Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A wiesz, tatku, że ta biedaczka pracowała w St Angelus? – zapytała Pammy, zbierając brudne talerze. – Jako sekretarka na oddziale nagłych wypadków. Nie wiem, czy po tym wszystkim jeszcze do nas wróci. Ja bym chyba nie potrafiła.

– Wiozłam ją na salę operacyjną – dodała Victoria. – Przyjęli ją na oddział drugi. Naprawdę kiepsko z nią było. Szkoda dziewczyny. Przełożona pielęgniarek aż się popłakała.

– Popłakała się?! – wykrzyknęły dziewczęta chórem.

– Wiecie, przełożona pielęgniarek też może mieć uczucia – odezwała się Beth. – Owszem, ze swoich obowiązków wywiązuje się na medal, ale przecież nadal jest człowiekiem.

– Oj, wiem, Beth, wiem, ale do głowy by mi nie przyszło, że jej się zdarza płakać. To nie jest przecież szczególnie wrażliwa kobieta – dziwiła się Pammy, która nie raz już stawała oko w oko z przełożoną pielęgniarek i nie zauważyła u niej skłonności do płaczu. Podczas tych rozmów to raczej w oczach Pammy stawały łzy.

– Doreen, miała na imię Doreen – dodała Victoria. – Czasem ją widywałam, gdy wchodziła przez bramę. To jedna z protegowanych Dessiego. Dessie zawsze ma kogoś, nad kim roztacza pieczę.

– Zgadza się, kochana – powiedział Stan. – Tu też jest napisane, że miała na imię Doreen. Podali jej adres i w ogóle. Napisali, że pracowała w szpitalu. Straszne! To będzie się ciągnęło za nią przez całe życie. Każdy zapamięta, że to dziewczyna z przeszłością.

Maisie cmoknęła współczująco i pokiwała głową, ale się nie odezwała.

– Ciekawe, czy przełożona pielęgniarek pozwoli jej wrócić do pracy. Wielu pracodawców pewnie by się nie zgodziło, nie po czymś takim… – Stan odłożył gazetę. – Dziewczynki, uważajcie na siebie, kiedy będziecie wracać, jasne? Chociaż chyba tylko głupiec mógłby się wam postawić. Wy to przecież już z daleka robicie przerażające wrażenie. Ja się was boję jak nie wiem.

Kuchnię wypełnił gwar rozmów. Pammy skarżyła się, że chłopcy nigdy nie chcą zmywać. Znad zlewu, przy którym Victoria i Beth płukały i wycierały naczynia, roznosił się radosny brzęk. Maisie usuwała ostatnie okruszki z pieca, a Stan bawił się radiem. Na zewnątrz pośród ciemnej nocy bezszelestnie padał śnieg.

Rozdział 8

Dana obudziła się wcześniej niż zwykle. Od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Okna jej pokoju wychodziły na ulicę, a ona, jeszcze leżąc w łóżku, usiłowała odgadnąć, co jej właściwie nie pasuje. Nagle ją olśniło. Na Lovely Lane panowała niezmącona niczym cisza. Żadnych samochodów. Żadnych autobusów. Żadnych kroków i żadnych głosów. Żadnych okrzyków pracowników zieleni miejskiej, żadnego szczekania psów. Nic. Tylko upiorna cisza. A wszystko przez śnieg.

Wsunęła się z powrotem pod kołdrę, ale już nie zdołała zasnąć. Dorastała na farmie, więc przywykła wstawać skoro świt, żeby wydoić krowy i dopełnić innych gospodarskich obowiązków. Nawet teraz miała kłopoty, żeby wyleżeć w łóżku dłużej niż do piątej rano. W powietrzu poczuła chłód, co skłoniło ją do wyciągnięcia wniosku, że nikt jeszcze nie rozpalił w piecach. Dom pielęgniarek miał tylko trzy źródła ogrzewania: duży piec w korytarzu, mały, ale bardzo efektywny kominek w saloniku oraz duży kuchenny piec, skąd ciepło docierało do położonego dwa stopnie nad kuchnią pokoju porannego, służącego pielęgniarkom za jadalnię. Trzy razy dziennie chłopcy, zatrudnieni do pomocy przez Dessiego w szpitalu, napełniali opałem kosze i wiadra. Z samego rana pokojówki wymiatały popiół, a potem zgodnie z grafikiem regularnie dorzucały do pieców, w których dzięki temu przez długie zimowe miesiące paliło się calutki dzień. Dziś jednak z powodu śniegu autobusy nie wyjechały w trasę, a pokojówki i gospodyni Lovely Lane, pani Duffy, nie dotarły do pracy na czas.

Dana szybko się umyła i ubrała, po czym zeszła na parter. Westchnęła z ulgą, gdy w głównym holu zastała pełne wiadro węgla i kosz z drewnem przyniesiony przez pomocników portiera jeszcze poprzedniego wieczoru. Widocznie przyszli już po tym, jak ona i pozostałe dziewczęta wróciły od Tannerów, a jeszcze zanim śnieg pokrył drogi i chodniki grubą warstwą. Intensywnie dmuchając w żar dogasający pod grubą warstwą popiołu, Dana zdołała przywrócić ogień do życia. Zaraz potem porwała na strzępy „Echo”, które pani Duffy zawsze zostawiała w koszu z drewnem. Wrzuciła do pieca coś na rozpałkę, a potem dołożyła drewno i węgiel.

Zadowolona z siebie wstała i przez chwilę wpatrywała się w płomienie oblizujące ściany komina. Spodziewam się dziś wielu słów uznania, pomyślała, wędrując na paluszkach do okna przy frontowych drzwiach. Wyjrzała na zewnątrz i oniemiała z zachwytu. Nie mogła się powstrzymać – podreptała na górę, żeby obudzić przyjaciółki. Najpierw zastukała do Pammy, której pokój znajdował się w połowie schodów.

– O rany Julek! – pisnęła Pammy, podbiegając do okna. – Czyżbyśmy były w domu same? Nie ma mowy, żeby pani Duffy tu dziś dotarła. Jesteśmy zdane tylko na siebie.

– Już rozpaliłam w piecu – oznajmiła Dana. – Idę obudzić Beth. Założę się, że nawet się nie obejrzymy, a ona już będzie się szarogęsić w kuchni.

Dana miała rację. Już kilka chwil później zapach grzanek i gwizd czajnika niosły się po całym domu, a Beth rozstawiała filiżanki, nucąc przy tym radośnie. Beth uwielbiała wyzwania! Uwielbiała stawać za sterem.

Jako gospodyni domu pielęgniarek pani Duffy miała dbać przede wszystkim o to, aby pielęgniarki posiliły się przed rozpoczęciem długiej zmiany w szpitalu. Gdy tylko zobaczyła smętne i samotne zielone autobusy Crossville, które stały rzędem wzdłuż nabrzeża rzeki Mersey z białymi czapami na dachach, od razu zdała sobie sprawę, że cztery kilometry dzielące jej dom od Lovely Lane będzie musiała pokonać pieszo.

Pogrążone w ciszy ulice przykrył miękki dywan dziewiczego śniegu, tylko gdzieniegdzie wydeptanego przez wyjątkowo sumiennych pracowników, którzy ślizgając się i potykając, brnęli przed siebie w obuwiu całkowicie nieadekwatnym do warunków panujących na chodnikach. Pani Duffy spieszyła się, jak tylko mogła. Gdy tylko nadarzała się okazja, przytrzymywała się parapetów lub kubłów na śmieci, żeby uniknąć upadku. Najpierw wzdłuż ławki doszła do przystanku, potem wspierała się na niskim kamiennym murku. Dwa razy wypuściła z rąk torebkę, bo poślizgnęła się, straciła równowagę i omal sama nie wylądowała na ziemi. Pomimo zdradliwego śniegu, podeszłego wieku i niesprzyjających warunków pogodowych obowiązkowa pani Duffy starała się dotrzeć do domu pielęgniarek, żeby przyjąć na miejscu furgonetkę z zaopatrzeniem, która miała przyjechać ze szpitalnej kuchni. Kierowca przywoził jej wszystko, czego potrzebowała, aby podać pielęgniarkom śniadanie i wieczorny posiłek.

Co one zrobią, jeśli się spóźnię? Tak bardzo się martwiła, że nie przeszkadzało jej nawet przenikliwe zimno, od którego palce, choć ukryte w rękawiczkach, zamarzały jej na kość. Dziewczęta będą się trzęsły z zimna. Nie będzie ognia. Nie będzie śniadania. Biedaczki! Brnęła przez śnieg, cały czas się zamartwiając. A jeśli furgonetka nie dojedzie? Przecież w kuchni nic nie ma! O rany, jak one, bez odpowiedniego wzmocnienia, mają się zaopiekować niedomagającymi pacjentami? Muszę tam jak najszybciej dotrzeć. Beze mnie umrą z głodu!

W końcu skręciła za róg i znalazła się na Lovely Lane. Jakże jej ulżyło, gdy zobaczyła znajomą czarną, choć nieco ośnieżoną, furgonetkę zastępcy portiera, Jake’a Berry’ego, zaparkowaną na ulicy przed frontowym wejściem do domu pielęgniarek. Pani Duffy uznała, że auto stoi na ulicy. Tak naprawdę spod grubej warstwy śniegu nie było tego ranka widać granicy między jezdnią a chodnikiem.

Usłyszała głośno pracujący silnik, którego Jake celowo nie zgasił. Z rozgrzanej maski zsunęła się właśnie duża śniegowa czapa. Opadła na drogę z charakterystycznym miękkim pacnięciem.

– Dzień dobry, Jake! – zawołała. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Martwiłam się, że nie zdążę. No i nie wiedziałam, czy uda ci się dotrzeć. Świetnie sobie poradziłeś z dojazdem, niech ci to Bóg wynagrodzi. Nie mam już ani chleba, ani bekonu, więc nie miałabym co im dać na śniadanie.

– Ależ co też pani mówi! A co z panią? Jak pani zdołała tu dotrzeć? Spodziewałem się, że bekon odbiorą ode mnie pielęgniarki i że same go sobie usmażą.

– Powiem ci, Jake, że tego się właśnie najbardziej obawiałam. Bóg jeden raczy wiedzieć, w jakim stanie zastałabym wtedy kuchnię. Któż by je zresztą obudził? Pewnie jeszcze śpią smacznie w swoich łóżkach. Skaranie boskie z tym śniegiem.

– Ja mojej Marcie kazałem zostać w łóżku – odparł Jake. – Mówię do niej: wstań dopiero, jak się w domu trochę nagrzeje. Napakowałem do pieca i zostawiłem otwarte drzwi prowadzące na schody, żeby ciepło doleciało do sypialni. Zaniosłem jej picie i grzankę do łóżka razem z koszem z robótkami, żeby moja księżniczka mogła zostać z naszym maleństwem pod ciepłą kołdrą, dopóki ogień na dobre się nie rozpali.

Jake awansował z pomocnika na zastępcę portiera mniej więcej w tym samym czasie, kiedy się ożenił z Marthą, która przed ślubem pracowała jako pokojówka w saloniku lekarskim. Posadę załatwiła jej matka, Elsie, gospodyni przełożonej pielęgniarek. Ludzie z St Angelus dbali o swoich.

Jake otworzył drzwi od furgonetki i wyciągnął drewnianą tacę, na której znajdowało się wszystko, co pani Duffy zamówiła poprzedniego ranka.

– Chleb, bekon w plastrach i masło idą pierwsze, prawda?

Pani Duffy po kolei ściągała zębami kolejne palce wełnianych rękawiczek, po długiej drodze oblepione mocno śniegiem. Odsłoniętą w ten sposób dłoń zanurzyła w dużej torbie, aby wydobyć stamtąd pęk kluczy godny strażnika więziennego.

– A jak maleństwo się miewa? – zapytała jeszcze w trakcie poszukiwań. Po długiej i ciężkiej przeprawie przez śnieg z trudem łapała oddech, więc kolejne słowa raczej wydyszała, niż wypowiedziała.

 

– Wszystko zmierza w dobrym kierunku. Oby tak dalej.

Cały czas trzymając w rękach tacę, Jake odwrócił się i kopniakiem zamknął drzwi od furgonetki.

– Na razie jeszcze mało kto wie. Martha mówi, że to za wcześnie, a ja się trzymam jej zaleceń. Jeśli ona też będzie się trzymać zaleceń i zostanie w ciepłym łóżku, to wszystko powinno być w porządeczku. Zgodzi się pani ze mną, pani Duffy, prawda?

Tacę trzymał przed sobą, więc właściwie nie widział, dokąd idzie, ale jakoś trafił na kamienne schody prowadzące do frontowych drzwi. Śniegu napadało tyle, że trudno było stwierdzić, gdzie się jeden stopień kończy, a drugi zaczyna. Pani Duffy uśmiechnęła się sama do siebie, bo w końcu udało jej się namierzyć klucze. Wyraźnie z siebie zadowolona, wyjęła je z werwą godną magika, który właśnie prezentuje widzom bukiet z papieru.

W dokach i całej najbliższej okolicy na próżno by szukać kogoś, kto by nie wiedział o tym, że Martha Berry spodziewa się dziecka. Lecz tylko nieliczni wiedzieli, że nie po raz pierwszy była w ciąży, co w sumie zakrawało na cud, bo wśród tych ludzi plotki rozchodziły się szybciej niż ospa wietrzna.

Pani Duffy szła za Jakiem. Pokonywała kolejne stopnie schodów bardzo ostrożnie, trzymając się kamiennej balustrady.

– Aż trudno mi uwierzyć, że dałeś radę dojechać tu furgonetką. Niewiarygodne! Żadnych innych samochodów na ulicach nie widziałam.

– To akurat nie moja zasługa! – krzyknął Jake przez ramię. – Dessie poowijał koła łańcuchami. Wyglądają, jakby ktoś nałożył na nie siatkę na włosy, ale sprawdziło się doskonale. Aż samemu mi się nie chciało w to wierzyć. Słyszała pani kiedyś o czymś takim? Mówi, że w wojsku się tego nauczył. Całą noc biegał po szpitalu, żeby poowijać koła we wszystkich wózkach i autach. Lada moment łańcuchów mu zabraknie.

– Biedaczysko, palce sobie zedrze do reszty – cmoknęła pani Duffy, kręcąc głową. – Nie przypadkiem wrócił z wojny jako bohater – dodała. Podobnie jak wszyscy darzyła Dessiego wielkim podziwem. – Naszego Dessiego chyba nic nie jest w stanie zbić z tropu. Odrobina śniegu nie pokrzyżuje mu planów, mrozy też nie. No, ale jak ktoś przeszedł tyle, co on, to pewnie dla niego pestka.

– A myśli pani, pani Duffy, że Dessie byłby w stanie się ruszyć, gdyby sobie przypiął do piersi te wszystkie swoje medale?

Pani Duffy wyobraziła sobie, jak Dessie przewraca się pod ciężarem medali, i tak szczerze się zaśmiała, że nie zauważyła, kiedy Jake się potknął. Zobaczyła tylko tacę wzlatującą w powietrze i fruwające wokół paczuszki z bekonem i chlebem. W ślad za nimi poleciał Jake, który po chwili leżał na plecach u podnóża schodów.

Zamrugał nerwowo, ale gdy zobaczył, co się stało, wybuchnął śmiechem. A pani Duffy mu zawtórowała, upewniwszy się, że nie zrobił sobie krzywdy.

– Wiedziałem! – zawołał. Śmiał się tak mocno, że nie mógł wstać.

Pani Duffy próbowała przedzierać się przez głęboki śnieg, żeby zejść do niego i mu pomóc, ale sama z trudem opanowywała śmiech i ledwo mogła się ruszyć. Poza tym strasznie się bała, że lada moment wyląduje tam, gdzie on.

– Nie, niech pani tam zostanie! – krzyknął do niej Jake. – Poradzę sobie.

Bezskutecznie wymachiwał nogami po śliskim śniegu. Ku jego utrapieniu dokładnie w tym momencie masywne drewniane drzwi do domu pielęgniarek otworzyły się na oścież i świadkami jego upadku została grupa zaskoczonych pielęgniarek. Zdumione dziewczęta najpierw zobaczyły panią Duffy, która skulona wpół, trzymała się kamiennej balustrady, a potem spostrzegły Jake’a, jak rękami i nogami rysował na śniegu anioła.

Beth Harper pierwsza dotarła do gospodyni domu pielęgniarek. Chwyciła ją pod rękę. Mniej więcej w tym samym czasie Pammy Tanner zdołała podeprzeć ją z drugiej strony.

– Jakże, na Boga, pani zaszła aż tutaj?! – wykrzyknęła Pammy. – Przecież zamkną panią w wariatkowie, pani Duffy. Myśli pani, że umrzemy, jeśli nam przyjdzie zjeść na śniadanie tylko po grzance?

– O której pani wyszła z domu? – zapytała Dana, która zbierała i otrzepywała ze śniegu kolejne bochenki chleba. Dla niej zawsze najważniejsze było jedzenie.

Mniej więcej w tym samym momencie odezwała się Victoria Baker.

– Jake, pozbieraj ten bekon! – krzyknęła. – Pies się za tobą kręci.

Jake ukląkł i próbował odgonić groźnym spojrzeniem bezpańskiego psa, który właśnie skradał się w połowie schodów. Pewnie wyczuł mięso, porzucił swoje dotychczasowe zajęcia i starał się za wszelką cenę dorwać dwukilogramową paczkę boczku w plastrach, która jak gdyby nigdy nic leżała na ziemi.

– Nawet o tym nie myśl, koleś! – szepnął Jake, zmierzając na czworakach w kierunku zawiniątka. – No już, zmykaj. Nie ruszaj!

Gdy Jake wyciągnął rękę i złapał bekon, pies usiadł i zamerdał ogonem, a potem doskoczył do niego i zaczął go lizać po twarzy.

– Rany, spójrzcie na niego, jaki przemarznięty! – zawołała Pammy. Pani Duffy stała już bezpiecznie u szczytu schodów, więc Pammy ruszyła w stronę psa. Dotknęła jego szyi w poszukiwaniu obroży.

– Pani Duffy, czy możemy go wprowadzić do środka, żeby się ogrzał przy ogniu i wzmocnił odrobiną boczku? Proszę! Możemy?

Dana, która dorastała na farmie pośród stada psów, nie posiadała się ze zdumienia.

– Rany boskie, moja mamusia toby chyba szału dostała, gdybym przyprowadziła któregoś z podwórkowych psów do kuchni. One się żywiły resztkami, kośćmi i świńską paszą, sypiały w stodole i było im z tym dobrze. Zostaw go, Pammy, świetnie sobie radzi. Nie raz go widziałam, jak się kręci na obrzeżach parku i przy przystanku autobusowym. Pasażerowie wsiadający i wysiadający z autobusu co rusz mu coś rzucają.

– Może i tak, ale autobusy dziś nie jeżdżą, więc i pasażerów nie będzie. Spójrz tylko na niego, Dana, jest strasznie głodny. Zresztą, na co dzień pewnie i tak musi się zadowolić okruchami ciastek od spacerowiczów.

Z domu pielęgniarek szpitala St Angelus wychodziło się na wejście do Lovely Lane Park. Sama ulica Lovely Lane prowadziła do Dock Road. Po jednej stronie stały budynki, w których niegdyś mieszkali kupcy trudniący się handlem morskim. Po drugiej stronie znajdowały się domy dokerów. Oddzielał je właśnie park. Dwa przeciwległe krańce Lovely Lane to były dwa zupełnie różne światy.

Pammy zdawała sobie sprawę z siły swojego argumentu i dobrze wiedziała, jak go umiejętnie wykorzystać. Dla wszystkich było oczywiste, że dzisiaj nikt do parku nie przyjdzie, więc jeśli ona tego psa nie nakarmi, to zwierzak będzie chodził głodny.

Jake wrócił do furgonetki po kolejną tacę.

– Wygląda na mocno zmarzniętego, biedaczysko – rzucił, mijając Pammy na schodach. Ona też zdążyła już porządnie zmarznąć w tym swoim różowym pielęgniarskim uniformie z krótkim rękawem i trzęsła się jak osika.

Pani Duffy najwyraźniej weszła już do holu, bo właśnie stamtąd dziewczęta usłyszały jej donośny głos:

– Któż, na Boga, rozpalił za mnie w piecu? Pracuję tu od dwudziestu pięciu lat i coś takiego się jeszcze nigdy nie wydarzyło!

Pielęgniarki z dziennej zmiany też były zaskoczone, gdy rano zastały w kuchni Beth smarującą masłem górę grzanek.

– Niestety, jest tylko po półtorej sztuki na głowę – powiedziała. – Dojecie coś podczas przerwy śniadaniowej w garkuchni.

Czekał je więc dwuipółkilometrowy spacer, a potem jeszcze trzy godziny, zanim podczas przerwy napiją się zwyczajowej kawy z mlekiem i zagryzą gorącą grzankę z masłem. Nastroje były w związku z tym dość ponure.

– Proszę, pani Duffy – przekonywała Pammy. – Przecież sama przełożona trzyma Blackiego w gabinecie. Na pewno nie miałaby nic przeciwko temu. Ona uwielbia psy, naprawdę!

Pani Duffy też kochała psy. Własnego nie miała tylko dlatego, że praca jej na to nie pozwalała. Większość dnia spędzała poza domem, wracała tylko na noc. Pies spojrzał na nią i uroczo przekrzywił głowę.

– Jaki słodziutki! – wykrzyknęła pani Duffy tonem, który sugerował, że za chwilę ulegnie namowom młodej pielęgniarki. – Chociaż najczystszy to on nie jest. Jeszcze nie widziałam tak oblepionego brudem psa. Wygląda, jakby miał druty zamiast sierści, a do tego każdy kłak innej długości.

Pammy patrzyła na nią tak, jakby w razie odmowy zamierzała już nigdy nie przekroczyć progu domu pielęgniarek. Na szczęście pani Duffy zgody udzieliła, a zaraz potem zaczęła szczękać zębami.

– Ech, no dobrze. Zaprowadźcie go do środka, ale tylko na chwilę. Niech się ogrzeje i może zje kawałek boczku. Potem znika! Rozumiecie? Koniec dyskusji.

Pammy uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– No chodź, wielkoludzie – zachęciła psa, który ochoczo pobiegł za nią po schodach. – Jak będziemy na niego wołać? – zapytała, gdy doszli do drzwi.

Pammy urodziła się i dorastała na portowych ulicach Liverpoolu, więc była gotowa w razie potrzeby przemycić psa do swojego pokoju. Gdyby to się nie udało, zabrałaby go do domu swoich rodziców. Dzieciaki państwa Tannerów na pewno by się ucieszyły. Chwilowo nie mieli w domu psa, ale wcześniej kilkakrotnie jej się zdarzało przygarnąć znajdę. Po mieście szwendało się mnóstwo bezpańskich psów. Wszystkie zwierzaki Tannerów pochodziły z portu. Pammy po prostu przyprowadzała do domu kudłate stworzenie na brudnym sznurku.

– Zważywszy na to, jak wygląda, pasowałoby do niego Flejtuch – stwierdziła Dana.

Pies nieoczekiwanie się zatrzymał. Dotychczas szedł za zapachem paczki z bekonem, ta jednak teraz zniknęła w kuchni. Spojrzał na Danę z pretensją w oczach.

– Uważaj, co mówisz – skarciła ją Pammy. – Nie słuchaj jej, wielkoludzie – zwróciła się do psa.

– Może Nicpoń? – zaszczebiotała Victoria, która też dorastała wśród psów.

Pammy spojrzała na nią z zadowoleniem.

– Tak, to mi się podoba. Jak myślicie, dziewczyny, Nicpoń?

– Stratą czasu jest wymyślanie imienia dla psa, którego za godzinę już tu nie będzie – orzekła Beth, przechodząc z drugą tacą odebraną z furgonetki. Niosła na niej mąkę i resztę jedzenia zamówionego przez panią Duffy. – Pomogę pani Duffy smażyć bekon. Moje drogie pielęgniarki, za czterdzieści pięć minut wychodzimy. Ty też będziesz musiał się stąd zmyć, koleś.

To ostatnie powiedziała do psa, który szybko się zorientował, kto tu jest po jego stronie, a kto nie.

– Victorio, mogłabyś mi pomóc w kuchni? – Beth niewątpliwie miała zapędy kierownicze. Początki na Lovely Lane co prawda były dla niej trudne, bo wolała się trzymać z Celią Forsyth, zdecydowanie najmniej sympatyczną z młodych adeptek pielęgniarstwa. Dołączyła do kółka robótek ręcznych, mocno podporządkowanego Celii.

Gdy Victoria i Beth zniknęły w kuchni, Pammy chwyciła Jake’a za rękaw.

– Co u Marthy? – zapytała.

To ona opiekowała się Marthą na oddziale drugim po tym, jak po niefachowej skrobance omal nie wyzionęła ducha. Pammy prawie straciła przez to pracę. Ona i Martha miały wtedy okazję lepiej się poznać.

– Wszystko u niej dobrze, siostro Tanner. Codziennie pyta, czy panią widziałem albo coś. Nie wróci już do pracy w St Angelus. Jest teraz moją żoną, a ja zamierzam zadbać o nią i nasze dziecko.

– Proszę jej przekazać, że konsultant ponoć zapowiedział siostrze Antrobus, że zamierza być przy porodzie waszego dziecka. W St Angelus musimy dbać o swoich, prawda, Jake?

Jake nic nie odpowiedział, tylko skinął ponuro głową. Dla Pammy był to czytelny sygnał, że on nie chce rozmawiać o tym, co Martha przeszła na oddziale drugim. Oboje mieli jeszcze całą przyszłość przed sobą. Teraz oczekiwali dziecka. Przeszłość zostawili za sobą. On nie zamierzał już do tego wracać, Martha też nie.

Jake wsunął ostatnią tacę w prowadnice, a potem zapalił papierosa i wskoczył na fotel kierowcy. Innych pojazdów na ulicy nie było, a on tymczasem jak gdyby nigdy nic zawrócił i pojechał z powrotem w kierunku St Angelus. W lusterku wstecznym zobaczył psa, który zbiegał po schodach domu pielęgniarek i uciekał w kierunku parku. W pysku trzymał paczkę z bekonem. Za nim biegła co sił w nogach Beth. Jake się roześmiał. Wydmuchnął dym i powiedział na głos sam do siebie: „Jeszcze będą przez ciebie kłopoty, ty chuderlaku”. Zaraz potem zredukował bieg, żeby furgonetce łatwiej było podjechać pod stromiznę prowadzącą do bramy na tyłach szpitala.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?