Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czy ten woreczek może pęknąć? – dopytywał zatroskanym tonem jej mąż.

– Nie, tatku, oczywiście, że nie – odparła Amy, zamykając bagażnik, do którego właśnie włożyła nową skórzaną walizkę matki. – Pytałam Dodo, zapewniła mnie, że nie ma takiej opcji. – Amy oczywiście nikogo o nic nie pytała, ale zamierzała zrobić wszystko, żeby matka nie odebrała ojcu urlopu, który mu się słusznie należał po roku ciężkiej pracy. – Poza tym w Abersoch jest przecież szpital, prawda?

– Nie wiem – odpowiedziała zaniepokojona matka. – Czy my to sprawdziliśmy?

Jej mąż zdjął czapkę z głowy, przeciągnął ręką po ciemnych włosach i się zawahał. Jego żona była skrajną hipochondryczką i cierpiała najpewniej na wszystkie choroby znane medycynie, a pewnie także i na kilka innych. Jakimś cudem jednak zawsze zdrowiała w środy, kiedy to miała wizytę w salonie piękności, i w soboty, żeby iść na zakupy. We wszystkie inne dni należało liczyć się z możliwością, że jej siostra wezwie ją do fabryki, żeby pomogła mężowi zarabiać na jego pięć procent. Odkąd Amy skończyła czternaście lat, ta wizja pojawiła się już wiele razy. Tak się złożyło, że w tym samym czasie matka zaczęła uskarżać się na najróżniejsze tajemnicze choroby i jej stan szybko się pogarszał.

– Z pewnością jest tam szpital i lekarz, a świeże morskie powietrze Abersoch natychmiast postawi cię na nogi.

Matka Amy spojrzała na męża z lekką pogardą.

– Ciebie zupełnie nie obchodzi, jak ja się czuję – wymamrotała, gdy Amy pomagała jej zająć miejsce po stronie pasażera, a potem zamknęła za nią drzwi.

– Na pewno sobie poradzisz, królowo? – zapytał ojciec swoją córkę, zanim otworzył drzwi po stronie kierowcy. Amy była jego oczkiem w głowie. Kochał ją całym sercem i rozpieszczał, jak tylko potrafił. Dla niego była chodzącym ideałem.

– Tatku! – odparła Amy, wskazując na nadchodzącą Doreen. – Dodo będzie cały czas ze mną. Urządzimy sobie babski wieczór w piżamach, zrobimy jakieś fajne fryzury i pomalujemy paznokcie.

Ojciec pocałował ją w czubek głowy, a potem z szerokim uśmiechem siadł za kierownicą i uruchomił silnik. Amy wiedziała, że bardzo chce się już znaleźć w Abersoch i na czternaście dni zapomnieć o fabryce i swojej szwagierce, pani McConaghy, która nigdy nie pozwalała mu mówić do siebie po imieniu. Wyobrażał sobie, jak przemierza długą plażę i przysiada gdzieś na ławeczce z dala od mielącej jęzorem matki, jak się wsłuchuje w szum morza i odzyskuje wewnętrzny spokój.

Amy i Dodo stały i machały za odjeżdżającym samochodem.

– Słuchaj, mamy tylko sześć godzin, żeby się przygotować – stwierdziła Amy, gdy auto zniknęło za rogiem. – Do roboty!

Tamto popołudnie upłynęło im na licznych zabiegach fryzjerskich i kosmetycznych, poza tym przymierzyły chyba wszystko, co Amy miała w szafie.

– Amy, a czy nie powinnyśmy tego trochę posprzątać? – zapytała Dodo.

– Dodo, przecież wiesz, że my mamy od tego kobietę. Przyjdzie w poniedziałek i posprząta. Jeśli posprzątamy, nie będzie miała co robić. Przecież poza tym w domu jest czysto.

Dodo rozejrzała się wokół bez przekonania. Takiego bałaganu jeszcze nie widziała. Przeszło jej przez myśl, że Amy od wyjazdu rodziców zachowuje się trochę dziko – ma w oczach szalony blask i prawie skacze z radości.

– Wiesz, Dodo, dziś wieczorem zamierzam tu przyprowadzić Bena – powiedziała, siadając przy toaletce. Przeciągnęła szczotką po włosach chyba ze sto razy.

– Co takiego? Do tego bałaganu? – Dodo nie wierzyła własnym uszom. – Amy, co ty wyprawiasz? Przecież nic nie wiesz o tym facecie! Spotkaliście się tylko trzy razy w życiu.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale to prawdziwy dżentelmen. Słuchaj, Dodo, gdybyś miała trochę więcej klasy, też byś go polubiła. Ale ty sobie znalazłaś jakiegoś sprzedawcę odkurzaczy. Strasznie to przyziemne, a poza tym on pewnie ma żonę. Swoją drogą to niesamowicie ekscytujące, prawda? Jak myślisz, Dodo, jak to jest całować się z żonatym mężczyzną? Pozwól się pocałować dzisiaj wieczorem, a potem mi opowiesz. Jeśli się zgodzisz, dam ci kredkę do oczu.

Dodo trzymała w ręce szczotkę do włosów. W tej chwili miała ochotę przywalić nią Amy w głowę.

– Nie, nic z tego. Ja nie jestem z tych. Ty, Amy, też nie powinnaś czegoś takiego robić.

Amy się roześmiała.

– Strasznie staroświecka z ciebie osoba, Dodo! No, ale cóż… Ja się zamierzam dobrze bawić. Przez cały wieczór będę pić wino gruszkowe, a potem przyjadę tu z Benem i przeżyję najlepszą noc w moim życiu.

Oto nastał ten moment i Amy z podnieceniem zarzucała na ramiona czerwony płaszczyk, żeby wyjść z Adelphi i wcielić w życie swój plan o nocy pod znakiem namiętności. Ben zbiegł po schodach do drzwi baru i poprosił odźwiernego o wezwanie taksówki.

– Dzisiaj nie jedziemy autobusem, Amy. Zamierzam potraktować moją damę, jak należy.

Amy odpowiedziała mu szerokim uśmiechem. Poczuła się wyjątkowa. Miała na sobie etolę z lisów i nowy kapelusz. Doskonale wiedziała, że w tym stroju prezentuje się bardzo elegancko i wygląda na zdecydowanie więcej niż osiemnaście lat. Zastanawiała się, czy przyznać się Benowi, że jest dziewicą, ale ostatecznie zmieniła zdanie. Obawiała się, że uznałby ją za dzieciucha i zniechęcił się brakiem doświadczenia. Postanowiła udawać do końca, po cichu licząc na to, że jej sekret być może nigdy nie wyjdzie na jaw.

– Szkoda, że ta twoja przyjaciółka Dodo wyszła dziś wcześniej.

Amy na chwilę straciła rezon.

– E tam. Dodo to jeszcze dzieciuch. Jeśli wróci do domu po dziesiątej, jej rodzice się wściekną. Ze mną jest inaczej, wiesz, Ben? Ja sama o sobie decyduję.

Dla lepszego efektu dmuchnęła mu w twarz dymem papierosowym. Wydawało jej się, że odniosła oczekiwany efekt. Dzisiaj była niczym Rita Hayworth, tylko w ładniejszej wersji.

Gdy dotarli do domu, Amy nie zdążyła nawet włączyć światła w korytarzu. Klucze spadły na kokosową wycieraczkę z monogramem, a Ben kopniakiem zamknął drzwi i rzucił się do rozpinania guzików jej płaszcza. Zdjął jej z ramion lisy i rzucił na schody. Etola upadła smutno na elegancki wzorzysty dywan.

– Ostrożnie – powiedziała Amy, z trudem łapiąc oddech.

Ben był wszędzie. Bardzo mu się spieszyło. Amy inaczej to sobie wyobrażała. Poczuła jego dłonie na swojej bluzce i usłyszała trzask strzelających guzików. Zaraz potem jego palce znalazły się na krawędzi jedwabnych majtek importowanych z Francji. Amy nie miała pojęcia, jak się zachowywać i co zrobić z rękami.

– Ben! – zawołała. – Ben, możemy iść do kuchni, na sofę. Chcesz się czegoś napić? Mój tatko ma whisky.

Ben na chwilę ją puścił. Spojrzał jej przez ramię w głąb korytarza, jakby zastanawiając się nad propozycją.

– Gdzie? – zapytał gardłowym, nieznanym Amy głosem, w którym pobrzmiewało zniecierpliwienie.

Amy chciała go odrobinę pokokietować, ale nic z tego nie wyszło. Potykając się, podeszła do kuchennych drzwi i je otworzyła. Dosłownie chwilę później znalazła się na sofie. Ben leżał na niej. Nie nadążała za rozwojem wypadków.

On tak mocno przyciskał ją do kanapy, że ledwo mogła oddychać. Zdawała sobie sprawę, że od pasa w dół jest już naga – wprawne dłonie Bena zdążyły już zdjąć z niej większość ubrań.

– Jestem dziewicą – wykrztusiła.

Nie miała zamiaru mu tego mówić, ale chciała zyskać na czasie, a nic innego nie przyszło jej do głowy. Chciała na chwilę go zatrzymać, złapać oddech i zastanowić się nad tym, co się dzieje.

Gdzieś na zewnątrz usłyszała krzyk. Czy to był krzyk? Wsparła ciało na łokciu, ale Ben zaraz powalił ją z powrotem na sofę.

– A panienka dokąd się wybiera?

Ben właściwie się już nie uśmiechał, tylko łypał na nią pożądliwie. W jego oddechu czuć było whisky i dym papierosowy. Krzyk rozległ się ponownie. Głos brzmiał, jakby należał do Dodo. Czyżby to była Dodo?

– Ben, słyszałeś to?

Amy jeszcze nigdy nie słyszała takiego krzyku. Dobiegał z zewnątrz i niósł się w głąb domu. Chciała się podnieść, otworzyć drzwi i zobaczyć, co się dzieje, ale nie była w stanie, bo usta Bena znów przylgnęły łapczywie do jej twarzy. Poczuła, że cała sztywnieje. To nie tak miało być!

Zastanawiała się, co poszło źle. A może to tak właśnie powinno wyglądać? Amy wyobrażała sobie, że jej pierwszy raz będzie jednak wyglądać inaczej. On się poruszył, a wtedy zdołała złapać oddech.

– Ben, poczekaj! – zawołała.

Uniósł głowę i spojrzał na nią z góry.

– Co jest? – rzucił szorstko. – Coś nie tak?

– Ja tego chcę – wyszeptała Amy. – Naprawdę tego chcę. Tylko że jeszcze nigdy tego nie robiłam.

– Słuchaj, wszystko będzie dobrze. To nie boli. Kocham cię, Amy, naprawdę cię kocham. Jesteś niesamowitą kobietą. Naprawdę piękną. W całym Liverpoolu nie ma drugiej tak pięknej jak ty, wiesz?

Amy trochę się rozluźniła. Nazwał ją kobietą. Kocha ją. Uważa, że jest piękna. Nagle się zrobiło jakby lepiej. Dokładnie wtedy, zupełnie bez ostrzeżenia, wcisnął się w nią z całej siły. Amy zawyła z bólu.

Bardzo bolało. On był niecierpliwy, wbijał palce w ciało Amy. Na siłę odsunął jej nogę na bok. Nie usłyszał, gdy prosiła, by na chwilę się zatrzymał i dał jej czas na przyzwyczajenie się do tego nieprzyjemnego uczucia, na oswojenie się z tym bólem. Bezrefleksyjnie dążył do celu, aż w końcu wbił w nią kości biodrowe i legł na niej całym ciężarem ud. Było za późno, żeby cokolwiek powiedzieć. Amy straciła z nim kontakt, tak zapamiętał się w pożądaniu. Potem nagle wydał z siebie zwierzęcy okrzyk i znieruchomiał. Po kilku sekundach było po wszystkim. W pierwszej chwili pomyślała: To już? Odwróciła twarz i spojrzała na jego profil. Dyszał ciężko, oczy miał szeroko otwarte, a usta rozchylone w szerokim uśmiechu. Poczuła odrazę i zamarła z przerażenia. Wtedy usłyszała, jak zamykają się frontowe drzwi.

 

– Mówiłam ci, że źle się czuję, ale ty mnie nie chciałeś słuchać. Naprawdę sądzisz, że celowo zwymiotowałam zupę? Jeszcze nigdy w życiu nie byłam w równie paskudnym hotelu, a przecież pamiętasz ten, w którym spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy! W tym pokoju człowiek nawet walizki nie odważyłby się zostawić, o żadnym nocowaniu nie mogło być mowy. Cóż za bajzel! A co to ma znaczyć? Czy to etola naszej Amy?

Ben zniknął. Wycofał się w mgnieniu oka, podciągnął spodnie, rzucił okiem na drzwi i czym prędzej czmychnął tylnym wyjściem. W pomieszczeniu rozbłysło światło i ojciec Amy wszedł prosto na swoją rozebraną córkę. Potrzebował chwili, żeby pojąć, co się stało, a potem od razu rzucił się w pogoń.

Amy błyskawicznie wymyśliła wymówkę.

– To włamywacz, mamo – powiedziała, zbierając ubrania i doprowadzając się do porządku. – Włamał się do naszego domu.

– Naprawdę? Przez zaryglowane kuchenne drzwi? Czyżby? I jeszcze postanowił porozrzucać twoje ubrania po całym korytarzu? Dziwne…

Słysząc chłód w głosie matki, Amy w jednej chwili się zorientowała, że teraz w jej życiu wiele się zmieni.

Ben tymczasem wdrapał się na płot. Spodnie miał opuszczone do kolan, ale był młodszy i szybszy od ojca Amy, więc uciekł mu bez trudu. Starszy pan tymczasem wrzeszczał za nim tak głośno, że pobudził sąsiadów. Bena nie złapał, znalazł za to Doreen, która leżała przy wejściu z zakrwawioną głową.

Jednej nocy Amy straciła więc dziewictwo, dobre imię, najlepszą i jedyną przyjaciółkę, zaufanie rodziców i Bena. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że odtąd będzie musiała radzić sobie nie tylko z gniewem rodziców, ale też z czymś znacznie bardziej kłopotliwym, a w perspektywie również niebezpiecznym.

Doreen doszła do wniosku, że pewnie jest w pracy. Oczy miała zamknięte, nie wiedziała, co się z nią dzieje. Leżała na plecach. Tylko cóż ona właściwie robi w pozycji leżącej, skoro jest w pracy? Próbowała się podnieść i prawie jej się udało. Usłyszała kroki, a potem szepty. Głos należał chyba do przełożonej pielęgniarek.

– Jej rodzice wiedzą?

– Tak, oni ją tu przynieśli. Są w poczekalni, z policją. Znaleziono ją kilka metrów od domu.

To pewnie przełożona nocnej zmiany, pomyślała Doreen.

– Dobry wieczór… – próbowała się przywitać.

Doreen nie pracowała w nocy, cóż więc robiła w St Angelus? Z siostrą z nocnej zmiany zdarzało jej się rozmawiać tylko rano, podczas zdawania dyżuru. Zastanawiała się też, co przełożona pielęgniarek robi na oddziale nagłych wypadków. Siostra przełożona zawsze uprzedzała ją telefonicznie o swoim przybyciu. Dobrze się dogadywały. Doreen zdawała sobie sprawę, że przełożona surowo traktuje pielęgniarki, ale do niej nie musiała się tak odnosić. Poznały się za pośrednictwem Dessiego, a potem przełożona pomogła Doreen dostać pracę na oddziale nagłych wypadków. Od tamtej pory Doreen robiła wszystko, żeby nie rozczarować ani przełożonej pielęgniarek, ani Dessiego. Starała się, żeby ani przez chwilę nie wątpili w to, czy słusznie okazali jej zaufanie.

– Chyba nie weźmie nam siostra za złe, że ją wezwaliśmy? – powiedział ktoś do przełożonej pielęgniarek. – Uznaliśmy, że powinna siostra wiedzieć, skoro to ktoś z personelu szpitala.

– Doreen, słyszysz mnie?

Doreen próbowała odpowiedzieć, ale gardło miała opuchnięte, a usta jakby czegoś pełne. Poczuła też na języku metaliczny smak, od którego zrobiło jej się niedobrze. To była krew. Ktoś najwyraźniej mocno krwawił. Pracowała na oddziale nagłych wypadków, więc przywykła do tego zapachu. Tym razem jednak był wyjątkowo wyczuwalny, tak intensywny, że zbierało się jej na wymioty.

Nachyliła się i wypluła treść, która cofnęła jej się z żołądka.

– Wszystko będzie dobrze, moja droga, jestem z tobą.

Poczuła na plecach czyjąś rękę. Ktoś ją przytrzymywał. Tylko kto? Próbowała przesunąć wzrok wzdłuż tej ręki, żeby dotrzeć do twarzy. Gdy otworzyła oczy – i zobaczyła białą emaliowaną nerkę – znów zebrało jej się na wymioty. Usłyszała dźwięczny stukot.

– Siostro, proszę liczyć te zęby!

Głos należał do przełożonej pielęgniarek. Jakie zęby?

– Musimy ją zabrać na salę operacyjną – zarządziła przełożona nocnej zmiany.

Doreen próbowała otworzyć oczy, ale powieki miała sklejone. Z całych sił starała się je rozdzielić, ale nie puściły. W przedniej części twarzy czuła tępy gniotący ból. Miała ochotę krzyczeć.

– Przyszedłem tak szybko, jak tylko mogłem. W jakim jest stanie? Siostro, proszę policzyć zęby, żebyśmy mieli pełny obraz sytuacji. Sprawdzimy zaraz, ilu brakuje.

Ten głos należał do doktora Mackintosha. Doktor Mackintosh przyszedł liczyć komuś zęby.

– Martwią mnie te wymioty. Kiedy się zaczęły? Zabierzmy ją na prześwietlenie.

– Została zgwałcona, doktorze. Stwierdziliśmy ranę krocza. Straciła bardzo dużo krwi i ma złamaną rękę, ale największym problemem jest chyba uraz głowy. Ktoś uderzył jej głową o ścianę.

Znów mówiła przełożona nocnej zmiany. Przecież ona o tej porze powinna się już zbierać do domu!

– Proszę spojrzeć na jej oczy. Ledwo zdołaliśmy je otworzyć, żeby zajrzeć w źrenice. Mocno oberwała pięściami, biedaczka. Cóż ona zrobiła, że coś takiego ją spotkało?

W głosie przełożonej pielęgniarek było słychać troskę. Najwyraźniej martwiła się o jakąś dziewczynę.

Chwilę później Doreen straciła przytomność, ale tuż przed tym zdążyła jeszcze usłyszeć krzyk. Wydawało jej się, że głos należał do przełożonej pielęgniarek, ale to przecież niemożliwe…

– Siostro, szybko! Zabieramy młodą damę na oddział. Proszę też powiedzieć policji, żeby zgłosili się rano, to przedstawię im kompletny raport. Teraz muszę się zająć tymi obrażeniami głowy i utrzymaniem jej przy życiu. To będzie długa noc.

Potem usłyszała jeszcze:

– To jedna z naszych, doktorze. Należy do rodziny St Angelus. Proszę się postarać!

O kogo mogło chodzić? O kim mówiła przełożona pielęgniarek?

Doreen próbowała unieść głowę. Usłyszała dzwonek telefonu i koniecznie chciała odebrać połączenie, ale wtedy oczy jej się zamknęły i zatonęła w ciemności.

Rozdział 3

Nic tak nie irytowało Lily Lancashire jak odgłosy dziecięcej zabawy.

Lily mieszkała w Clare Cottages, w budynku usytuowanym przy Old Dock Road nad brzegiem rzeki Mersey. Zawsze uważała, że ten, kto nadał taką ładną nazwę brzydkiej czterokondygnacyjnej kamienicy czynszowej z oblepionej sadzą czerwonej cegły, musiał być albo pijany, albo po prostu okrutny. „Zdecydowaliśmy się tu zamieszkać ze względu na tę uroczą nazwę”, mawiali sąsiedzi. „Cóż za ponury dowcip! Ktoś w administracji miał pewnie z tego ubaw po pachy”.

Określenie „administracja” odnosiło się do Liverpool Corporation, która przydzielała mieszkania w Clare Cottages. To na mocy decyzji tej właśnie instytucji do i tak już przepełnionego Clare Cottages przeniesiono mieszkańców ze zbombardowanych domów ze Scotland Road, gdzie swego czasu w jednym budynku mieszkały nawet po cztery duże rodziny.

Na warunki w Clare Cottages narzekali przede wszystkim ci, dla których dom był chlubą i dumą – którzy prali siateczkowe firanki i szorowali schody, którzy pożyczali sobie nawzajem wybielacz, jeśli im się akurat skończył. Matka Lily do tego grona nie należała, nad czym Lily bardzo ubolewała. Jej matka nie miała w zwyczaju wyskakiwać z łóżka skoro świt, żeby czym prędzej rozwiesić firanki. Nigdy nie pomagała sąsiadkom z piętra, gdy te znosiły po schodach wózek wypełniony mokrymi rzeczami. Nie zdarzało jej się też do nikogo wpadać z wizytą.

Lily żałowała, że jej matka nie bierze przykładu z pani McGuffy, która samozwańczo objęła stanowisko strażniczki podwórkowych sznurków na pranie. „Będę pilnować, żeby firanek nie pozwiewało!”, wykrzykiwała przy dobrej pogodzie. „Tylko niech mi tu Billy zniesie krzesło i szlugi. Z tymi paskudnymi wrzodami na nogach jestem w stanie wdrapać się po schodach tylko raz w ciągu dnia”. Siedziała więc cały dzień w kłębach sinego dymu, z twarzą zwróconą ku słońcu i gorącymi wałkami we włosach. Te same ciepłe promienie, które ją grzały w czubek głowy, topiły też papę na dachu szopy z kubłami na śmieci. Gdy tylko firanki wyschły, wzywała dzieciaki z sąsiedztwa, a potem rozsyłała je po domach z wybielonymi przez słońce i równo poskładanymi tkaninami, nakazując jednocześnie przynieść kolejną partię prania i filiżankę świeżej herbaty. Tuż obok jej krzesła na metalowym kuble stała wiecznie wyszczerbiona i brudna od brunatnego osadu filiżanka z fusami, w których pani McGuffy gasiła papierosa. Miała absolutnego fioła na punkcie czystości i zawsze głośno protestowała, gdy ktoś rzucił niedopałek na betonową posadzkę podwórka, gdzie suszyło się pranie. Cóż z tego, że wokół podwórka wznosiła się absolutnie najgorsza kamienica w całym Liverpoolu. „Spłucz, kochanie, proszę, ten niedopałek w zlewie, a potem nalej mi świeżej herbaty, dobrze?”, prosiła dzieci, które akurat wysłała po dolewkę. Dzieciaki czasem zapominały, ale jej to nie przeszkadzało. Na mocną i słodką herbatę miała ochotę zawsze i wszędzie.

Rodziny zamieszkujące Clare Cottages dzieliły się na dwie grupy. Pierwszą stanowiły takie z matkami w typie pani McGuffy – w których dzieci i schody szorowało się regularnie i z zapałem. Te matki myły okna, piekły ciasteczka i co tydzień tego samego dnia zanosiły pranie do pralni. Te matki w sobotnie wieczory prowadziły dzieci do publicznej łaźni, a potem w niedzielę do kościoła. W ich rodzinach nikt nie miał wszy ani szkorbutu. Dzieci z tych rodzin nie potykały się o własne patykowate nóżki i nie tarły zapłakanych oczu. Nie miały wypadających z niedożywienia włosów ani brudu na stałe wtartego w skórę, rzadko też skarżyły się na chłód.

Dorośli z rodzin takich jak ta, w której wychowywała się Lily, zamiast na msze do St Chad’s woleli iść się modlić przy barze w pubie Czerwony Admirał. Ich dzieci dorastały w domach, w których nie przywiązywało się wagi do porządku i czystości. Łaźnię odwiedzały rzadko, zwykle przed spodziewaną wizytą pracownika ośrodka pomocy społecznej albo gdy wszy było już tyle, że nie dało się wytrzymać. W tych domach jedzenie na ogół bywało, ale najwyżej raz dziennie. Nikt nie prosił tych matek o pożyczenie wybielacza. Firanki i pościele miały tam kolor smutnego zimowego nieba.

Tak zwane mieszkania były małe i ciasne, zawilgotniałe i zaniedbane. Zbudowano je z myślą o drugiej fali irlandzkich imigrantów, którzy uciekali przed biedą i bezrobociem, żeby w Liverpoolu budować nowe drogi. Gdy tylko pojawiły się plotki o nowych domach komunalnych, pół Dublina zjechało tutaj w poszukiwaniu zatrudnienia. Mieszkania znajdowały się na czterech kondygnacjach. Można było do nich dotrzeć kilkoma klatkami schodowymi i przez długie mroczne korytarze, na które wychodziły okna z kuchni. Każde z mieszkań miało kominek w głównym pomieszczeniu, bieżącą wodę w kuchni i komórkę na węgiel przy drzwiach. Toalety znajdowały się na półpiętrach, po jednej na dziesięć rodzin. Budynek miał także wybetonowany centralny dziedziniec, gdzie stały kubły na śmieci, gdzie się suszyło pranie i gdzie mogły się bawić dzieci. One skrzętnie zresztą z tej możliwości korzystały, żeby nie zawracać głowy matkom i uniknąć ciężkiej ręki ojca.

„Idziesz na dwór?”, brzmiało standardowe zawołanie, które niosło się echem po całym korytarzu, gdy przemierzające go dzieciaki pukały do wszystkich drzwi po kolei. Potem wylewały się tłumnie na dziedziniec i zbierały w wąskiej uliczce biegnącej wzdłuż frontowej ściany budynku. Tam grały w piłkę, jeśli akurat pojawił się ktoś z piłką, a jeśli nie, to w kulki lub w hacele.

Już czteroletnie dziewczynki całymi dniami pchały wózki po korytarzach. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Zatrzymywały się tylko po to, żeby w czymś pomóc mniejszym od siebie maluchom, które bez spodni i bez pieluszek wędrowały krok w krok za nimi. Nie zdążyły nawet rozpocząć nauki w szkole, a już uczyły się roli matek. W Clare Cottages żyło się marnym życiem w kłębach dymu i pośród dziecięcego gwaru.

Te niekończące się, nieartykułowane wrzaski i okrzyki, nieustające odgłosy kroków i odbijanych piłek, płacz dzieci i skrzypienie wózków targanych w górę i w dół po schodach na co dzień wypełniały sypialnię Lily. A ona szczerze tego nienawidziła. „Proszę cię, Boże, daj mi chwilę spokoju”, brzmiały słowa modlitwy, którą powtarzała, leżąc w swoim pokoju, otoczona zgiełkiem Clare Cottages.

Lily sypiała na materacu ze słomy i końskiego włosia, który dzieliła z młodszym bratem Joem i siostrą Katie. Czasami, gdy nocą nie mogła spać, próbowała się doliczyć, ile właściwie dzieci mieszka w Clare Cottages i generuje cały ten hałas. Dochodziła w tych rachunkach niemal do setki, przy czym każdy głos potrafiła odróżnić. Liczba dzieci rosła z dnia na dzień, o czym świadczyły rowery położone na schodach na parterze lub półpiętrze. Lily pracowała teraz w firmie McConaghy’s, ale wcześniej podczas takich wizyt często wzywano ją do pomocy. Pod jej drzwiami pojawiał się na wpół nagi maluch z liścikiem typu: „Czy mogę pożyczyć waszą Lily na pół godziny? Przyszła położna”. Liściki oczywiście nigdy nie pochodziły z tych mieszkań, w których matki dbały o czystość firanek. No i nigdy nie zdarzyło się Lily wrócić z takiej wizyty po pół godzinie.

 

Czasami można było odnieść wrażenie, że skoro zakonnice ze szkoły uznały, że jest bystra i mądra, nagle wszyscy w Liverpoolu postanowili powierzyć jej pieczę nad swoimi dziećmi, mimo że sama niedawno nauczyła się czytać. Siostra Therese nie raz już pukała do ich drzwi.

– Pani Lancashire, dziecko ma talent. Proszę nam pozwolić wysłać ją do internatu przy Zakonie Świętych Męczenników. To za miastem, w Hunt’s Cross. Sądzę, że Lily w przyszłości mogłaby zostać nauczycielką. Świetnie sobie radzi z liczeniem i innymi rzeczami. Przecież pani jest katoliczką, prawda?

Matka Lily pozostawała nieugięta.

– Może i jestem, siostro, ale wyszłam za Anglika, a jak siostra doskonale wie, on nawet nie będzie chciał o tym słyszeć. A poza tym kto mi pomoże z dzieciakami, jeśli jej nie będzie?

Siostra Therese nie była zadowolona z odmowy.

– Ja pani pomogę. Proszę nam pozwolić rozwijać ten talent. To dar Boży. Niewykluczone, że ona ma powołanie od Pana. Pewnego dnia mogłaby sama na siebie zarabiać, i to bardzo przyzwoicie, a wtedy na pewno by zadbała o rodzoną matkę.

Lily dobrze wiedziała, że po tych słowach siostra Therese zaczyna się modlić w duchu, mając nadzieję, że Bóg w końcu jej wysłucha, a odpowiedź będzie po jej myśli.

Matka jednak bez zastanowienia rozwiewała jej nadzieje.

– Jej powołaniem jest zostać tutaj – odpowiadała. – Ma pomagać mi przy dzieciach. A poza tym musiałoby minąć wiele lat, zanim by zaczęła zarabiać jakiekolwiek sensowne pieniądze.

Mówiąc o opiece nad dziećmi, jej matka miała na myśli nie tylko własne, ale też wszystkie dzieci z tych domów, w których kobiety wolały spędzać czas w pubach niż w łaźni. Od tamtej rozmowy aż do dnia, w którym Lily rozpoczęła pracę w zakładzie przetwórczym, matki z ich piętra bez żenady obarczały swoim potomstwem młodą dziewczynę, która rzekomo – również w przekonaniu własnej rodzicielki – miała starą duszę. Ciągle ktoś do niej przychodził: „Popilnuj może dzieciaków, a ja sobie skoczę na bingo, co, Lily?”. Czasem chodziło o wizytę u lekarza, kiedy indziej o zakupy, mszę, pub albo ośrodek pomocy społecznej. Czasem nawet padały takie słowa: „Lily, mam kłopot, stary poszedł na nockę, a mnie się wiadro przelewa. Szybko!”. W ramionach Lily lądowało ryczące dziecko, którego matka pędziła do toalety na półpiętrze. Powodów były setki, a skutek taki, że mądra i poważna Lily przez całe dzieciństwo pełniła funkcję domyślnej niani dla wszystkich. Ona sama szczerze tego nie cierpiała!

Teraz, w zimowy poranek w pięćdziesiątym trzecim roku, musiała się zbierać do pracy. Wygrzebała się spod sterty starych wojskowych koców, pod którymi spała ze swoim młodszym bratem Joem. Starając się nie obudzić rodzeństwa, podeszła do wezgłowia posłania pod oknem.

Jej młodsza siostra Katie poruszyła się niespokojnie.

– Cii, Katie, jeszcze pięć minut – wyszeptała Lily.

Katie włożyła sobie kciuk do buzi, a wtedy ciężkie powieki opadły jej z powrotem. Uśmiechnęła się lekko przez sen, gdy Lily poprawiała jej kocyk.

Lily miała siedemnaście lat, ale żyła z poczuciem, że od zawsze sama opiekuje się dwójką młodszego rodzeństwa. Spała na brzegu materaca, żeby od razu zareagować, gdy brat lub siostra potrzebowali w nocy skorzystać z nocnika albo podczas choroby zrobiło im się niedobrze. Joe zawsze spał w środku, między Lily a Katie, której przypadło miejsce pod ścianą. Dziewczynka często na to narzekała.

– Lily, zamień się ze mną – prosiła w środku nocy. – Ta ściana jest zimna, ciągle mnie budzi.

– To niemożliwe, żeby cię ściana budziła – odpowiadała Lily.

– Właśnie że mnie budzi. Jak się przewracam, to jej dotykam nogą, a ona jest zimna jak lód. Proszę… – marudziła.

Zdarzało się, że siostra tak mocno grała Lily na nerwach, że dziewczyna z trudem powstrzymywała wybuch złości. Musiała się wtedy mocno gryźć w język, żeby nie powiedzieć Katie, że mogłaby bardziej pomagać.

Lily miała długie i gęste kasztanowe włosy, a Katie krótkie, cienkie i mysie. Lily obserwowała świat z dociekliwością w brązowych oczach, tęczówki Katie były w kolorze jasnego nieba. Lily miała jasną i mądrą twarz, na której rzadko gościł uśmiech, częściej zaś smutek. Katie była życzliwa i ufna, do nikogo nie potrafiła mieć pretensji. Nie potrafiła też skupić się na tyle długo, żeby sformułować jakąś własną myśl. Słabowita i chorowita, zawsze robiła, co jej kazano, w każdym razie dopóki wystarczyło sił. Jedno spojrzenie zdradzało, że pochodzą z dwóch różnych ojców. Lily swojego właściwie nie pamiętała. Odszedł od nich, gdy matka zaczęła pić. Lily wiedziała, że matka długo przesiadywała w oknie, czekając na jego powrót, ale nigdy się nie doczekała. Życzliwy, choć mało cierpliwy człowiek zostawił Lily na pastwę losu w rękach swojego następcy, jej nieokrzesanego ojczyma, który bez skrupułów okładał pasierbicę pięściami.

Lily gramoliła się na materac, żeby przez chwilę posłuchać oddechu Joego. Ostatnio bardzo mu się pogorszyło. Miał dopiero trzy lata, ale ataki męczyły go już coraz częściej. Powinien jak najwięcej wypoczywać, więc Lily starała się go nie obudzić. Wyjrzała przez zamarzniętą szybę okna bez zasłon i aż ją zatkało. Przez noc niepostrzeżenie spadł głęboki śnieg, a szkło pokryło się najpiękniejszymi mroźnymi wzorami, jakie kiedykolwiek widziała. Lily nigdy wcześniej nie zetknęła się z czymś, co by zasługiwało na miano pięknego. Ten zimowy ranek ją zaskoczył. W jej życiu nastała cisza. A w oknie czekało piękno. Na twarzy Lily zagościł uśmiech.

– Idź ty już do tej cholernej pracy!

Matka wpadła do pokoju i trzasnęła drzwiami z taką siłą, że Lily aż zatrzęsła się ze strachu. Wzory wymalowane przez mróz na szybie pochłonęły ją do tego stopnia, że nie usłyszała kroków na gołej podłodze.

– Wstawaj, no już! – warknęła matka.

Głosu matki Lily nienawidziła tak samo jak hałasu, który robiły dzieci.

– No dalej, wstawaj! W tym tygodniu potrzebujemy twoich pieniędzy jak nigdy. Tatko nic już nie ma. Zupełnie nic. Skurczybyk wszystko przepił. W ogóle o nas nie myśli. Nic go nie obchodzi, że jego dzieci muszą coś jeść. Wczoraj wieczorem zabrał pieniądze z chlebaka, zanim go zdążyłam złapać. Powiedz temu swojemu szefowi i tej jego cholernej skąpej żonie, że w tym tygodniu muszą ci zapłacić na czas, bo jak nie, to twoja mamuśka ich odwiedzi w ich eleganckim biurze i sobie z nimi pogada. Zrozumiałaś, królowo?

Co za hipokryzja! – myślała Lily, słuchając matki, która ciągle jeszcze bełkotała po wczorajszym wieczorze spędzonym w pubie w towarzystwie innych kobiet z ich budynku. Baby do późnej nocy siedziały w klubie dla dokerów, upijając się za pieniądze kogoś, kto miał lepszy refleks niż jej rodzicielka.

Lily miała jednak pełną świadomość, że akurat teraz matka próbuje być miła, że ma akurat dobry dzień. Cieszyła się, że głowa na tyle jej dokucza, że nie będzie się darła. Potrzebowała pieniędzy od Lily i strasznie ją irytowało, że brązowa koperta z tygodniówką pojawi się na kuchennym stole dopiero wieczorem. Pewnie nie miała już ani papierosów, ani jedzenia.

– Dobrze, mamo – wyszeptała Lily.