Anioły z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Biddy straciła męża, lecz zważywszy na to, że zawsze określała go mianem „pijaka z rozumem w pięści”, ta utrata oznaczała dla niej tajemną ulgę. Taką, o której nigdy nikomu nie pisnęła ani słowa. W przeciwieństwie do chłopaka Elsie trzej synowie Biddy wrócili z wojny cali i zdrowi. Po prostu nie zawracali sobie głowy powrotem do domu, zostali w Londynie, dokąd zawiódł ich pierwszy etap powrotnej podróży. Biddy nigdy nie mówiła o przeszłości. O dzieciach, które ją porzuciły i zapomniały o niej. O innych, zmarłych w niemowlęctwie, o mężu, który ją puścił kantem i zwiał. Ostatnio widziano go na stacji przy Lime Street, pijanego i opowiadającego każdemu, kto chciał go słuchać, że jedzie odwiedzić syna. Była sama, musiała przeżyć, a sztuka przeżycia pozostawiała niewiele miejsca na sentymenty.

Elsie miała w domu Marthę. Córkę idealną, nawet jeśli trochę nieśmiałą, żywe przypomnienie o tym, kogo i co Elsie straciła. Biddy zaś żyła z kotem, i to w dodatku utrapieńcem.

– No, dajże już spokój, za chwilę będzie tu Dessie. Wytrzyj oczy i napij się guinnessa. Obie pomodliłyśmy się za twoich mężczyzn na porannej mszy, jak zawsze, i pewnego dnia, Elsie, przestaniesz płakać, jestem pewna.

– Tak mi przykro, Biddy – załkała Elsie, która zdjęła okulary i wytarła je wilgotną chusteczką. – Wiem, że nie powinnam płakać. Wszyscy musimy jakoś się trzymać, prawda? Ty nigdy się nie skarżysz, a przecież też masz ten twój problem z nietrzymaniem moczu. Mordujesz się z pęcherzem, a nigdy nie narzekasz.

– Chryste Panie, nie mam żadnych problemów z pęcherzem – skłamała Biddy, po czym z łomotem odstawiła na stół butelkę po guinnessie i opadła na krzesło.

– No dobra, jasne, że nie masz. Po prostu musisz znosić znacznie więcej niż ja, i tyle. U mnie wszystko działa, jak należy. – Elsie uniosła brwi. – Wyobrażam sobie, że to musi być dla ciebie okropne, Biddy.

Biddy już miała zaprotestować, kiedy tylne drzwi się otworzyły i wszedł Dessie.

– Dobry wieczór paniom, mam paszteciki. Biddy, nastaw radio, bo przegapimy występ Stargazers. Kiedy byłem w połowie ulicy, słyszałem, jak zegar wybił siódmą.

Zadanie Dessiego w niedzielny wieczór polegało na tym, żeby wpaść do przyczepy z gorącymi przekąskami na portowej ulicy.

– Paszteciki, guinness i szarlotka naszej Biddy. Nieźle nam się żyje, prawda, drogie panie? – Dessie zawiesił płaszcz na gwoździu wbitym w tylne drzwi i nie zdejmując czapki, zaczął odwijać gazetę, w którą zapakowano mu jedzenie. – Chcesz na rozpałkę, Biddy?

– Nie chcę. Zapomniałeś, że mam moją new world? – odparła Biddy, wyjmując jednocześnie talerze z szuflady u dołu piekarnika.

– No tak. – Dessie się zaśmiał. – Zapomniałem.

Puścił oko do Elsie, dostrzegł przy tym jej wilgotne rzęsy i chusteczkę, którą wepchnęła z powrotem do rękawa swetra. Wcale nie zapomniał o kuchence. W ubiegłym miesiącu w każdą niedzielę nieodzownym elementem wieczoru były dyskusje o nowym sprzęcie kuchennym.

– W Litherland postawili nowe budynki z prefabrykatów z cynowymi dachami – oznajmił. – Wpadłem na chłopaków Sida z sąsiedztwa, gdy taszczyli po schodach z portu stos skrzynek po herbacie. Jutro przeprowadzają się na swoje.

– Wkrótce tylko my zostaniemy w tych domach – rzuciła Biddy.

– Nieprawda. Nie martw się o to – odpowiedział Dessie, wyciągając spod stołu krzesło, z oczami utkwionymi w stojący przed nim parujący pasztecik. – Większość okolicznych mieszkańców pracuje albo w szpitalu, albo w porcie, więc po co mieliby dojeżdżać? Założę się, o co chcesz, że zarząd portu nie zamknie domu Sida: za wielkie braki w budownictwie. Trzeba dalszych dziesięciu lat, zanim po zniszczeniach wojennych wybudują dość mieszkań dla wszystkich.

– W takim razie, Dessie, przed końcem tygodnia zyskasz nowego sąsiada – wtrąciła Elsie. – Do portu ciągną Irlandczycy, którzy mają pracować przy budowie dróg.

– Może to będzie ktoś z Cork, kto przywiezie wieści z rodzinnych stron – rozmarzyła się Biddy, rozkładając na stole noże i widelce.

– No cóż, wiem jedno: jeśli nasza Martha kiedyś wyjdzie za mąż, chciałaby mieć własny dom, a ja bym chciała mieć ją w pobliżu. Byłoby fantastycznie, Dessie, gdyby dostała jeden z tych domów.

Dessie z pełnymi ustami nie mógł nic odpowiedzieć.

– Pogadaj z Jakiem, Dessie. Jesteś jego szefem. Powiedz mu, żeby się nie ociągał. Nasza Martha to ładna dziewczyna, a jeśli się nie pospieszy, wkrótce ktoś mu ją sprzątnie sprzed nosa.

Dessie otarł grzbietem ręki strużkę sosu z ust.

– Jake Berry nie potrzebuje mojej zachęty, Elsie. Powiem wam coś w sekrecie, ale na miłość boską, nie wygadajcie się przed nikim.

Biddy i Elsie przysunęły się z krzesłami bliżej stołu i pochyliły głowy w jego stronę.

– No mów – ponagliła Biddy. – O co chodzi?

– Musicie mi dać słowo, zwłaszcza ty, Elsie, bo tobie najtrudniej będzie trzymać język za zębami.

– Boże drogi! – trajkotała Biddy. – Zostaw to mnie. Już ja dopilnuję, żeby trzymała buzię na kłódkę, zapewniam cię. O co chodzi?

Dessie uśmiechnął się i powiódł wzrokiem od jednej do drugiej.

– To Jake objął dom Sida. Jako syn dokera miał prawo złożyć podanie i go dostał.

Elsie i Biddy zaniemówiły.

– Jakim cudem go na to stać, Dessie? – spytała Elsie, gdy już odzyskała głos. – Jezu, jego matka powiesiła w czterdziestym piątym nowy komplet firanek dla uczczenia Dnia Zwycięstwa i od tamtego czasu jeszcze ich nie zmieniła. Przecież w tym domu nie znajdą się dwie półpensówki naraz.

– Skąd weźmie na opłacenie czynszu i całą resztę? – wtórowała jej Biddy. – Dom się rozlatuje. W tamtym domu od rzeki ciągnie wilgoć, wiem o tym. Byłam w środku i widziałam, że piec jest w jeszcze gorszym stanie niż mój po wojnie.

– No już, dobrze, właśnie tu się pojawia prawdziwy sekret. Nasz młody Jake wygrał na loterii.

– Wygrał na loterii?! – zakrzyknęły jednym głosem Elsie i Biddy.

– No, wygrał, prawie miesiąc temu. Zgarnął ponad trzysta funtów.

– Ponad trzysta funtów! – powtórzyły unisono.

Dessie zaczął się śmiać.

– Powinnyście zobaczyć swoje miny. Boże, nie wytrzymam. Podaj mi fajki, Bid.

Biddy pchnęła po laminowanym blacie stołu paczkę mocnych capstanów Dessiego. W głowie miała mętlik. Nigdy jeszcze nie spotkała nikogo, kto wygrał na loterii.

Dessie niespiesznie zapalał papierosa. Zazwyczaj to Biddy lub Elsie przekazywały najlepsze perełki z plotek na niedzielne wieczory.

– Słuchajcie, po tym, jak wygrał, przyszedł się ze mną zobaczyć. Mówił, że bardzo chciał zaprosić Marthę na randkę, ale nie potrafił się zebrać na odwagę, bo wiedział, że nigdy nie będzie mógł sobie pozwolić na to, żeby dać jej własny dom. Zamierzał poczekać, aż dostanie awans na pomocnika sanitariusza i podwyżkę. Poradziłem mu: nie zwlekaj, chłopcze, bo ktoś inny sprzątnie ci ją sprzed nosa. Martha to szałowa babka.

Elsie wyprostowała się z dumnym uśmiechem. Biddy siedziała nachmurzona. Nie żałowała dziewczynie odrobiny szczęścia. Wiadomo, że Martha często jej pomagała. Irytował ją ten błogi wyraz samozadowolenia na twarzy Elsie. Przyjaciółka czy nie, Elsie miała na co oczekiwać, znacznie więcej niż Biddy. Ślub, wnuki i powiększająca się rodzina, podczas gdy Biddy nie miała nikogo. Słyszała, że jeden z jej synów ożenił się i zamieszkał w Wandsworth, ale to było sześć lat temu, a od tamtego czasu żadnych innych wieści. Nawet pocztówki na Gwiazdkę.

Biddy zerknęła na swoją kuchenkę. To jej jedyny atut. Tyle że teraz marna z niej pociecha.

– Nie powiedział o tym nikomu. Nawet twoja Martha jeszcze nie wie, ale wkrótce to się zmieni. Zamierza ją poinformować, zanim zacznie remont domu. Mówił, że będzie tam chodził co wieczór po pracy, a kiedy wszystko przygotuje, oświadczy się; zachowa pięćdziesiąt funtów na wspaniały ślub i potańcówkę w irlandzkim ośrodku. Zatem wszystko w porządeczku, Elsie. Twoja Martha ma dobrego chłopaka.

Biddy już dawno była pewna, że na to się zanosi, Elsie udawała, że nie wie, i wzdychała. Wszyscy od zawsze wiedzieli, że pewnego dnia ta para najładniejszych w dzielnicy dzieciaków się pobierze. Jake miał ciemne oczy i włosy, a drobna i filigranowa Martha – włosy ciemnokasztanowe i jasnoniebieskie oczy. Kiedy w dzieciństwie bawili się na ulicy, stale wisiała mu u ramienia.

– Czyż to nie cudowne? Biddy, słyszałaś? Jake Berry oświadczy się naszej Marcie i wyszykuje dla niej dom.

Biddy zebrała talerze i wstała, żeby odstawić je do zlewu i przynieść nóż do pokrojenia szarlotki. Wieczór przybrał obrót niezupełnie zgodny z jej oczekiwaniami. Goście ani słowem nie wspomnieli, że talerze wyjęte z nowej kuchenki były ładne i ciepłe, a skórka szarlotki miała wszędzie jednolitą barwę, a nie spieczoną na czarno po jednej stronie i niedopieczoną z drugiej, jak przez całe lata.

– Słyszałam. Mam nadzieję, że dalej będzie mu się układać. Jake to dobry chłopak, każdy to wie. Nigdy nie słyszałam o nim ani jednego złego słowa. Twoja Martha jest wielką szczęściarą.

Z twarzy Elsie zniknął uśmiech.

– No cóż, ja sądzę, że to Jake może uważać się za szczęściarza – zjeżyła się.

– Jak zwał, tak zwał, drogie panie. – Dessie wyczuł zmianę atmosfery. Nie znosił tych chwil, kiedy Biddy i Elsie się kłóciły, a dość często im się to zdarzało, nie raz z najśmieszniejszych powodów. Wiedział, że były najlepszymi przyjaciółkami, a mimo to zżerała je zazdrość, choć wszyscy troje mieli tak niewiele, zastanawiał się nawet, czego jedno drugiemu miałoby zazdrościć. Zanim poszedł na wojnę, jego żona ujęła to w słowa, które trafiły w samo sedno: „Chodzi o to, Des, że obie nie mają nic, więc każdy drobiazg urasta do rangi czegoś wielkiego. Zwłaszcza dla tej Biddy, to straszna plotkara. Nie można jej ufać”.

 

Faktycznie, żona Dessiego nie ufała Biddy, bo ta nie chciała w piątkowe wieczory chadzać z innymi kobietami do pubu. Dessie nie rozumiał tych subtelnych gier, mających dowieść czyjejś wyższości. Widział przyjaciół rozerwanych na kawałki, więc trudno mu było docenić znaczenie posiadania nowej kuchenki New World albo potrzebę pysznienia się urodą córki. Zwłaszcza że jego najlepszy kumpel, poległy mąż Elsie, już nigdy z nim nie wypije w sobotni wieczór w barze Czerwony Admirał. Dlatego chciał teraz zmienić temat, i to szybko.

– W każdym razie, jak mówiłem, to wielka tajemnica, a nasze tajemnice nie wychodzą poza tę kuchnię, prawda?

Biddy i Elsie wychwyciły w głosie Dessiego ton nieufności i opuściły głowy, Biddy ze zmarszczonymi brwiami, Elsie niezdolna powstrzymać się od uśmiechu. Dessie uchwycił się kolejnej nowinki, żeby sprowadzić wszystko z powrotem na właściwe tory.

– Rano zaczyna się u was nowy nabór pielęgniarek, prawda, Biddy? Tak więc będziesz miała ręce pełne roboty?

– Racja. Wątpię, żeby różniły się czymś od ostatniej grupy.

– O, nie byłabym tego taka pewna – powiedziała Elsie, wykorzystując okazję, żeby odzyskać przewagę. – Przełożona pielęg­niarek piekliła się o sporą grupę dziewcząt, które ta twoja siostra Haycock wpisała na ten kurs.

Biddy zamieniła się w słuch. Siostra Haycock, dyrektorka szkoły pielęgniarstwa, piastowała to stanowisko dopiero od roku, ale zdążyła już zaskarbić sobie dozgonną lojalność Biddy. Siostra Haycock, podobnie jak Biddy, była sama na świecie, więc choć Biddy była tylko ochmistrzynią w szkole pielęgniarek, nie dałaby powiedzieć złego słowa o nowej dyrektorce.

– Och, doprawdy, a dlaczegóż to, Elsie? A czy przełożona pielęgniarek kiedykolwiek była z czegoś zadowolona?

– Cóż, kiedy polerowałam mosiężne klamki, słyszałam, jak rozmawia przez telefon. Chyba z kimś z zarządu. Powiedziała, że niektóre z dziewcząt nie spełniają wymaganych standardów. „Nie należą do naszego sortu”, tak się wyraziła i dodała, że będzie bacznie się przyglądać temu naborowi, ma bowiem wrażenie, że ta twoja siostra Haycock przekroczyła swoje kompetencje, przyjmując na kurs dyplomowanych pielęgniarek dziewczyny z Irlandii. „To nie są standardy St Angelus”, mówiła.

Biddy miała ochotę zgasić Elsie jakimś ostrym komentarzem, ale zmilczała. Zamierzała strzec pozycji siostry Haycock, a Elsie była najlepszym źródłem informacji, jej osobistą wtyczką w biurze przełożonej pielęgniarek. Biddy wiedziała, że przełożona jest największym wrogiem siostry Haycock, w dodatku niebezpiecznym.

– Naprawdę? Cóż, to ciekawe. Dasz mi znać, Elsie, jeśli powie coś jeszcze?

Elsie, która właśnie wkładała do ust łyżeczkę z potężnym kawałkiem szarlotki, skinęła głową. Uwielbiała plotki i nie podzielała silnego poczucia lojalności Biddy wobec własnej szefowej.

– Och, jasne, Biddy. Oczywiście.

Harmonia została przywrócona; Dessie zwrócił się do gospodyni:

– Podkręć trochę radio, Biddy.

Pochyliła się, by obrócić pokrętło.

– Cudownie dziś udała ci się ta skórka na cieście – dodał Dessie. – Najlepsze, jakiego kiedykolwiek miałem okazję skosztować.

Biddy uśmiechnęła się, mile połechtana, zapadło milczenie i kuchnię wypełniła muzyka grupy Stargazers.

Przełożona pielęgniarek stała przy oknie saloniku w swoim mieszkaniu i spoglądała na pusty szpitalny parking. Wieczorni goście odwiedzający pacjentów już dawno się rozjechali. W bloku operacyjnym i na oddziale nagłych wypadków panowała cisza, ale szpital nigdy nie zasypiał. W tle cicho grało radio; kobieta podniosła swojego ulubieńca, teriera szkockiego imieniem Blackie, i gładziła go po główce, wpatrując się w strugi deszczu odbijające się w dole od dachu werandy nad głównym wejściem szpitala.

– Myślę, że wkrótce spadnie śnieg, Blackie – szepnęła do pieska, który na dźwięk swojego imienia przechylił ku niej głowę.

Dawniej górny korytarz wypełniały mieszkające tutaj siostry. Czasem jeszcze rozbrzmiewał jej w uszach dźwięk pianina, szuranie butów po wypolerowanym betonie i szepty koleżanek, których już od dawna nie było, lecz wiedziała, że to tylko widma jej wspomnień. Czasy mieszkających tu na stałe sióstr skończyły się wraz z nadejściem wojny. Większość pokoi obecnie stała pusta, część wykorzystano jako pomieszczenia biurowe. Nocą wypełniała je martwa, samotna cisza.

Przełożona usiadła przy biurku z Blackiem na kolanach, po czym napisała liścik do siostry Antrobus z oddziału drugiego z zaproszeniem na kolację. Nie wydawało się to niczym nadzwyczajnym. Obie żyły samotnie, a przełożona miała wrażenie, że siostra Antrobus przypomina ją samą. Ta kobieta budziła postrach w całym szpitalu, a przełożona nie zamierzała jej do tego zniechęcać. Wiedziała, że siostra Antrobus ma szczególny sposób bycia, może nazbyt apodyktycznie wyraża swoje opinie i całkiem możliwe, iż jej standardy są trochę zbyt rygorystyczne dla pielęg­niarek w okresie próbnym (zważywszy na odsetek odpadających podczas kursu), ale w sumie obie dobrze się dogadywały. Przełożona miała nadzieję, że mają ze sobą znacznie więcej wspólnego niż pielęgniarstwo.

– Nie ma w tym nic złego, prawda, Blackie? – odezwała się między poślinieniem i zaklejeniem koperty a wypisaniem na jej froncie nazwiska siostry Antrobus. To były pierwsze słowa wypowiedziane przez nią na głos przez cały dzień. Tak, nie było nic złego w zaproszeniu na kolację. Musiała coś zrobić, by położyć kres doskwierającej jej samotności. Przytuliła Blackiego, by zagłuszyć tęsknotę, i nastawiła głośniej radio, gdy pusty pokój wypełniły dźwięki koncertu Stargazers.

Rozdział piąty

Victoria Baker klęczała na podłodze przy łóżku, zajęta pakowaniem ubrań do walizki, podczas gdy jej ciotka Minnie odznaczała kolejne pozycje na liście.

– Nie sądzę, abym kiedykolwiek nawet miała zegarek z sekundnikiem – powiedziała Minnie, unosząc granatowe wieczko pudełka zawierającego zegarek kieszonkowy marki Ingersoll i zaglądając do środka. – Ach tak, miałam. Sekundnik miał cartier, którego dostałam od twoich dziadków na dwudzieste pierwsze urodziny. Powinnaś go mieć. Jest w mojej szkatułce z biżuterią w Londynie.

Victoria zapakowała kilka ostatnich sztuk odzieży rozłożonych na łóżku, po czym skoczyła na równe nogi. Zbierała się do wyjścia na odjeżdżający za niecałe dwie godziny pociąg do Liverpoolu.

Podeszła do okna, wyjrzała na zewnątrz i zobaczyła samochód Rolanda Davenporta, jadący krętym podjazdem w kierunku Baker Hall.

– Roland mija już podjazd – rzuciła przez ramię do ciotki Minnie, która wstała z łóżka, podeszła i otoczyła bratanicę ramieniem.

– Wydaje mi się trochę dziwne, że poznałyśmy Rolanda zaledwie kilka tygodni temu, a teraz on odwozi cię na stację.

– Cóż, mnie to nie dziwi – odparła Victoria. – W każdym razie to ty go prosiłaś, żeby się wszystkim zajął.

Odeszła od okna, by Roland jej nie zauważył; zbliżyła się do toaletki i usiłowała ponownie zwinąć długie kosmyki jasnych włosów, które wymknęły się jej z koka, i przypiąć je na swoim miejscu spinką wyjętą z ładnego szklanego naczynka.

– Czy moje włosy wyglądają dobrze? – spytała.

– Wyglądasz pięknie, kochanie – zapewniła ciotka Minnie. – Naprawdę po prostu nie mogę uwierzyć, że to robisz. Choć raz zgadzam się z twoim ojcem. To wina twojej matki.

– Naprawdę, nie mam pojęcia, co jeszcze pożytecznego mogłabym robić. W Londynie tylko plątałabym ci się pod nogami, a poza tym nie czuję się gotowa na to, by opuścić północ. Matka nie cierpiała Londynu, a sama wiesz, jak bardzo jestem do niej podobna.

Victoria Baker, córka szóstego lorda Bakera, miała właśnie porzucić znane jej życie i rozpocząć naukę pielęgniarstwa w liverpoolskim szpitalu St Angelus. Jej pojęcie o pielęgniarstwie ograniczało się do wspomnienia, kiedy jako dziecko towarzyszyła mamie, gdy lady Baker odwiedzała w posiadłości rannych na wojnie żołnierzy. Ośmioletnia Victoria pomagała matce załadować do rowerowych koszyków wiktuały i podstawowe materiały medyczne, starając się należycie wykonywać instrukcje lady Baker: „Pakuj tak, żeby ciężar był równo rozłożony, Victorio. Mamy dość rannych i nie trzeba nam więcej, zatem uważaj, abyś nie spadła z roweru”. Przed wyjazdem matka przeglądała arkusz z wypisaną listą i mawiała: „Dobrze, kochanie, sprawdźmy, kogo mamy dziś odwiedzić, i zaplanujmy trasę”.

Tamte dni z matką spędzone w dobrej komitywie i życzliwości były dla Victorii najradośniejszym okresem dzieciństwa. Wyjeżdżały obładowane pasztecikami i herbatnikami, owocami z sadu i jajami od kur hodowanych w stajniach. Matka, która nigdy w życiu sama nie słała łóżka, w pocie czoła poprawiała poduszki i prześcieradła. Wieczorami w składzie pościeli szyły ze starych prześcieradeł bandaże i inne materiały opatrunkowe.

Odwiedzały wsie, przez które Victoria w życiu przejechała tylko podczas przejażdżki na kucyku w towarzystwie stajennego. Dwa razy w tygodniu przyłączały się do kółka robienia na drutach i szycia, zaopatrującego rannych w skarpety i swetry. Chłopcom z Lancashire, którzy wrócili z wojny do domów ranni, nie brakowało niczego, co mogła im zapewnić matka Victorii, a znaczną część tej pracy wykonywała z córką jedynaczką u boku, obserwującą matkę i uczącą się od niej z podziwem i zdumieniem. Kiedy Victoria dzisiaj myślała o matce, to właśnie te dni wspominała w pierwszej kolejności. Rumieniec na policzkach, kiedy matka wracała z długiej niedzielnej wizyty u rannych. Szczęście w jej głosie, kiedy zjawiała się u niej pani Armitage z Bolton ze szczegółowymi instrukcjami na następny tydzień. Lady Baker po raz pierwszy w życiu czuła się potrzebna i delektowała się wyzwaniem pozwalającym jej robić coś pożytecznego – nieść pomoc.

Jedynym, o czym nigdy się nie mówiło w Baker Hall, było to, że kończą się pieniądze. Ojciec Victorii ledwie mógł się pogodzić z faktem, że nie stać ich już na zatrudnianie służby, a nawet na naprawę dachu przeciekającego w kilkunastu miejscach. Victorii wydawało się, że sprawy przybrały zły obrót po zakończeniu wojny, lecz w rzeczywistości nastąpiło to znacznie wcześniej. Po prostu wojna odwracała jej uwagę. Matka, trudząc się opieką nad rannymi, nie miała czasu zmierzyć się z problemami czekającymi w domu.

Posiadłość Baker Hall leżała u podnóża wrzosowisk, dostatecznie daleko od Bolton, by utrudniało to regularnie odwiedziny w mieście, i wyglądała okazale z domostwem o dostojnych murach i portykach oraz elegancko utrzymanymi ogrodami. Najstarsze budowle przy domu powstały w piętnastym wieku, znajdował się tam między innymi oryginalny dworek, gdzie zatrzymywała się Elżbieta I ze świtą podczas podróży po północno-zachodniej części kraju. Była tam nawet fosa, choć jej brzegi obecnie porastała trawa. Wszędzie widziało się dostojeństwo dawno minionej epoki, lecz ta fasada skrywała nader odmienną prawdę. Kiedy Victoria kończyła osiemnaście lat i urzędnicy zrujnowanego wojną państwa dobijali się do drzwi, domagając się ostatniej raty podatku spadkowego po śmierci jej dziadka, ojciec dziewczyny zamartwiał się wizją czekającej go finansowej klęski. Posiadłość się rozsypywała. Można było wówczas zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Wiekowy i niekompetentny zarządca musiał pożegnać się z posadą, a nową przyjaciółką lorda Bakera stała się butelka.

A wtedy matka Victorii zmarła. Bez hałasu i zamieszania, jak we wszystkim, co robiła. Po prostu wyzionęła ducha nocą, we śnie.

„Miała słabe serce po przebytej w dzieciństwie gorączce reumatycznej. Wiemy, że ta choroba może powodować nader poważne uszkodzenia zastawek aortalnej i mitralnej, ale nic się nie da zrobić, nawet jeśli próbujemy je naprawiać, co nieraz bywa trudne. Po prostu nie można przewidzieć rezultatu”, stwierdził lekarz. Jego wyjaśnienia nie przyniosły Victorii pociechy. Należało posłać po ciotkę Minnie.

Ciotka Minnie wdarła się przez drzwi Baker Hall jak wicher, żeby pomóc w przygotowaniach do pogrzebu lady Baker, i natychmiast pojęła rzeczywiste rozmiary nieszczęścia.

„Dlaczego we dworze nie rozpalono w kominkach? Na litość boską, Geraldzie, co robią na twojej marynarce te plamy po jedzeniu? Gdzie służba?”. Rozejrzała się za Victorią. „Już jestem, kochanie”, rzekła, widząc zapłakaną bratanicę z nieczytaną książką na kolanach. Pocałowała dziewczynę w policzek: „Nic się nie bój”. Jednak Victoria się bała, i to bardzo. Chociaż starano się ją chronić, była świadoma rzeczywistej skali problemu pijaństwa ojca oraz chaosu, jaki zapanował w Baker Hall. Ciotka Minnie diametralnie różniła się od jej matki. Bezpośrednia, pewna siebie, lubiła stawiać na swoim. Była w każdym calu przedstawicielką rodu Bakerów, tak jak Victoria była do szpiku kości córką swojej matki.

 

Przez pierwszy miesiąc ciotka Minnie starała się przywrócić względny ład w zaniedbanej posiadłości i namówiła pozostałych członków służby, właściwie już spakowanych i gotowych do wyprowadzki, aby pozostali. Wypłaciła im pensje z własnej kieszeni. Większość służących zbliżała się do emerytury. Podczas wojny młodzi wyjechali na front, a tych, którzy zostali lub wrócili z wojska cali i zdrowi, skusił powojenny kryzys oraz aura uprzemysłowienia i dobrej koniunktury, kwitnąca w mniejszych i większych miastach. Czasy służby odchodziły w przeszłość i nikomu nie chciało się pracować w stałych godzinach ani znosić ustalonego porządku życia w okazałej posiadłości.

„Zapłaciłam służbie za minione trzy miesiące, Geraldzie, i zagwarantowałam, że w przyszłości będą dostawać pensje, ale nie mogę utrzymywać dwóch domów, a moja scheda nie przetrwa w Baker Hall nawet pięciu minut”, oznajmiła ciotka Minnie. „Trzeba szybko znaleźć rozwiązanie, ale najpierw musimy przywrócić tu jakiś porządek”. Mąż ciotki Minnie, oficer, poległ na wojnie, lecz pozostawił czterdziestoletniej wdowie wystarczające środki do życia, ona zaś – w przeciwieństwie do brata – nie chciała pławić się w rozpaczy ani topić żalu w karafce whisky.

Wyznaczyła Victorii i jej ojcu zadania przy porządkowaniu pokrytej kurzem biblioteki i przenoszeniu części książek z pierwszego piętra do gabinetu pana domu, a sama zabrała się do studiowania dokumentów i listów z żądaniami zapłaty, nadesłanych przez handlowców. Sytuacja przedstawiała się znacznie gorzej, niż się spodziewała.

Pewnego wieczoru po kolacji Victoria zeszła na dół, żeby zrobić sobie drinka, i usłyszała wypowiedziane swoje imię.

„Co zrobimy z Victorią?”, spytała ciotka Minnie jej ojca.

Victoria wiedziała, że ci, co podsłuchują, nie cieszą się dobrą opinią, mimo to przycupnęła za szerokimi dębowymi drzwiami z uchem przy dziurce od klucza. Ciotka Minnie siedziała naprzeciw na sofie, wpatrując się w ogień i sącząc drinka.

„Ta kobieta nas zrujnowała”, wyrzucił z siebie siedzący ze zgarbionymi plecami ojciec, wskazując na wiszący nad kominkiem portret matki; następnie zatopił wzrok w dnie szklanki, którą wkrótce miano sprzedać na licytacji. Jego słowa brzmiały w uszach Victorii znajomo. Wielokrotnie obwiniał matkę za jej życia, bo nie urodziła mu syna i dziedzica. Pociągnął łyk whisky i zakręcił szklaneczką, by rozmieszać lód. Victoria zmieniła pozycję i uklękła, zamiast kucać; tak było wygodniej, a chciała wszystko usłyszeć. Znała ciotkę Minnie na tyle dobrze, by zdawać sobie sprawę, że nie wdaje się ona w jałowe dyskusje. Skoro poruszyła ten temat, musiała mieć plan, a jej plany jak dotąd napawały Victorię trwogą.

„Jeśli sprzedamy więcej farm, Geraldzie, zmniejszymy rentowność posiadłości. Nikt nie chciałby mieszkać w tak wielkim domu, który nie może na siebie zarobić. Posiadłość bez dochodów? To absurdalne”.

„Jaki mamy wybór?”, łypnął okiem znad szklanki zaniepokojony ojciec.

Ciotka Minnie pochyliła się i łagodnie poklepała brata po ramieniu gestem mającym odwieść go od pogrążenia się w otchłani nienawiści do samego siebie, do czego się uciekał, gdy Minnie poruszała temat przyszłości Baker Hall, rodziny, zaległych podatków oraz ostatni, lecz nie mniej ważny – temat Victorii, jego jedynaczki.

„Mam pomysł”, oświadczyła Minnie. Victoria znowu zmieniła pozycję; zapowiadało się interesująco.

„Zamierzam wezwać twojego adwokata i przekonać się, czy on zdoła nam pomóc”.

„Już nie jest moim adwokatem”, odparł Gerald. „Pokonały go wojenne rany. Zmarł w zeszłym roku”.

„Wiem o tym”, odrzekła Minnie.

Victoria wyraźnie usłyszała, że zasoby tolerancji ciotki Minnie topnieją. Współczucie dla brata też miało swoje granice. Nikt nie mógł bez końca obwiniać o wszystko wojny. Ludzie zapłacili już wysoką cenę za wolność, a teraz mieli obowiązek patrzeć w przyszłość.

„Jego syn również jest adwokatem i przejął po ojcu praktykę. Ponoć to nieodrodny syn swojego ojca. Czas już, żebyś zdał sobie sprawę, Geraldzie, że poborcy podatkowi nie interesują się spuścizną i z pewnością nie kochają uprzywilejowanych. Partia, którą przez całe życie popierałeś, może i odzyska władzę, ale nie uchroni cię przed więzieniem za długi. Musisz się ocknąć, a kiedy już to zrobisz, powiesz mi, co mamy, u licha, zrobić z twoją cudowną, utalentowaną córką. Tymczasem jutro z samego rana zadzwonię do twojego adwokata. Potrzebujesz pomocy, a ja nie pozwolę, żebyś pociągnął za sobą w otchłań tę zachwycającą, młodą kobietę”.

Dziewczyna ledwie zdążyła wstać, gdy drzwi ojcowskiej biblioteki otworzyły się i wyszła ciotka Minnie. Victoria, nie mając pojęcia, co robi i dlaczego, zastąpiła jej drogę i wypaliła: „Ciociu Minnie, chcę zostać pielęgniarką, tak jak mama”.

Po dwóch spotkaniach z adwokatem oraz po dwóch tygodniach przybyli licytatorzy, żeby skatalogować znajdujące się w domu ruchomości. Gerald krążył jak duch po pokojach, unikał wszystkich, nie mogąc znieść myśli o rozparcelowaniu jego cennego księgozbioru.

„Wybierz książki, które chcesz zabrać ze sobą do wdowiego domu7”, radziła Minnie.

Wdowi dom zawierał tylko sześć sypialni. Nawet tę myśl ojciec Victorii przeżywał jak głębokie upokorzenie. Victoria miała nadzieję, że po sprzedaży Baker Hall i znajdujących się w nim przedmiotów zostanie im dość pieniędzy na względnie komfortowe życie, lecz Roland, gdy po jego pierwszej wizycie odprowadzała go do samochodu, wyprowadził ją z błędu. Dziewczyna poczuła do niego sympatię, odkąd tylko pojawił się w posiadłości. Odnosił się do niej łagodnie i troskliwie, a gdy prowadziła go do gabinetu ojca, powiedział: „Kiedy ostatni raz panią widziałem, wyjeżdżała pani rowerem z matką, a z tyłu powiewały pani warkoczyki”.

Victoria się zarumieniła. „Okropnie mi przykro z powodu wieści o pańskim ojcu”, powiedziała. „Mama bardzo go lubiła, a ja uwielbiałam przyjeżdżać razem z nią, kiedy zmieniała mu opatrunki. Zawsze częstował mnie jabłkiem w słodkiej polewie. Już choćby z tego powodu było warto odbyć tę podróż”. Oboje roześmiali się; popatrzyli sobie w oczy i nie odrywali od siebie wzroku, dopóki nie usłyszeli głosu ciotki Minnie: „Proszę za mną. Mamy wiele spraw do omówienia”.

„Posiadłość jest obciążona ogromnymi osobistymi długami”, powiedział jej wtedy Roland. „Nie chodzi tylko o ostatnią ratę podatku spadkowego. Pani ojciec od dawna pożyczał pod zastaw majątku tylko po to, by pokryć koszty jego utrzymania. Wprawdzie obrazy powinny wystarczyć na spłatę większości długów, ale może dojść do tego, że trzeba będzie sprzedać również domki letnie i wdowi dom”.

„Co takiego? Ojciec zostanie z niczym? Nawet bez domu?”.

Stali przed okazałym domostwem, w którym ród Victorii mieszkał od pokoleń. Portrety jej przodków wiszące na ścianach od czterystu lat miały być sprzedane obcym ludziom. Czuła się tak, jak gdyby rozpadały się fundamenty jej świata.

„Tata już wiele lat temu usilnie nakłaniał pani ojca do sprzedaży domu. Już od czasu, gdy zmarł pani dziadek i nadeszły pierwsze wezwania do zapłaty podatku spadkowego. Oczywiście teraz, po uwzględnieniu zwłoki i wszystkich odsetek składanych…”. Roland umilkł, a oczy Victorii wypełniły się łzami. Prawnik widział, że dziewczyna ledwie może pojąć powagę sytuacji. „Dołożę wszelkich starań, żeby uzyskać rezultat najlepszy dla państwa obojga. Dobrze się pani czuje?”. W jego głosie zabrzmiał niepokój, wypływający – jak wiedział – z instynktownej chęci opieki zrodzonej ze wspomnień z dzieciństwa oraz troski, jaką dziewczyna i jej matka okazały jego ojcu. Pod wpływem uczuć, które nie miały nic wspólnego z jego obowiązkami adwokata rodziny.