Dzieci z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na nic się zdały uśmiech i udawana skromność. Na siostrze przełożonej nie robiło to żadnego wrażenia.

– Doktorze Gaskell – oburzyła się. – Przecież to ja mam z tą osobą współpracować najbliżej. To musi być ktoś, z kim potrafimy się dogadać. Ktoś, kto nie wzbudzi moich zastrzeżeń.

– Czyli ktoś taki jak ja? – zażartował doktor Gaskell, unosząc pytająco krzaczaste siwe brwi.

Przełożona pielęgniarek znowu nie dała się zwieść.

– Zamierzamy powierzyć tej osobie szereg bardzo ważnych zadań, na które ja po prostu nie mam czasu. Poza tym musimy mieć pewność, że to będzie ktoś kompetentny. Nie mogę przekazać połowy moich obowiązków osobie, której nie mogę w stu procentach zaufać. To ja mam z nią na co dzień współpracować, nie zarząd. Będzie nadzorowała wdrażanie najróżniejszych zmian…

– Tak, dokładnie tak, siostro przełożona. I właśnie dlatego powinniśmy zdać się w tej kwestii na siostrę Haycock. – Doktor Gaskell nie wspomniał o tym, jak bardzo jest rozczarowany, że Emily nie skorzystała z jego propozycji i czym prędzej nie wysunęła swojej kandydatury. – Niechże się pani zgodzi. Pani i ja jesteśmy jeszcze ze starej szkoły. Nowe pokolenie lekarzy i pielęgniarek dowiodło w czasie wojny, że dobrze sobie radzi. Teraz wrócili do kraju i do swoich obowiązków. No i okazuje się, że mają zupełnie inne podejście. Na różne kwestie zapatrują się inaczej niż my. Łatwiej im nadążyć za tym nowym światem, o którym wszyscy ciągle mówią.

Przenieśli się do saloniku i zasiedli przed kominkiem, który gospodyni przełożonej pielęgniarek, Elsie O’Brien, w oczekiwaniu na wizytę starego doktora wypełniła drewnem po brzegi. Doktor Gaskell, który całe życie poświęcił leczeniu gruźlicy, nie znosił przesiadywania w chłodzie. On i przełożona pielęgniarek siadywali przy tym kominku od wielu, wielu lat. Ilu, tego żadne z nich nawet nie chciało pamiętać. Siedzieli w ciszy, którą przerywało tylko miarowe tykanie stojącego zegara, należącego niegdyś do matki siostry przełożonej.

Przełożona pielęgniarek umieściła ciężar ciała na krawędzi fotela, nogi schowała pod siedziskiem, a dłonie położyła na kolanach. Wpatrywała się w tańczące płomienie. Doktor Gaskell poznał ją jako młodą kobietę, ale teraz po raz pierwszy w życiu dostrzegł w jej profilu wyraźne ślady upływu czasu. Zaczął się zastanawiać, kiedy tak bardzo się postarzała. Czy wtedy, w czasie wojny, gdy siostra April zaciągnęła się do korpusu pielęgniarek? Czy może wtedy, gdy zakochała się w siostrze Antrobus, która okazała się być kompletnym przeciwieństwem siostry April, a przy tym okrutną kobietą, która robi, co chce, i niczym się nie przejmuje? Miała silną osobowość i wielkie ambicje. Przełożona pielęgniarek bardzo się na niej zawiodła, a dodatkowo jeszcze najadła wstydu przed całym szpitalem. Gdy w końcu siostra Tanner postanowiła stawić odpór siostrze Antrobus, przeniesiono ją z ginekologii na oddział nagłych wypadków, gdzie – jak zakładała przełożona pielęgniarek – nie miała już okazji spędzać zbyt wiele czasu z jednym pacjentem.

Przełożona pielęgniarek mocno przeżywała to, że na kilka tygodni stała się obiektem szalejących po całym szpitalu plotek, ostatecznie jednak zniosła to upokorzenie z godnością. Doktor Gaskell przypuszczał, że zapewne właśnie wtedy przegrała walkę z wiekiem – przez złamane serce i zranioną drwinami dumę. Nagle zrobiło mu się jej strasznie żal. W całym szpitalu chyba tylko on jeden zdawał sobie sprawę, że przełożona pielęgniarek darzyła siostrę April miłością. Przypuszczalnie zauważył to, jeszcze zanim ona zdała sobie z tego sprawę. On sam był zakochany w swojej żonie, którą uwielbiał i którą nie przestawał się zachwycać. To była kobieta, która dała mu syna i niezmiennie wspierała go w walce z gruźlicą, bez słowa skargi na to, jak wiele uwagi poświęca swojej pracy; towarzyszyła mu w myślach przez cały czas. To samo uczucie, które on żywił do swojej żony, dostrzegł też w oczach przełożonej pielęgniarek, gdy ta miała okazję pracować ramię w ramię ze swoją zastępczynią. W tych samych oczach zobaczył też tamtego dnia rozpacz, gdy siostra April po raz ostatni przekraczała próg szpitala. Potem widział, jak przełożona pielęgniarek usycha z tęsknoty. Współczuł jej tym bardziej, że nikomu o swojej miłości nie mogła opowiedzieć. Musiała ją na zawsze zachować w tajemnicy, a cierpienie przeżywać w milczeniu. Ileż siły ją to kosztowało! A potem zadurzyła się w siostrze Antrobus, która ją tak skompromitowała!

Doktor Gaskell przemówił teraz łagodniejszym tonem, jakby stał przy łóżku pacjenta.

– Proszę posłuchać – powiedział. – Pani i ja jesteśmy z innej epoki. Ten cały NHS wszystko zmieni. Nam trudno to zaakceptować, ale przecież pani wie, że nawet tych resztek samodzielności, które nam dziś pozostały, kiedyś będziemy się musieli wyrzec. Poprosiłem siostrę Haycock, żeby tym procesem pokierowała, z myślą o szpitalu, ale też z myślą o pani, Margaret. A tak szczerze mówiąc, również z myślą o sobie. Musimy podążać z duchem czasu.

Przełożona pielęgniarek gwałtownie uniosła głowę. Doktor Gaskell ostatni raz zwrócił się do niej po imieniu, gdy ją informował, że nie udało mu się nic ustalić na temat siostry April.

– Zostajemy w komisji rekrutacyjnej i zachowujemy głos, choć przedstawicielki zarządu szpitali okręgu liverpoolskiego pewnie uzyskają większość. Lepiej będzie, jeśli to siostra Haycock przygotuje listę kandydatek. Ona potrafi bardziej obiektywnie ocenić, kogo nam potrzeba. A tak zmieniając temat, ma pani jeszcze buteleczkę tej swojej sherry?

Przełożona pielęgniarek odpowiedziała mu uśmiechem. Doktor Gaskell zawsze potrafił z nią rozmawiać. Spośród wszystkich lekarzy w szpitalu tylko on jeden cieszył się jej autentycznym uznaniem. Podała mu kieliszek sherry, przy okazji spoglądając w twarz porytą zmarszczkami i otoczoną siwizną. On nigdy nie mówił, ile ma lat, ale dla wszystkich było oczywiste, że siedemdziesiąte urodziny obchodził już jakiś czas temu.

– Ile czasu nam jeszcze zostało? – zapytała, siadając z powrotem w fotelu.

– Nie mam pojęcia, ale gdy nasza godzina wybije, na pewno się zorientujemy. Przy odrobinie szczęścia wypadnie w tym samym dniu dla nas obojga i odejdziemy razem. A szpital będzie działał dalej… Tak to już jest, że im człowiek starszy, tym jego wkład bardziej blednie w świetle zasług ludzi młodszych i bardziej rzutkich.

– Kiedyż to pan nabył tyle życiowej mądrości? – zapytała przełożona pielęgniarek. W jej głosie dało się usłyszeć jakby nutę irytacji, która jednak szybko zniknęła, bo przecież lekarz miał rację. – Czasem dochodzę do wniosku, że toczę zupełnie niepotrzebne boje w różnych sprawach – stwierdziła. – Kiedyś było inaczej. Teraz jest trochę tak, jakbym potrzebowała udowodnić, że postawię na swoim. Tyle sił mi na to schodzi…

Doktor Gaskell próbował zmienić temat.

– A jak się czuje pani matka?

Matka przełożonej pielęgniarek mieszkała w Lytham St Annes, w jednym z najlepszych domów opieki. Pensjonariuszom zapewniano tam niemal hotelowe warunki, ale przełożona pielęgniarek musiała sprzedać swój rodzinny dom, żeby ten pobyt sfinansować. Zapewne próbowała zagłuszyć wyrzuty sumienia, które dręczyły ją dlatego, że poświęciła swoje życie, żeby opiekować się innymi, zamiast otoczyć troską własną matkę. Zgromadziła trochę oszczędności, trochę pieniędzy zostało jej też ze sprzedaży domu, ale po przejściu na emeryturę nie miała już dokąd pójść i nikogo, kto mógłby się nią zająć. Doktor Gaskell miał żonę i rodzinę. Siostra przełożona domyślała się więc, że jego przyszłość będzie wyglądać zgoła inaczej.

Gdy tak popijali razem sherry przy kominku, przełożona pielęgniarek z nadzieją rozmyślała o tym, że być może ten dzień, w którym przyjdzie jej się zmierzyć z emeryturą, biedą i samotnością, nigdy nie nastanie.

Na podwórzu Dessie Horton przywołał właśnie jednego ze swoich pomocników, który spiesznym krokiem szedł w kierunku szkoły pielęgniarstwa z metalowym wiadrem w ręce i rozsypywał po drodze węgielki.

– A ty dokąd się z tym wybierasz, Tom? – zapytał.

– Do Biddy. Prosiła, żebym doniósł węgla do gabinetu siostry Haycock. Właśnie tam idę.

– Wiesz co, Tom? Ja się tym zajmę.

Tom odstawił wiadro na bruk, poprawił czapkę i podrapał się po głowie, a potem spojrzał na Dessiego.

– Dessie, ale to jest moje zajęcie.

– Wiem, chłopcze, ale chciałbym, żebyś już wrócił na portiernię. Jake ma listę oddziałów, na które trzeba zanieść butle z tlenem. To ważniejsze niż węgiel.

Tom popędził w kierunku portierni z poczuciem ulgi, że w żaden sposób Dessiego ani nie zdenerwował, ani nie uraził. Podobnie jak wszyscy pomocnicy portiera, był wobec Dessiego lojalny. Dessie, wdowiec po czterdziestce, własnych dzieci nie miał, ale wszystkich swoich chłopaków traktował jak rodzonych synów, oni zaś darzyli go wielkim szacunkiem i ciepłymi uczuciami.

Na dźwięk otwierających się drzwi Emily uniosła głowę.

– O, witaj, Dessie. Cóż za niespodzianka! A gdzie Tom? Mam nadzieję, że nie jest chory?

– Nie, nic z tych rzeczy. Jake go potrzebuje. Skończył nam się tlen. Dzisiaj chyba na wszystkich oddziałach dużo się dzieje, na nagłych wypadkach też. Przełożona pielęgniarek mówi, że to przez smog, że ludziom się przez to ciężko oddycha.

Emily odwróciła głowę i wyjrzała przez okno na żółte kłęby dymu na tle ciemnoszarego nieba.

– Rzeczywiście duży dziś smog. Cóż to się dzieje, Dessie? Podobno zima ma być w tym roku sroga. Zapowiadają spore opady śniegu.

Przez krótką chwilę Dessie milczał. Nie wiedział, co powiedzieć. Z każdą sekundą było tylko gorzej. Kiedyś przyglądał jej się z daleka, gdy przechodziła przez bramę w drodze do szkoły pielęgniarskiej. Była tak uroczo nieświadoma swojego wpływu na mężczyzn. Nawet Jake, zastępca Dessiego, człowiek szczęśliwie żonaty z Marthą, tracił zupełnie głowę, gdy siostra Haycock spojrzała na niego tymi swoimi przenikliwymi niebieskimi oczami. Pielęgniarki ją uwielbiały, dla nich była bohaterką. Zawsze ich broniła, zawsze je wspierała i zawsze dbała o ich interesy, przy okazji realizując też swoje plany. Determinacji i pasji z pewnością jej nie brakowało, ale prawdę mówiąc, była to istota samotna i wrażliwa. Dessiemu zawsze pękało serce, gdy widział, jak wieczorami wychodzi w odwiedziny do swojego schorowanego ojczyma Alfa. Znał jej historię, podobnie zresztą jak inni. Cała jej rodzina – matka i bracia – zginęli od bomby na George Street. Przeżył tylko Alf – dlatego że wybiegł z domu, żeby jej szukać.

 

Dopełniwszy formalności związanych z powitaniem, Emily wróciła do przeglądania dokumentów leżących na jej biurku. Dessie miał zamiar coś dodać, ale ostatecznie zmienił zdanie i tylko przesypał węgiel do pojemnika stojącego przy kominku. Wyprostował się i raz jeszcze na nią spojrzał. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, jak zawsze zresztą w ostatnich dniach na jej widok. Raz po raz znajdował pretekst, żeby zajrzeć do jej mieszkania, nawet jeśli jej akurat nie było. W zupełności wystarczała mu myśl, że przez chwilę będzie mógł oddychać tym samym powietrzem co ona.

Emily przeczytała coś, co wywołało uśmiech na jej twarzy, a potem mlasnęła i podniosła z biurka wieczne pióro. Zaczęła pisać, zupełnie nie zwracając uwagi na Dessiego. On wykorzystał okazję, żeby przez dłuższą chwilę przyglądać się kobiecie, o której ostatnio myślał niemal bez ustanku.

Uwielbiał jej loki, które zawsze starannie zaczesywała, ale które niezmiennie uciekały spod wsuwek i jeszcze przed lunchem znajdowały drogę na wolność. Uwielbiał jej drobny krok, jej wrażliwość, jej uśmiech i to, jak się chowała pod pielęgniarską peleryną, z którą za nic w świecie nie chciała się rozstać. Nie było chyba na świecie mężczyzny, który by się nie chciał zamienić miejscami z tą peleryną. Który by nie chciał otulić jej filigranowego ciała, który by jej nie chciał wziąć w objęcia. Patrzył przez chwilę, jak pisze, a potem wycofał się w kierunku drzwi i zamknął je za sobą możliwie cicho, by jej nie przeszkadzać. Raz jeszcze spojrzał na nią przez szybę nad mosiężną klamką. Ona nawet nie zauważyła, że wyszedł, ale jemu to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że zna jego imię, że mu podziękowała za węgiel i popatrzyła w oczy. To wystarczy, żeby jakoś przeżyć tydzień, a może nawet więcej.

„Nieźle cię wzięło, Dessie”, powiedział sam do siebie, zeskakując po drewnianych schodach po dwa stopnie naraz. Nie zauważył Biddy, która stała na półpiętrze z tacą w rękach. Uśmiechnęła się do niego, gdy mijał ją z pustym wiadrem w dłoni i opuszczoną głową.

– Zaniosłeś węgiel do gabinetu siostry Haycock? – zapytała.

Dessie zatrzymał się w połowie schodów.

– Zgadłaś, Biddy. Dorzuciłem do ognia, a resztę do wiadra, z którego teraz aż się przesypuje. Będzie jej ciepło i miło.

– Tak, jasne. W sali wykładowej też by się przydał węgiel. Dwadzieścia dwie pielęgniarki zamarzają tam na kość.

– Jasne, Biddy. Zaraz wyślę Toma na górę.

Biddy uśmiechnęła się wymownie.

– A, no proszę, czyli tam się nie wybierasz osobiście? – Spóźniła się jednak z tą uwagą, bo drzwi zdążyły już zatrzasnąć się za nim z hukiem. – No cóż – wymamrotała. – Wychodzi na to, że Madge ma rację.

Emily podeszła do okna i podciągnęła je ku górze. Mewa wciąż spacerowała po odległej krawędzi szerokiego gzymsu z czerwonego piaskowca, nerwowo zerkając w jej kierunku. Emily położyła na zewnętrznym parapecie pół wyschniętego ciasteczka z mąki ararutowej.

– No masz, durne ptaszysko – powiedziała. – To dla ciebie. – Ptak spojrzał na ciasteczko, a potem na Emily. – Smacznego – dodała pielęgniarka. – Tylko się pospiesz, bo lada moment lunie deszcz.

Właśnie chowała głowę z powrotem do środka, gdy zobaczyła Dessiego, który spiesznym krokiem szedł przez dziedziniec. Jeden z chłopaków podbiegł do niego i przejął z jego rąk puste wiadro na węgiel. Uwagę Emily zwróciło to, jak czule Dessie najpierw przesunął czapkę chłopaka na tył głowy, a potem ponownie na dawne miejsce. Usłyszała też, jak chłopak wykrzykuje ze śmiechem: „Auć, Dessie!”.

Drżąc lekko z zimna, zamknęła okno, po czym wzrokiem odprowadziła Dessiego do portierni.

Do pokoju weszła Biddy. Postawiła tacę na biurku.

– No, to się nazywa napalić w piecu! Przyniosłam też filiżankę dla siebie, poczęstuję się z twojego dzbanka – powiedziała do Emily, która wciąż jeszcze stała do niej plecami i patrzyła przez okno.

Biddy podała jej filiżankę i wtedy zobaczyła, że Dessie znika za rogiem. Spojrzała na Emily i doszła do wniosku, że to na niego patrzyła pielęgniarka.

– Co się właściwie stało z żoną Dessiego? – zapytała Emily.

Biddy postanowiła skłamać – powiedzieć jej to, co powiedziano Dessiemu – ponieważ jednak wiedziała, że przyjdzie jej to z trudem, postanowiła ograniczyć relację do minimum.

– W porcie wybuchła bomba. Tego samego wieczoru.

Emily spojrzała na Biddy i wzięła od niej filiżankę wraz ze spodeczkiem. Więcej wyjaśnień nie potrzebowała. Dokładnie wiedziała, co Biddy chce przez to powiedzieć. Dessie stracił żonę tego samego wieczoru, kiedy zginęła i jej rodzina. Oboje dużo wycierpieli, ale podobnie jak wszyscy mieszkańcy Liverpoolu, którzy stracili bliskich podczas wojny, woleli cierpieć w milczeniu.

– To aż dziwne, że on nikogo nie ma, że się nie zaręczył ani nic… To przecież uroczy człowiek. Spodziewałabym się, że jakaś zmyślna i zaradna kobieta szybko go usidli.

– Dessie nikogo nie ma. Długo był w żałobie, a teraz myśli tylko o swoich chłopakach oraz ich rodzinach. To taki nasz lokalny bohater, przynajmniej na Dock Road.

Emily skinęła głową, bo o tym to akurat dobrze wiedziała. Miała zamiar podejść do biurka, ale ku swemu zaskoczeniu stwierdziła, że Biddy stoi tuż obok niej przy oknie.

– Matko Boska! – wykrzyknęła Biddy. – Nie do wiary! Ptak nam przyniósł ciasteczko i położył na parapecie!

Rozdział 2

Wdomu Amy Curran zdecydowanie nie brakowało niczego, co można dostać za pieniądze. Było tam aż za dużo krzeseł. Za dużo stoliczków, a na nich za dużo obrusów z frędzelkami i za dużo ozdobnych lampek. Na ścianach wisiały liczne obrazki i krucyfiksy, a parapet od brzegu do brzegu zastawiono ozdobami. W porównaniu z okolicznymi mieszkańcami rodzice Amy byli zamożni. Jej ojciec pracował w zakładzie przetwórstwa złomu i juty państwa McConaghy, należącym do jego szwagierki i jej męża, a że był z nimi od początku i w dużej mierze przyczynił się do rozkręcenia biznesu, teraz mógł liczyć na pięcioprocentowy udział w zyskach.

– Marne pięć procent! Beze mnie by tego wszystkiego nie było – skarżył się żonie każdego ranka, mniej więcej na dziesięć minut przed tym, jak musiał nałożyć czapkę i kurtkę, wziąć kanapki zawinięte w pergamin i wilgotny muślin, a następnie przemierzyć na rowerze dwie mile dzielące go od miejsca pracy. – Sukces McConaghych to efekt mojej ciężkiej pracy. To ja dogadzałem kontrahentom, to ja im kupowałem guinnessa w piątkowe wieczory. Twoja siostra i jej mąż nie mają zielonego pojęcia o tej robocie. To wszystko kręci się wyłącznie dlatego, że mają mnie w fabryce i Lily Lancashire w biurze.

Te same słowa skargi płynęły z jego ust co rano, więc Amy znała je na pamięć. Nie rozumiała tylko, na co on właściwie narzeka.

– Nie jestem w stanie nic zjeść. Strasznie mi dziś dokucza żołądek – odpowiadała matka, podając mu śniadanie.

Ojciec Amy, niezmiennie puszczając tę uwagę mimo uszu, popijał herbatę i kontynuował swój wywód.

– Lily doliczy się każdego pensa, który do nas wpływa i który wydajemy. Nie ma na świecie uczciwszego człowieka. Biedaczka przychodzi do pracy w łachmanach, ale czy może liczyć na podwyżkę? Ależ skąd!

– Chyba pójdę dziś znowu do lekarza. Powiem mu, że to coś poważnego. Muszę też poprosić o inny syrop na kaszel, bo ten nie działa – odpowiadała jego żona, kontynuując codzienną rozmowę, którą tych dwoje ludzi żyjących w zupełnie innych światach regularnie prowadziło przy śniadaniu.

Amy przysłuchiwała się tym ciągłym narzekaniom, myśląc sobie, że te pięć procent to najwyraźniej wcale nie jest tak mało. Wystarczało przecież na to, żeby matka mogła ją każdej soboty zabrać do miasta i kupić nowe stroje. Nikt w okolicy nie miał tylu pięknych ubrań, z czego Amy doskonale zdawała sobie sprawę. Ona miała wszystko. Jej toaletka uginała się pod ciężarem lakierów do paznokci i pomadek do ust, wieża z pudełek z butami sięgała niemal do sufitu, a na drzwiach szafy wisiała dumnie na wieszaku zupełnie nowa etola z lisów. Amy uwielbiała wszystkie swoje rzeczy, a czas płynął jej od środy do środy, bo wtedy miała wizytę u fryzjerki i manikiurzystki. W drodze powrotnej z salonu piękności zawsze przyciągała zazdrosne spojrzenia przechodniów, tym bardziej że często szła obwieszona brązowymi papierowymi torbami albo niosła pudełka opatrzone logo najlepszych sklepów w mieście. W dniu swoich dwudziestych pierwszych urodzin miała zamiar tak przedefilować w matczynym futrze z norek.

Amy miała tylko jedną przyjaciółkę, Dodo. Dodo pracowała jako sekretarka na oddziale nagłych wypadków w szpitalu St Angelus. Na chrzcie dostała imię Doreen, ale Amy się nie podobało, więc nazywała ją Dodo. Amy była jedynaczką z tych, co zawsze dostają to, czego zapragną. Przez osiemnaście lat nikt jej nigdy niczego nie odmówił, dlaczego więc z imieniem Doreen miałoby być inaczej? Amy traktowała ją trochę jak porcelanowe lalki, którymi bawiła się w dzieciństwie. Doskonale wiedziała, jak reagować na choćby najbardziej subtelny sprzeciw.

– Słuchaj, jeśli chcesz się ze mną przyjaźnić, proszę bardzo, ale na to imię się nie zgadzam. Doreen? Okropnie brzmi. Z takim imieniem nie masz żadnych szans na poderwanie chłopaka. Tak to mogłaby się nazywać jedna z przyjaciółek mojej mamy z klubu matron.

Doreen posmutniała. Lubiła swoje imię.

– Amy, głuptasie, przecież ja nie mogę zmienić imienia. Jestem i zawsze będę Doreen O’Prey.

– Coś ty, Dodo, wypróbuj ten – powiedziała Amy, podając jej buteleczkę gęstego różowego lakieru do paznokci.

Doreen się rozchmurzyła. Nikt w jej rodzinie nie miał buteleczki z lakierem.

– Wiesz co, Dodo? Chyba najwyższy czas, żebyśmy zaczęły razem wychodzić na miasto. Do diaska, mamy po osiemnaście lat, a ciągle jesteśmy dziewicami. To nienormalne!

Doreen omal nie wypuściła lakieru z rąk.

– Amy, cicho, nie można mówić takich rzeczy. Teraz będziesz się musiała z tego wyspowiadać.

– Ani mi się śni, do cholery! – odparła Amy, która po raz pierwszy używała tego przekleństwa, ale była z siebie całkiem zadowolona. Siedziała z przyjaciółką w swoim pokoju i śmiała się do rozpuku. – Do cholery, kurwa! No proszę! Czyż to nie fajne?

Doreen zbladła, jakby miała za chwilę zemdleć.

– No dobrze, już dobrze, Dodo. Nie wariuj. Już nie będę. Słuchaj, musisz po prostu pożyczyć ode mnie kilka ładnych ciuchów. Oczywiście tylko pożyczyć, na stałe ci ich nie dam. Jak pójdziesz na miasto dobrze ubrana, to znajdziesz sobie fajnego chłopaka, nie jakiegoś tam dokera. Jeśli nie chcesz, nie musisz z nim iść do łóżka, ale ja się już nie mogę doczekać. Ciekawa jestem, o co tyle krzyku. Nie będziemy się pokazywać w Grapes Inn, Dodo. Jesteśmy dziewczynami z klasą. Idziemy na miasto.

Amy udało się, choć niezupełnie bez trudu, przekonać swojego ojca, aby porozmawiał z ojcem Dodo w sprawie tego ich wspólnego wyjścia.

– Tato, ja tu całkiem zwiędnę, tak ciągle siedząc z mamą. Ona bez przerwy opowiada o tym, jaka to jest chora. Można z nią porozmawiać tylko o reumatyzmie. Proszę cię, tatku.

Amy wiedziała, jak z nim rozmawiać. Sam, gdy tylko miał okazję, wyrywał się wieczorem z domu, by uciec przed hipochondrią żony. Nałożył więc czapkę i poszedł zapukać do drzwi domu Dodo, aby wyjaśnić jej ojcu, jaki to dobry pomysły, żeby dziewczęta wybrały się w sobotę wieczorem na miasto. Obiecał, że nic złego ich nie spotka, a on pokryje wszystkie wydatki.

Tak oto Doreen na potrzeby spotkań z Amy została Dodo, bo w swoim nowym wcieleniu mogła liczyć na to, że od czasu do czasu dostanie przechodzony płaszczyk z podartą podszewką albo parę butów ze złamanym obcasem, który będzie mogła sobie naprawić i nosić. Zaczęły też wychodzić na miasto i Doreen szybko doszła do wniosku, że Amy chyba wie, co mówi, bo już za pierwszym razem poznała uroczego komiwojażera z Middlesbrough. Spodobał jej się od razu, gdy tylko podszedł do niej z winem wiśniowym w jednej ręce i papierosem w drugiej.

Doreen nigdy wcześniej nie piła alkoholu, pierwszy raz wzięła też do ust papierosa.

 

– Nie wiem, co robić – wyznała zakłopotana, gdy odpalił go i włożył jej między palce.

– To się naucz, Dodo, i to już! – syknęła Amy, tylko potęgując zażenowanie koleżanki.

Doreen wolałaby, żeby Amy zachowała te swoje mądrości dla Bena – faceta, który się nią zainteresował. Zaciągnęła się i od razu zakrztusiła. Prawie się spaliła ze wstydu, gdy Amy głośno się roześmiała i powiedziała do obu mężczyzn:

– Patrzcie tylko na nią. Zupełnie zielona. Dodo, nie wylej mi tego wina na sukienkę, bo się nie wypłacisz za czyszczenie.

Doreen zrobiło się potwornie głupio. Wcale by się nie obraziła, gdyby ziemia się teraz rozstąpiła i ją pochłonęła. Amy taka już po prostu była. Gdyby tylko Doreen potrafiła zebrać się na odwagę i powiedzieć jej, żeby się wypchała tą swoją sukienką! Gdyby tylko potrafiła po prostu wyjść i wrócić do domu! Ponieważ jednak jej ojciec, z powodu obrażeń odniesionych na wojnie, nie był w stanie pracować, Doreen oddawała matce wszystko, co zarobiła, do ostatniego pensa, więc to była jej jedyna okazja, żeby gdzieś wyskoczyć i trochę się rozerwać.

Amy wiedziała, że Doreen nie ma pieniędzy, więc płaciła za bilety na autobus i za pierwsze drinki w barze w hotelu Grand, a Dodo była jej za to wdzięczna. Nie miała innego wyjścia.

– Co sprzedajesz? – zwróciła się Dodo do swojego adoratora, starając się nie zwracać uwagi na kąśliwe żarty Amy.

– Odkurzacze – odparł mężczyzna, napełniając jej przy tym kieliszek. – Droga Dodo, dzięki mnie jak nikt inny będziesz zorientowana w urządzeniach usprawniających prace domowe. W pierwszej kolejności trafią właśnie w twoje ręce, zaraz po przyjeździe z Ameryki.

Dodo, która nigdy jeszcze nie widziała odkurzacza, zrobiła na to odpowiednio wielkie oczy. Może Amy miała rację? Może tu czeka na nią lepsze życie?

W czwarty z kolei sobotni wieczór Amy zaczęła się nudzić odwiedzinami w zadymionych barach z głośną muzyką. Nie nudził jej natomiast nowo poznany mężczyzna, który kupował jej drinka za drinkiem. Wiedziała o nim tylko tyle, że ma na imię Ben. Nazwiska jej nie podał, nie powiedział też, gdzie mieszka. Pewnego razu, w barze Adelphi, postanowiła sama się tego dowiedzieć. Gdy Ben udał się do toalety, ona wsunęła rękę do kieszeni jego marynarki i wyjęła portfel. Znalazła tam wszystko, czego szukała. Nazwisko i adres czym prędzej zapamiętała, z podziwem rzuciła okiem na gruby plik dziesięciofuntowych banknotów, po czym szybko odłożyła portfel na miejsce.

Doreen właśnie się do niej nachyliła, żeby coś powiedzieć.

– Amy, w przyszłą sobotę raczej z tobą nie idę. Ten cały Bob wcale nie jest taki miły, a poza tym mam już dość jego gadania o odkurzaczach i żelazkach. Będziesz musiała sobie znaleźć kogoś innego, kto z tobą pojedzie. Ja wybiorę się pograć w bingo z mamą i jej koleżankami.

Dodo przez cały dzień zbierała się na odwagę, żeby to wyznać Amy. Teraz zaschło jej w gardle i ręce trzęsły jej się z wysiłku.

Amy odwróciła się do koleżanki i odezwała tak wrednym tonem, że Doreen aż łzy stanęły w oczach.

– No cóż, rób, co chcesz, ale potem nie przychodź do mnie z płaczem, że nie masz żadnej przyzwoitej sukienki. Idź sobie grać w bingo w tych swoich szmatach, ale do mnie już nie przychodź, ty niewdzięcznico.

Doreen poczuła taki ucisk w gardle, że nie była w stanie się odezwać. Pobiegła w kierunku drzwi, aby tam poczekać na mężczyznę, z którym wkrótce miała nadzieję przestać się spotykać. Doreen obiecała Bobowi, że pozwoli mu odwieźć się do domu autobusem. Cóż zresztą miała zrobić? Amy się na nią zdenerwowała, a ona nie miała przecież pieniędzy na autobus. Inaczej natychmiast pobiegłaby na najbliższy przystanek i wróciłaby do domu sama, żeby mieć ich wszystkich z głowy.

Zamknęła oczy. Cóż z tego, że będzie chodzić w łachmanach? Całe to wychodzenie na miasto, spotykanie się z mężczyznami, chodzenie po barach i przeklinanie to nie dla niej. Doreen jest inna. I ma tego dość. Może jest biedna, ale ma dość własnego rozumu, żeby się zorientować, że w taki sposób można sobie tylko zszargać reputację. A Doreen to przecież porządna dziewczyna. Rodzina darzy ją szacunkiem. Tatko jest z niej dumny, że dostała pracę w szpitalu. To przyjaciel tatka, Dessie, jej tę posadę załatwił. Walczyli razem na wojnie, a kiedy ojciec zaczął mieć problemy z płucami i musiał w końcu przyjąć do wiadomości, że nie da rady pracować, Dessie od razu do nich przyszedł i zapytał, jak może pomóc. Doreen z początku było ciężko. Zaczynała na najniższych stanowiskach, ale teraz pracowała już na oddziale nagłych wypadków, gdzie rejestrowała pacjentów. Bardzo lubiła swoją pracę. Ludzie przychodzili do niej do domu, by opowiadać jej o swoich dolegliwościach. Doreen nagle sobie uświadomiła, że Amy zmierza drogą, której ona sama nigdy by dla siebie nie wybrała.

Amy tymczasem patrzyła, jak Dodo biegnie do wyjścia z Adelphi. Spodziewała się, że koleżanka lada moment zmieni zdanie i zawróci. Nic takiego się jednak nie stało. Dodo stanęła przy drzwiach plecami do Amy. „Wal się, Dodo”, mruknęła Amy, opróżniając kieliszek musującego wina gruszkowego. Była pewna, że Dodo wróci, a na razie przecież miała mnóstwo innych rzeczy na głowie. Jej rodzice wyjechali tego ranka do Abersoch, dokąd co roku udawali się na wakacje. Ona została sama w domu i mogła robić wszystko, czego dusza zapragnie. W czerwonym płaszczyku i czerwonych butach czuła się jak kolorowy ptak, który rzuca wyzwanie życiu.

Ben wyszedł z toalety i zmierzał w jej kierunku, po drodze zapinając rozporek. Ubierał się lepiej niż Bob. Amy nie miała wątpliwości, że to facet z forsą.

– Gdzie Dodo? – zapytał, zapalając papierosa.

– Zmyła się wcześniej. Powiedziała, że Bob ją odwiezie autobusem.

– Trochę z niej jeszcze dzieciuch. Nie to co ty, co, Amy? Z ciebie to już prawdziwa kobieta.

Ben nachylił się do niej, a potem pocałował ją w ucho i dmuchnął dymem prosto w twarz.

– Moi rodzice wyjechali. Chciałbyś pojechać do mnie? – zapytała szeptem.

Uniósł głowę, a w jego oczach błysnął entuzjazm.

– Czy bym chciał? Pewnie, że tak. Moim zdaniem to bardzo dobry pomysł.

Wcześniej w soboty Ben odprowadzał Amy na autobus. Pierwszego wieczoru pożegnał ją pocałunkiem. Tydzień później wsunął jej rękę do stanika, rozpalając w niej ogień odwagi i fascynacji. Całował ją po szyi i karku, aż w końcu wyszeptał: „Unieś spódnicę, Amy”, ale ona nie zdążyła zareagować, bo przystanek nagle zalało światło z reflektorów autobusu, którego wcześniej nawet nie usłyszeli.

Amy chciała, żeby Ben jak najszybciej uczynił kolejny krok. Wiedziała, że nie powinna tego robić i że gdyby ojciec ją teraz zobaczył, pewnie by dostał zawału, ale jej to w ogóle nie obchodziło. Nudziła się. Za wszelką cenę chciała zdobyć coś, czego się nie da kupić za pieniądze. Po dziurki w nosie miała już ubrań, butów i torebek, nawet Dodo już ją znudziła. Cóż z tego, że zmieniła jej imię!

– Może jeśli pozwolę Benowi pójść na całość, to on się ze mną ożeni – powiedziała tamtego południa do Doreen.

– Nikt tego przed ślubem nie robi – odparła jej zdumiona Doreen.

Rankiem tego samego dnia jej rodzice w końcu wyjechali na swoje coroczne wakacje. Amy przebierała nogami z niecierpliwości. Do Abersoch wybierali się nowym samochodem, kupionym z tych marnych pięciu procent.

– Mój woreczek żółciowy znowu daje o sobie znać – narzekała matka. – Mam wątpliwości, czy w takim stanie powinnam wyjeżdżać daleko od St Angelus. A jeśli mi ten woreczek pęknie albo coś w tym stylu i trzeba będzie zawieźć mnie do szpitala?

Matka Amy narzekała na woreczek żółciowy, odkąd jej lekarz pierwszego kontaktu – starając się za wszelką cenę jakoś wytłumaczyć jej liczne bóle i dolegliwości – poinformował ją o istnieniu tegoż narządu, często uznawanego za przyczynę niedomagań białych kobiet po pięćdziesiątce i z nadwagą.