą siostrę!

– Młodszą o kilkadziesiąt lat, z którą miałeś kontakt raptem dwa razy w życiu.

Wysoki i podenerwowany mężczyzna o jastrzębim profilu zamiera w bezruchu.

– Wystarczyłby mi i jeden raz. – Mówi teraz wolniej, a ton jego głosu nagle łagodnieje, jednak zamiast patrzeć na rozmówcę, wbija wzrok w dębową boazerię klubowego saloniku, jakby chciał przez nią wypatrzeć jakieś odległe miejsce czy wspomnienie. I ciągnie dalej: – Przypomina mi mnie w jej wieku, skóra i kości, niezdarnego, niezgrabnego, nieumiejącego znaleźć sobie miejsca w żadnym...

– Nonsens! – Starszy brat nie może dłużej słuchać podobnych bzdur. – Niedorzeczność! Rozmawiamy o kobiecie! O istocie z ograniczonymi możliwościami intelektualnymi, wymagającej opieki... Tu nie ma porównania! – Ściągnąwszy brwi, niczym mąż stanu opanowuje jednak gniewny ton, by zyskać przewagę. – Tego rodzaju kwestionowanie przeszłych zdarzeń niczemu nie służy; jedynym racjonalnym pytaniem jest teraz to, w jaki sposób planujesz ją odnaleźć.

Wysoki mężczyzna z widocznym trudem odrywa wzrok od dalekich przestrzeni i wbija spojrzenie swoich szarych, świdrujących oczu w brata. Po krótkiej chwili oznajmia:

– Mam plan.

– Spodziewam się. Mógłbyś mi go łaskawie zdradzić?

Milczenie.

Sadowiąc się głębiej w fotelu, starszy brat uśmiecha się kwaśno.

– Musisz koniecznie działać za zasłoną tajemniczości, co, Sherlocku?

 

Młodszy z braci, cieszący się sławą wielkiego detektywa, wzrusza ramionami, i odpowiada z chłodną powściągliwością, równą powściągliwości starszego:

– Nie istnieje żaden praktyczny powód, dla którego miałbym cię o czymkolwiek informować, mój drogi Mycrofcie. Jeśli będzie mi potrzebna twoja pomoc, to zapewniam cię, że nie omieszkam się do ciebie zwrócić.

– Więc w jakim celu tu dziś przyszedłeś?

– Choćby po to, żeby przedstawić ci stan mego umysłu.

– Czy rzeczywiście kierujesz się umysłem, mój drogi Sherlocku? Zdaje mi się, że twoim procesom myślowym zabrakło dyscypliny. Chyba zanadto wziąłeś sobie to do serca. Nerwy odmawiają ci posłuszeństwa.

– Lepsze nieposłuszne nerwy niż całkowity ich brak. – Z widocznym zamiarem zakończenia spotkania, Sherlock Holmes sięga po kapelusz, rękawiczki i laskę, po czym kieruje swoje kroki w stronę drzwi. – Dobranoc, Mycrofcie.

– Życzę z całego serca, by twój plan się powiódł, mój drogi. Dobranoc.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z pełnym zaskoczenia niedowierzaniem przeczytałam tekst z leżącej na srebrnej tacce wizytówki przyniesionej mi przez młodocianego lokaja.

– „John Watson, doktor nauk medycznych” – wypowiedziałam słowa na głos, żeby się upewnić, czy wzrok nie spłatał mi figla. Nie mogłam uwierzyć, że ze wszystkich możliwych osób pierwszym klientem, który zjawi się w nowo otwartym – w styczniu 1889 roku – biurze jedynego w Londynie, a nawet i na całym świecie – Naukowca Perdytorysty będzie...

Doktor John Watson? John to pospolite imię, ale Watson? I na dodatek lekarz? To musiał być on, mimo że wciąż wzdragałam się przed tym, by w to uwierzyć.

– Czy to jest osoba, o której myślę, Joddy?

– A skąd mogę to wiedzieć, jaśnie pani?

– Joddy, prosiłam cię już, żebyś tytułował mnie „panną Meshle”. Panną Meshle. – Przewróciłam oczyma, ale czego można się spodziewać po chłopaku, któremu matka dała na chrzcie imię Jodhpur (przekręcone na „Jodper” przez dokonującą wpisu w księdze parafialnej), tylko dlatego, że inna nazwa bryczesów do konnej jazdy kojarzyła jej się z czymś wyjątkowo dystyngowanym[1]. Wiem, że podziw, jaki budziły w nim moje żaboty i bufiaste rękawy, nakazywał mu tytułować mnie „jaśnie panią”, jednak musiałam go od tego odwodzić, w obawie, że osoby postronne mogłyby nabrać podejrzeń. Chciałam wprawdzie podtrzymać w nieletnim lokaju podziw, który czynił go ślepym na to, że jestem zwyczajną, niewiele starszą od niego dziewczyną, jednak musiałam mu wybić z głowy „jaśnie panią”.

Opanowawszy się nieco i pilnując akcentu, mogącego nasunąć jakieś skojarzenia z przynależnością do wyższych sfer, spytałam:

– Ale powiadomiłeś tego dżentelmena, że nie zastał doktora Ragostina?

– Tak, jaśnie pani. To znaczy... tak, panno Meshle.

Na szyldzie biura Naukowca Perdytorysty widniało nazwisko niejakiego doktora Lesliego T. Ragostina. Uczony musi być wszak mężczyzną. W dodatku wiecznie nieobecnym, ponieważ pan doktor – w tym przypadku doktor nauk przyrodniczych – istniał wyłącznie w mojej wyobraźni oraz na ulotkach i wizytówkach, które zostawiałam we wszystkich kioskach, straganach z warzywami, salach wykładowych i gdzie się tylko dało.

– Bądź tak miły i poproś doktora Watsona do mojego gabinetu, być może będę mogła służyć mu pomocą.

Joddy wybiegł z pokoju. Miał bardzo zmyślny strój – kontrastujący z jego bezmyślnością; składały się na niego lokajska kurtka z szamerunkiem, spodnie z lampasami, białe rękawiczki i pasiasty kapelusik nasuwający skojarzenia z wielowarstwowym tortem – ale czemu nie? Większość uniformów wygląda absurdalnie.

Z chwilą gdy znikły mi z oczu jego plecy, osunęłam się rozpaczliwie w drewnianym fotelu, który zajmowałam, siedząc za biurkiem. Kolana dygotały mi tak, że słychać było szeleszczące halki. Tak nie można. Nabrałam w płuca powietrza, zamknęłam oczy i przywołałam w myślach twarz mojej matki. Obraz ten nieodmiennie przywodził na myśl powtarzane przez nią słowa: „Doskonale sobie poradzisz sama, Enolu”.

Zaimprowizowane ćwiczenie umysłowe przyniosło spodziewany skutek. Uspokoiłam się i otworzyłam oczy. Dokładnie w tym samym momencie Joddy wprowadził doktora Watsona z przerobionego na poczekalnię saloniku.

– Panie doktorze, jestem sekretarką doktora Ragostina. Ivy Meshle. – Podnosząc się i wyciągając w jego kierunku rękę, dostrzegłam cechy, których domyślałam się, czytając jego pisma: stał przede mną solidny brytyjski dżentelmen, może nieprzesadnie zamożny, ale z pewnością wykształcony, z czerstwą twarzą, łagodnym spojrzeniem i lekko już widoczną skłonnością do tycia.

Gorąco liczyłam na to, że on także dostrzegł we mnie osobę, którą udawałam: do bólu konwencjonalną młodą pannę urzędniczkę z pękatą broszką zdobiącą gors sukni i z równie niegustownymi kolczykami w uszach, przystrojoną w uszyte z tanich materiałów fatałaszki usiłujące naśladować najnowsze tendencje w modzie, równie absurdalne jak w przypadku uniformów. Dziewczynę o bujnych lokach, z których nie wszystkie były darem natury; część zdobiła ongiś – z dużą dozą prawdopodobieństwa – głowę jakiejś bawarskiej chłopki. Ogólnie rzecz biorąc, miał przed sobą szacownie wyglądającą młodą kobietę niskiego pochodzenia. Jej ojcem mógł być siodlarz albo oberżysta. Dziewczynę, której głównym życiowym dążeniem było znalezienie męża. Jeśli wzmiankowane wyżej broszka, aksamitka na szyi, przesadna liczba falbanek i wstążek oraz widoczne na pierwszy rzut oka uzupełnienia we fryzurze wywoływały razem takie wrażenie, moje przebranie było trafione w dziesiątkę.

– Miło mi panią poznać, panno Meshle. – Doktor Watson zdążył już, rzecz jasna, zdjąć kapelusz, jednak zgodnie z zasadami dobrego tonu uścisnął mi dłoń, zanim zsunął z dłoni rękawiczki, by wręczyć je wraz z laską lokajowi.

– Będzie pan łaskaw spocząć. – Wskazałam mu fotel. – I proszę się przysunąć bliżej kominka. Okrutny dziś ziąb, nieprawdaż?

– Koszmarny. Jeszcze nigdy nie widziałem Tamizy skutej lodem do tego stopnia, by łyżwiarze mogli bez obaw przejechać na drugi brzeg. – Mówiąc to, rozcierał ręce, a po chwili wyciągnął je w stronę ognia. Mimo najlepszych starań służby pomieszczenie było wychłodzone, zazdrościłam więc trochę gościowi, że siedzi w głębokim tapicerowanym fotelu. Kiedyś nie przejmowałam się ani zimnem, ani wilgocią. Do czasu, kiedy po przybyciu do Londynu zobaczyłam żebraka – a raczej jego doczesne szczątki – przymarzniętego do chodnika.

Wyprostowawszy się w niewygodnym drewnianym krześle za biurkiem, otuliłam się mocniej szalem, również roztarłam ręce (zgrabiałe, mimo włóczkowych mitenek z których wystawały mi palce), po czym sięgnęłam po notes i ołówek.

– Niezmiernie mi przykro, panie Watson, ale doktor Ragostin musiał wyjść. Z pewnością byłby zachwycony, mogąc pana poznać. Pan jest zapewne tym doktorem Watsonem, współpracownikiem pana Sherlocka Holmesa, czyż nie?

– W rzeczy samej. – Grzecznie, wręcz uniżenie, odwrócił się w moją stronę. – I właśnie w jego imieniu tu przychodzę.

Serce zabiło mi tak głośno, że na chwilę zdjęła mnie obawa, iż mój gość je usłyszy. Już nie mogłam łudzić się nadzieją, że przywiódł go do mnie jakiś szczęśliwy czy nieszczęśliwy traf.

Przyszedł tu, żeby zasięgnąć opinii jedynego na świecie zawodowego poszukiwacza rzeczy i osób zaginionych.

Próbowałam jednak zachować ugrzeczniony ton i właściwy klasie średniej akcent, z domieszką odpowiedniej dawki urzędniczej operatywności i usłużności.

– Doprawdy? – Przybrawszy pozę osoby biorącej się do sporządzania notatek, spytałam: – Jakiej natury są kłopoty pana Holmesa?

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, panno Meshle, jednak wolałbym osobiście wyłuszczyć sprawę samemu doktorowi Ragostinowi.

Uśmiechnęłam się.

– A ja liczę na to, że rozumie pan, panie doktorze, iż chlebodawca upoważnił mnie do załatwiania wstępnych formalności, w celu oszczędzenia swego bezcennego czasu. Jestem oficjalną przedstawicielką doktora Lesliego Ragostina. Oczywiście nieupoważnioną do podejmowania żadnych działań – poprawiłam się szybko, znając jego wrodzony brak zaufania do płci żeńskiej – niemniej często służę mu za oczy i uszy. Tak jak pan we współpracy z panem Sherlockiem Holmesem – dodałam znacząco, starając się przy tym, by gość nie wyczuł w moim głosie tonu perswazji.

A raczej, starając się nie okazać, że w duszy zawodzę błagalnie. Proszę, proszę. Muszę wiedzieć, czy dobrze się domyślam przyczyny, która tu pana przywiodła.

– No tak – odrzekł doktor Watson z pewną dozą niepewności. – W istocie. – Im bardziej się denerwował, tym jego spojrzenie stawało się łagodniejsze. – Ale nie jestem pewien... Sprawa jest delikatna. Widzi pani, Holmes nie wie, że tu jestem.

Zaraz... mój brat go nie przysłał?

Moje serce uspokoiło się nieco, jednak poczułam w nim ukłucie.

Nadając głosowi możliwie bezbarwny ton, odpowiedziałam doktorowi Watsonowi:

– Może pan liczyć na całkowitą dyskrecję z mojej strony.

– W rzeczy samej. Oczywiście. – I zdaje się, że moja udawana obojętność ośmieliła w końcu zafrasowanego biedaka do zrzucenia ciężaru z serca. Zacisnąwszy dłonie na oparciach fotela, rozpoczął swoją opowieść: – Z pewnością wiadomo pani, że przez kilka lat, na samym początku niezwykłej kariery pana Sherlocka Holmesa, zajmowaliśmy wspólne lokum, teraz jednak, kiedy jestem już człowiekiem żonatym i prowadzę własną praktykę jako doktor nauk medycznych, widuję go znacznie rzadziej niż poprzednio. A jednak nie uszedł mojej uwadze fakt, że od minionego lata coś go najwyraźniej trapi. Stał się wyjątkowo rozkojarzony, nie odżywia się jak należy, nie wysypia się... co obudziło we mnie obawy i mówię to zarówno jako przyjaciel, jak i lekarz. Wychudł, ma niezdrową cerę, stał się melancholijny i drażliwy.

Notując to wszystko na potrzeby „doktora Ragostina”, pochylałam nad papierem głowę, więc doktor Watson nie mógł widzieć mojej twarzy. I cieszę się z tego bardzo, ponieważ z pewnością dostrzegłby zbolałą minę i błyszczące w oczach łzy. Mój brat, wzorzec chłodnego logicznego rozumowania, wpadł w przygnębienie? Zaniedbywał pory posiłków i snu? Nie podejrzewałam go o taką głębię uczuć. A już na pewno nie z mojego powodu.

Doktor Watson ciągnął dalej:

– Choć wielokrotnie usiłowałem dociec, co go gryzie, twierdził zawsze, że nie ma żadnych kłopotów. Jednak kiedy wczoraj ponownie go o to spytałem, wpadł w taką furię, w rozdrażnienie tak nielicujące z jego stalowymi nerwami, w stan tak daleki od wszelkiej racjonalności, że poczułem się zobowiązany do podjęcia jakichś kroków, chociażby wbrew jego woli. W związku z czym wybrałem się do jego brata, pana Mycrofta Holmesa...

Uświadomiłam sobie nagle, że panna Ivy Meshle nie powinna mieć pojęcia o istnieniu brata Sherlocka Holmesa. Wpadłam zatem doktorowi w słowo:

– Podpowie mi pan, jak zapisać jego imię?

– Niespotykane, prawda? – Watson przeliterował imię i podał mi londyński adres Mycrofta, po czym podjął przerwany wątek. – Nie bez oporów Mycroft Holmes wyjawił mi, że jego i Sherlocka dotknęło nieszczęście związane z niemożnością ustalenia miejsca pobytu ich matki. Gorzej, bez śladu zaginęła nie tylko matka, ale także ich młodsza siostra. Dwie najbliższe krewne – a raczej jedyne żyjące przedstawicielki rodu – zniknęły.

– Okropność – mruknęłam, nie podnosząc wzroku. Już nie zbierało mi się na płacz, przeciwnie, miałam ochotę szeroko się uśmiechnąć i zagrać na nosie przejętemu rolą starszego brata Mycroftowi, który chciał ze mnie zrobić afektowaną młodą damulkę – i z trudem przyszło mi zachowanie miny osoby słuchającej z rosnącym zainteresowaniem relacji z wydarzeń, o których teoretycznie nie miała zielonego pojęcia. – Czyżby porywacze?

Doktor Watson potrząsnął głową.

– Nie przysłano im żądania okupu. Nie, obie kobiety są uciekinierkami.

– Szokujące. – Udawałam, że nic na ten temat nie wiem. – Czy zbiegły razem?

– Nie! Osobno. Matka zaginęła w porze letniej, młodsza z pań zniknęła półtora miesiąca później, tuż przed zaplanowanym wyjazdem do żeńskiej szkoły z internatem. Uciekła w pojedynkę. I sądzę, że właśnie dlatego Holmes tak bardzo się tym przejął. Gdyby dziewczyna zbiegła w towarzystwie matki, mógłby się na to zżymać, jednak wiedziałby, że siostra jest bezpieczna. Natomiast wszystko wskazuje na to, iż dziewczę – a w istocie rzeczy jeszcze dziecko – udało się samotnie w podróż do Londynu.

– Dziecko, powiada pan?

– Czternastoletnia dziewczynka. Mycroft Holmes wyjawił mi, że obaj z bratem mają powody podejrzewać, iż uzyskała dostęp do sporych zasobów finansowych...

 

Zesztywniałam, zdjęta nagłym niepokojem. Jakim cudem mogli się o tym dowiedzieć?

– ...co pozwoliłoby jej udawać młodego dżentelmena prowadzącego próżniaczy tryb życia...

Odetchnęłam z ulgą, że ich domysły aż tak bardzo mijają się z prawdą. Sama żywiłam nadzieję, że los nigdy nie zmusi mnie do tego, bym uciekła się do ogranego w przedstawieniach teatralnych taniego chwytu podawania się za mężczyznę. Chociaż, rzecz jasna, nie ograniczę się do bycia panną Ivy Meshle.

– ...naraziłoby na kontakt z dekadenckim światem – ciągnął doktor Watson – a co za tym idzie, groziłoby wciągnięciem w wir nieobyczajności.

Nieobyczajności? Nie miałam pojęcia, o co może mu chodzić, jednak skrzętnie to zanotowałam.

– Czy panowie Mycroft i Sherlock Holmes mają podstawy, by się obawiać takiego rozwoju spraw? – spytałam.

– Tak. Ich matka była... a raczej jest... wojującą sufrażystką, a siostra również nie przejawia, niestety, powołania do roli kobiety, jak mniemam.

– Doprawdy. Jakie to smutne. – Zerknęłam na niego spod napuszonej sztucznej grzywki, zatrzepotałam doklejonymi rzęsami i wykrzywiłam subtelnie podmalowane usta w uśmiechu. Przyznam się też od razu, że rozprowadziłam po policzkach odrobinę zdrożnej substancji, zwanej „różem”, by ożywić ziemistą, arystokratycznie bladą cerę i przydać jej plebejskiej rumianości. – Czy mógłby pan dostarczyć doktorowi Ragostinowi fotografię tej dziewczyny?

– Nie. Nie dysponuję także zdjęciem starszej z pań. Obie konsekwentnie unikały fotografów.

– Z jakiego powodu?

Westchnął, a wyraz jego twarzy po raz pierwszy stał się antypatyczny.

– Widać było to wpisane w ich plan buntu przeciw kobiecej naturze.

– Czy mogę prosić o ich imiona i rysopisy?

Podał mi imiona i nazwiska: Lady Eudoria Vernet Holmes, panna Enola Holmes (mama okazała się przewidująca, bowiem Enola czytana wspak to alone, samotna).

Doktor Watson powiedział:

– Z tego, co mi mówiono, córka ma bardziej charakterystyczny wygląd. Wysoka, chuda...

Próbowałam przytyć, ale jak dotąd bez skutku, żywiona przez skąpą gospodynię zupami na wywarze z rybich głów i potrawkami z owczej głowizny.

– ...o pociągłej twarzy z wydatnym, żeby nie powiedzieć cycerońskim nosem i podbródkiem...

Jakże taktownie opisał fakt, że jestem niemal wierną kopią mojego brata Sherlocka. Na szczęście, w związku z niemożnością przybrania na wadze, umieściłam pod każdym z policzków gumowy wypełniacz, stworzony z myślą o przydawaniu krągłości nieco innym, wstydliwszym partiom ciała. Dzięki nim i wkładkom do nosa udało mi się zmodyfikować w znacznym stopniu kształt mojej twarzy.

– ...raczej kanciasta z figury, pozbawiona kobiecych powabów – mówił dalej doktor Watson. – Cechuje ją zamiłowanie do męskich strojów i skłonność do chłopięcego zachowania, ruchy ma zamaszyste, krok typowo męski... Istnieje obawa, że będzie stracona dla przyzwoitego świata, jeśli jej się szybko nie odnajdzie.

– A matka? – spytałam, chcąc zmienić temat, zanim parsknę śmiechem.

– Skończyła sześćdziesiąt cztery lata, choć wygląda na znacznie młodszą. Fizycznie nie wyróżnia się niczym szczególnym, cechuje ją jednak wielka nieugiętość i upór. Ma wybitne uzdolnienia plastyczne, jednak w pożałowania godny sposób całą swoją energię poświęciła walce o tak zwane prawa kobiet.

– O? Pragnie nosić spodnie?

Uśmiechnął się na myśl, że sama równie kpiąco odnoszę się do kwestii emancypacji pań.

– Prawdopodobnie. Jest zwolenniczką racjonalizmu w modzie.

– Czy istnieją jakieś przesłanki wskazujące na to, gdzie mogłaby teraz przebywać?

– Nie. Ale, jak już wspomniałem, jej córka prawdopodobnie jest w Londynie.

Odłożyłam ołówek, żeby spojrzeć mu w twarz.

– Doskonale, panie Watson. Przekażę doktorowi Ragostinowi szczegóły. Ostrzegam jednak, że prawdopodobnie nie zechce się zająć tą sprawą. – Pech chciał, że moim pierwszym zleceniem byłoby odszukanie samej siebie. Nie mogłam się w to plątać.

– Ale dlaczego?

Miałam na to przygotowaną odpowiedź.

– Ponieważ pan doktor nie przyjmuje zleceń od pośredników. Będzie dociekał, dlaczego pan Holmes nie przyszedł tu osobiście...

Doktor Watson obruszył się, choć jego gniew nie był skierowany na mnie.

– Ależ Holmes jest zbyt powściągliwy, zbyt dumny. Skoro nawet mnie nie chciał wyjawić powodu swojego zmartwienia, to wyobraża pani sobie, że zwierza się zupełnie obcej osobie?

– Ale też koledze po fachu – zauważyłam łagodnym tonem.

– To jeszcze gorzej. Poczułby się poniżony w obecności... – Raptownie urwał, a potem spytał: – No właśnie, można by zadać sobie pytanie, któż to taki, ten doktor Ragostin? Pani wybaczy, panno... em...

– Meshle. – Bierzemy nazwisko „Holmes”, przestawiamy sylaby: „Mes hol”, zapisujemy w sposób zgodny z wymową: „Meshle” – proste jak drut. A jednak nigdy by na to nie wpadł. Nikt by na to nie wpadł.

– Panno Meshle. Proszę się nie obrazić, ale zasięgnąłem języka i nikt nie słyszał o doktorze Ragostinie. Przyszedłem tu tylko dlatego, że mieni się specjalistą od wyszukiwania osób zaginionych...

– Wszelkich rzeczy zaginionych – wtrąciłam.

– Ale nie znalazłem nikogo, kto mógłby za niego poręczyć.

– Ponieważ dopiero rozpoczyna karierę, podobnie jak ongiś pański przyjaciel. Doktor Ragostin nie wyrobił sobie jeszcze renomy. Ale może zainteresuje pana fakt, że pilnie studiował metody pana Sherlocka Holmesa.

– Doprawdy? – Doktor Watson nagle poczuł się udobruchany.

– Tak. Darzy go wręcz bałwochwalczą czcią. I zapewne zdziwi go niepomiernie fakt, że jego idol nie jest w stanie samodzielnie ustalić miejsca pobytu matki i siostry.

Wyprostowawszy się gwałtownie, jakby zajmowany przezeń fotel okazał się niewygodny, doktor Watson odchrząknął głośno.

– Domyślam się – powiedział, cedząc słowa – przyczyny: Holmes nie interesuje się zazwyczaj tego rodzaju przypadkami. Uważa je za pospolite i nieciekawe, odmawia zatem prowadzenia w takich sprawach śledztwa. Nawet nie dawniej jak wczoraj – dodał Watson – kiedy przyszedłem do niego z wizytą, minąłem się w drzwiach z sir Eustace’em Alistairem i jego małżonką. Przyszli go błagać o odszukanie ich zaginionej córki i zostali odesłani z kwitkiem.

Zbyłam milczeniem bezsens wystawiania kwitków za niewykonaną pracę, ponieważ całą moją uwagę pochłonęła treść wypowiedzi.

– Sir Eustace Alistair? Zaginęła jego córka? W gazetach nic o tym nie pisano...

Watson uniósł dłoń do ust i zakaszlał.

– Rodzina wyciszyła sprawę, żeby uniknąć skandalu.

Obawiali się zatem, że dziewczynę omotał jakiś uwodziciel.

Muszę się tym zająć. Wiedziałam, że doktor Watson nie zdradzi mi szczegółów sprawy, ponieważ zamilkł, jakby czuł, że i tak ujawnił zbyt wiele. To nic, dzięki niemu zdobędę swoje pierwsze zlecenie. Odszukam zaginioną córkę baroneta.

Watson podniósł się z miejsca z niezbyt zadowoloną miną. Rozmowa dobiegła końca. Sięgnęłam po sznur dzwonka i przywołałam Joddy’ego, by odprowadził gościa do wyjścia.

– Pragnąłbym poznać doktora Ragostina osobiście – oświadczył mi Watson – zanim podejmie w tej sprawie jakieś kroki.

– Oczywiście. Poda mi pan swój adres? Doktor Ragostin zgłosi się do pana, kiedy tylko przejrzy moje notatki – skłamałam.

Zapisawszy jego adres, wstałam, by odprowadzić go do drzwi.

Po jego wyjściu usiadłam w zwolnionym przez niego fotelu, ale mimo bliskości ognia zaczęłam drżeć.