Anioły z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi

Wieś na peryferiach Belmullet w hrabstwie Mayo, Irlandia, wcześniej, latem 1951 roku

Dana, zbudź się wreszcie, śpiochu, zejdź na dół i porozmawiaj z tatą. Spójrz, dostałaś list. Jeśli tata zaraz nie wyjdzie, spóźni się do pracy.

Dana wściekle zamrugała powiekami. Jej matka rozsunęła kotary w sypialni i do środka wdarło się jaskrawe światło słońca, które przegnało wilgotny mrok deszczowego dnia wczorajszego, a także wielu innych dni na tym wietrznym wybrzeżu Atlantyku w leżącym na zachodzie wyspy hrabstwie Mayo.

– Która godzina? – spytała, wysuwając stopy z łóżka na leżący przy nim mały dywanik, pozwalający uniknąć chłodnego dotyku linoleum. W głębi brzucha odczuła pełzające obawy przemieszane z ekscytacją.

Był już tutaj. List z odpowiedzią, czy została lub nie została przyjęta na kurs pielęgniarstwa w liverpoolskim szpitalu St Angelus. Jeśli ją przyjęto, ziściły się jej marzenia, a modlitwy zostały wysłuchane. Jeśli nie, musiałaby przyjąć proponowane jej miejsce w szpitalu w Dublinie, a tego zdecydowanie wolała uniknąć. Tata wyraźnie dał jej do zrozumienia, że gdyby szkoliła się na pielęgniarkę w Dublinie, oczekiwałby od niej przyjazdów do hrabstwa Mayo w dni wolne i święta, żeby pomagała mamie w pracy na farmie. Dana kochała rodziców, ale bycie jedynaczką miało sporo wad.

– Już pół do ósmej; mogłabyś wreszcie rzucić okiem na ten list, szedł tu dwa tygodnie. Skandal. – Matka Dany pomachała brązową kopertą, jakby z furią wachlowała twarz. – Wojna dawno się skończyła, a oni nadal winią Niemców za opieszałość poczty, nasz osioł prędzej dostarczałby pocztę, i to ze spętanymi nogami. No, pospiesz się, bo chcę zdążyć na mszę o ósmej, a tata jedzie furgonetką do miasta.

Wygłosiwszy swoje, matka wypadła z pokoju i pognała schodami na dół.

– Noel, słuchaj, jeszcze nie wyjeżdżaj! – krzyczała. – Musisz zaczekać, aż Dana zejdzie i otworzy list. Chodźcie mi tu oboje do stołu!

Dana narzuciła na siebie szlafrok, wyglądając przez okno na bezkresne kilometry osnutego mgłą torfowiska.

– Ani trochę nie będę za tobą tęsknić – oznajmiła podmokłej pofałdowanej przestrzeni. – Pragnę żyć własnym życiem, o tak, i nie chcę wyjść za tego cholernego Patricka O’Dowda.

Jak na zawołanie usłyszała szczęknięcie furtki wiodącej na podwórze i, przycisnąwszy twarz do okna, żeby dojrzeć przybysza, zobaczyła kroczącego przez obejście Patricka. Jak gdyby wyczuł ją przez szybę, podniósł wzrok i uniósł dłoń w geście powitania. Dana obojętnie skinęła mu w odpowiedzi.

Patrick zniknął z pola widzenia pod oknem, gdy wszedł do domu tylnym wejściem. „Cholerna, wścibska pani Brock”, wymamrotała Dana przekleństwo pod adresem poczmistrzyni, po czym zrzuciła szlafrok i wskoczyła w spodnie. Na pewno mu powiedziała, że dostałam list, pomyślała, a on uświadomił sobie, co to oznacza. Bo i skąd niby taka nagła wizyta?

Choć gotowała się ze złości, postanowiła tego nie okazywać. Wciągnęła przez głowę sweter i ruszyła po schodach na dół do kuchni, gdzie – jak wiedziała – czeka już na nią rodzinny komitet. Babcia dowiedziała się o liście jeszcze przed nią. Macki pani Brock sięgały daleko, aż do Sligo.

Dana postanowiła bardzo starannie rozegrać następne dwadzieścia minut. Wiedziała, że szczęście jej sprzyja, jako że matka za nic w świecie nie opuściłaby mszy, a ojciec musiał pojechać do miasta po nawóz sztuczny z nowej dostawy, zanim zostanie wyprzedany. Wczoraj wieczorem przy kolacji tylko o tym mówił. Cały plan dziewczyny opierał się na tym, żeby bez­ustannie wyprzedzać ojca o krok. Przewidywać jego argumenty i mieć gotowe odpowiedzi, których on nie zdoła podważyć. To wszystko było takie łatwe. Ojciec był prostym człowiekiem, kierowanym i motywowanym przez religię, zasady moralne i ścisłe reguły odziedziczone po babce Dany, siedzącej teraz w fotelu przy kominku. Co się tyczy Patricka, był on synem najlepszego przyjaciela ojca, gospodarzącego na sąsiedniej farmie. Dziewczyna znała go tak dobrze jak własnego brata, on zaś spędzał u nich tyle czasu, że równie dobrze mogła go tak traktować.

Kiedy Dana weszła przez kuchenne drzwi, cała rodzina stała wokół stołu i czekała na nią. Matka z uśmiechem, ojciec z marsem na czole, babka ze skrzywioną miną, a Patrick wyglądający tak, jak gdyby cały jego świat miał się za chwilę zawalić.

– Muszę do łazienki – odezwała się z uśmiechem po wejściu do pomieszczenia. – Boże drogi, spójrzcie na siebie, wyglądacie jak pluton egzekucyjny. Dajcie mi choć minutę.

Wybiegła, krzywiąc twarz w uśmiechu. Pięć minut z głowy. Gdy wróci, pozostanie jej do rozegrania tylko piętnaście.

– Nie jestem pewien, czy słusznie postąpiliście, pozwalając jej złożyć podanie do Liverpoolu – powiedział Patrick do ojca Dany, miętosząc w ręku czapkę.

– Nie martw się, Patrick – odparł Noel. – Nigdy się tam nie dostanie. Która dziewczyna ze szkoły w Belmullet kiedykolwiek trafiła do St Angelus w Liverpoolu? To wszystko mrzonki. Z rzadka biorą jakąś dziewczynę z klasztoru Notre Dame w Galway, choć Bóg raczy wiedzieć po co. Wiesz, co mówią o tej szkole: „Święta Dama prędko mama”, bo tyle ich zachodzi w ciążę, kiedy tylko przyjadą do Liverpoolu.

Patrick wyszczerzył zęby w chytrym uśmieszku. Znał pana Brogana przez całe życie i żywił dla niego taki sam szacunek jak do własnego ojca.

– Słuchaj, musiałem się zgodzić – ciągnął Noel. – Muszę tu trzymać ster pewną ręką jako jedyny mężczyzna w domu. Mama Dany miewa diabła za skórą i gdybym nie rządził w stanowczy i sprytny sposób, we dwie szybko owinęłyby mnie sobie wokół palca. Od czasu do czasu muszę ustąpić, żeby żyć w spokoju. Uspokój się, wszystko będzie dobrze. Ona się tam nie dostanie nawet za sto tysięcy lat.

Podniósł ze stołu kubek z herbatą i pił duszkiem, żeby nie musieć się już odzywać. Diabli by wzięli tę panią Brock. Musiała szepnąć słówko o nadejściu listu Patrickowi, zanim on sam zdążył odebrać pocztę. Nie był bowiem tak pewien swego, jak twierdził. Jego Dana zawsze była bystrą dziewczyną.

„To żadna niespodzianka”, powiedział do żony, kiedy Dana zdobyła w szkole nagrodę za osiągnięcia w matematyce. „Kiedy sam byłem w szkole, wszyscy Broganowie wygrywali nagrody”.

Pani Brogan wiedziała, że to jawne kłamstwo, ale milczała. Szybko się nauczyła, że jeśli u Broganów ma panować spokój, kiedy mąż jest w domu, nie wolno mu się sprzeciwiać.

Noel popijał herbatę i wodził oczami po kuchni, pragnąc, żeby ktoś inny zabawiał Patricka rozmową. Gdyby Danę jakimś cudem jednak przyjęli do St Angelus, nie miał ochoty konfrontować się z Patrickiem. Głównym zadaniem tego ranka był odbiór nawozu i paszy. Farma Noela należała do najbardziej produktywnych w zachodniej części Irlandii nie dlatego, że gospodarz lubił spoczywać na laurach, toteż nie zamierzał marnotrawić czasu na beznadziejnie zakochanych młodzików.

„Wolałbym, żeby Patrick pozostawił wszystko w rękach moich i swojego taty”, powiedział matce Dany poprzedniego wieczoru, solidnie uraczywszy się guinnessem. „Ona wyjdzie za niego, bo jej, do cholery, powiem, z kim ma wziąć cholerny ślub. Pielęgniarka czy nie, zrobi to, co jest najlepsze dla rodziny i dla farmy”. Po czym opadł, jak to miał w zwyczaju, na blat kuchennego stołu.

Patrick bez słowa podniósł do ust kubek z herbatą. On też miał plany. Nie spuszczał z oczu farmy Broganów. Wiedział, że Noel Brogan, nie mając synów, a tylko córkę, potrzebuje Dany, żeby korzystnie wydać ją za mąż. Patrick zaś był najstarszym synem właściciela sąsiedniej farmy, zatem połączenie obu posiad­łości stanowiłoby idealne posunięcie. Pragnął ożenić się z Daną, odkąd pamiętał, a obaj ojcowie wyrazili na to zgodę.

„Na pewno, bo i dlaczego nie?”, odparł pan O’Dowd, kiedy Patrick w zeszłym roku spytał go, czy jest pewien, że Dana przyjmie jego oświadczyny, bo jakoś nie sprawiała wrażenia zakochanej. Za każdym razem, kiedy próbował ją pocałować, dawała mu odprawę. Wciąż doskwierało mu wspomnienie jednej z jej ostrzejszych odmów.

„Widziałeś kiedyś w życiu szczoteczkę do zębów, Patrick? Masz zęby aż zielone od kamienia, budzą we mnie odrazę”, odpaliła, gdy podczas żniw próbował przyprzeć ją do ściany stodoły.

Powiedziała tak, a potem walnęła go w szczękę. Wtedy był jeszcze chłopcem. Teraz zmężniał, zarówno pod względem postury, jak i zachowania. Nie był już młokosem, dorósł w domu, gdzie przemoc stanowiła powszechne zjawisko, i nauczył się od ojca sposobów radzenia sobie z kobietami.

„Jeśli Dana pali się do tego, to w zabawny sposób to okazuje”, odpowiedział wtedy ojcu. „Jeszcze nie miałem okazji, żeby pomacać jej cycuszki. Odpycha mnie”.

Nie spodziewał się potężnego ciosu, który spadł na jego ucho i policzek i powalił go na ziemię, a on poczuł, że ma usta pełne błota. Pan O’Dowd, żyjąc przez całe życie zazdrością o żyzną ziemię Noela, latami snuł plany, że pewnego dnia wpadnie ona w ręce jego rodziny.

„Nie waż się jej tknąć, zanim nie będziesz pewien, że zdołasz się pohamować!”, ryknął do syna. „Szukaj przyjemności gdzie indziej we wsi i nie kalaj naszego progu. Noel Brogan to mój przyjaciel i nic lepszego cię nie czeka jak ożenek z jego córką i przejęcie tamtej farmy. Możesz posiąść jego córkę w noc poślubną, ale nie wcześniej. Rozumiesz?”.

Patrick leżał na wznak i potężnie dzwoniło mu w uchu, widział też wystrzępione sznurowadła ojcowskiego buciora niebezpiecznie blisko swojego już opuchniętego oka. Był pewien, że jeśli wypowie choć jedno niewłaściwe słowo, ten bucior wyląduje na jego twarzy.

„Tak, tato”, wybełkotał przez krwawiący nos.

„Spróbuj z tamtą Monicą z baru na tyłach rzeźni Murphy’ego. Ona się tobą zajmie i umili ci czas oczekiwania. Dana to dobra partia; nie schrzań sprawy. Tamta farma to kopalnia złota. Nigdzie w naszych stronach nie trafi ci się lepsza okazja ani ziemia, co tak rodzi”.

 

Patrick robił to, co mu kazano. Doskonalił swoje umiejętności z Monicą, a teraz był gotów na własny ruch. Osłodzi rozczarowanie Dany, gdy w St Angelus odrzucą jej podanie. Tak nakazała mu matka, kiedy pani Brock zdradziła mu nowinę, a Patrick wyszedł z szopy, gdzie doił krowy, ruszył przez podwórze i wzdłuż uliczki wiodącej na farmę Broganów.

„Jezu, wszyscy wiedzą, że nigdy się tam nie dostanie. Bóg jeden wie, po co masz odgrywać to przedstawienie. To nie w porządku, że każe ci czekać, o nie”, powiedziała matka, gdy wychodził. Słowa ze świstem dobywały się spomiędzy jej dziąseł, bo zęby dawno temu straciła pod pięściami, którymi mąż posługiwał się zręcznie, choć najczęściej w stanie upojenia. „Rozegraj to sprytnie, Patrick. Bądź miły i taktowny, kiedy otrzyma wiadomość. Łatwiej przyjmie twoje oświadczyny, jeśli będzie wiedzieć, że miły i wyrozumiały z ciebie chłopak”. „Przecież on wcale nie musi udawać. To najprzystojniejszy młodzieniec w naszych stronach”, mruknęła do siebie, dojąc krowę jedną ręką, a drugą rozcierając żółknący już siniak na udzie.

Kiedy Dana wróciła do kuchni, matka z uśmiechem podała jej drżącą ręką list. Gdyby kobieta mogła słyszeć pożegnalne słowa matki Patricka, własnoręcznie obiłaby ją po twarzy. Dana wyjęła list z jej dłoni, a ona wyciągnęła z kieszeni różaniec i zaczęła się modlić. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłaby dla córki, była powtórka jej własnego życia, a gdyby miała wymienić mężczyznę, którego nie chciałaby za męża dla córki, to byłby nim Patrick O’Dowd.

„Chcę, żebyś robiła to, o czym ja mogłam tylko marzyć”, powiedziała kiedyś córce. „Chcę, żebyś zobaczyła miejsca takie jak na zdjęciach w czasopiśmie, które czasem dostają na poczcie. Dalej, wyrwij się z tej Irlandii. Nie bądź mną ze spierzchniętymi rękami, żylakami i hemoroidami na dokładkę, i z histerektomią jako jedyną rzeczą, na którą można czekać. Jezu, dzisiaj, w tych czasach, w życiu musi chodzić o coś więcej”.

Dana zauważyła, że gdy matka przesuwała w modlitwie paciorki różańca, ojciec wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Noel w swoim domu nie rządził tak samo niepodzielnie jak ojciec Patricka u siebie. Matka Dany na długo przed ślubem zagroziła, że go opuści, jeśli kiedykolwiek podniesie na nią rękę, jemu zaś wystarczyło sprytu, by odgadnąć, iż mówiła poważnie. Dana wiedziała, że matka modli się o pomyślną wiadomość, a ojciec i Patrick w duchu błagają o złą. Czyje modlitwy przeważą?

– Otwórz wreszcie ten list, na litość boską – wymamrotała skrzywiona babka ustami wypchanymi plackiem ziemniaczanym z mlekiem.

Dana, grając na zwłokę, podniosła nóż leżący na obrusie w niebieską kratę. Powoli wytarła ściereczką do czysta ostrze umazane masłem.

– Mamo – odezwała się. – Czy jest herbata w czajniku? Zaschło mi w gardle.

– O Chryste Panie! – krzyknęła matka, kreśląc równocześnie znak krzyża, jako że dopuściła się grzechu bluźnierstwa. Jej ręka, gdy nalewała herbatę, lekko drżała, a Dana uznała, że nie może dręczyć jej dłużej. Rozcięła nożem kopertę i wyciągnęła list.

– Myślę, że skoro to długi list, to wieść jest pomyślna, nie? – powiedziała matka, zniżywszy głos niemal do szeptu.

Dana pomyślała to samo. Niespiesznie wydobyła z koperty gruby plik papierów.

– Mam przeczytać na głos?

Ignorując ojca i Patricka, patrzyła na matkę, która stanęła przy niej i objęła ją w pasie, tak że mogła patrzeć na list ponad ramieniem czytającej go córki.

– A więc czytaj – odparła matka z uśmiechem. – Czytaj, na miłość boską, zanim sąsiadka zapuka, żeby iść na mszę, a ja będę musiała ją odesłać.

Dana zaczęła czytać:

Droga panno Brogan,

z radością informuję, że po otrzymaniu wyników Pani egzaminu wstępnego oraz niedawnej rozmowie kwalifikacyjnej została Pani przyjęta na państwowy kurs pielęgniarstwa w szpitalu St Angelus w Liverpoolu. Udział w trzyletnim kursie zapewni Pani pomyślne zdanie egzaminu po odbyciu dwunastotygodniowego stażu.

Wzrok Dany zasnuł się mgłą, litery rozmazały się jej przed oczami, a dziewczyna zakryła dłonią usta. Od rozmowy kwalifikacyjnej modliła się codziennie do Matki Boskiej i świętej Agaty, prosząc właśnie o taki rezultat, i oto był, wypisany na karcie papieru, którą miała przed sobą i która teraz gwałtownie drżała jej w rękach. Ledwie mogła w to uwierzyć. Kiedy podniosła wzrok i powiodła po kuchni załzawionymi oczami, odpowiedziała jej tylko cisza.

To nie była opowieść starych kumoszek, tylko fakt – szpital St Angelus przyjmował wyłącznie dobrze urodzone dziewczęta oraz absolwentki szkół w Galway i Dublinie. Dziewczyny, które ani trochę nie stresowała perspektywa wejścia do dublińskiego hotelu Sherbourne na zorganizowaną tam rozmowę kwalifikacyjną, ponieważ już wcześniej często przekraczały jego próg. Które siadywały w salonie i w oczekiwaniu na wywołanie swojego nazwiska popijały herbatę, nalewaną do filiżanek przez kelnera ze srebrnego czajnika stojącego na zdobionej srebrnej podstawce z fantazyjnymi świeczkami utrzymującymi napój w odpowiedniej temperaturze. Dana z przejęcia odchodziła wówczas od zmysłów. Ani ona, ani jej matka nie znały żadnej dziewczyny z wiejskiego hrabstwa Mayo, która dostała się do St Angelus na kurs państwowy. Niektóre czasem przyjmowano, ale żadna nie dołączyła do grona pielęgniarek z personelu szpitala. Dublin był miejscem, w którym marzenia wiejskich dziewcząt o pielęgniarstwie rozpoczynały się i kończyły.

– Nie mogę dalej czytać, mamo.

Po twarzy zaczęły jej płynąć łzy. Matka podała jej chusteczkę wydobytą z kieszeni fartucha; objęły się, śmiejąc się i płacząc na przemian.

Noel Brogan chciał, żeby list do Dany dał mu szansę na łatwe życie. Żeby pasował do planów, jakie wraz z sąsiadem snuł latami podczas rozmów obficie zakrapianych whisky. Planów ocalenia tego, co w pocie czoła chroniły poprzednie pokolenia. Owocne małżeństwo Patricka i Dany miało być odpowiedzią na wyzwanie przyszłości. Nadawałoby sens przeszłości i zapewniało szansę naprawienia zła i wstydu, jakie Noel Brogan musiał znosić, skoro spłodził tylko jedną córkę i ani jednego syna.

– Tato, dokonałam tego. Przyjęli mnie. Przyjęli! – zawołała Dana przez łzy, uwalniając się z objęć matki i odwracając ku niemu. Mówiła jednak do kuchennych drzwi, które zatrzasnęły się przed jej szczęściem.

Rozdział trzeci

Przez całe lato Dana pracowała zarówno w sklepie pana Joyce’a we wsi, jak i na farmie. Ojciec wykorzystywał każdą okazję, by wypomnieć, że skoro szanse córki na korzystne zamążpójście tak bardzo spadły, pewnego dnia trzeba będzie gospodarstwo sprzedać. Sklepik Joyce’a handlował wszystkim, od cynowych wanien do cynowych puszek z gruszkami. Dana pracowała tam po dwanaście godzin dziennie, żeby zaoszczędzić dość pieniędzy na zakup książek, które miały być jej potrzebne podczas przygotowań do egzaminu kończącego wstępne szkolenie. Joyce nie miał jednak w ofercie żadnej z niezbędnych rzeczy, jakie zgodnie z poleceniem miała ze sobą przywieźć do Liverpoolu. Kiedy go zapytała, czy mógłby sprowadzić trochę białych wsuwek do upinania włosów, tylko spojrzał na nią speszony. Wieczorami trudziła się na farmie, żeby ulżyć matce, wiedziała bowiem, że jej wyjazd oznacza większe obciążenie pani Brogan pracą akurat teraz, kiedy należałoby się jej trochę oddechu. Chociaż i tak codziennie dziękowała losowi, że matka nie żyje tak jak jej najbliższa sąsiadka, pani O’Dowd. Obie znały bowiem przyczynę pojawiających się od czasu do czasu na twarzy i ramionach pani O’Dowd żółtych i purpurowych siniaków.

„Nigdy nie pozwól, by mężczyzna podniósł na ciebie rękę”, powiedziała kiedyś matka Dany. „Jeśli raz to zrobi, a ty pozwolisz, żeby mu uszło na sucho, powtórzy to drugi raz. A jeśli zrobi to ponownie i wykręci się sianem, nigdy nie przestanie. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj panią O’Dowd”.

Dana zastanawiała się, jak tu powstrzymać od użycia pięści mężczyznę tak wielkiego jak pan O’Dowd. Wiedziała, że mama jakimś sposobem ma na ojca wpływ, chociaż trudno jej było sobie wyobrazić, jak sprawy mogłyby wyglądać, bowiem to pani Brogan zdecydowanie rządziła w domu, a ojciec robił po prostu to, co mu kazano, choć twierdził, że ustępuje dla świętego spokoju. Ani razu nie tknął mamy choćby palcem i nigdy też nie dotknął Dany. Jednak Dana nie mogła powiedzieć tego samego o matce. Nieraz poczuła na sobie spód jej kapcia albo drewnianą chochlę. Nauczyła się reagować szybko. Zanim pomstująca pani Brogan zdążyła zrzucić kapeć i schylić się, by go podnieść, Dana była już daleko.

Noel Brogan nader niechętnie pozwolił żonie i córce towarzyszyć mu w dzień targowy w podróży do Castlebar. Zamieszczony w liście do Dany spis niezbędnych rzeczy był długi i równie dobrze mógł być napisany w obcym języku. Zdana na łaskę ekspedientek, w końcu nic nie kupiła, wróciła do matki z pustymi rękami, niemal we łzach.

– Natychmiast przestań – rzekła pani Brogan, gdy usiadły w kawiarni naprzeciw rynku. – Spytaj pana Joyce’a, czy zabierze cię ze sobą do Galway. Na pewno się zgodzi, jeśli go poprosisz.

Dana wiedziała, że między matką a panem Joyce’em istnieje nieme porozumienie.

Nie prosiła go o pracę w sklepie. Sklepikarz sam ją zaproponował, a każdego ranka, kiedy się zjawiała, pierwsze jego słowa brzmiały: „Co tam dziś rano słychać u twojej mamy?”. Nie pytał: „Jak się miewasz?”, nie pytał o ojca ani o krowę, którą poprzedniego dnia przyjechał zbadać weterynarz. Teraz, gdy Dana siedziała w kawiarni z matką, przyszło jej do głowy, że i przedtem pan Joyce nigdy jej nie zagadnął o ojca. Nie miała pojęcia, co ją powstrzymało od zapytania o powód, ale czuła, że tak będzie lepiej.

– Czy zgodzi się pan zabrać mnie do Galway? – zapytała następnego ranka. Pan Joyce, o ile wiedziała, był jedyną poza matką osobą zachwyconą jej osiągnięciem. Zazdrość była w ich niedużej wiosce powszechną przywarą.

– Jasne, a nawet więcej – odpowiedział. – Co myślisz, żebyśmy zrobili przyjemność twojej mamie i ją też zabrali?

Dana nie miała pewności, jak zareaguje ojciec, ale okazało się, że nawet w tej sprawie nikt go nie pytał o zdanie.

Dziewczyna odwiedzała z matką sklepy i sumiennie odznaczała pozycje w spisie niezbędnych zakupów. Pan Joyce miał jakieś sprawy do załatwienia i umówił się z nimi o trzeciej po południu przed hotelem. Kiedy wyszły z ostatniego sklepu, zostało im jeszcze trochę wolnego czasu, a pani Brogan westchnęła z ulgą.

– Czy teraz mamy już wszystko? – spytała.

Dana odczytała listę na głos:

– „Dwie koszule nocne; jeden pluszowy szlafrok w stosownym kolorze; jedna kosmetyczka zawierająca leczniczy szampon, pastę i szczoteczkę do zębów oraz mydło; talk; cztery pary fildekosowych pończoch” – po co mi aż cztery pary, jak sądzisz, mamo? – „dwie nylonowe halki pełnej długości; jeden granatowy kardigan na nocne dyżury; jeden kieszonkowy zegarek z agrafką do przypinania; jedna para kleszczyków Spencer Wells; jedna para nożyc pielęgniarskich; jedna para sznurowanych butów z czarnej skóry na trzycentymetrowym obcasie; jeden zestaw do szycia; dwie poszewki na poduszkę ze ściągaczami i wyraźnym oznakowaniem, że mają służyć jako woreczki do prania; siatki na włosy” i na koniec „białe wsuwki do włosów i szylkretowe spinki dla osób o dłuższych, grubszych włosach”.

– Mają rację co do tych pończoch – odparła matka. – Będziesz je prała co pięć minut. Brakuje nam tylko kleszczyków. Gdzie, na miłość boską, mamy je znaleźć? A poza tym co to jest?

– Pan Joyce powiedział, że na końcu tej ulicy jest sklep z artykułami medycznymi i pielęgniarskimi i że tam dostanę nożyce i kleszczyki. Zajrzymy do tamtej kafejki na filiżankę herbaty, a potem ty chwilę poczekasz, a ja się tam przejdę.

Wyglądało na to, że matka przyjęła tę propozycję z nieskrywaną ulgą.

– No tak, pan Joyce wie, co i jak. Zna się na wielu rzeczach, doskonale to widać po jego powodzeniu w interesach. – Wyjęła z portfela plik notatek. – Chcę, byś zatrzymała pieniądze, które on ci płaci, żebyś miała na pierwszych kilka tygodni i żebym nie musiała się martwić, że chodzisz głodna. Jednak teraz ważne jest załatwienie sprawy twoich ciuchów, więc kupimy ci ładną dzienną sukienkę, dwa „bliźniaki” i spódnicę. Do twojego wyjazdu skończę ten różowy kardigan.

Dana zauważyła na kuchennym krześle stosik motków przędzy do robienia na drutach; wiedziała, że każdego wieczoru, kiedy kładła się do łóżka, matka przesiaduje do późna i nie dosypia, bo pracuje jak szalona nad skończeniem ubrań, w których chciała Danę wysłać. Ubrań, z których dziewczyna mogłaby czuć się dumna. Zrobiła już na drutach wymieniony w spisie granatowy kardigan i odchodziła od zmysłów z niepokoju, czy dwie kieszonki, które umieściła z przodu swetra, będą dozwolone w odzieży noszonej na szpitalnych oddziałach.

 

– W Liverpoolu jada się inaczej. Nie tak, jak cię karmiliśmy w domu – szepnęła pod nosem matka, rozglądając się po kawiarni, żeby przypadkiem nie urazić jakichś ewentualnych przybyszów z Liverpoolu. Gdy to mówiła, kelnerka postawiła na stoliku dwa talerze z ciastem kminkowym posmarowanym masłem. – Wątpię też, czy mają takie ciasto. Słyszałam, że wciąż tam racjonują żywność, niech Bóg ma ich w swojej opiece.

Jednak to nie temat ciasta kminkowego ani braku masła matka naprawdę chciała poruszyć. Nie to było powodem, dla którego zgodziła się skorzystać z okazji wyjazdu z panem Joyce’em i włóczęgi po Galway. Chciała spędzić z córką trochę czasu sam na sam, poza domem. Zamierzała się z nią rozmówić o mężczyznach w Liverpoolu.

– Posłuchaj mnie uważnie, Dano – zaczęła, wlewając parującą herbatę z dużego ceramicznego czajnika poprzez ustawione na filiżance sitko. – Mężczyźni w Liverpoolu mogą być bardzo obcesowi. Zupełnie inni niż irlandzcy chłopcy. Chcę, żebyś mi obiecała, że będziesz trzymać się z dala od wszystkich mężczyzn, zanim nie ukończysz nauki, i że jak najczęściej będziesz przyjeżdżać do domu i mnie odwiedzać, żebym mogła na własne oczy zobaczyć, czy nie zmizerniałaś. I musisz też chadzać na mszę co najmniej dwa razy w tygodniu. Nie opuszczaj mszy, Dano, obiecaj mi to teraz, przysięgnij. Wiem, że to będzie trudne przy pracy na zmiany, ale musisz mi przyrzec te trzy rzeczy, dobrze? To wszystko, o co proszę. Jezu, nic mnie nie obchodzi, czy nigdy nie wyjdziesz za mąż, w ogóle o to nie dbam. W życiu może cię spotkać coś lepszego, więc całym sercem jestem za pielęgniarstwem.

Dana wiedziała, że matka nie mówi prawdy. Mając tylko córkę jedynaczkę, pani Brogan chciała dla niej czegoś znacznie lepszego niż Patrick z zielonymi zębami i dom w sąsiedztwie. Chciała, żeby Dana wyszła za mąż, i to za jakiegoś irlandzkiego chłopca, ale bała się ją stracić.

– Nie chcę się stać jedną z tych kobiet, które tylko z listów dowiadują się, co słychać u dzieci – ciągnęła matka. – Weźmy taką panią McGuffy, nie widziała swojego chłopaka, odkąd wyjechał pięć lat temu, ani razu. Pamiętajmy, że warto by też zapytać, po co miałby przyjeżdżać do domu, w którym czeka na niego taki ojciec. Też bym się trzymała z daleka, ale żal mi jej, w każdym razie w te dni, kiedy nie zalewa robaka. Drżę na samą myśl, że ludzie będą wypytywać: „A kiedy ostatnio widziałaś swoją Danę?”, podczas gdy ja będę dobrze wiedziała, że muszę skłamać, żeby sobie oszczędzić zażenowania. Już to widzę, chyba nigdy nie wstałabym z klęczek.

Podniosła głos na samą myśl o konieczności pokuty za grzech kłamstwa.

– Zrobię, o co prosisz, mamo. Obiecuję, że będę przyjeżdżać do domu w każde święta. Nie przyniosę ci wstydu. Na pewno będę najbardziej obowiązkową z córek. Chcę, abyś czuła się ze mnie dumna.

Dana wiedziała – może przez to, że była jedynaczką – iż uosabia wszystkie nadzieje i marzenia matki o przygodach, których ona sama nigdy nie zaznała.

W jej ostatni wieczór w Irlandii rodzice wydali pożegnalne przyjęcie w wiejskiej sali, na którym zjawili się wszyscy mieszkańcy oprócz tych bardzo wiekowych i zniedołężniałych. Jako że oferowano bezpłatne drinki, wieś się zjednoczyła i ci, którzy rozgłaszali, że Dana się wywyższa, albo w szeptanych pogawędkach obmawiali ją, iż nie jest wcale tak dobra, jak powinna być, zjawili się ze szczodrymi upominkami. Została przyjęta, więc przewiny zostały odpuszczone. Dana śmiała się na samą myśl o próbie podniesienia torby wypełnionej pożegnalnymi prezentami. Wiedziała, że mama zapakuje jej nawet małą siatkę z ziemniakami od pani Gallagher, przewiązaną wstążką.

– To pierwsza rzecz, za jaką wszyscy tęsknią po wyjeździe z domu – sepleniła pani Gallagher przez bezzębne dziąsła. – Więc najlepiej niech weźmie trochę ze sobą.

– Mamo, nie mogę taszczyć ziemniaków aż do Liverpoolu. Na Boga, na pewno mają tam ziemniaki – syknęła Dana, gdy pani Gallagher się oddaliła po tym, jak ktoś zaproponował jej kufelek guinnessa.

– Może i mają – odparła urażona pani Brogan. – Nikt o zdrowych zmysłach nigdy nie powiedział złego słowa o ziemniakach z Liverpoolu, Dano. Jednak te pochodzą z Belmullet, a to się liczy. Na pewno nie możesz też zostawić upominku. To by było straszne grubiaństwo.

– Ale, mamo, to tylko torba ziemniaków! – Dana zaczynała wpadać w rozpacz.

– Tak, ale całkiem mała, Dano, a poza tym spójrz na tę piękną wstążkę zawiązaną wokół woreczka. Pomyśl, ile czasu musiało zabrać jej przewlekanie.

Dana przysunęła się do głównego wejścia, żeby witać przyjaciół. Ci, którzy pracowali w Dublinie, przyjechali pociągiem do Galway. Ojciec przywiózł ich furgonetką z przyczepą kempingową. Trzeba było przyjęcia w rodzinnej wsi, żeby ich skusić do opuszczenia nocnego życia Dublina w jasnym świetle miejskich latarni. Każdy znał kogoś, kto pracuje w Liverpoolu, więc wciskano jej do ręki liczne karteczki i koperty z nazwiskami i adresami dawnych mieszkańców Belmullet i atlantyckiego wybrzeża, którzy przemierzyli przed nią przetarty szlak przez Morze Irlandzkie. Były wśród nich zakonnice pracujące w szkołach i klasztorach, byli i księża troszczący się o zbawienie dusz mieszkańców liverpoolskich uliczek. Dziewczyna rozpoznawała wszystkie nazwiska i to było wszystko, czego potrzebowała. „Nazywam się Brogan, jestem z Mayo” – tylko tyle musiałaby powiedzieć tytułem prezentacji.

„Jest też Brogan, co mieszka teraz w Watford”, powiedział jej wcześniej ojciec. „Mój kuzyn, który wyjechał jeszcze jako szesnastolatek i wylądował tam. Jeśli będziesz w potrzebie, łatwo go znajdziesz. Spytaj kogokolwiek o Danny’ego Brogana. Wszyscy go znają”.

Była to pierwsza pomoc, jaką jej okazał od czasu, gdy na początku lata dostała tamten list.

Kiedy do kufli popłynął guinness i zagrały skrzypce, Dana tańczyła z najlepszymi przyjaciółmi, aż wreszcie, wyczerpana i zgrzana, zrobiła sobie przerwę na szklankę wody i wizytę w toalecie. Niektórzy z przyjaciół dobrze się bawili, tańcząc z rówieśnikami, inni zaś, umordowani podróżą na zakończenie tygodniowej harówki, rozsiedli się na krzesłach, żeby poplotkować. Niemowlak sąsiadki leżał na kolanach mamy z kciukiem w buzi, ssąc go zawzięcie. Dana, wychodząc z sali, złowiła spojrzenie matki i gestem posłanym między kołyszącymi się głowami tańczących dała jej znać, że wychodzi, żeby się napić. Tamta z uśmiechem potakująco skinęła, poruszając stopą w takt muzyki. Przysiadła się do niej inna sąsiadka karmiąca piersią dziecko i też pomachała Danie ręką.

Po plecach Dany przebiegł dreszcz przerażenia. Gdyby nie dostała się do St Angelus, gdyby przymuszono ją do poślubienia Patricka z pozieleniałymi zębami, za parę lat to mogłaby być ona. Dana widziała, jak jej matka z przyjemnością całuje główkę niemowlęcia sąsiadki; z trudem starała się pojąć, jak życie wypełnione bezinteresownym dawaniem i ciężką pracą może być źródłem szczęścia. Dana musiała coś zrobić, do czegoś dojść, zanim zadowoli się takim życiem. Wszystkim, czego matka potrzebowała do szczęścia, była świadomość, że ukochani bliscy dobrze się bawią. Nawet ojciec stojący przy barze z przyjaciółmi wyglądał na odprężonego. Dosłyszała znajomy ryk śmiechu i dostrzegła, jak ramiona ojca podskakują w napadzie wesołości, gdy któryś z przyjaciół krzyczał mu coś do ucha.

Wymknąwszy się tylnymi drzwiami, dziewczyna stała przez moment na stopniu z przymkniętymi oczami, pozwalając chłodnemu powietrzu owiewać rozpalone policzki. W sali było gorąco i strużki potu spływały jej z szyi między piersi. Rozpięła guziki swetra, wyciągnęła bluzkę ze spódnicy, powiewając materiałem, żeby świeże chłodne powietrze popłynęło ku górze po jej ciele. Odetchnęła i ruszyła żużlową ścieżką w stronę ustępu, gdy wtem zaskoczona ujrzała, jak drogę zastępuje jej Patrick, który zjawił się znienacka.