Anioły z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A więc wyjeżdżasz – mruknął, po czym wsunął papierosa do ust i zaciągnął się głęboko.

Dana zebrała się w sobie i wyprostowała plecy; po raz pierwszy w życiu poczuła się w rodzinnej miejscowości nieswojo i zaczęła się bać.

– Tak, Patrick. Wyjeżdżam rano. Czy nie po to przyszedłeś, żeby życzyć mi powodzenia i się pożegnać?

Jednak tylko udawała pewną siebie i nadrabiała miną. W ciągu kilku ostatnich miesięcy dostrzegła w Patricku zmianę. Słabo sobie radził z ukrywaniem rozczarowania.

Patrick z krzywym uśmieszkiem przechylił się i oparł o pokrytą darnią ścianę ziemianki.

– A więc to tak? Myślisz, że wyjdziesz za jakiegoś ważnego, eleganckiego doktora i wtedy sprzedasz farmę?

Dana zignorowała go, nabrała tchu i uniosła głowę wyżej niż zwykle. W nadziei, że wygląda śmielej, niż się czuje, z determinacją szła dalej. Świadoma każdego kroku, czuła, że jej serce bije coraz szybciej, w ustach zasycha i jeżą się włoski na ramionach. Nie bała się Patricka. On być może uczepił się myśli, że ich ojcowie planowali ich ślub i połączenie obu farm dłużej, niż sięgała pamięcią, lecz jeśli chodzi o Danę, to był ich plan, nie jej. Może uznał za afront jej obojętność na jego niezgrabne zaloty, niemniej oboje znali się od urodzenia i bawili się razem w dzieciństwie. Codziennie ramię w ramię maszerowali do szkoły, zanim musieli się rozejść: on do chłopięcej części szkoły, ona do tej dla dziewcząt. Był jej starym szkolnym kumplem, któremu do dziesiątego roku życia zawiązywała sznurowadła, bo sam nie potrafił się połapać, jak to robić.

Kiedy podeszła bliżej, wyczuła od niego alkohol. Wyglądał na wzburzonego. Oczy miał przekrwione i błędne; wargi wykrzywione w grymasie, jakiego nigdy przedtem u niego nie widziała. To nie był znany jej Patrick. Skóra ścierpła Danie od adrenaliny, a całe ciało pokryło się gęsią skórką.

Kiedy przyspieszyła kroku, by szybko przejść obok, odepchnął się od ściany, wyprostował na całą wysokość i przewiercał dziewczynę spojrzeniem, lecz nic nie mówił. Raz jeszcze go przechytrzyła. Boże, nie mogę się doczekać, żeby już stąd wyjechać, pomyślała, myjąc ręce pod kranem w ustępie i ochlapując twarz chłodną wodą. Ociągała się z wyjściem w nadziei, że może ktoś jeszcze wejdzie tu za nią, a ona będzie mogła wdać się w wesołą pogawędkę i zaczekać, żeby razem wrócić do sali. A może Patrick dokończy papierosa i dołączy do swojego ojca i innych chłopaków w znanym im od dzieciństwa pubie. Do tego czasu na pewno już sobie poszedł. Gdy wyjrzała na zewnątrz, zobaczyła, że jej modły zostały wysłuchane. Droga była wolna, a po Patricku został tylko niedopałek papierosa, żarzący się na żużlowej ścieżce. Dana z westchnieniem ulgi wyszła z ustępu i ruszyła ścieżką z powrotem.

Raptem z cienia wystrzeliła ręka Patricka i chwyciła ją za ramię, by gwałtownie pociągnąć do krytej darnią ziemianki. Wszystko odbyło się tak szybko, że nim zdążyła krzyknąć, wepchnął ją do środka i z łoskotem zatrzasnął za sobą drzwi.

– Co ty wyprawiasz, cholerny idioto? – warknęła i natychmiast pojawiło się poczucie winy, że znaleźli się razem w ciemności, w zamkniętym pomieszczeniu. Jej nozdrza wypełniła woń ciemnobrązowego torfu, poczuła, jak oszlifowane cegły wbijają się jej w plecy, gdy Patrick całym ciężarem przycisnął ją do ściany. Wiedziała, że jeśli ktoś przyłapie ich razem w piwniczce, to ją będą wytykać palcami. To o niej będą szeptać po kątach, nie o nim. Nikt nie uwierzy, że dwoje ludzi znalazło się w ciemnym zamkniętym pomieszczeniu w jakimś zbożnym celu. Jego będą wychwalać jako śmiałka, a ją potępiać jako ladacznicę.

Patrick nie odpowiedział. Miał inne plany. Podciągając jej bluzkę jedną ręką, a spódnicę drugą, przycisnął wilgotne usta do jej warg, aż Danie zebrało się na wymioty. Czegokolwiek nauczył się z Monicą, nie było w tym finezji. Dziewczyna zdołała zasłonić się ramionami i uparcie odpychała napastnika, lecz na próżno. Patrick całe życie przepracował na farmie. Każde z jego ramion miało grubość tułowia noworodka, a Dana czuła jego napięte twarde mięśnie tuż przy swoich. Znalazła się w pułapce. Jak w stanie nieważkości. Mimo że walczyła ze wszystkich sił, aż zabrakło jej tchu i musiała zaczerpnąć powietrza, nie osiągnęła absolutnie nic. Patrick nie przesunął się ani o centymetr. Dana była w matni.

– Myślisz, cholera, że jesteś dla mnie za dobra, co?

Patrick przycisnął jej nogi do ściany swoimi kolanami, więc uda przeszył jej ból od samego ciężaru napastnika. Mówiąc, opryskiwał jej twarz śliną. Odór sprawił, że żołądek podszedł jej do gardła. Jak jej ojciec mógł kiedykolwiek pomyśleć, że z takim oto mężczyzną ma spędzić życie? Instynktownie chciała krzyczeć, lecz gdy spróbowała resztką tchu, wydała tylko słaby, piskliwy jęk. To się nie dzieje naprawdę, przemknęła jej myśl. Za chwilę wróci mu rozum. To się nie dzieje. Niemożliwe. Patrick puścił jeden jej nadgarstek i znowu szarpnął jej bluzkę, sfrustrowany, że dziewczyna ma na sobie halkę przykrywającą stanik. Pociągnął mocno w dół górną część, by odsłonić piersi.

– Wiem, co z tobą zrobię – mówił z twarzą przy jej policzku, jego gorący oddech palił jej skórę. – Nie jestem idiotą. Myślisz, że zamierzam na ciebie czekać?

Zaśmiał się rubasznie i znowu przywarł do niej, aż poczuła, jak twardy niczym stal członek w stanie erekcji wciska się jej w udo.

– Już ja ci teraz pokażę, co stracisz, wyjeżdżając stąd, stara. Myślisz, żeś taka śmiała z tą twoją pieprzoną, cwaną gadką? Nie będziesz taka śmiała, kiedy z tobą, kurwa, skończę.

W tym momencie Dana zdała sobie sprawę, że Patrick, owładnięty żądzą zemsty, posunął się za daleko. Już po niej. Resztką tchu zaczęła szlochać i błagać go, aby ją zostawił.

– Patrick, nie. Puść mnie. Porozmawiamy na zewnątrz. Obiecuję, że jeszcze to przemyślę. Nie wyjadę, skoro tego nie chcesz. Proszę, tylko przestań.

W ogóle nie słuchał. Daną owładnęło przerażenie, gdy wcis­nął jedną rękę pod spódnicę, między jej uda, boleśnie wpijając w ciało swoje wyszczerbione paznokcie. Oczy wypełniły jej łzy bólu, zapragnęła zaprzestać walki, poddać się i umrzeć, żeby Patrick już odszedł, a ból się skończył. Ledwie mogła oddychać pod jego ciężarem, gdy przywarł do niej całą długością nóg, wbijając twardą kość miednicy w jej miękki brzuch. Górował nad nią wzrostem i dwukrotnie większą wagą. Z trudem łapała oddech, gdy wycisnął z niej resztę powietrza. Poczuła zawrót głowy, zaćmiło jej się w oczach.

Patrick przycisnął ją do ściany przedramieniem opartym na jej piersi, a drugą ręką grzebał przy swoim pasku i spodniach. Dana słyszała, jak skórzany pas wysuwa się z rozpinanej sprzączki, która właśnie puściła. Spodnie Patricka opadły do kolan; mężczyzna wyciągnął członek z luźnych szortów, po czym gwałtownie odrzucił ku górze jej spódnicę i rozerwał majtki. Dziewczyna znała konsekwencje tego, co zamierzał uczynić. W tej chwili już wątpiła, czy wyjdzie z ziemianki żywa, nabrała bowiem przekonania, że Patrick ją zabije, kiedy się zaspokoi. A nawet gdyby tego nie zrobił, była pewna, że zajdzie w ciążę, a urodzenie dziecka mężczyzny takiego jak Patrick oznaczałoby dla niej śmierć.

– O Boże, nie – zaczęła płakać. – Co ty wyprawiasz? Puść mnie.

Wydała z siebie jeden długi, piskliwy krzyk zrodzony z przemożnej chęci ujścia z tej męki cało. Przyszłość, o której zawsze marzyła, była na wyciągnięcie ręki, dzieliło ją od niej tylko kilka dni. Nie dbała już o to, że ktoś ją zobaczy. Była już kimś. Była dziewczyną ze wsi, która przecierała szlak innym. Uwalniała się od schematu życia, który przez wiele pokoleń wytyczał los mnóstwa dziewcząt takich jak ona. Patrick znowu zaklął i zacisnął jej usta dłonią.

– Kurwa, zamknij dziób. Przymknij się – syknął, przywierając do niej. Wciskał kolana w jej uda, ona zaś czuła go, obscenicznie obnażonego, twardego, spoconego i nagiego, czuła, jak napiera na nią, toruje sobie drogę w górę jej uda, szuka, chwyta jej nogę, znowu wbija jej w ciało brudne paznokcie. Nie mógł jej odnaleźć.

– Ty pieprzona wiedźmo – syknął, rozsuwając boleśnie kolanem jej nogi, aż pomyślała, że zaraz rozerwie ją na dwoje.

Mocno wgryzła mu się w dłoń, rozdzierając zębami skórę. Cofnął rękę, a wtedy wydała kolejny okrzyk przerażenia, lecz i to go nie powstrzymało. Wiedziała, że jest o włos od brutalnego zbezczeszczenia najintymniejszej, najcenniejszej części jej ciała. Nie miała jak się bronić, nie widziała żadnego sposobu uchronienia się przed gwałtem. Tkwiła w pułapce jego ud ściskających ją niczym imadło i w miarę jak wola walki zaczynała w niej słabnąć, zsuwała się w dół po ścianie. W głowie kołatała jej jedyna myśl, że Patrick za chwilę unicestwi jej marzenia i zniszczy jej życie.

Nagle Patrick gwałtownie oderwał się od niej, a Dana dopiero po chwili zrozumiała, co się dzieje. W ziemiance zrobiło się jasno, a wtedy do dziewczyny dotarło, że drzwi pomieszczenia się otworzyły, a w środku stoi Noel, jej tata. W ułamku sekundy pojął sens ujrzanej sceny.

Zanim Patrick zdążył się zorientować, Noel Brogan szarpnął go za kołnierz i wypchnął z piwnicy. Dana dosłyszała tylko trzask kości, gdy Patrick na zewnątrz runął na ziemię. Rozległ się krzyk, a później szloch Patricka i przekleństwa ojca. Muzyka orkiestry i gwar tańczących rozbrzmiewały teraz głośniej, a Dana załkała z ulgi, wdzięczna losowi choć i za to. Wiedziała, że na Patricka sypie się teraz grad ciosów. To bardzo po irlandzku – najpierw pięści i buty, a dopiero później słowa. Uporządkowała strój i desperacko pragnęła jak najszybciej wyjść z mroku ziemianki na dogasające światło dnia. Kiedy stanęła w drzwiach i oparła się o framugę, by utrzymać się prosto, zobaczyła, jak Patrick gramoli się i umyka żużlową ścieżką, powłócząc skręconą stopą. Nos i usta miał zakrwawione i płakał jak dziecko.

Ojciec Dany podniósł z ziemi czapkę i zajął się otrzepywaniem jej grzbietem ręki z żużlowego pyłu, żeby dać dziewczynie chwilę na wygładzenie odzieży i otarcie oczu chusteczką, która jakimś sposobem zachowała się w kieszeni spódnicy.

 

– Czy to twoja wina? – spytał wreszcie.

– O Boże, Boże! – wykrzyknęła. – Chyba widziałeś, tato, co on mi prawie zrobił?

Noel zignorował pytanie. Mówił głosem zimnym jak lód. Dana nie miała na ojca wpływu takiego jak matka i nie umiała tak dobrze sobie z nim radzić.

– Czy zaprosiłaś go, żeby tam z tobą wszedł?

Noel nie był taki jak ojciec Patricka. Nie traktował brutalnie kobiet, choć mężczyźnie w razie potrzeby potrafił wymierzyć tęgiego kopniaka. Musiał jednak wiedzieć, że ma po temu uzasadniony powód. Faceci z ich wsi rozmawiali przy użyciu pięści i lądowali za to w areszcie, ale nie Noel. Był to jeszcze jeden sposób, w jaki żona trzymała go w ryzach. „Podnieś na mnie rękę, a odejdę”. Bał się tego, bo wiedział, że żona ma dokąd odejść i ma kogoś, kto na nią czeka. Kto nigdy nie przestał czekać.

– Nie, tato, nie zrobiłam tego. Myślisz, że oszalałam? Sądzisz, że chciałabym mieć coś wspólnego z tą odrażającą kreaturą? – Teraz już krzyczała, pokazując kuśtykającego, rejterującego Patricka. – Wciągnął mnie do środka. Powiedział, że mi pokaże, co mnie ominie przez wyjazd do Liverpoolu. Tato, on chciał…

Dana nie potrafiła wymówić na głos słów, którymi mogłaby opisać zamiary Patricka. W domu nie mówiło się o seksie. Dziewczyna widziała, że w ojcu narasta gniew, poznała to po rumieńcu rozlewającym się od szyi po całej twarzy. Był rozdrażniony bardziej, niż gdy go widziała kiedykolwiek przedtem. Wyglądał, jakby miał zaraz eksplodować, a gdy przemówił, w jego głosie dźwięczała stal.

– Dlaczego, na litość boską, nie doczekałem się synów?

Ten ton i chłód w jego słowach przeraziły Danę. Nigdy dotąd nie oglądała ojca w takim stanie. Otarł ręką usta i nałożył czapkę.

– Zajmę się Patrickiem, ale jeśli się dowiem, że mnie okłamałaś, zachęcałaś go lub podpuszczałaś, będziesz miała kłopoty. Zostaniesz tutaj, zamiast jechać do Liverpoolu.

Dana nie wierzyła własnym uszom. Wzbierał w niej gniew na głęboką, krzywdzącą niesprawiedliwość ojca i ledwie zdołała powstrzymać potok słów, wyrywający się z jej gardła niczym fala wymiocin. Chciała krzyczeć i wściekać się na niego, lecz wiedziała, że tym sposobem niczego nie zwojuje. Najwyższym wysiłkiem woli, na jaki mogła się zdobyć, opanowała emocje.

– Czy wiesz, tato, przez co przeszłam? – zapytała. – To mój wieczór, moje przyjęcie, a syn twojego najlepszego przyjaciela właśnie próbował mnie zgwałcić. Chłopak, za którego chciałeś mnie wydać, wepchnął mnie tu i usiłował…

Głos uwiązł jej w gardle, a dolna warga zadrżała. Dławiły ją łzy i istniała groźba, że bez reszty owładnie nią rozpacz. Mimo to wpatrywała się w ojca wyzywającym wzrokiem.

– No tak, jutro porozmawiam z Patrickiem. Ale, jak mówiłem, jeśli się dowiem, że mnie okłamujesz…

– Jak zamierzasz się tego dowiedzieć, tato? Dasz wiarę jego słowu zamiast mojemu? Proszę, spójrz! – Podciągnęła spódnicę, odsłoniła szramy po brudnych paznokciach Patricka i strużki krwi ściekającej po udach. – Myślisz, że prosiłam się o to? – Teraz rozpłakała się na dobre.

Ojciec cofnął się, poruszony, nienawykły do kwestionowania jego słów. Ponownie obrzucił ją spojrzeniem, a Dana widziała, że się wzdrygnął na widok jej ud. Na moment zapadła cisza.

– Nie, uwierzę twojemu słowu, Dano. Okryj się. Muszę uwierzyć, bo związany z tobą skandal w mieście złamałby mamie serce. Jesteś jej pupilką, a ja nie chcę jej unieszczęśliwić. Niech to jednak będzie dla ciebie nauczka. Nie możesz zwodzić kogoś tak jak Patricka przez te wszystkie lata i spodziewać się, że ujdzie ci płazem, kiedy go zawiedziesz. To, co się stało dziś wieczorem, stało się z twojej winy. A teraz weź się w garść i wracaj do środka jak gdyby nigdy nic. Dopilnuję, żeby Patricka zabrano do domu.

Dana chwytała powietrze urywanymi haustami. Chciała pobiec za ojcem, wskoczyć mu na plecy i okładać pięściami. Wykrzyczeć mu krzywdzącą niesprawiedliwość jego słów. Sprawić, żeby cierpiał za to, jak potraktował ją Patrick. Patrzyła za nim, gdy oddalał się ścieżką. Wiedziała, że ojciec przyjmie jej słowa za prawdę nie dlatego, że mówiła szczerze, że w nią wierzy, nie dlatego, że widział jej zakrwawione uda lub wzruszyły go jej łzy, ale ze względu na matkę. W pierwszym odruchu chciał ochronić matkę, a nie ją, bo Dana nie była synem, który przejąłby gospodarstwo. Nigdy jej tego nie wybaczył. Zbierała siły, by wrócić na salę. Drżała jak osika i pragnęła tylko pociechy matki, która kochała ją dwa razy mocniej, żeby zrekompensować jej obojętność ojca. Chciała znaleźć się w swoim pokoju, we własnym łóżku. Jej wieczór został zrujnowany, a ona nigdy tego nie zapomni.

W głębi serca Dana wiedziała, że nigdy nie wybaczy ojcu, ponieważ w nią zwątpił. Myślał, iż zwodziła Patricka. Że kwestionował jej zasady moralne i prawość. Dużo czasu miało upłynąć, zanim córka Noela Brogana w ogóle się do niego odezwała.

Dzień wyjazdu z domu był zarazem najlepszym i najgorszym dniem w życiu Dany.

– Postaraj się, żebyśmy byli z ciebie dumni – rzekła matka, gdy pan Joyce czekał już przed bramą w furgonetce, gotów zawieźć ją na stację. Bowiem jego pojazd najbardziej przypominał taksówkę i obsługiwał wsie w promieniu wielu kilometrów.

– Dobrze, mamo. Postaram się z całych sił – odpowiedziała Dana. Jej babka, powłócząc nogami, wyszła na podwórze i wcis­nęła dziewczynie do ręki dziesięcioszylingowy banknot. Ojciec został w domu; siedział zwrócony plecami w stronę kominka i palił fajkę, ignorowany przez domowników. Dana nie zwierzyła się matce z wydarzeń z poprzedniego wieczoru. Wiedziała, że to rozpętałoby piekło, a zależało jej, żeby nic nie opóźniło wyjazdu. Pewnego dnia wszystko jej opowie, ale nie teraz.

Nagle usłyszała, że ktoś woła jej imię, i gdy spojrzała na drogę, zobaczyła grupkę przyjaciół, ich matek i rodzeństwa – przybiegli, żeby ją uściskać, zanim odjedzie. Dana rozpromieniła się i pomachała im ręką. Pan Joyce wziął od niej torbę. Serce dziewczyny wezbrało radością. Przyjaciele podnieśli wokół niej wrzawę, trajkocząc i obejmując ją, a inni umieszczali w bagażniku furgonetki ostatnie sztuki bagażu Dany pod okiem roniącej łzy matki.

– No dalej, wsiadaj do furgonetki i w drogę – rzekł jeden z przyjaciół. – Zanim twoja mama wypłacze sobie oczy.

Dwie minuty później dziewczyna wyglądała przez tylne okno wozu na grupę machających do niej ludzi, których znała przez całe życie. Wiedziała, że za pięć minut wszyscy znajdą się w kuchni ich farmy, popijając herbatę, a ojcu każą rozejrzeć się za czymś mocniejszym, co można by do niej dolać, wszak to dzień wyjazdu Dany do Liverpoolu. Kiedy furgonetka jechała drogą wzdłuż ich ostatniego pola, zobaczyła krowy porykujące niecierpliwie i popatrujące w stronę wiodącej na pastwisko furtki; czekały na dojenie odbywające się dwa razy dziennie. Dana robiła to każdego dnia i teraz przyszło jej do głowy, że dotychczas jej życie obracało się wokół tej rutynowej czynności, obecnie zaś, od tej chwili, będzie inaczej. Sztywne ramy jej życia rozmywały się z każdym kilometrem, a w ich miejsce nie pojawiało się nic, wedle czego mogłaby odliczać godziny. Zatęskniła za krowami i stabilnością, jaką uosabiały, choć jeszcze nawet nie opuściła wioski.

Nie było ani śladu Patricka, jego biednej, maltretowanej matki i chciwego ojca. Dana pomyślała, że po odjeździe furgonetki mogli się pokazać, wiedząc, że w kuchni Broganów może im się trafić darmowy łyk czegoś mocniejszego. Wiedziała, że wystarczy godzina, a któreś z nich wpadnie, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście wyjechała.

– To naprawdę świetnie, że wyruszasz do St Angelus – skomentował pan Joyce, gdy farma znikała w oddali. Przedtem na jej cześć wyczyścił furgonetkę i matka Dany wyglądała na zadowoloną, gdy zajechał przed dom.

– Twój wyjazd będzie szykowny, Dana. Podoba mi się to.

Co prawda podłogę wozu pana Joyce’a zaściełały worki po ziemniakach i liście kapusty, ale i tak pachniało w nim lepiej niż w ojcowskiej furgonetce, którą jeszcze poprzedniego dnia zawiózł świnie na targ w Castlebar i której jeszcze nie zdążył umyć.

Pan Joyce codziennie jej powtarzał, zwykle już pięć minut po tym, jak zjawiała się w sklepie, że znakomicie się spisała, dostając się do St Angelus. Dana z wdzięcznością przyjmowała jego pochwały. Od innych nie słyszała ich za wiele. Jeszcze kilka dni temu dawano jej odczuć, że sukces i naukę w St Angelus uważa się nieomal za zbrodnię.

Droga była wyboista; sto lat wcześniej wybudowali ją głodujący ludzie, przekopywali się przez wzgórza, pracując za garść zboża, a od tamtego czasu nie poświęcano jej uwagi. Stara skórzana torebka matki, podarowana Danie na podróż do Liver­poolu, teraz spoczywała na jej kolanach, a ważyła sporo. Wypchana przygotowanym przez matkę prowiantem, wciskała się w wełnianą spódnicę, drażniąc i ocierając świeże zadrapania na udach.

Poczuła ulgę, gdy pan Joyce mocniej nacisnął pedał gazu i farma skurczyła się do rozmiarów znikającej w oddali kropki. W tej samej chwili piekące łzy napłynęły jej do oczu. Wieś, którą znała przez całe życie i gdzie czuła się bezpieczna, nagle zrobiła się o wiele za mała i groźna. Została splamiona. Całe życie wypełnione poczuciem bezpieczeństwa i nadziei zostało w ciągu paru sekund unicestwione przez jednego człowieka. W kawiarni w Galway Dana złożyła matce obietnicę, że będzie przyjeżdżać do domu tak często, jak tylko zdoła. Ale czy teraz się odważy, skoro w sąsiednim domu mieszka potwór, a w jej rodzinnym – ojciec, którego przestała kochać?

Nie mogła się doczekać Liverpoolu. Nieznane miasto nagle wydało się jej bezpieczniejszą i dogodniejszą alternatywą niż życie obok Patricka O’Dowda. Patricka, który wyrósł na niebezpiecznego i brutalnego mężczyznę, upatrzył ją sobie i nie spocznie, dopóki jej nie dostanie.

Rozdział czwarty

Biddy Kennedy wyjęła świeżo upieczoną szarlotkę z piekarnika i podeszła do zlewu, szurając po betonowej posadzce rozciągniętymi kapciami, wytartymi z tyłu i dziurawymi na palcach, po czym postawiła emaliowaną tacę przy oknie, by ostudzić ciasto. Nie musiała uchylać okna, bo przeciąg pogwizdujący przez szpary z powodzeniem mógł uporać się z zadaniem. Był czwarty stycznia, a gdy Biddy wzięła głęboki oddech, wyczuła zmianę w wietrze wiejącym od brzegu Mersey. Lał deszcz, jak przez większość dnia, a bezksiężycowe zimowe niebo było czarne i złowrogie.

– Spadnie śnieg – poinformowała kota, który wskoczył na drewnianą suszarkę do naczyń i z mruczeniem ocierał się o jej rękę. – Złaź stamtąd, złodziejaszku.

Podniosła zwierzaka i postawiła na podłodze, po czym poczłapała przez kuchnię i zamknęła drzwiczki piekarnika.

Następnie otworzyła je i znowu zamknęła. Pstryknięcie zatrzasku przywołało na jej usta uśmiech zadowolenia. Jej piec został uszkodzony w czasie wojny i miesiąc temu Biddy ostatecznie postanowiła dać za wygraną i skapitulować przed nowym światem – w jej domu pojawiła się bowiem kuchenka New World. Pieczenie szarlotki stało się przyjemnością, gdy nie trzeba było blokować zamkniętych drzwi pieca rękojeścią mopa. Biddy zakochała się w nowym piekarniku, choć nigdy by się z tym nie zdradziła, gdyby ktokolwiek zapytał. Nie lubiła zmian, znosiła pęknięty piec przez niemal dziesięć lat i, prawdę mówiąc, tęskniła za ciepłem wypełniającym dom, gdy się w nim rozpaliło. Jednak jako jedyna gospodyni w sąsiedztwie miała teraz nową kuchenkę, a jej nostalgiczne rozmyślania o dawnym gorącym piecu zastąpiło poczucie dumy, gdy wszystkie sąsiadki wpadały do niej jedna po drugiej, aby podziwiać jej sprzęt marki New World.

Biddy cieszyła się powszechnym zainteresowaniem, dopóki nie otworzyła puszki z herbatą i nie odkryła, że w dwa dni zużyła ćwierćfuntowe opakowanie liptona.

„Przynieś własną herbatę!”, oznajmiała wszystkim, który wpraszali się do niej, żeby rzucić okiem na nowy piekarnik, kiedy pod koniec dnia wlokła się pod górę z pracy do domu. Duma i urok nowości świeżo zakupionej kuchenki ustąpiły miejsca poczuciu krzywdy, musiała bowiem trzy razy międlić te same herbaciane liście.

Biddy rozsiadła się wygodnie, wyjęła z kieszeni fartucha papierosy, przysunęła bliżej pełną już w połowie popielniczkę, zapaliła i czekała na wizytę pary jej najlepszych przyjaciół, Elsie i Dessiego.

Biddy mieszkała w domku w zabudowie szeregowej przy drodze wiodącej do portu, a pracowała jako ochmistrzyni w szkole pielęgniarek przy szpitalu St Angelus. Uwielbiała swoją pracę, ale była zmęczona i wiedziała o tym. Zmęczona monotonną codzienną harówką. Zmęczona samotnością i brakiem kogoś, przed kim mogłaby się wyżalić na swoją dolę. Czasami się zastanawiała, czy życie kiedykolwiek zrobi jej jeszcze niespodziankę. Jakieś niezaplanowane, niespodziewane lub nieopłacone przez nią wydarzenie. Miała wrażenie, że jej przyszłość to równia pochyła. Siwiały jej włosy, pobolewały żylaki, a co najgorsze, doskwierało nietrzymanie moczu.

 

– Jak się człowiek zestarzeje, to koniec – oznajmiła kotu, zaciągnąwszy się papierosem. – Cholerny koniec.

Elsie O’Brien mieszkała w sąsiednim szeregu domków i też pracowała w St Angelus. Była gospodynią w prywatnym mieszkaniu przełożonej pielęgniarek na pierwszym piętrze, dbała również o pokoje w kwaterach, które zajmowały cztery najstarsze pielęgniarki, w tym siostra Antrobus z oddziału drugiego. Część pozostałych pokoi w korytarzu przekształcono w biura, jako że St Angelus się rozrastał, gdyż musiał radzić sobie z powojennymi potrzebami mieszkańców Liverpoolu.

Biddy i Elsie zaliczały się do elity służb pomocniczych szpitala St Angelus. Do zespołu A. Nie dla nich była harówka szorowania mopami kolejnych kilometrów szpitalnych korytarzy. Obie wydrążyły tam własne nisze i zagarnęły najlepsze zadania służby, a w rezultacie Elsie zdołała załatwić Marcie posadę służącej w pokoju konsultantów. Czystość w St Angelus utrzymywała armia wojennych wdów, a w hierarchii dziobania Biddy i Elsie zajmowały najwyższe pozycje. Natomiast Dessie, wdowiec, który po demobilizacji w czterdziestym szóstym wrócił do domu obwieszony medalami i objął posadę głównego sanitariusza w St Angelus, mieszkał w narożnym domu na końcu ulicy. Domu, który stał pusty od dnia śmierci jego żony aż do jego powrotu.

W każdą niedzielę o siódmej wieczorem on i Elsie przychodzili do kuchni Biddy, żeby plotkować o całym tygodniu, jeść, popijać, rozmawiać o wojnie i słuchać, jak w radiu śpiewają Stargazers. Biddy i Elsie matkowały Dessiemu z uprzejmości. Była to uprzejmość, która przez lata doskonale im obu służyła.

„To nie w porządku, on, bohater wojenny, wrócił do domu i dowiedział się, że żona zginęła, kiedy go nie było”, mawiała Biddy. Przynajmniej wtedy, gdy była w dobrym nastroju. W wolne dni wypowiadała do Elsie bardziej uszczypliwe uwagi. „Szkoda, że żona Dessiego była w porcie, kiedy trafili w statek. Ale trzeba by zapytać, prawda…”, tu robiła pauzę dla większego efektu i wydmuchiwała długi kłąb błękitnego dymu, „co też ona przede wszystkim tam robiła, nie?”. Komentarz zawsze był kwitowany pytającym uniesieniem brwi.

„A może mu powiedzieć?”, raz zapytała Elsie nad filiżanką herbaty. Z ust Biddy padła szybka i jednoznaczna odpowiedź: „Jeśli Dessie do samej śmierci ma się o czymś nie dowiedzieć, to o tym, że gdy on walczył z nazistami, jego żona kręciła z kimś na boku, a jeśli ktoś postanowi mu to uświadomić, dopilnuj, by wszyscy w piwiarni wiedzieli, że będzie miał ze mną do czynienia”. Noga Biddy nigdy nie postała w pubie, którego jej mąż prawie nie opuszczał. Jedynym źródłem napięć między Biddy a Elsie były piątkowe i sobotnie wieczorne wizyty tej drugiej w barze.

– Mam guinnessa – oznajmiła Elsie, stając w tylnych drzwiach, które pod naporem wiatru otworzyły się tak gwałtownie, że niemal wleciały razem z wątłą framugą do kuchni. – Jezu, tak wieje, że prawie zdmuchnęło mi lokówki z głowy. Nie musiałam wchodzić do pubu. Otworzyli boczne drzwi i wstawili w nich okienko, przez które sprzedają piwo do własnych naczyń i na wynos. Bardzo pomysłowe. Dzieciaki mogą robić zakupy dla rodziców, nie narażając się, że oberwą od kogoś w barze.

Wyjęła z wiklinowego koszyka sześć butelek guinnessa i ustawiła je na kuchennym stole.

– Leje jak z cebra – ciągnęła, otrząsając płaszcz z wody, i poklepała dłonią lokówki, by się upewnić, że jeszcze tkwią na miejscu. – Ale twojemu kotu to nie przeszkadza. Wiedziałaś, że wlazł na ociekacz, żeby poczęstować się ciastem?

Biddy z wrzaskiem skoczyła do tacy z szarlotką i złapała za szczotkę, żeby wypędzić kota przez tylne drzwi.

– Pieprzony kocur – mruknęła, tuląc do siebie ciasto opiekuńczym gestem, po czym odstawiła je na kuchenny stół obok guinnessa. – Twoja Martha przyjdzie później? – spytała, wyjmując z szafki trzy szklanki.

– Nie, dziś wieczorem nie przyjdzie. Zostawiłam ją w domu z Josie Jackson, mają sobie zakręcić włosy na papiloty. I polakierować paznokcie. Myśli, że nie wiem, ale Jake Berry wpadł jej w oko. Oboje spotykali się przez trzy niedzielne popołudnia z rzędu. A dzisiaj wróciła cała w skowronkach. Ale nie chce mi nic mówić. Z naszej Marthy nic nie wyciągniesz. Mówiłam jej, że w szpiegowaniu byłaby lepsza niż Mata Hari. Kiedy zamknęłam za sobą tylne drzwi, obie chichotały tam jak szalone. Tylko z tą Josie jest taki kłopot, że ma gębę jak megafon, więc zanim odeszłam, dosłyszałam, jak wrzeszczy: „Jeszcze cię nie pocałował?”, a wtedy Martha kazała jej się zamknąć, i to takim tonem, że słychać ją było aż w porcie.

– Cóż, nie da się ukryć, Elsie. Ona ma już dziewiętnaście lat, a Jake dwadzieścia, to już prawie mężczyzna. Zaraz wkroczy w dorosły wiek.

Biddy zdjęła otwieracz z kawałka sznurka wiszącego na wbitym w drewniany ociekacz gwoździu i z sykiem zaczęła zrywać kapsle z butelek guinnessa.

– Och, wiem. My z Charliem pobraliśmy się, kiedy miałam ledwie szesnaście lat, a nasz synek Charlie urodził się dziewięć miesięcy później, tydzień przed moją siedemnastką. Był owocem naszego miesiąca miodowego. Ale po co ja ci to mówię? Przecież sama go odebrałaś, nie? Pamiętasz, Biddy, jaki był duży i jak wcale nie płakał, ani trochę? Zawsze był dobrym dzieckiem, prawda? Jedyny raz, kiedy widziałam w życiu, jak mój duży Charlie płacze, to wtedy, gdy podałaś mu naszego małego Charliego. Mały tylko się gapił na tatusia wielkimi oczami. Można by pomyśleć, że był już tu przedtem; te oczy mówiły, że wszystko wiedzą, Biddy. Myślę sobie, że dlatego nie płakał, gdy się urodził, bo wiedział, co go czeka.

Biddy gwałtownym ruchem obróciła głowę, żeby spojrzeć na Elsie. Wiedziała, co będzie dalej. Długa chwila ciszy, głośne pociągnięcie nosem, a potem Elsie się rozpłacze i wyjmie chusteczkę z rękawa swetra. Jej mały Charlie poległ w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym roku, dwa dni przed ojcem, dużym Charliem. Służyli w tym samym pułku. Jedyne, co podtrzymywało Elsie na duchu, to świadomość, że mały Charlie odszedł pierwszy i nie został bez ojca. Minęło dziewięć lat, ale wciąż wystarczyło tylko wspomnieć ich imiona, żeby Elsie zaczynała płakać. Biddy nie miała jej tego za złe. Rzeczywiście odebrała poród małego Charliego i była świadkiem najszczęśliwszych chwil w życiu Elsie. Dobrze radziła sobie z odbieraniem porodów, więc wzywano ją w środku nocy do wielu domów w okolicy, do których często docierała wcześniej niż położna. Teraz położyła dłoń na ramieniu Elsie, jak to zawsze robiła w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Biddy znała ten rytuał.

Odczekała trzy minuty, aż fala łez opadnie.

– Proszę, Elsie, napij się – odezwała się cicho. – To zawsze pomaga.

Znała dużego Charliego i znakomicie rozumiała, że Elsie ma za kim tęsknić.

Rodziny Kennedych i O’Brienów sprowadziły się do tej dzielnicy w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku. Te ulice leżały najdalej od portu i najbliżej szpitala. Większość mieszkańców pracowała w St Angelus. Dessie był najlepszym przyjacielem dużego Charliego i to ta przyjaźń pomogła Elsie i Biddy objąć najdogodniejsze i najpewniejsze posady w szpitalnej służbie. Dessie cieszył się szacunkiem jako bohater wojenny. Lubiła go przełożona pielęgniarek, co samo w sobie było cudem, a przy tym miał wpływy. Jego wpływy i mieszcząca się w jego głowie skarbnica plotek były warte podejmowania go raz w tygodniu domową szarlotką.