Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Lockie Keenan zajrzał do kapitanatu, żeby zapytać, czy któryś z oczekujących statków tego dnia wchodzi do portu.

– Żadnych szans – odparł kapitan portu. – Wszystko, co przypłynęło do środy, zostało już rozładowane, a smog jest tak gęsty, że na kolejne statki przyjdzie nam czekać jeszcze wiele godzin. W powietrzu nawet teraz unosi się sadza. Dym jest wszędzie, aż mnie kręci w nosie. Tak źle jeszcze nie było.

Lockie tego się właśnie spodziewał. Konia zostawił w stajni, wozu też nie odkrywał. W gęstym smogu trafił do doków tylko dlatego, że bywał tam codziennie i drogę od bramy do kapitanatu znał na pamięć. Najpierw śnieg, teraz smog, pomyślał. Przez ostatnich kilka tygodni było naprawdę krucho. A w „Echo” zapowiadali dalsze opady śniegu.

Pośredniczył w handlu między dokami a zakładami przetwórczymi. Kupował jutę ze statków podczas rozładunku i godzinę później sprzedawał fabrykom z centrum miasta, które skręcały z nich liny. Gdy skończył z jutą, jechał po metal, który przetapiano na drut. Znaczna część towaru, który przybywał do portu, na szczyt wzgórza dojeżdżała na platformach zaprzężonych w konie. Koń Lockiego pracował całymi dniami, handlarz zdawał sobie jednak sprawę, że chwila wytchnienia dobrze zwierzęciu zrobi.

– A cóż to za paczuszka wypycha ci kieszeń? Jakiś prezencik dla mnie? Tak ci dobrze idzie, Lockie, że dla mnie to pewnie znajdzie się butelka whisky. Jakże by było miło!

Lockie się roześmiał.

– Prawda jest taka, że oszczędzam, co tylko mogę. Ziarnko do ziarnka. Pewnego dnia chciałbym pracować na własny rachunek, nie jak te wszystkie dranie. To prezent świąteczny dla Lily, tej od McConaghych. Do Bożego Narodzenia jeszcze trochę czasu, ale bardzo mi zależało, by jej coś kupić. Znam jej rodzinę na tyle dobrze, że wiem, że jej na pewno nic nie kupią. A ona jest dla mnie jak młodsza siostra. Ktoś powinien zrobić dla niej coś miłego. To szczotka do włosów. Taka z prawdziwego zdarzenia, z rączką i w ogóle. Nic takiego.

– Dobry z ciebie chłopak, Lockie. Szczęściara z tej, co to się z nią ożenisz.

– Jakoś mi się nie wydaje, żebym się miał żenić w najbliższej przyszłości. – Lockie się zaśmiał. – Lily twierdzi, że jestem zbyt wybredny. Coś w tym pewnie jest. Tylko że to nie ja jestem wybredny, tylko moja mama. Nie odważyłbym się żadnej do domu przyprowadzić. Pan przecież zna moją mamę.

– Owszem, znam. Odkąd wyprowadziła się z Clare Cottages, jest tylko gorzej. Przestałbyś się tak spisywać w pracy, Lockie, to by jej na dobre wyszło. Woda sodowa uderzyła jej do głowy od całej tej forsy, którą przynosisz do domu.

Lockie tylko szelmowsko się uśmiechnął. Kapitan portu miał rację. Jego matka w pełni zasługiwała na miano parweniuszki. Zarabiał na tyle dobrze, że mógł sobie pozwolić na wynajęcie domu – i to nie byle jakiego, tylko całkiem dużego. A ona cały czas się tym przechwalała. Sam doskonale wiedział, jakiej dziewczyny szuka, takiej jak Lily. Tylko że takich wcale nie było dużo. Lily znał od dziecka. Była dla niego trochę jak młodsza siostra, on dla niej zaś był jak starszy brat. Ojczym Lily w pewnym momencie przestał ją tak często okładać pięściami, bo wiedział, że Lockie odpłaci mu pięknym za nadobne. A ponieważ Lockie mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt i miał mniej więcej tyle samo w barach, wolał tego uniknąć.

W tym samym czasie, gdy Lockie rozmawiał z kapitanem portu, Lily wyszła z domu do pracy. Szła korytarzem Clare Cottages, nawet nie zdając sobie sprawy, że niemal w każdym z mijanych mieszkań ktoś miał na jej temat coś do powiedzenia.

„Patrzcie ją, jak zadziera nosa! Co też ona sobie wyobraża?”.

„Żal mi Lily. Ta to ma w życiu ciężko”.

W dobre dni pani McGuffy wraz z kilkoma innymi kobietami wychodziły na korytarz, żeby odprowadzić wzrokiem dzieci przechodzące przez ulicę w drodze do szkoły przy St Chad’s. Pani McGuffy z natury była burkliwa, ale dla Lily zawsze znajdowała dobre słowo. Myślała o niej lepiej niż większość pozostałych kobiet, a że głos miała donośny, Lily często słyszała, co ma na jej temat do powiedzenia. „Patrzcie na tę biedną dziewczynę. To dzięki niej ta rodzina jeszcze się nie rozpadła. Gdyby nie ona, te dzieciaki w sierocińcu by wylądowały. Gdyby tak ciężko nie pracowała, ktoś by już dawno zadzwonił po opiekę społeczną”.

W Clare Cottages każdy miał jakieś zdanie na temat Lily. Była zbyt przemądrzała. Zbyt dumna. Za dobrze sobie radziła. Za bardzo się wtrącała. Generalnie odstawała od innych.

W piątek wieczorem Lily wręczała matce swoją wypłatę, zachowując z niej pięć szylingów na autobus. Matka nie była głupia. Jeśli Lily nie będzie miała z czego zapłacić za autobus, to nie dojedzie do pracy, a wtedy nic nie zarobi. Gdyby mogła jakimś sposobem zachować te pieniądze dla siebie, bez wahania by to zrobiła.

Matka Lily szczerze nienawidziła szefowej swojej córki, pani McConaghy. Ta niechęć zrodziła się zaledwie kilka tygodni po tym, jak Lily podjęła pracę w fabryce. To wtedy odebrała list z informacją o strojach córki. Dostarczyła go siostra Therese, a matka Lily o mało co nie spaliła się przez to ze wstydu.

– Przykro mi, pani Lancashire – powiedziała zakonnica. – Muszę go pani przeczytać. Obiecałam pani McConaghy. Bardzo jej zależało, by ten list do pani dotarł, więc poprosiła, żebym go doręczyła osobiście. Lily ma teraz porządną pracę, a ja w związku z tym poczuwam się do pewnej odpowiedzialności. W końcu to ja ją poleciłam.

Samym tylko wzrokiem umiała przyprzeć matkę Lily do muru. Wyjęła list z kieszeni habitu i zaczęła czytać.

„Oczekuję, że Lily będzie się ubierać stosownie do wykonywanej pracy. Lily pracuje w miejscu, gdzie widzą ją ludzie zawierający transakcje z firmą McConaghy’s i dzięki którym firma ma pieniądze na jej wypłatę. Nie chciałabym, by ktokolwiek pomyślał, że płacę pracownicy biura tak mało, że nie stać jej nawet na przyzwoite ubranie, buty i płaszcz”.

Lily miała ochotę zapaść się pod ziemię. Policzki poczerwieniały jej ze wstydu. Jeszcze bardziej poczerwieniała jej matka, tyle że ze złości.

– Co ta kobieta sobie wyobraża?! – wrzasnęła, gdy siostra Therese skończyła czytać. Podbiegła do drzwi, odwiesiła szlafrok, a potem nałożyła chustkę na głowę opatuloną wałkami. Chwyciła Lily za ramię i rzuciła: – Chodź! Skoro ta kobieta życzy sobie, żeby Lily nie wiadomo jak ubierała się do tej pracy, do której siostra ją poleciła, to idziemy do ojca Brennana po odpowiednie ciuchy.

Tak samo jak matka Lily, ojciec Brennan pochodził z Irlandii, nawet z tej samej okolicy. Znał jej ojca i dziadka i wiedział, jak wielkim rozczarowaniem była dla nich decyzja córki i wnuczki o małżeństwie z Anglikiem. Pani Lancashire, z domu O’Hallaghan, przybyła do Liverpoolu na pokładzie łodzi. Miała wówczas czternaście lat. Do domu wysyłała listy, w których informowała rodziców, że wyszła za mąż za porządnego irlandzkiego chłopaka z Dublina. Bardzo się więc zmartwiła, gdy w ślad za nią do Liverpoolu przybył ojciec Brennan, który na dodatek zamieszkał zaledwie kilka kroków od Clare Cottages. Porządny Irlandczyk odszedł, zanim Lily skończyła cztery lata. Odkąd rodzina się dowiedziała, że ich córka wyszła ponownie za mąż za angielskiego protestanta, jej listy pozostawały bez odpowiedzi. Tym bardziej że ona była już wtedy z tym Anglikiem w ciąży.

– Pani McConaghy życzyłaby sobie, żebyś przestała chodzić w łachmanach, tak? – mamrotała, idąc przez korytarz.

Pani McGuffy właśnie zlewała schody gorącą wodą ze środkiem dezynfekcyjnym, więc do nosa Lily wdarł się zapach wypalonego moczu. Dzieci rzadko kiedy docierały do łazienki na czas i były w stanie doczekać się na swoją kolej.

– Nie lej mi po nogach, do cholery – warknęła pani Lancashire, gdy mijały panią McGuffy.

Pani McGuffy się nie odezwała, a matce Lily za odpowiedź musiało wystarczyć szuranie szczotki spychające wodę do kratki ściekowej. Lily próbowała uśmiechnąć się do sąsiadki, ale matka mocno ją ściskała i wbijała palce w jej skórę. Bolało. Pani McGuffy z uśmiechem spojrzała życzliwie na dziewczynę, mrużąc przy tym oczy, żeby zobaczyć coś w kłębach dymu unoszącego się znad papierosa, który wyglądał tak, jakby się jej przykleił do dolnej wargi.

– Ale ani słowa o dodatku do wypłaty! – ciągnęła matka Lily. – Jak niby mam wykarmić dzieciaki, skoro cię muszę porządnie ubrać, co?

Lily postanowiła tego nie komentować. Przecież to ona karmiła dzieciaki, nie matka. Szła posłusznie obok, starając się jak najszybciej wymyślić coś, co by powstrzymało matkę przed wizytą u księdza. Przecież ona nawet do kościoła nie chodziła. Ojciec Brennan z pewnością nie znajdzie dla niej czasu.

Matka z każdą chwilą wściekała się coraz bardziej.

– O tym to już ta gruba krowa nie pomyślała. Pewnie, że nie!

Lily wbiła wzrok w ziemię, żeby nie patrzeć w oczy tym wszystkim ludziom, którzy się za nimi oglądali na ulicy, a potem czym prędzej odwracali głowy. Nikt nie miał ochoty na konfrontację z matką Lily, nikt nie miał ochoty usłyszeć wiązanki z jej ust.

„Patrzcie na nią!”.

„Biedna dziewczyna!”.

„Z tej matki to pijany kocmołuch, ot co”.

Odprowadzały je te same co zwykle komentarze.

Matka Lily doprowadziła ją pod drzwi księdza i waliła w nie tak długo, aż gosposia w końcu otworzyła.

– Niech poczeka w korytarzu! – zawołał ojciec Brennan ze swojego gabinetu. – Niech tam zostanie pół godziny, aż ochłonie. Znam tę rodzinę. Wszyscy narwani.

Gosposia wypełniła polecenie, a matka Lily wściekała się na cały świat. Po dziesięciu minutach gniew zaczął powoli ustępować miejsca przemożnej ochocie na drinka. Gdy drzwi gabinetu ojca Brennana w końcu się otworzyły, matka Lily – nagle całkowicie odmieniona – zaprezentowała jakże nietypowy dla siebie uśmiech i błagalnym tonem poprosiła o ubrania dla Lily.

 

Później tego samego wieczoru w drzwiach mieszkania, ponownie bez zapowiedzi, stanęła siostra Therese. Przyniosła zimowy płaszcz i kilka par wysokich butów i trzewików, używanych, ale nadających się jeszcze do noszenia. W oczach Lily stanęły łzy.

– Zobacz, niektóre są naprawdę piękne – powiedziała siostra Therese. – Znalazły się nawet szpilki, o, tutaj są. Pięknie byś w nich wyglądała.

Siostra Therese nie zdradziła Lily, że ma za sobą kilka godzin pukania do drzwi lepszych liverpoolskich domów. Zakonnica właśnie sprzedała bez zająknięcia parę miejsc w niebie, żeby tylko zdobyć kilka porządnych ubrań dla swojej protegowanej.

Serce Lily przepełniała wdzięczność. Przez kilka pierwszych dni umierała w pracy ze wstydu. Bardzo się przejmowała swoim wyglądem. Pani McConaghy szybko to zauważyła i postanowiła nie strzępić sobie języka na próżno.

– No już, nie płacz. – Siostra Therese podała Lily chusteczkę, którą zawsze miała gdzieś na podorędziu. – To moja wina, za bardzo zaufałam twojej matce. Wydawało mi się, że taka będzie zadowolona i dumna z tej twojej pracy, że bardziej się wykaże. Bóg cię kocha, Lily, i na mnie też zawsze możesz liczyć. Jestem z ciebie dumna. Jesteś najlepszą uczennicą, jaką kiedykolwiek miałam.

Obracając w dłoniach i oglądając parę solidnych brązowych butów ze skóry, Lily obiecała sobie, że nigdy w życiu, choćby się nie wiem co wydarzyło, nie zrobi nic, czym mogłaby rozczarować siostrę Therese. Że nigdy jej nie zawiedzie. Raptem zalała ją fala niepokoju. Uświadomiła sobie, że matka może w każdej chwili zastawić te buty w lombardzie, jeśli ją nagle najdzie ochota na drinka. Posiadanie czegoś wartościowego rodziło problemy, z którymi dotąd nie musiała się borykać.

Rozdział 7

Maisie Tanner stała w kuchni i wyglądała przez okno w czarną noc. Żeby cokolwiek zobaczyć, musiała wyjąć z rękawa swetra chusteczkę i wytrzeć kółko na powierzchni zaparowanej szyby. Znów padał śnieg. Maisie podziwiała rozmiary płatków i zachwycała się tym, jak topią się na szybie. Piec dawał ciepło niezbędne do upieczenia puddingów Yorkshire. One miały tam trafić ostatnie. Regulowanie temperatury tak, aby osiągnęła najwyższą wartość pod sam koniec przyrządzania pieczeni, było nie lada sztuką. Maisie nauczyła się jej od matki i była z tego powodu bardzo dumna.

– Ta pogoda nigdy się nie zmieni – powiedziała do swojego męża Stana. – A ty mi tyle opowiadałeś o tym, jak to na Liverpool wpływa Prąd Zatokowy i zawsze jest tu ciepło. A tak naprawdę jest paskudnie i ponuro. Jednego dnia straszliwy smog, drugiego znowu śnieg. Nie wierzę, że tak jest w całym kraju.

Stan otworzył kuchenne drzwi, żeby wyrzucić niedopałek papierosa na drugą stronę muru, na ścieżkę biegnącą wzdłuż tylnej ściany domu. Do nagrzanej kuchni wpadł lodowaty podmuch wiatru. Maisie wystawiła głowę na zewnątrz i odchyliła trochę dekolt, żeby wpuścić chłodne powietrze pod bluzkę.

– Czyżbyś płonęła, kochanie? – zapytał Stan. – Toż to do ciebie niepodobne!

Maisie zaczerpnęła powietrza. Westchnieniem powitała płatki śniegu, które przywarły do jej gorących policzków i od razu się stopiły. Wyglądała przez mur okalający podwórze. Spoglądała na dym unoszący się z kominów sterczących nad dachami domów po drugiej stronie. Bywały takie dni – śnieżne i bezśnieżne – kiedy z niektórych kominów nic nie wylatywało. To były zawsze te same kominy, nad piecami tych samych domów zamieszkałych przez wdowy wojenne albo rodziny, w których starzejący się mężczyźni nie byli już w stanie przepracować całego dnia w dokach. Tylko niedziele były wyjątkowe. W niedzielę w każdym domu był ogień i była pieczeń, a jeśli nie było, to ktoś przychodził z pomocą. Maisie już nawet nie liczyła, jak wiele razy zdarzyło jej się zobaczyć w niedzielę martwy komin i posłać Stana do odpowiedniego domu z wiadrem węgla. Dziś jednak we wszystkich domach po drugiej stronie ulicy okna były zaparowane, tak samo jak u Maisie. Znak, że na wszystkich piecach gotują się warzywa. W niektórych domach zostanie do nich podane mięso, w innych nie.

– Wszystko w porządku, kochanie? – Stan objął Maisie w pasie i ją przytulił. Ostatnio nie była sobą. Szybciej się denerwowała, w nocy nie mogła spać.

– To chyba przez ten nowy etap życia, Stan. Jakoś wcześnie się dla mnie zaczyna. Pewnie stracę przez to urodę, ale przynajmniej nie będziemy już mieli więcej dzieci.

Stan uśmiechnął się szelmowsko.

– Przecież wiesz, co ludzie mówią. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

– Czyli uważasz, że tracę urodę? – Maisie sprawiała wrażenie poruszonej. Szczyciła się tym, że pod względem urody nie ma sobie równych na Arthur Street.

– Ależ nic takiego nie powiedziałem. To twoje słowa. Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejszą kobietą na świecie, nawet po sześćdziesiątce. – Stan wiedział, że pora zmienić temat. – Pammy też nam się udała, prawda, kochanie? Miło, że nas odwiedza w niedziele. I że przyprowadza koleżanki. Dobrze sobie radzi w szpitalu, wreszcie sporządniała. Któż by się tego po niej spodziewał? Taka była pyskata!

– Boże, Stan, chyba jeszcze za wcześnie, żeby świętować! Mało brakowało, a by ją wylali. Tylko ktoś taki jak ona mógł się postawić przełożonej pielęgniarek i narobić szumu o jakieś dziecko z aborcji.

Stan cicho się zaśmiał.

– Cóż, racja. Cała Pammy! Ale przecież postąpiła słusznie. No i kto się za nią wstawił? Kto ją uratował? Emily Haycock.

– Stan, to chyba już czas powiedzieć Pammy o Emily Haycock, nie sądzisz? O tym, że była przy narodzinach naszej Lorraine? – Zastygła na chwilę w bezruchu, bo zalały ją wspomnienia z tej okropnej nocy w schronie przeciwlotniczym. – Mnie się wydaje, że to dlatego siostra Haycock tak bardzo zabiegała o to, żeby nasza Pammy mogła się uczyć na pielęgniarkę. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. To wprost nie do wiary, że o tej naszej małej Emily Haycock z George Street mówię teraz „siostra”.

– Rozmawialiśmy o tym już setki razy, kochanie! Emily musiała mieć swoje powody, żeby nie powiedzieć Pammy, że ją znała jako dziecko i że jej rodzina zginęła na George Street. Pewnie chce, żeby nasza Pammy myślała, że dostała się na ten kurs w St Angelus o własnych siłach, a nie z powodu naszej znajomości. Gdyby Pammy wiedziała, kim jest Emily, mogłaby się zastanawiać, czy to aby nie odegrało jakiejś roli. Mogłaby wtedy zwątpić w siebie, a tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?

– Pewnie masz rację, Stan – odparła Maisie, pociągając nosem. – To wszystko przez ten nowy etap życia. Jestem od tego jakaś taka smutna. Strasznie żałuję, że mojej mamy już z nami nie ma. Tak mi jej brakuje.

Wyjęła chusteczkę z kieszeni fartucha i otarła łzy, które nabiegły jej do oczu.

– No już, już, kochana – pocieszał ją Stan i przytulił mocniej. – Nie płacz. Wiem, że tęsknisz za mamą. Ona była ważnym członkiem naszej rodziny. Podczas wojny pewnie codziennie odchodziłbym od zmysłów, gdyby jej przy tobie nie było. A tak wiedziałem, że się wami opiekuje, i mogłem sobie mówić, że jesteście bezpieczne jak w domu.

Stan nie najlepiej odnajdywał się w tego typu sytuacjach. Zupełnie nie wiedział, co ma robić, więc tym bardziej martwił się, widząc, jak ciężko Maisie znosi wszystko to, czym ją akurat teraz doświadcza życie.

Ona położyła głowę na jego ramieniu.

– W tym właśnie rzecz, że domy nie były bezpieczne – powiedziała. – A po wydarzeniach z czterdziestego pierwszego roku mama już nigdy do końca nie wróciła do siebie.

– Pomóc ci, mamo? – zawołała Pammy zza kuchennych drzwi.

Maisie raz jeszcze pociągnęła nosem, a potem wyzwoliła się z objęć Stana i schowała chusteczkę do rękawa.

– Nie, kochanie, ale dziękuję. Za dwie minuty jestem. Częstujcie się pieczystym. Lorraine, chodź do kuchni po sos. Stan, dorzuć trochę do pieca, żeby nam było ciepło, dobrze?

Poklepała Stana po ramieniu, co przyjął z westchnieniem ulgi. Sytuacja wróciła do normy. Jakże przywykł do tego, że Maisie całymi dniami wydaje wszystkim polecenia!

– Chłopcy, umyliście ręce? Ty, mały Stanie, w szczególności?

Kolejne polecenia płynęły z kuchni jedno po drugim, a ich adresaci zwykle ograniczali się do krótkiej odpowiedzi: „Tak, mamo”. Maisie znów się uśmiechała. Smutek ustąpił miejsca wielkiej radości. Maisie bardzo lubiła podejmować w niedziele pieczenią Pammy i inne pielęgniarki, z którymi jej córka na co dzień pracowała i mieszkała w St Angelus. Z czasem stało się to tradycją, że w wolne niedziele Pammy przyprowadzała do domu koleżanki, które akurat też nie miały dyżuru. Dzięki temu gospodyni z Lovely Lane, pani Duffy, miała chwilę wytchnienia. Tego dnia przyszły wszystkie: Victoria Baker, Irlandka Dana Brogan i Beth Harper. Dla Beth to był pierwszy wolny weekend, odkąd prawie rok temu rozpoczęła pracę jako praktykantka na oddziałach. Ona nigdy z tego powodu nie narzekała. Pilnie i sumiennie się uczyła, niezmiennie wykazując się zaangażowaniem i dzielnie stawiając czoło wyzwaniom. Wiele razy ominął ją przez to niedzielny obiad u Tannerów.

Stan dorzucił węgla do pieca i zajrzał do kuchni, żeby umyć ręce w zlewie.

– Chłopcy myli ręce na zewnątrz, zanim wrócili z dworu – powiedział. – Sam widziałem.

W domu przy Arthur Street liczyły się rutyna, dyscyplina i porządek. Sprawne funkcjonowanie dużej rodziny wymagało ścisłego przestrzegania ustalonych reguł, do których należało między innymi mycie rąk przed posiłkiem.

Maisie nachyliła się, żeby wyjąć z pieca puddingi Yorkshire.

– Martwi mnie ten śnieg, Stan. Niech dziewczęta lepiej pospieszą się z jedzeniem i wracają na Lovely Lane. Nie wiadomo, jak długo jeszcze popada. Poprzedni śnieg dopiero co się stopił, a już pojawił się kolejny. Jeszcze takich opadów nie widziałam.

– Chyba masz krótką pamięć, wiesz? Przecież w czterdziestym siódmym było znacznie gorzej. Zresztą to wszystko zaraz się stopi. Przecież zawsze się topi, królowo. Mieszkamy tuż nad Mersey, grzeje nas Prąd Zatokowy. W Liverpoolu jest cieplej, niż ci się wydaje.

– Na litość boską, Stan, skończże wreszcie z tym Prądem Zatokowym! Wszystko przez to, że w czasie wojny byłeś na pustyni! Weź się na coś przydaj! Zanieś to do stołu. – Stan wziął od Maisie solniczkę i miseczkę z musem jabłkowym. – Spotykają nas w życiu rzeczy znacznie dziwniejsze niż opady śniegu. Któż by się spodziewał, że przy naszym stole zasiądzie kiedykolwiek córka lorda? Nikt tu w okolicy nie mógłby nawet pomarzyć o tym, żeby ktoś taki jak Victoria Baker zjadł u niego niedzielną pieczeń!

Stan zajrzał do pokoju sąsiadującego z kuchnią. Dziewczęta siedziały przy stole i się zaśmiewały.

– Victoria droczy się z chłopcami – powiedział, uśmiechając się do Maisie.

– Tak, prawdę powiedziawszy, to mały Stan traci grunt pod nogami, gdy tylko Victoria spojrzy w jego stronę. Mowę mu odejmuje i czerwieni się jak burak.

– Chyba jest zakochany – wyszeptał Stan. – Ale nie śmiejmy się z niego. To przecież niebagatelna sprawa, takie pierwsze chłopięce zauroczenie! – Puścił oko do Maisie, która właśnie odwróciła się do kranu, żeby umyć ręce. Stan wykorzystał ten moment, żeby zajść ją od tyłu, objąć w pasie i zanurzyć twarz w jej szyi. Cóż on by dał, żeby jej oszczędzić tych łez? Robił więc to, co potrafił. Przyszło mu na myśl, że później spróbuje zaciągnąć ją do łóżka. To jej zawsze poprawiało humor.

– Daj spokój, Stan! – pisnęła Maisie, wyślizgując mu się z ramion. Jej oburzenie było jednak udawane. Gdyby tylko mogła, dałaby się przytulać przez cały dzień. Przecież zawsze najlepiej się czuła właśnie w jego ramionach.

Stana nie było przez całą wojnę. Zaciągnął się do wojska jako jeden z pierwszych ochotników. Oboje byli zaskoczeni, jak szybko się wszystko potoczyło. Niespełna tydzień później Maisie żegnała go na dworcu Lime Street. Raz tylko wrócił na czterdziestoośmiogodzinną przepustkę (na skutek tej wizyty dziewięć miesięcy później na świat przyszła młodsza siostra Pammy, Lorraine). Przez te wszystkie lata Maisie ani przez chwilę nie przestawała się martwić. Telegramy przychodziły wcale nie tak rzadko. Mieszkańcy na chwilę zamierali w nerwowym oczekiwaniu, gdy ulice przeszywał charakterystyczny gwizd i posłaniec z telegramem podjeżdżał tu czy tam na swoim rowerze. Do Maisie jednak nigdy nie zawitał. Szczerze współczuła każdemu, kto taki telegram otrzymał – bo też często chodziło o kolegę ze szkoły albo znajomego z ulicy – ale też co wieczór dziękowała Bogu, że wiadomość nie dotyczyła jej Stana.

Odwróciła się i szybko pocałowała męża w usta.

– Później – wyszeptała. – Później. Cała ta nasza gromadka, a do tego przyjaciółki Pammy, w tym niejaka Victoria Baker, czekają na jedzenie!

 

Stan mrugnął do niej porozumiewawczo i poklepał tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. To „później” wystarczyło, żeby go uczynić najszczęśliwszym mężczyzną na całej Arthur Street. Co wieczór, gdy tylko opuszczał powieki, przed oczami stawały mu obrazy z najgorszych dni jego życia. Odkąd wrócił do domu, każdego wieczoru przed zaśnięciem wyciągał rękę, żeby dotknąć ciepłego ciała żony i podziękować Bogu za to, że przeżył. Jego dom i jego rodzina przetrwały zawieruchę. Leżał teraz we własnym łóżku i mógł słuchać bicia serca Maisie. Oboje żyli.

– Maisie, lady Victoria jest przyjaciółką naszej Pammy i taką samą pielęgniarką jak wszystkie inne. Nie musisz jej za każdym razem wymieniać z osobna.

– Wiem, wiem, ale jakoś nie potrafię się powstrzymać. Za każdym razem, kiedy tu przychodzi, mam ochotę się tym pochwalić. Sam musisz przyznać, Stan, że jest urocza. Powiedziała, że gdy już zakończy szkolenie, to nas zaprosi na swój ślub. Tylko to sobie wyobraź!

Stan uśmiechnął się szeroko. Maisie zawsze młodniała w oczach, gdy coś ją ekscytowało. Teraz znów wyglądała jak tamta dziewczyna, którą pojął za żonę w najpiękniejszy dzień swojego życia.

– Kupię ci wtedy najładniejszą sukienkę, jaką tylko można dostać w Liverpoolu, królowo! Chociaż przyznam bez bicia, że nadal nie rozumiem ani słowa z tego, co ona mówi. Niechby się już wreszcie nauczyła mówić jak my wszyscy!

– Nie zachowuj się jak jakiś nieuk, Stan. Ona po prostu wypowiada się elegancko. Mam nadzieję, że Lorraine coś tam od niej podchwyci. Nie ucieszyłabym się, gdyby Victoria zaczęła mówić tak jak my. Chciałabym, żeby nasza Lorraine miała w życiu jak najlepiej, żeby się stąd wydostała i żeby się wypowiadała jak prawdziwa dama. Wolałabym, żeby nie dorastała na Arthur Street. Widzisz przecież, jak to wygląda. Wszędzie tylko szczury wodne i gruzy po bombardowaniach.

– Nasza Lorraine? Maisie, zastanów się, co mówisz! Gdyby poszła do szkoły i zaczęła tam gadać jak Victoria, toby wróciła z obitą twarzą. Przecież nie chcesz, żeby jej się dostało. – Stan mówił szeptem, żeby Victoria nie słyszała. – Myśmy za młodu bili chłopaków z Waterloo Grammar za takie eleganckie gadki. Jak czekali na autobus, mieliśmy ich jak na widelcu. Choć, wiadomo, teraz już nikt nie bije ich za to, że ładnie mówią. Teraz to oni mieszkają w dużych domach nad samą wodą i pracują w bankach. Mają samochody z kierowcami i jadają lunch w wykwintnych restauracjach.

Stan zaśmiał się nerwowo, a Maisie westchnęła.

– No właśnie, drogi Stanie Tannerze, no właśnie! Właśnie dlatego bym chciała dla naszej Lorraine lepszego życia. Żeby nie wyrosła na takiego bezrozumnego tępaka jak ty.

Zanim Stan zdążył odpowiedzieć, Maisie wyjęła z pieca duże emaliowane naczynie z pięknie wyrośniętymi puddingami Yorkshire.

Oboje przeszli do dużego pokoju, gdzie powitał ich widok, od którego serce Maisie wypełniło się radością. Zastawa, sztućce i gliniane naczynia z głównymi daniami na stole. Kilka płomieni tańczących w kominku, a na nadpalonym i poprzecieranym dywanie tuż obok chłopcy państwa Tannerów, którzy zmęczeni oczekiwaniem, odeszli od stołu i zatopili się w lekturze komiksów. Victoria siedziała najbliżej kominka, a na jej kolanach Lorraine malowała sobie paznokcie. Dana i Pammy rozsiadły się na ławeczce, ale skoczyły na równe nogi na widok Maisie i Stana.

– Patrz na moje paznokcie, mamo – powiedziała Lorraine, wymachując palcami w stronę matki. – Ładnie, prawda?

Maisie odstawiła naczynie na stół, a potem odsunęła trochę rękę Lorraine od swojej twarzy, żeby uważnie jej się przyjrzeć. Przy okazji poleciła Danie i Pammy przysunąć siedzisko do stołu.

– Owszem, ładne. Ja też czasem próbuję malować paznokcie, ale potem mam całe palce pomazane.

Odpowiedziało jej chóralne westchnienie dziewcząt. Zaraz potem przy stole pojawili się chłopcy. Gdy wszyscy zajmowali miejsca, żeby spożyć wspólnie posiłek, na twarzy Pammy wymalował się dumny uśmiech.

– Ależ, pani Tanner! Pani to jest najlepsza – powiedziała Victoria.

Maisie rzuciła Stanowi ostrzegawcze spojrzenie. On tylko szelmowsko się uśmiechnął i uniósł brwi.

Dana nie była w stanie oderwać oczu od wieprzowiny. Prawie się oblizywała na jej widok. Jakże to przypominało pieczenie, które jej mama serwowała w rodzinnej Irlandii! U Maisie Tanner prawie wszystko było jak w domu. Tylko podczas tych niedzielnych obiadów u Tannerów Danie zdarzało się na chwilę przestać tęsknić za domem i robić sobie wyrzuty. Obiecała mamie, że będzie ją często odwiedzać, ale dotychczas udało jej się pojechać tylko raz, i sumienie strasznie ją gryzło z tego powodu.

– Smacznego. Najedzcie się do syta – powiedziała Maisie. – Od razu uprzedzam, że dzisiaj nie zostajecie do wieczora i nie będzie słuchania radia. Nie uwierzycie, ale znowu pada śnieg. I wbrew temu, co mówi mądrala Stan, nie wygląda na to, żeby miał topnieć. Jutro wszystkie zaczynacie wczesnym rankiem?

– Ja mam dyżur na oddziale dziecięcym – odparła Dana, grzecznie podając talerz, na którym za chwilę pojawił się spory kawałek wieprzowiny i porcja puddingu Yorkshire. Przyrządzenie puddingu nie wymagało dużych nakładów finansowych, więc podawano go do każdej pieczeni, niezależnie od rodzaju mięsa. Maisie tym była szczęśliwsza, im więcej udawało jej się upchać na stole. W niedziele dawała zawsze popis swoich możliwości.

– Bierz, ile chcesz, kochanie – zachęcała Maisie, Dana jednak się wzbraniała, choć głównie przez grzeczność, bo najchętniej jadłaby i jadła.

– Victoria i ja jesteśmy razem na męskiej internie – powiedziała Beth. – Byłam w biurze, żeby sprawdzić, kiedy mamy wolne. Jutro rano wszystkie cztery mamy dyżur, a pielęgniarka etatowa mówiła, że dołączy do nas jeszcze jakaś praktykantka z Mayo. Dana, może ją znasz? Nazywa się Bridget Moran.

Dana miała akurat pełną buzię, więc nie była w stanie odpowiedzieć.

– Ale, mamo, nie wiesz jeszcze najważniejszego – odezwała się Pammy. – Szpital zatrudnił drugą przełożoną pielęgniarek. Dziewczyny z trzeciego roku mówią, że ona sporo namiesza. Jakoś nie bardzo mi się to podoba.

– A skąd właściwie wiadomo, skoro jeszcze nie zaczęła pracy? – zapytała Maisie.

Pammy właśnie przeżuwała sporą porcję pieczonych ziemniaków, więc w odpowiedzi wyręczyła ją Victoria:

– Chodzi o to, że przełożona ma całe mnóstwo różnych spraw na głowie, więc nami, studentkami, zajmują się siostra Haycock i siostra Ryan, a one są w porządku. Tymczasem plotka głosi, że nowa zastępczyni przełożonej pielęgniarek to wiedźma i do tego z tych mniej sympatycznych. Wszyscy mówią, że jest okropna, chociaż nie wiem, kto już miał okazję ją widzieć.

– No to będziemy musiały pilnować, żeby wszystko było, jak należy. Żadnych katastrof! – Pozostałe dziewczyny zamilkły, a Pammy zrobiła głupkowatą minę. Na ogół właśnie ona była główną sprawczynią i prowodyrką katastrof, do których dochodziło na Lovely Lane.

– A co ty myślisz, Stan? – zapytała Maisie.

Stan nie zrozumiał ani słowa z tego, co mówiła Victora, więc postanowił zmienić temat.

– Naprawdę pyszne to jest, Maisie! – Wskazał głową na swój wypełniony po brzegi talerz.

– Bo wiesz, mamo, my w St Angelus jesteśmy jedną wielką rodziną. Wszyscy się ze wszystkimi dogadują. Nie ma żadnej wiedźmy i dobrze by było, żeby tak zostało.

Skupili się na opróżnianiu talerzy i po chwili w pokoju było słuchać już tylko żucie. Nawet chłopcy jedli w ciszy.

Podczas sprzątania Stan wziął do ręki sobotnie wydanie „Echo”, które kupił poprzedniego dnia wieczorem. Przeczytał na głos tytuł z pierwszej strony.

– Zobacz, Maisie. Wygląda na to, że dorwali faceta, który porzucił tę biedaczkę na pewną śmierć. Ponoć złapali go w Durham. Był sprzedawcą odkurzaczy. Napisali, że tak samo próbował skrzywdzić także dziewczynę z Durham. Przypuszczają, że ma na koncie jeszcze kilka innych. Ten kraj schodzi na psy. O co myśmy walczyli, co? Przecież nie o to, żeby takie bydlaki siały grozę na ulicach i straszyły młode panienki. Dla takich jak on życia bym nie ryzykował.