Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dobrze, siostro, dobrze. Pani McConaghy jest dla mnie bardzo dobra. Już się do mnie przyzwyczaiła, a ja do niej. Wszystko się bardzo dobrze układa.

Lily miała niewiele powodów do radości, ale akurat ta myśl przywoływała uśmiech na jej twarz. Naprawdę było tak, jak mówiła. W pracy wszystko układało się znakomicie. To w domu ciągle się nie poprawiało. Poza tym Lily martwiła się o małego Joego, któremu z dnia na dzień oddychało się coraz trudniej. Klatka piersiowa sterczała mu jak u ptaka, ale na każdej wizycie lekarz mówił to samo: „Chłopiec woła, że chce do mamy. Ten świst to problem natury psychologicznej. Ustanie, jak tylko wasza matka przestanie się szwendać po barach i wreszcie się nim zajmie”.

Lily brała Joego na ręce i szła do apteki po kolejną buteleczkę olejku kamforowego. Jak niby miała temu lekarzowi wytłumaczyć, że to ona była dla Joego jak matka? Że innej nie znał i innej nie wzywał. Z gabinetu zawsze wychodziła rozgoryczona. Kolejny lekarz nie potraktował ich poważnie. Czuła się bezradna. Zżymała się na myśl o tym, że nikt nie chce pomóc jej małemu bratu.

Rozdział 5

Ciekawe, kiedy mi ktoś zaproponuje herbatę, zastanawiała się panna Ava Van Gilder, po raz setny poprawiając złożone na kolanach rękawiczki. Siedzę na twardym drewnianym krześle, mam za sobą długą i niewygodną podróż w chłodzie, ale to chyba nikogo tutaj nie obchodzi.

Przyciągnęła do siebie torebkę i z dezaprobatą pociągnęła nosem, a potem wyprostowała plecy. Chciała być gotowa na wezwanie – aby móc w każdej chwili się poderwać i zrobić naprawdę dobre wrażenie, aby dostać tę posadę w St Angelus. Bardzo jej na tej pracy zależało, bo nie miała dokąd wracać.

To był zdecydowanie nie najlepszy poranek. Z powodu zasp jej pociąg dotarł na dworzec Lime Street z opóźnieniem. Noc spędziła w pensjonacie Crosby, a gdy rankiem szła przez ulice Liverpoolu, miała wrażenie, że wokół niej nie ma żywego ducha. Pieniędzy wystarczy jej tylko na dwa tygodnie, musiała więc koniecznie znaleźć jakąś pracę, najlepiej z zakwaterowaniem. Przede wszystkim jednak musiała zadbać o to, aby nikt się nie dowiedział o jej przeszłości. Na szczęście zaproszono mnie na rozmowę jako ostatnią kandydatkę tego dnia, pomyślała. Nie chciałabym się spóźnić. Nigdy w życiu nigdzie się nie spóźniłam. Nie chciałabym tego zmieniać, zwłaszcza w takich okolicznościach.

W porównaniu z korytarzem, z którego wchodziło się do sali posiedzeń zarządu St Angelus, warunki w pociągu mogła uznać za luksusowe. Teraz siedziała w mroku i ciszy pośród ścian od połowy wyłożonych butelkowozielonymi kaflami, sięgającymi aż do łukowatego sklepienia. Poniżej linii lśniących czystością płytek znajdowała się część pokryta ciemnokremową olejną farbą, tu i ówdzie poplamioną na brązowo nikotyną. Było widać, że ten poziom konsekwentnie opiera się wysiłkom sprzątaczek.

Panna Van Gilder siedziała jak ptaszek na grzędzie, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Delikatne ciało i ostro zakończony nos drżały od czasu do czasu. Dokładnie naprzeciwko znajdowały się podwójne drewniane drzwi prowadzące do sali posiedzeń szpitalnego zarządu. Przez szparę pod nimi wydostawały się ze środka stłumione głosy, które wzmacniały dodatkowo aurę tajemniczości. Nagle dał się słyszeć śmiech.

Śmiech? Skuliła się lekko, a oczy spojrzały znad okularów, świdrując z całą mocą drzwi. Dziwne, że ktoś się tam śmieje, pomyślała panna Van Gilder. Kościste ramiona po chwili się rozluźniły, a na jej twarzy wymalował się wyraz zaskoczenia. Wiedziała, że w środku siedzi inna kandydatka. Nagle uznała, że koniecznie musi się dowiedzieć, o czym tam rozmawiają. To i tak już za długo trwa, pomyślała. Siedzę tu już ponad trzy kwadranse. Uniosła głowę i zmarszczyła nos z dezaprobatą.

Z zewnątrz sufit tworzył imponującą i bogato zdobioną kopułę. Gdy wchodziła po schodach prowadzących do szpitala, zauważyła nad wejściem zegar. Teraz usłyszała, jak wybija trzecią. Ona tymczasem została zaproszona na rozmowę na drugą trzydzieści. Nie wiem, czy chcę pracować w szpitalu, w którym tak swobodnie podchodzi się do terminów, pomyślała. Wzdrygając się z niechęcią, przypomniała sobie jednak, że tak naprawdę nie ma wyboru. Nic innego jej nie pozostało.

Rozległ się stukot butów na parkiecie. Panna Van Gilder nie wiedziała, do kogo te buty należą i skąd dokładnie dochodzi ten dźwięk. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. „Znaleźli mnie”, wyszeptała wcale nie tak cicho, mocno zaciskając dłoń na rączce torebki. Wysunęła przed siebie nogi schowane dotąd pod krzesłem, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Kłykcie jej zbielały, oddech się skrócił, a wzrok skupił na miejscu, skąd zbliżały się kroki. Nad górną wargą wystąpiły jej kropelki potu, które czym prędzej otarła rękawiczką. Oblizała usta i była tylko o krok od tego, żeby zacząć się modlić.

Siedząc na drewnianym krześle pod potężną kopułą, czuła się jak okaz eksperymentalny, który ktoś zamknął pod szklanym kloszem. Blada poświata zachodzącego słońca roztaczała plamę światła na podłodze wokół niej.

No, to już po mnie, pomyślała. Nie ma już dla mnie ratunku. Z każdą chwilą kroki było słychać głośniej i wyraźniej. I chyba przyspieszały… Pewnie łzy stanęłyby jej w oczach, gdyby tylko wiedziała, co to łzy… Serce biło mocniej i głośniej. Ava Van Gilder byłaby skłonna przypuszczać, że ten, kto po nią idzie, na pewno już słyszy bicie jej serca.

– Może przyniosę ci herbatę, skarbie?

Oto stanęła przed nią postać, której kroki przed chwilą słyszała. Wyłoniła się zza rogu i zmierzała strzelistym korytarzem w jej kierunku.

– Pytałam, czy napije się pani herbaty, skarbie?

Głos należał do Elsie O’Brien, gosposi przełożonej pielęgniarek, której mieszkanie znajdowało się z boku od głównego korytarza administracyjnego i którego okna wychodziły na główne wejście. Teraz pobrzmiewało w nim lekkie zniecierpliwienie.

Panna Van Gilder powoli wypuściła powietrze.

– Pewnie przyszła pani aż z Lime Street – domyśliła się Elsie. – Taka dziś pogoda, że ponoć tramwaje nie jeżdżą. Z daleka pani przyjechała?

Elsie, która wyraźnie oczekiwała konkretnej odpowiedzi, musiała zadowolić się zdawkową:

– Czarną, bez cukru. Dziękuję. To bardzo miłe z pani strony.

Panna Van Gilder zdołała w końcu uspokoić oddech. Czuła też, że stabilizuje jej się puls. Policzki odzyskały dawny kolor równie szybko, jak go przed chwilą straciły, ale ich właścicielka była u kresu sił.

– Wygląda pani mizernie, skarbie. Czy na pewno dobrze się pani czuje? – Elsie przyglądała jej się uważnie, jednocześnie z zainteresowaniem i zaskoczeniem.

Ava Van Gilder miała ochotę warknąć na tę przypadkową kobietę, która ośmiela się mówić do niej „skarbie”. Najchętniej zapytałaby, co też ona sobie wyobraża. To nie był jednak dobry moment. Zachowaj spokój i bądź tak ujmująca, jak potrafisz, upominała się w duchu. Przynajmniej do momentu, w którym dostaniesz posadę. Nie masz wyjścia. Potrzebujesz tej pracy. Bądź ujmująca.

– Zapewniam, że nie musi sobie pani żałować – ciągnęła Elsie, która nie miała w zwyczaju dawać za wygraną.

– Niby czego? – Na nic upomnienia, panna Van Gilder jednak na nią warknęła.

Elsie mimo to się nie zraziła.

– Cukru i mleka. Cukru mamy pod dostatkiem. Szpitale zostały wyłączone z racjonowania cukru. Jeśli pani sobie życzy, mogę więc dorzucić dwie łyżeczki. Za to w kwestii mleka się z panią zgodzę. Przyzwyczaiłam się do czarnej herbaty w czasie wojny. Była mleczarnia przy George Street, ale ją zbombardowali. Wtedy krowy przeniosły się na zachód, podobnie jak reszta ulicy. Przywykłam do czarnej herbaty i z mlekiem już mi nie smakuje. Za to mlecznego stouta od czasu do czasu chętnie się napiję, a pani?

Elsie się uśmiechnęła, prezentując pannie Van Gilder kiepsko dopasowaną protezę, którą zakładała tylko do pracy i wyjmowała wieczorem po powrocie do domu. Kobieta z korytarza wpatrywała się w nią ze zdumieniem.

– Wszystkie kandydatki masz traktować przyjaźnie. – Takie zalecenie Elsie usłyszała od Biddy tego ranka przy śniadaniu. – Porozmawiaj z każdą przez chwilę, spróbuj jak najwięcej się o nich dowiedzieć. Nie zaszkodzi z wyprzedzeniem się zorientować, któż będzie u nas pracować jako druga przełożona pielęgniarek i z jakimi wyzwaniami przyjdzie nam się w związku z tym mierzyć.

Biddy przekazała te instrukcje Elsie, jeszcze zanim pierwsza kandydatka zgłosiła się na rozmowę. Dotychczas wszystko szło jak z płatka, dopiero panna Van Gilder okazała się oporna na jej zabiegi. Elsie liczyła na to, że dzięki tym swobodnym rozważaniom o mleku i czarnej herbacie zdoła przełamać lody i panna Van Gilder zdradzi jej coś o sobie. W końcu przyszła tutaj ubiegać się o drugie najważniejsze stanowisko w szpitalu. Dotychczasowe kandydatki zrobiły na Elsie dobre wrażenie. Kilka z nich, popijając herbatę i przekąszając drugą cytrynową markizę, opowiedziało jej niemal całą historię swojego życia.

Ploteczki stanowiły cenną walutę w St Angelus. Elsie doskonale zdawała sobie sprawę, że im więcej zna soczystych szczegółów, tym silniejszą ma pozycję wśród koleżanek. Kto znał więcej plotek, ten był górą. Wieczorem Elsie i Biddy miały się spotkać w szkole pielęgniarek z Branną McGinty, sprzątaczką z oddziału drugiego, oraz Madge z centralki, żeby przy herbacie – w trzech z czterech filiżanek zalanej dużą ilością mleka – i czekoladowym torcie porozmawiać o zaletach i wadach kandydatek. Taki był plan. Wszystko byłoby dobrze, gdyby ta ostatnia kandydatka nie postanowiła stanąć okoniem.

Decyzja o zatrudnieniu drugiej przełożonej pielęgniarek była wielkim wydarzeniem w St Angelus. W szpitalnej garkuchni przez cały tydzień nie mówiło się przy śniadaniu o niczym innym. Co chwila ktoś zaczepiał Elsie, żeby zapytać, kiedy jej zdaniem nowe stanowisko zostanie obsadzone. Czuła się bardzo ważna. Oto została strażnikiem najważniejszych tajemnic, które skrywał gabinet przełożonej pielęgniarek. Ludzie pytali jednak raczej z obawy niż z ciekawości, St Angelus bowiem otaczał opieką nie tylko chorych. Wokół szpitala funkcjonował rozległy czarny rynek, z którego żyło wiele okolicznych rodzin. Składał się na niego cały system wzajemnych zależności, który kształtował się przez wiele lat i opierał na wzajemnym zaufaniu między głównym portierem Dessiem a przełożoną pielęgniarek. Wszyscy się obawiali, że krucha równowaga tego systemu ulegnie zachwianiu. Dzięki Dessiemu powojenne wdowy otrzymywały jedzenie, węgiel i regularne tygodniówki. Nowa zastępczyni przełożonej pielęgniarek mogłaby zmienić dotychczasowy porządek rzeczy.

 

Elsie udała się do małej kuchni na tyłach sali posiedzeń zarządu, przynależącej również do mieszkania przełożonej pielęgniarek. Opinię na temat tej kobiety zdążyła sobie wyrobić, jeszcze zanim nalała jej herbaty. Kłopoty wyczuwała na kilometr. Pozostawało więc mieć nadzieję, że rozmowa kwalifikacyjna przebiegnie niepomyślnie, a najlepiej katastrofalnie. Przyszło jej do głowy, że może Branna mogłaby przynieść z oddziału coś, co by zadziałało na tyle szybko, żeby zwiększyć szanse na taki obrót spraw. Pobiegła więc do gabinetu przełożonej pielęgniarek, znajdującego się jedne drzwi w bok od korytarza administracyjnego. Podniosła słuchawkę i poprosiła Madge, żeby spróbowała namierzyć Brannę.

Szczęście jej najwyraźniej dopisywało, bo Branna siedziała właśnie obok Madge w centralce. Wpadła tam na herbatę, co zresztą zdarzało się jej coraz częściej, odkąd siostra Antrobus została przeniesiona z oddziału drugiego na oddział nagłych wypadków. Siostra Antrobus była postrachem całego szpitala. Wykazała się taką bezdusznością w stosunku do przełożonej pielęgniarek, tak bezlitośnie zagrała na jej uczuciach, że wszyscy przyzwoici pracownicy szpitala – czyli w praktyce niemal wszyscy – odwrócili się od niej bez chwili namysłu. Branna również. „Już nigdy nikomu nie dam się potraktować jak niewolnica”, oznajmiła, gdy siostra Antrobus opuściła oddział ginekologiczny, aby odtąd zajmować się nagłymi przypadkami. „Koniec ze ślepym posłuszeństwem wobec pielęgniarek. Od dziś będzie inaczej”. W praktyce oznaczało to, że Branna zaczęła regularnie zaglądać do centralki telefonicznej zlokalizowanej w sąsiedztwie oddziału drugiego. Podczas tych wizyt plotkowała z Madge, która przez sześć na siedem dni w tygodniu odpowiadała za obsługę połączeń. Z fascynacją obserwowała, jak Madge wpina i wypina różne kabelki, rozpoczyna i kończy rozmowy, no i oczywiście przysłuchuje się tej wymianie zdań. Jeśli Madge zdarzyło się akurat wyjść do toalety, Branna chyłkiem nakładała na uszy słuchawki, żeby też posłuchać. Oczywiście pospiesznie je zdejmowała, gdy tylko usłyszała kroki Madge.

– Do ciebie, Branno – powiedziała Madge, podając jej słuchawki.

– Do mnie? O Matko Boska, a kto wie, że tu jestem?

Poderwała się z krzesła tak nagle, że filiżanka, którą trzymała w dłoni, zatańczyła z brzękiem na spodku.

– Branna, to ja, Elsie. Królowo, czy może masz u siebie w torbie trochę syropu z senesu? Mam wrażenie, że przydałoby nam się coś szybko działającego. Na litość boską, ta tutaj zaraz idzie na rozmowę.

– O Jezu! Nic takiego nie mam. Nie mam nic na przeczyszczenie. Potrzebujesz czegoś działającego błyskawicznie, tak?

– Powiem ci, że jak ta jedna dostanie tę posadę, czeka nas katastrofa. Właśnie wlewam jej mleko do herbaty, chociaż prosiła o czarną. Trzeba takiej dać do wiwatu. Ale jeśli mnie mój nos nie zawodzi, to mleczko się zwarzy, jeszcze zanim wleci jej do gardła. Musimy koniecznie coś zrobić, żeby jej nie zatrudnili. Nie ma chwili do stracenia, Branno.

Elsie mówiła teraz podniesionym głosem. Zdążyła się już nasłuchać najróżniejszych historii o zastępczyni przełożonej pielęgniarek ze szpitala Narrowgreen – o tym, jak odliczała porcje wydawanych posiłków, jak wprowadziła codzienne rewizje toreb pracowników opuszczających kuchnię, jak kontrolowała stan zapasów węgla. Co tydzień pojawiały się nowe mrożące krew w żyłach doniesienia.

– Elsie, czyś ty zwariowała? Nie możemy truć kobiety, która czeka na rozmowę w sprawie pracy, tylko dlatego, że ci się nie spodobała! – odparła Branna.

– Nie chodzi o to, że mi się nie spodobała. Nie zrozumiałaś mnie, Branno. Tu chodzi o przeczucie. O coś, co widać w jej oczach. Coś piekielnego! Gęsiej skórki dostałam na jej widok.

Branna nie miała jednak nic do zaproponowania. Jej szafka świeciła pustkami.

– Ledwo tydzień temu zabrałam trochę środków na przeczyszczenie do domu. Dostałam je od przełożonej nocnej zmiany. Jezu, powiedziałam o tym tylko Hattie Lloyd, ale nagle się okazało, że u nas na ulicy każdy jest pozatykany. Następnego wieczoru nie miałam już ani kropelki. Bóg mi świadkiem, najpewniej wszystko poszło na sprzedaż.

Elsie przez chwilę milczała. Starała się jakoś przyswoić te informacje.

– A nie masz nic innego, co mogłoby wywołać u niej chwilowy dyskomfort? Na przykład żeby nie była w stanie słowa wykrztusić albo żeby krzyczała z bólu czy coś takiego?

Elsie w tym momencie miała wrażenie, że różaniec schowany w kieszeni jej fartucha pali ją w udo jak rozgrzane żelazo.

– Elsie, a czy tobie się wydaje, że ja się nazywam doktor Branna McGinty? Jestem tylko salową, nie żadną rozchwytywaną konsultantką. Zaraz mnie poprosisz, żebym ci zrobiła histerektomię. Jezu! Co ty, chcesz, żeby mnie zamknęli?

– Słuchaj, to naprawdę poważna sprawa – przekonywała Elsie. – Mam naprawdę silne przeczucie, a przecież wiesz, że te moje przeczucia zawsze się sprawdzają. Mój pęcherz nie kłamie, a pogonił mnie dziś już trzy razy. Ta kobieta nam się nie przysłuży. Wierz mi, że ona wygląda tak, jakby się nigdy w życiu nie uśmiechała. Znów muszę do ubikacji. Nerwy mam jak postronki. Widzimy się później przy herbacie.

Elsie podreptała do łazienki, po drodze rozmyślając o tym, że jeśli zarząd wybierze Avę Van Gilder, to ona i jej koleżanki nie będą miały nic na dobry początek tej znajomości. Nie udało jej się wydobyć od tej kobiety niczego, czego by się można uczepić. Po powrocie do kuchni z ciężkim sercem nasypała do herbaty trzy łyżeczki cukru, a potem dolała jeszcze mleka. Raz kozie śmierć, pomyślała. W życiu trzeba się wykazywać odwagą. A nuż się ta ponura kobieta trochę rozchmurzy?

Z sali posiedzeń zarządu dobiegł ją dźwięczny śmiech młodej kobiety. Uśmiechnęła się na myśl, że coś rozbawiło siostrę Haycock. Doskonale pamiętała, jak to kiedyś Biddy się zamartwiała, że siostra Haycock zbyt rzadko dostrzega wokół siebie powody do radości. Teraz najwyraźniej dostrzegła. Najpewniej przypadła jej do gustu ta kandydatka, z którą właśnie rozmawiał zarząd. Kobieta przyszła na spotkanie w żółtym stroju. Elsie nigdy jeszcze nie widziała, żeby się ktoś ubrał na żółto.

– Właśnie! Ta robi bardzo miłe wrażenie – szepnęła.

Zaraz potem pomyślała, że powinna zadzwonić do Biddy, jako że Biddy to dobra irlandzka katoliczka. Powszechnie wiadomo, że największe szanse na wysłuchanie mają właśnie modlitwy irlandzkie, dlatego że Irlandczycy najczęściej chodzą do kościoła i dlatego że Irlandia to przecież taki święty kraj. Elsie uznała, że warto poprosić Biddy, aby się pomodliła za tę kobietę w żółtym.

Blackie, piesek przełożonej pielęgniarek, kręcił się przez chwilę w swoim koszu ustawionym w kącie kuchni. Elsie miała go tam ukryć na czas wizyty gości z zarządu szpitali okręgu liverpoolskiego. Blackie był już starym zrzędą, a w szpitalnym mieszkaniu przełożonej pielęgniarek pojawił się dwanaście lat temu jako szczeniak. Tyle że to było jeszcze przed powstaniem NHS, za starych czasów.

– Tak, tak, Blackie, modlitwy Biddy są niezawodne. Wszystkie zostają wysłuchane, co do jednej. Ona dzięki temu nie ma sobie równych w bingo. Zaraz do niej dzwonię!

Elsie westchnęła, po czym ujęła w dłonie spodek i filiżankę i wyszła z ciepłej kuchni na spotkanie z kobietą, której już zdążyła nadać przydomek Krwawa Ava Wampirzyca.

– Proszę, pani herbata – powiedziała, podając jej filiżankę wraz ze spodkiem. – Jednak posłodziłam.

Panna Van Gilder się skrzywiła.

– Niech sobie pani nie żałuje. Pewnie lada chwila panią wezwą. Chyba nie dosłyszałam, jak pani mówiła, gdzie ostatnio pracowała… – Elsie przysiadła na krześle obok.

Panna Van Gilder gapiła się na Elsie jak na obrzydliwego robala, który właśnie wychynął z jabłka.

– Bo też niczego na ten temat nie powiedziałam – odparła. Mierzyła Elsie wzrokiem. Nie podziękowała za herbatę. Łatwo się było domyślić, co miała ochotę powiedzieć.

Elsie wstała nawet szybciej, niż usiadła. Bardzo źle się to wszystko układało.

– Gdyby pani potrzebowała, toaleta znajduje się w głębi korytarza. Sama właśnie przed chwilą tam byłam. Wytarłam klapę i wyłożyłam czysty ręcznik przy zlewie, więc nie musi się pani obawiać o warunki. A woda jest przyjemnie cieplutka…

Panna Van Gilder odezwała się ponownie dopiero po dłuższej chwili.

– Dziękuję – odparła półgębkiem, bez cienia grymasu na jasnej twarzy. Z całą pewnością się nie uśmiechnęła.

Jakże zaskoczona była Elsie, gdy chwilę później znowu otworzyła usta.

– A czy inne rozmowy też tak długo trwają? – zapytała zwięźle.

– Mniej więcej – padła odpowiedź. – Siostra Haycock zadaje mnóstwo pytań, chyba partiami. Jest bardzo skrupulatna, ale lubi też pogawędzić. Czasami się zdarza, że przegadają z Biddy cały dzień.

Panna Van Gilder ściągnęła brwi tak mocno, że połączyły jej się w środku.

– Cóż, ja uważam, że jeśli rozmowa trwa dłużej niż godzinę, to ktoś ma stanowczo za dużo do powiedzenia. Domyślam się, że w takim razie ta wasza siostra Haycock nie może przestać mówić.

Odstawiła spodek z filiżanką na krzesło obok, po czym wstała, wygładziła płaszcz i bez słowa pomaszerowała w kierunku toalety.

Nie zdając sobie z tego sprawy, popełniła właśnie swój pierwszy poważny błąd. Niesłusznie założyła, że w ogólnym rozrachunku, a ściślej rzecz biorąc, w hierarchicznej strukturze szpitala St Angelus Elsie O’Brien jest nikim. Że skoro parzy herbatę, sprząta i załatwia sprawunki, nie zasługuje na uprzejme traktowanie i nie trzeba zwracać się do niej grzecznie. Że jest zupełnie nieważna i nic nie może.

Panna Van Gilder nie miała pojęcia, że w tym szpitalu personel pomocniczy miał bardzo rozległą władzę i skrzętnie z niej korzystał. W St Angelus nic się nie mogło wydarzyć bez wiedzy, udziału bądź przyczynku Biddy, Branny, Elsie, Dessiego czy Madge z centralki. Elsie starała się jak najwięcej dowiedzieć na temat przyszłej zastępczyni przełożonej pielęgniarek, ponieważ ta wiedza była niezbędna do efektywnego sprawowania władzy i kontroli nad szpitalną rzeczywistością.

Ależ wścibskie babsko, pomyślała panna Van Gilder, oglądając się przez ramię na Elsie, która właśnie zniknęła w drugim końcu korytarza. Wprost niewiarygodne, że ktoś ośmiela się tak spoufalać. Aż dreszcz ją przeszedł na samą myśl. Gdy ona odbywała szkolenie pielęgniarskie w latach dwudziestych, personel pomocniczy znał swoje miejsce – i to było miejsce bardzo nieistotne. Ci ludzie mieli być niewidoczni, a gdy już musieli być widoczni, to zdecydowanie nie mieli prawa się odzywać. Jak dzieci!

Mam nadzieję, że będąc drugą przełożoną pielęgniarek, obejmę nadzór nad zatrudnieniem i pracą personelu pomocniczego, pomyślała, spoglądając na czysty ręcznik i leżący na nim świeży kawałek mydła. Tamta stąd zniknie w pierwszej kolejności.

Gdy tylko drzwi do łazienki się zamknęły, Elsie odwróciła się na pięcie. Panna Van Gilder zostawiła pod krzesłem torebkę. Elsie uznała, że to jej jedyna szansa. Jeśli ten plan się nie powiedzie, to nie będzie wiedziała nic, jeśli natomiast uda jej się go zrealizować, to pozostali podziękują jej za wszystkie pozyskane informacje. Ogarnął ją jednak niepokój. Czuła, że znów musi do łazienki. W powietrzu wyczuwała niebezpieczeństwo. „Zrób to!”, szepnęła do siebie, cofając się po własnych śladach. „No dalej, zrób to!”. Przez chwilę przemykała się jak wąż, ale zaraz potem dotarło do niej, że musi się pospieszyć, więc potruchtała w kierunku krzesła.

Przeżegnała się, a potem schyliła. Wydostała spod krzesła torbę i rozpięła sprzączkę. Torba otworzyła się na oścież. Jakże wielkie było jej rozczarowanie, gdy stwierdziła, że w środku prawie nic nie ma: portmonetka, grzebień, plik dokumentów. Z niepokojem zerknęła w kierunku łazienki. Wiedziała, że zanim drzwi się otworzą, powinna jeszcze usłyszeć brzęk łańcuszka od spłuczki. Jej uwagę przykuł bilet kolejowy wystający z bocznej kieszonki. Wyjęła go i stwierdziła, że opiewa na przejazd w jedną stronę, z Bournemouth. Zajrzała do kieszonki, ale biletu powrotnego nie znalazła. Kusiło ją, żeby wyjąć z pliku jeden z dokumentów, ale było już za późno, bo właśnie usłyszała spłuczkę. Sprawnym ruchem zamknęła torbę i odstawiła ją na miejsce, pod krzesło panny Van Gilder.

 

Dziesięć minut później niczego nieświadoma panna Van Gilder postawiła pustą już filiżankę na drewniane krzesło. Nigdy w życiu by się do tego nie przyznała, ale herbata była pyszna! Z rozrzewnieniem spojrzała na lekko roztopione brązowe granulki cukru przyklejone do brzegów filiżanki, którą uniosła jeszcze na krótką chwilę. Może znów powinna zacząć słodzić, skoro nie racjonuje się już cukru dla szpitali. Szybko jednak odepchnęła od siebie tę myśl i przywołała się do swojego ponurego porządku. Cukier powoli spłynął na dno i zanurkował w mało apetycznej kałuży.

Dokładnie w tym momencie rozległ się znajomy odgłos kroków Elsie, która wyłoniła się zza rogu i sięgnęła po filiżankę. Roześmiane głosy dobiegające z sali posiedzeń zarządu ucichły, teraz słuchać było już tylko szmer rozmów. Najwyraźniej spotkanie dobiegało końca.

Nagle w korytarzu rozległ się odgłos innych, pospiesznych kroków. W stronę sali posiedzeń zarządu zmierzała czerwona na twarzy i wyraźnie zaniepokojona studentka pielęgniarstwa.

Elsie wyszła jej naprzeciw, w każdej chwili gotowa do interwencji.

– A dokąd to? – zapytała, wyciągając rękę, żeby zatrzymać pielęgniarkę. Znała ją. To była dziewczyna z ostatniego naboru na kurs szkolenia wstępnego.

– Dokąd się pani wybiera, siostro Moran? – zapytała Elsie, która szczyciła się tym, że zna nazwiska wszystkich pielęgniarek w szpitalu. Skądinąd nie było to wielkie osiągnięcie, bo po egzaminie kończącym kurs wstępny pełna lista absolwentek trafiała na biurko przełożonej pielęgniarek, która następnie przydzielała je na oddziały. Na polecenie przełożonej Dessie powiesił na ścianie jej gabinetu dużą czarną tablicę, na której ona wypisywała te nazwiska i przesuwała je po całym szpitalu jak pionki po szachownicy. Może wyobrażała sobie siebie w roli dowódcy, który rozstawia swoje oddziały na polu bitwy St Angelus. Tak w każdym razie domniemywała Elsie.

– Siostra oddziałowa poleciła mi to zanieść do laboratorium patologicznego – wyjaśniła siostra Moran, wydobywając z papierowej torebki szklany słój z jakąś próbką.

Elsie wzdrygnęła się z niesmakiem.

– Proszę to schować. To nie miejsce na takie rzeczy – syknęła na widok pojemnika z moczem.

– Tylko że ja nie mogę nigdzie znaleźć tego laboratorium patologicznego. Doktor Davenport powiedział, że to na górze za szerokimi drewnianymi drzwiami.

– Tak powiedział? – upewniła się Elsie, w duchu obiecując sobie, że ją popamięta. To od niej dowiedział się tego dnia rano, gdzie się odbywają rozmowy w sprawie pracy. Teraz widziała go oczyma duszy, jak kroczy głównym korytarzem w stronę sali operacyjnej i zaśmiewa się pod nosem. – Proszę nie słuchać tego złośliwca – powiedziała. – Jezu! Przecież laboratorium patologiczne nie mieści się nawet w głównym budynku, tylko na zewnątrz. Proszę przejść przez dziedziniec, minąć portiernię, a potem magazyn z tlenem. Pracownia jest w drewnianej chatce obok kostnicy.

Pielęgniarka Moran wyglądała tak, jakby się miała za chwilę rozpłakać.

– No już, niechże się siostra pospieszy – powiedziała zniecierpliwiona Elsie, odwracając się, by wskazać pielęgniarce schody. – Siostra Haycock lada moment stamtąd wyjdzie.

Oczy młodej pielęgniarki szeroko się otworzyły. Tylko czekać na łzy.

– Niechże siostra już idzie. Wszystko będzie dobrze. Ona się o niczym nie dowie.

Chwilę później dziewczyny już nie było.

Panna Van Gilder już miała się odezwać, ale ostatecznie nie zdążyła, bo szerokie drewniane drzwi do sali posiedzeń nieoczekiwanie stanęły otworem.

Na korytarz wyszła Emily Haycock z życzliwym uśmiechem na twarzy. Uprzejmie szeptała coś do kandydatki, którą właśnie wyprowadzała ze spotkania. Drobne obcasiki jej butów stukały rytmicznie po drewnianej podłodze. Wspomniana kandydatka okazała się być elegancko ubraną młodą kobietą. Głowę miała zwróconą w stronę siostry Haycock i uważnie jej słuchała. Obie panie się uśmiechały.

Cóż, wydaje się zdecydowanie za młoda, pomyślała panna Van Gilder. Poza tym żadna szanująca się siostra oddziałowa z aspiracjami na drugą przełożoną pielęgniarek nie przyszłaby na rozmowę o pracę w jaskrawożółtym ubraniu. Coś takiego nakłada się przecież tylko w jednym celu, żeby zwrócić na siebie uwagę. Zapewne szuka męża, nie ona pierwsza zresztą. Panna Van Gilder odchrząknęła, by przyciągnąć wzrok siostry Haycock. Czas najwyższy, aby się przestała zajmować tym zmokłym żonkilem i wreszcie skupiła się na mnie, uznała.

Emily spojrzała w jej kierunku i przywitała ją uśmiechem. Zaraz potem jednak powietrze wypełnił radosny chichot i panna Van Gilder zaczęła tracić cierpliwość. Wzięła głęboki oddech, przełknęła ślinę i przygotowała się do powitania.

– Panna Ava Van Gilder? Dzień dobry pani. Jakże się pani miewa? Bardzo przepraszam, że musiała pani czekać – powiedziała Emily, podchodząc do niej na swoich stukających obcasach.

Panna Van Gilder wstała. Plecy miała proste, jakby kij połknęła. Torbę trzymała z przodu, a głowę niemal zupełnie sztywno w górze.

– Ava, ale nie jak Ava Gardner, tylko jak Arva – przedstawiła się, wyciągając dłoń.

Była to niska i szczupła kobieta, ale niewątpliwie budziła respekt. Wystarczyło raz spojrzeć w te przenikliwe i stalowe oczy, poczuć mocny uścisk jej dłoni i usłyszeć napięcie w głosie, aby wyzbyć się wszelkich nadziei na to, że ma się przed sobą troskliwą i życzliwą osobę.

Emily prawie odskoczyła od tej wypchniętej ku niej ręki, która sztywno i z wyczekiwaniem zawisła w powietrzu. Jej ramiona pokryły się gęsią skórką. Do tej chwili cieszyła się myślą, że w sumie sobie poradziła z dobieraniem kandydatek na podstawie brzmienia ich nazwisk. Aż sama była tym zaskoczona. Podczas pięciu poprzednich rozmów miała do czynienia z pielęgniarkami umiarkowanymi w poglądach. Każda z nich wydawała się nadawać na obsadzane stanowisko. Teraz instynkt jej podpowiadał, że już za chwilę sprawy mogą przybrać nie najlepszy obrót.

Zamrugała, bo nagle poczuła uścisk wilgotnej od potu, ale stanowczej dłoni, która potrząsała jej ręką jak dźwignią od pompy.

– Wolałabym jednak, żeby się do mnie zwracać panno Van Gilder – powiedziała. Zaraz potem, jak gdyby po chwili zastanowienia, jakby sobie przypomniała, że przyszła na rozmowę w sprawie pracy, dodała jeszcze z lekkim skrępowaniem: – Będę zobowiązana.

Emily czuła narastającą niechęć. Gdyby tylko mogła, zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, żeby ta rozmowa jednak się nie odbyła. Na poczekaniu przyszło jej do głowy, że mogłaby udawać omdlenie. Rozpaczliwie szukała jakiegoś sposobu na to, aby zapobiec niepożądanemu rozwojowi wypadków. Przypomniały jej się te wszystkie drobne, ale jednak istotne reformy, które udało jej się przeprowadzić, a które teraz nagle stanęły pod znakiem zapytania.

Emily z całych sił starała się wyrwać St Angelus z przedwojennych schematów i uwolnić szpital od konwenansów rodem z lat trzydziestych, co w praktyce polegało między innymi na stopniowym odchodzeniu od skrajnego formalizmu we wzajemnych relacjach między pracownikami. Marzyło jej się zniesienie zakazu pracy dla zamężnych pielęgniarek i chciała doprowadzić do obsadzenia na stanowisku drugiej przełożonej pielęgniarek jak najlepszej kandydatki. Widziała w tej roli kogoś, kto by popierał jej postulaty i powoli urabiał przełożoną, która uparcie trwała przy swoim i ani myślała ustąpić. Emily potrzebowała sojusznika, który by jej pomógł przekonać siostrę przełożoną – a w razie jej zatwardziałego oporu po prostu ją przegłosować.