Anioły z Lovely LaneTekst

Z serii: Lovely Lane #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE ANGELS OF LOVELY LANE

Copyright © Nadine Dorries, 2016

First published in the UK in 2016

by Head of Zeus Ltd

All rights reserved.

Projekt okładki

Madeline Meckiffe

Zdjęcie na okładce

© Colin Thomas, Mary Evans; Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8169-874-0

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Chrisowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Liverpool, grudzień 1940

Nastoletnia Emily Haycock jak wicher gnała George Street do domu. Dotarła dziesięć minut później niż zwykle. Punktualnie wyszła z fabryki broni, ale autobus wlókł się jak żółw, co strasznie ją zdenerwowało. Przez ostatnich parę metrów pod górę do tylnej furtki domu wdychała w płuca mgłę znad rzeki Mersey. George Street biegła wzdłuż szczytu urwiska z piaskowca, skąd wyślizgane schody prowadziły w dół do portu.

Emily wiedziała, że zaraz po przekroczeniu progu będzie musiała zebrać kupony żywnościowe i znowu pognać ulicą do pobliskiego sklepiku u wylotu Albert Street, aby stanąć w kolejce z resztą pracowników fabryki. Liczyła tylko na to, że zdąży tam dotrzeć, zanim skończą się boczek i masło, które zamierzała podać na podwieczorek swoim młodszym braciom. Wkrótce bowiem miał zapaść zmrok, a wtedy sklepik zostanie zamknięty i mieszkańcy zaczną się szykować do zaciemnienia.

Ojczym Emily, Alfred, wrócił do domu w zeszłym roku1, odniósłszy rany w walce w szeregach pułku King’s Own Lancaster2. Chodził teraz z nogą w aparacie ortopedycznym i podpierał się laską. Wszyscy wiedzieli, że stale dokucza mu ból, ale rzadko się skarżył i już następnego dnia po tym, jak z przyczyn zdrowotnych został zwolniony z czynnej służby wojskowej, niezwłocznie wstąpił do Home Guard3 i spędzał w jednostce każdy wieczór, siedem dni w tygodniu.

– Cześć, królowo – powitał Emily, kiedy wpadła do domu tylnymi drzwiami. Siedział na brzegu sofy z drewnianą ramą i materacem wypchanym końskim włosiem, którą tego ranka, dobywając wszystkich sił, przeciągnęli z saloniku na miejsce przed kuchenką. Na sofie, przykryta pocerowanym i połatanym kocem, spała wychudzona żałośnie matka Emily. Wczesnym rankiem, choć nie ulegało wątpliwości, że źle się czuje, nalegała, by pomóc jej wstać z łóżka i sprowadzić ją na parter. W powietrzu wypełniającym kuchnię unosił się kwaśny odór. Czuło się w nim woń krwi i plwociny, nieumytych włosów i zalatującego wymiocinami oddechu.

– Sza. – Alfred przyłożył palec do ust.

– Jak się miewa? – Emily zbliżyła się na palcach i spojrzała na niegdyś piękną, jasną cerę matki, obecnie szarą niczym łój. Leżała z głową odwróconą na bok, z twarzą niemal przy oparciu sofy. Na jej górnej wardze lśniły kropelki potu. Emily słyszała cichy szmer ciężkiego płytkiego oddechu dobywającego się z piersi matki, śpiącej głębokim kojącym snem osoby chorej. Ciemne zmierzwione włosy przylgnęły jej do policzka. W kąciku ust pozostała smużka zakrzepłej krwi, którą matka starła chusteczką po napadzie kaszlu. Skóra na powiekach i wokół oczu, które sprawiały wrażenie zapadniętych w głąb czaszki, była cienka jak pergamin.

– Miałaś przyjemny dzień, kochanie? – Alfred pogładził Emily po przedramieniu gestem wyrażającym sympatię i solidarność w obliczu wspólnej troski. Emily nie mogła na razie odpowiedzieć; nie potrafiła wydać głosu. Za każdym razem, gdy wchodziła do domu, musiała przez krótką chwilę przystosować się, nim mogła wkroczyć w swoje życie – takie, jakim obecnie było, nie zaś miało być. Skończyła zaledwie szesnaście lat; w ciągu dnia, podczas pracy przy fabrycznym warsztacie, potrafiła udawać, że ta nowa sytuacja – niedomagająca matka i ranny ojczym – nie istnieje. Mogła sobie wtedy wyobrazić, że życie nadal toczy się jak przed wojną, przed atakiem gruźlicy, przed tymi dniami, kiedy musiała porzucić plany szkolenia się na pielęgniarkę w szpitalu St Angelus.

– Dzisiaj przyszedł lekarz. Mówił, że stara się, aby przyjęli ją do sanatorium nad morzem, w West Kirby; obiecała to przemyśleć. Powiedział, że poruszy niebo i ziemię, żeby załatwić jej łóżko. Znasz go, to dobry człowiek.

Emily kiwnęła głową. Kilka razy była z matką u tego specjalisty i bardzo go polubiła. Wydawał się jej uosobieniem uprzejmości i troski. „Ile się należy za wizytę?”, przypomniała sobie pytanie Alfreda zadane lekarzowi po tym, jak pierwszy raz go wezwali. „Nic”, odparł doktor. „Koszty pokrywa rząd w ramach specjalnego systemu, a nawet jeśli nie, to nie będzie pan musiał płacić”.

Po jego wyjściu Emily przeczytała spisaną listę zaleceń.

Okno w sypialni musi pozostawać otwarte.

Ścisłe leżenie w łóżku z pięcioma poduszkami co najmniej przez sześć miesięcy.

Żadnych kąpieli.

Pożywna dieta.

Unikać niepokoju i emocji.

Tylko jeden odwiedzający naraz w masce z poczwórnej warstwy ciasno złożonej gazy.

Pielęgnujący i odwiedzający przed wyjściem z domu mają myć ręce rozcieńczonym roztworem dettolu4.

W razie nasilenia się objawów skontaktować się ze szpitalem.

W tamtej chwili Emily uświadomiła sobie, że to koniec z marzeniami o pielęgniarstwie.

– Ona nie chce opuścić domu ani dzieciaków, ale cokolwiek jej powiedziałaś dziś rano, podziałało – dodał Alfred. – Doktor Gaskell zamierza jej zrobić kolejne prześwietlenie, a potem założyć odmę na chorym płucu, aby dać mu odpocząć. Nalega na to, bo co tu jeszcze można zrobić, skoro się wydaje, że leżenie w łóżku nie pomaga. Ale twoja mama potrafi być uparta.

Mówiąc, spoglądał w dół na żonę wzrokiem tak pełnym czułości, że Emily było ciężko na to patrzeć. Wiedziała, co ojczym myśli. Jeszcze tego ranka prosiła go, żeby znowu wezwał lekarza. Niepokoiła się stanem matki, który wyraźnie się pogarszał. Zamiast odkrztuszać krew kilka razy dziennie, tego ranka matka kasłała krwią chyba co pięć minut.

– Przynajmniej zgodziła się na ścisłe leżenie w łóżku. Ma się tego trzymać. – Emily chwyciła się tego sposobu jak tonący brzytwy; Alfred wiedział o tym.

– Zgodziła się też udać jutro do doktora Gaskella w poradni w St Angelus. To dobry człowiek, skoro przychodzi do niej do domu. Ona mu ufa, a w tych sprawach to największy specjalista w Liverpoolu, sama wiesz. Zna się na swoim fachu. Myślę, że po prześwietleniu spróbuje ją przekonać, aby wyraziła zgodę na wyjazd do sanatorium. Martwił się, bo także drugie płuco jest w złym stanie. Kłopot w tym, że wiele sanatoriów zamknięto z powodu wojny. Na przyjęcie czeka się miesiącami. Może być i tak, że nie będzie miała dokąd pojechać.

Głos Alfreda się załamał. Oboje wiedzieli, że jeśli matka zgodziła się rozważyć perspektywę rozłąki z synami, musi być naprawdę schorowana.

– Mamy być w St Angelus o dziesiątej rano – dodał Alfred po chwili.

Emily przykucnęła, ujęła rękę matki, poznaczoną błękitnymi żyłkami i kościstą niczym łapka ptaka, i ucałowała grzbiet dłoni. Odwróciła twarz. Alfred nie może dostrzec jej łez. Ma już i tak dość na głowie, ona zaś musi być mu podporą, nie brzemieniem.

Rodzice Emily łudzili się, że dziewczyna nie ma pojęcia, jak źle stoją sprawy. Mylili się. W środku nocy, kiedy myśleli, że ona i młodsze dzieci śpią, słyszała ich, jak rozmawiają, szepczą do siebie i płaczą.

Słyszała kaszel matki, widziała, jak zlana potem drży i krztusi się krwią, jak zapada się w fotelu, powalona zmęczeniem. Widziała, że puchną jej kostki nóg i dokucza ból w piersiach. Napatrzyła się na ludzi w takim stanie, gdy dorastała w latach trzydziestych w Liverpoolu na ulicach nieopodal portu. Wiedziała wszystko.

Wczesnym rankiem Emily, kiedy już umyła matkę i podała jej poranną herbatę, podjęła decyzję.

– Rzucę pracę w fabryce, mamo. Rita bardzo pomaga z dzieciakami, ale myślę, że do czasu, aż poczujesz się lepiej, zostanę tu w domu. Doktor mówi, że wolno ci wstawać tylko raz dziennie do toalety. Muszę tu być, mamo.

Zabrakło jej wtedy tchu, była bliższa łez, niż sobie uświadamiała. Matka próbowała odpowiedzieć, lecz zamiast tego chwycił ją nowy napad kaszlu. Emily dojrzała żywoczerwony pienisty osad na chusteczce, który matka ze wszystkich sił próbowała ukryć.

– Ja też myślę, że tak będzie najlepiej, kochanie – wreszcie powiedziała chora z grymasem bólu, gdy Emily uniosła jej ramiona, by je umyć, delikatnie wyjąwszy chusteczkę z jej wychudzonych palców.

– Nie sądzę, żeby to był dobry objaw, prawda? – odezwała się Emily, wskazując ruchem głowy szkarłatną plamę.

– Och, nie wiem, kochanie. Myślę, że może właśnie dobry: pozbyć się tego, co złe, i wyzdrowieć, jak należy.

Matka nie miała pojęcia, skąd przyszły jej do głowy te słowa, którymi próbowała dodać córce otuchy. Może podsunęło je dawne wspomnienie, podszepnął duch zmarłego krewnego lub po prostu zrodziły się w godzinie potrzeby, gdy usiłowała pokrzepić swoją rodzinę. Utrzymać ją w jedności.

 

– Poproszę tatę, żeby wezwał doktora, i dam znać w fabryce, że jestem potrzebna w domu. Przyszły piątek to będzie mój ostatni dzień. Musimy sprawić, żebyś poczuła się lepiej, mamo. Pojedziesz do sanatorium?

Matka i córka wymieniły wątłe uśmiechy. Emily pochyliła się i pocałowała matkę w policzek.

– Lepiej wezmę się do roboty, mamo. Słyszysz dzieciaki?

Znowu wymieniły porozumiewawcze spojrzenia z przebłyskiem czułej irytacji na dźwięk porannych sprzeczek, dolatujący przez deski podłogi.

– Po drodze do pracy zaprowadzę ich do Rity, chyba że wcześ­niej zrzucę ich ze schodów. Muszę wyjść za pół godziny, inaczej się spóźnię. Razem z Alfem przesuniemy sofę do kuchni, jak prosiłaś, a potem Alf pomoże ci zejść po schodach. Wiesz, masz rację: tam na dole jest cieplej, ale nie wolno ci sędziować w bójkach chłopaków.

Emily wiedziała, że matka właśnie po to chce się przenieść na dół, bo nic bardziej jej nie ucieszy.

– Idź już, kochanie, dzięki – odrzekła matka. Ścisnęła rękę córki, lecz kiedy Emily doszła już do drzwi, zatrzymała ją. – Emily, podejdź tutaj.

Emily powoli odwróciła się w stronę łóżka. Nie rób tego, mamo, pomyślała. Nie chciała, żeby matka mówiła jej, że jest źle. Wolała, by obie nadal udawały, że sytuacja wkrótce się poprawi. Dziewczyna czuła, że tak byłoby jej łatwiej.

– To prawda, że Alfred nie jest twoim prawdziwym tatą, ale ty wiesz, jak bardzo cię kocha, prawda? Myśli o tobie nie mniej niż o chłopcach. Zawsze byłaś dla niego kimś szczególnym.

Emily wypuściła powietrze z westchnieniem ulgi.

– O Boże, mamo, oczywiście, że wiem. Też go kocham. Alfred jest moim tatą i zawsze tak o nim myślę. Jest najlepszy. Wybrałaś na męża najmilszego człowieka. Codziennie mu mówię, że jest dla mnie jak Alfred Wielki5!

Uśmiechnęła się do matki, która w łóżku wyglądała jak laleczka, tak bardzo była wychudzona. Spostrzegła, że jej oczy wzbierają łzami; wiedziała, że to, co właśnie przemknęło między nimi, jest czymś więcej niż tylko wyrażeniem aprobaty dla mężczyzny, który dał im dom, bezpieczeństwo i miłość. Matka szukała zapewnienia, że Alfredem będzie miał się kto zaopiekować, gdyby jej samej zabrakło.

– Nie martw się o Alfreda, mamo; u mnie zawsze będzie na pierwszym miejscu. Nigdy go nie zawiodę, słowo.

Poprzedniego wieczoru Emily leżała bezsennie i słyszała toczoną szeptem rozmowę rodziców. „To zaszło za daleko. Teraz już oba płuca”. Matka łkała, Alfred szukał jakichś mizernych słów pocieszenia. Nigdy dotąd się nie zdarzyło, by stłumione głosy Alfreda i matki nie przyniosły jej otuchy.

Chciała wtedy pobiec do pokoju rodziców, wśliznąć się do ich łóżka i błagać: „Proszę, powiedzcie mi, o co chodzi, bo to nie może być prawda. Nie pojmuję, co się dzieje, i strasznie się boję”. Przepełniał ją strach, że nie wie, co szykuje przyszłość, i przerażała świadomość, iż najgorsze być może dopiero nadejdzie.

Teraz, późnym popołudniem, Emily odniosła wrażenie, że stan matki pogorszył się w ciągu zaledwie kilku godzin.

– Większość dnia przeleżała na sofie. Kiedy już znalazła się na dole, nie chce wracać do łóżka – powiedział ojczym. – Mówiła, że chce cię widzieć, kiedy wrócisz z pracy, i chłopców po powrocie ze szkoły. Znasz mamę, nie cierpi, gdy coś ją omija.

Emily poczuła jakiś zapach, od którego ślinka napłynęła jej do ust. Odwróciła się i zobaczyła stojący na kuchennym stole ceramiczny garnek przykryty ścierką. Łzy, które zawsze czaiły się w pobliżu, natychmiast stanęły jej w oczach. Wiedziała, że to dar od jednej z sąsiadek, prawdopodobnie pani Simmonds, która często wpadała i przesiadywała z matką, kiedy ojczym patrolował ulice. Jeśli nie było w domu nawet śladu mięsa, zabierała ze sobą jarzyny, jakie wpadły jej w rękę w kuchni Haycocków, i po kilku godzinach odnosiła je w bardziej jadalnej postaci. W inne dni, gotując wieczorny posiłek dla swojej rodziny, przyrządzała podwójną porcję duszonego mięsa z jarzynami, a połowę zostawiała na stole dla Emily, która podgrzewała potrawę dzieciom po ich powrocie z domu Rity. Rita była kolejną zacną sąsiadką, od której pomocy byli zależni. Emily uważała Ritę za swoją powierniczkę i najlepszą przyjaciółkę. A nawet więcej – za starszą siostrę, której nigdy nie miała. Rita była starsza od Emily tylko o kilka lat, ale już zdążyła założyć własną rodzinę.

Matka Emily otworzyła oczy i uśmiechnęła się do Alfreda. Dziewczyna poczuła ukłucie zazdrości. Mama i Alfred kochali się tak bardzo, że Emily często czuła się wykluczona z ich osobistych rozmów. Opadła na kolana u boku sofy.

– Mamo, jak się czujesz?

Rywalizowała o względy matki, odciągała jej uwagę od Alfreda, choć miała z tego powodu wyrzuty sumienia.

– Och, jesteś już, królowo – szepnęła matka. – Powinnam była wiedzieć, że już przyszłaś. Cieszę się, że się obudziłam. Czy mogłabyś wziąć kupony, kochanie, i pójść za mnie do sklepu, zanim dzieciaki wrócą do domu?

– Dzieci już są w domu, kochanie. Poszły prosto do Rity – odpowiedział Alfred, uśmiechając się do żony. Ich mali synowie oraz chłopcy Rity byli nierozłączni. – Niedługo wrócą, królowo. Odebrała je prosto ze szkoły.

– To tak, jak gdybyśmy mieli albo czterech małych urwisów, albo żadnego – skomentowała Emily, wyciągając z szuflady drewnianego kuchennego stołu książeczkę z kuponami na żywność. – Pewnego dnia może odgadniemy, którzy są nasi, co? Kiedy tylko wreszcie zdołamy ich rozdzielić.

Nawet matka roześmiała się z tej uwagi, choć ten wysiłek wywołał u niej atak kaszlu.

Mówiło się o ewakuacji z miasta dzieci zamieszkałych przy Arthur Street i George Street. W obwieszczeniu napisano, że to dla ich bezpieczeństwa, bowiem rejon leży za blisko portu. Wiele dzieci już wyjechało, głównie do północnej Walii, ale te, których rodzice nie chcieli rozłąki z nimi albo uważali, że wojna wkrótce się skończy, zostały. „Nasi chłopcy nigdzie nie pojadą”, rzekł Alfred, kiedy nadeszło obwieszczenie. „Jeśli bomba w nas trafi, będziemy razem”.

Emily roześmiała się wtedy. „Bomba w nas nie trafi, tato, ale gdyby dzieci wyjechały, mamie byłoby lżej. Jedna z kobiet w fabryce mówiła, że wielu ewakuowanym zapewniono dobry wikt. Ci, którzy pojechali do północnej Walii, dostają jaja i mięso, a to równie dobry powód do zgody na wyjazd jak każdy inny”, powiedziała.

Wiele dzieci z Arthur Street ewakuowano już tydzień temu do Rhyl, a kobiety wciąż za nimi płakały. Alfred widział je i słyszał, toteż stanowczo twierdził, że nie chce odesłać chłopców, ale Emily wiedziała, iż nadeszła chyba odpowiednia pora. Może teraz, kiedy matka już w ogóle sobie nie radziła i przestała protestować przeciwko pomysłowi leczenia w sanatorium, przyszedł czas, żeby małe rodzeństwo Emily dołączyło do rówieśników. Mimo to myśl o domu bez chłopców i pobycie matki w sanatorium napawała ją poczuciem osamotnienia.

„Wojna się skończy, jeszcze zanim dzieciaki dotrą do Walii”, odrzekł wtedy Alfred. „Pojadą na darmo, a poza tym nie chcę, żeby obcy ludzie zajmowali się naszymi dziećmi. Mama nie mog­łaby spać po nocach. Ze zmartwienia rozchorowałaby się jeszcze bardziej”.

W słowach Alfreda było trochę racji. Emily wiedziała, że tego wieczoru dzieciaki przebywają u Rity i świetnie się bawią, ale wiedziała także, iż Rita zastanawia się nad tą samą sprawą. Jej mąż Jack walczył na froncie i kilka tygodni temu napisał do domu list z poleceniem, by właśnie tak postąpiła. Rita jeszcze nic o tym nie mówiła, lecz Emily poprzedniego ranka widziała, jak z podwórza na tyłach domu przyjaciółki wychodzi kobieta organizująca ewakuację.

Nie miała pojęcia, jak ona i ojczym poradzą sobie bez Rity. Czy mogliby korzystać z jej pomocy, gdyby jej dzieci zostały ewakuowane? Rita borykała się z codziennymi trudnościami, lecz nigdy nie odmówiła wsparcia, a w zamian Emily robiła dla niej, co mogła, między innymi opiekowała się jej chłopcami, kiedy przyjaciółka odrabiała w weekendy zmiany w fabryce broni. Jeśli Rita odeśle dzieci, bez wątpienia zatrudni się na pełny etat, bo dlaczego nie? To jednak oznaczało, że nie będzie już służyła Haycockom pomocą w razie nagłej potrzeby. Takie myśli trapiły Emily od wczoraj, lecz teraz musiała szybko iść do sklepu i odebrać dzieciaki przed zmrokiem.

– Mamo, biegnę po sprawunki. Za pół godzinki wrócę.

– Dobra z ciebie dziewczyna, Emily, najlepsza. – Matka blado się uśmiechnęła. – To szczęście, że cię mam.

Emily pocałowała ją w czoło i przystanęła na moment, wdychając zapach jej włosów, których matka nie miała odwagi myć.

Zanim wyszła do sklepu, wsunęła głowę przez tylne drzwi domu Rity.

– Szybko, daj mi swoje kupony. W sklepiku mają masło.

– Boże, kochana jesteś – odpowiedziała Rita, wyjmując kupony z szuflady. – Jak tam mama? W porze obiadu zaniosłam jej trochę krupniku, ale nie chciała.

Na twarzy przyjaciółki malowała się troska o Emily. Kiedy dziewczyna weszła do kuchni, jej dwaj młodsi bracia podbiegli i objęli ją za kolana.

– Ale fajna zabawa, Emily. Pobawisz się z nami? Rita mówi, że później musimy posłuchać radia, będą wieści z frontu i chce wiedzieć, gdzie jest wujek Jack. Przyjdziesz posłuchać? – Richard entuzjastycznie podskakiwał w miejscu i zaglądał siostrze w oczy.

– Przyjdę, jak uporam się z robotą, kochanie – odparła Emily, uśmiechając się do Rity. – A kiedy posprzątamy po podwieczorku, będziemy mogli się pobawić sami, w domu. Ale nie możemy hałasować. Mama leży na sofie, którą przesunęliśmy rano do kuchni, będzie jej miło patrzeć.

– Mama leży na sofie, mama czuje się lepiej! – wykrzyknął Richard, podskakując z optymizmem. Zadowolony pobiegł z powrotem bawić się z pozostałymi chłopcami.

– Emily, byłam u was, kiedy przyszedł doktor Gaskell – oznajmiła Rita. – Twój tata prosił, żebym chwilę z nią posiedziała, bo musiał pójść do klubu po grafik patroli po zaciemnieniu. Mówił, że z twoją mamą było kiepsko tego ranka. Doktor zrobił jej zastrzyk przeciwbólowy i zostawił na kredensie jakieś lekarstwo w brązowej buteleczce. Ma je zażywać, kiedy ból zrobi się nieznośny. Powiedział, że chce rano porozmawiać z twoimi rodzicami, więc mają zajść do niego do St Angelus. Pomyślałam, że może chcesz, żebym z nimi poszła, gdybyś ty nie mogła?

Emily już miała zaprotestować, ale Rita mówiła dalej.

– Maisie Tanner zaofiarowała się, że odprowadzi chłopców do szkoły. Uwielbia twojego małego Richarda, uważa, że jest uroczy, więc skoro mnie wyręczy, mogłabym bez trudu wybrać się do St Angelus. Doktor mówił, że chce, by ktoś towarzyszył twoim rodzicom, wysłuchał tego, co ma im do zakomunikowania, żeby potem im przypomnieć, więc powiedziałam, cóż, żaden problem, to będzie Emily albo ja. Co o tym myślisz, kochana? Możesz pójść? Czy ja mam to zrobić? Myślę, że doktor chce oddać twoją mamę pod opiekę pielęgniarek z St Angelus, wiem, że nie ma lepszego wyjścia. Moja mama też leżała w szpitalu St Angelus i pokochała te pielęgniarki. Nazywała je „aniołami z Lovely Lane”. Wszystkie mieszkają w tym dużym białym domu naprzeciw bram parku. Wiesz którym?

Emily skinęła głową. Sama widywała pielęgniarki w długich spódnicach, pelerynach i czepkach z falbankami; jako mała dziewczynka myślała, że nigdy wcześniej nie widziała tak pięknych dam. Nikomu się nie zwierzyła, ale pragnęła tylko jednego – dołączyć do grona tych aniołów. Nosić ich służbowy strój i opiekować się chorymi. Jednak wojna, powołanie Alfreda do wojska, a później jego ciężka rana, choroba matki, dwóch małych chłopców pod opieką, pielęgniarskie obowiązki w domu – to wszystko położyło kres tym marzeniom.

– W przyszły piątek rzucam pracę, Rito. Muszę teraz zostać w domu. Jeśli mamę przyjmą do szpitala, nie będę mogła tkwić w fabryce przez cały dzień. Czy możesz pójść tam jutro, a ja odpracuję tygodniowy okres wypowiedzenia?

– Oczywiście, że mogę, kochanie. Jeśli doktor zasugeruje, żeby została w St Angelus, myślę, że to najlepsze wyjście. Twoja mama potrzebuje większej pomocy, niż my zdołamy jej w najbliższym czasie zapewnić. Potrzebuje tych aniołów.

Emily zakręciły się łzy w oczach.

– Rito, czy mama umrze?

Rita podeszła do Emily, wycierając dłonie w fartuch.

– Umrze? Oczywiście, że nie, kochanie.

Otoczyła dziewczynę ramionami i uściskała.

– Zostanie w St Angelus, żeby wydobrzeć, tylko do czasu, aż znajdzie się dla niej miejsce w sanatorium nad morzem, jak mama Maisie Tanner. No, dalej, szkoda czasu na płacz. Za wiele mamy pracy. Patrz, uprałam najlepszą nocną koszulę twojej mamy i moją własną też, weźmie ją na zapas. Spakuj do jej torby razem z przyborami do mycia i jakąś chustką na głowę, żeby fryzura ładniej wyglądała. Chciałam jej umyć włosy, razem z Alfem włączyliśmy kuchenkę, by ogrzać pomieszczenie i żeby woda była gorąca, ale mi nie pozwoliła. Prawdę mówiąc, sądzę, że narobiliśmy zamieszania. Zbeształa nas, że marnujemy koks. Chciała go oszczędzać, aż dzieciaki wrócą do domu i skorzystają z ciepła. Tu masz kupony; przypilnuję dzieciaków. A ty idź i kup to cholerne masło.

 

Podała Emily książeczkę z kuponami i raz jeszcze ją uścisnęła.

– Ruszaj już. Kiedy wrócisz, będę na ciebie czekała z zupą.

Kiedy Emily dotarła do sklepu, zobaczyła w kolejce Maisie Tanner. Emily wiedziała, że Maisie uczyła się w szkole z Ritą, a potem wyszła za mąż za Stana Tannera, który wyruszył na wojnę; mieli córeczkę w wieku pięciu lub sześciu lat. Mieszkali z rodzicami Maisie. Emily ze wzruszeniem i wdzięcznością pomyślała o złożonej przez Maisie propozycji zaopiekowania się chłopcami.

– Siemasz, Emily. Jak tam mama, kochanie? – serdecznie powitała ją Maisie. – Mówiłam Ricie, że zrobię wszystko, co zechcesz, żeby ci pomóc, królowo. Żaden problem. Moja mama dopiero co mówiła dziś wieczorem, że pamięta, jak twoja mama i Betty zabrały całą masę dzieciaków do Crosby, nad morze. Chyba z pół ulicy. Pamiętasz Betty, koleżankę twojej mamy? Jest teraz w Walii, wiesz, przeczekuje wojnę.

Emily pamiętała. Raz na tydzień Haycockowie otrzymywali list od Betty, która ich przekonywała, że to szaleństwo siedzieć dalej w Liverpoolu, a morskie powietrze w Trearddur Bay byłoby akurat tym, czego potrzebowałaby do wyzdrowienia jej chora na płuca mama. Może Betty ma rację? – zastanawiała się Emily.

– Wepchnęły wtedy piątkę dzieciaków do wózka i wsadziły do pociągu, a potem wysadziły na stacji. Nigdy się nie dowiem, jak to zrobiły. Boże, to była kupa śmiechu. Wśród tych dzieciaków była i nasza Brenda, ciągle to wspomina. Od tamtego czasu nie była nad morzem. Mówiła, że nigdy nie zapomni tamtego dnia. Kochałam tę biedaczkę, twoją mamę.

Emily nie mogła wydusić z siebie słowa. W jej uszach rozbrzmiewało tylko wypowiedziane przez Maisie słowo w czasie przeszłym: „Kochałam”. Wydało się jej, że Maisie, niewiele starsza od niej samej, jest mądrzejsza, niż ona kiedykolwiek będzie. Emily poczuła się przy niej jak głupiutkie dziecko. Czy właśnie dzięki małżeństwu i macierzyństwu stajesz się starsza i mądrzejsza?

– Jutro Rita pojedzie z mamą do St Angelus na wizytę u lekarza – odpowiedziała zamiast tego. – Postanowiłam odpracować okres wypowiedzenia w fabryce. Muszę być w domu. Nie mogę być ciągle zależna od pomocy innych.

– Cóż, żaden kłopot, ale to kapitalne wyjście dla twojego taty – odparła Maisie. – Dobra z ciebie dziewczyna, Emily. Nic się nie martw. St Angelus to wspaniały szpital, sama wiesz. Niektóre kobiety z naszej ulicy rodziły tam dzieci. Moja mama mówi, że idzie się tam tylko po to, żeby leżeć w łóżku. Trzymają cię przez siedem dni, a w tym czasie same kąpią dziecko i w ogóle. Nie trzeba nawet kiwnąć palcem. Moja mama nazywa szpital „Hotelem aniołów”. Zakochała się w nim, od kiedy tylko poczuła się lepiej. Chciałabym, żeby nasza mała Pammy została jednym z tych aniołów z Lovely Lane. Boże, chyba pękłabym z dumy. Chociaż myślę, że ten tutaj to chyba chłopak, bo ani na chwilę nie przestaje kopać.

Maisie ze śmiechem pogładziła się po brzuchu.

– Powiem im, żeby przestali wysyłać Stana do domu na przepustki. Nie chcę następnego dzieciaka, zanim ta parszywa wojna się nie skończy. Myślę, że rok bez tego to zbyt długo dla każdego faceta, a nie chcę, żeby Stan strzelał oczami na boki, no nie?

Emily zaczerwieniła się aż po korzonki włosów, lecz mimo to przemknęło jej przez myśl, że i na tej ulicy mieszka pełno aniołów.

Miała cudowne sąsiadki. Kolejno przesiadywały z jej matką, gotowały dla niej, myły ją i pielęgnowały. W całej dzielnicy mieszkało pełno aniołów, a Maisie Tanner należała do najlepszych.

Nagle bez ostrzeżenia powietrze rozdarł ryk syreny ostrzegającej przed nalotem.

– Uciekajcie! – wrzasnęła Maisie, gdy wtem rozległ się odrażający huk eksplozji, od którego aż zadzwoniło im w uszach; witryna sklepowa rozprysła się, a powietrze wypełniły odłamki szkła. Ludzie nigdy nie widzieli ani nie słyszeli wybuchu tak blisko i na ułamek sekundy wszyscy w kolejce zamarli w miejscu, upuścili torby i zakryli twarze dłońmi. Kiedy ostatni odłamek szkła upadł na podłogę, zapadła cisza. Sklepikarz poruszył się pierwszy i krzyknął do wszystkich, żeby wyszli.

– Jesteśmy za blisko tego cholernego portu – rzuciła zdyszana Maisie, gdy obie biegły z powrotem w kierunku ulicy.

– Tutaj, Emily, do schronu. Maisie, no chodźże! – zawołał sąsiad. Partnerował ojczymowi Emily podczas patroli Home Guard, sprawdzali nocą każdy dom, czy wszyscy zaciągnęli kotary i wywiązali się z obowiązku zaciemnienia. Ich uwagi nie uszedł ani jeden promyk światła. Teraz sąsiad stał w wejściu do wspólnego schronu, wymieniając się żarcikami z wbiegającymi do środka dziećmi.

– Nie mogę. Muszę wracać do dzieciaków i do mamy! – odkrzyknęła Emily.

– Emily, czekaj. – Maisie chwyciła dziewczynę za rękę. – Rita zabierze dzieciaki do schronu na drugim końcu Arthur Street, a twój tata jakoś sprowadzi mamę na dół. Przeniesie ją, jeśli będzie trzeba. Moja mama zabierze naszą Pammy, więc tu będzie dla nas najbezpieczniej. No chodź, królowo; tym razem wygląda na to, że te skurczybyki walnęły naprawdę blisko.

Emily spojrzała na schron, następnie w głąb ulicy prowadzącej do domu. Bomby spadły wcześnie. Wiedziała, że jeśli ruszy biegiem, dotrze do domu w ciągu niespełna trzech minut.

– Za minutę będą już w schronie. Najlepiej zróbmy tak, jak mówi Tom.

Syrena wyła nadal i Emily ledwie słyszała głos Maisie, lecz kiedy jej starsza towarzyszka nagle znowu uchwyciła ją za ramię, dziewczyna wiedziała, że tym razem to nie z jej powodu. Uścisk był zbyt silny i raptowny. Twarz Maisie Tanner wykrzywiła się grymasem bólu.

– Coś z dzieckiem? – spytała zaniepokojona Emily.

Maisie kiwnęła głową, a Emily zobaczyła, jak wyraz bólu znika z jej twarzy równie szybko, jak się pojawił.

– Ale to niemożliwe. Jestem dopiero w siódmym miesiącu, dobrze wiem, bo pamiętam, kiedy Stan miał przepustkę. Nic mi nie będzie. Zaraz przejdzie.

Emily sześć razy brała udział w ulicznych alarmach próbnych, zorganizowanych przez Home Guard. Wiedziała, że Rita i chłopcy w tej chwili mogą biec wzdłuż George Street do wspólnego schronu. Ucieczkę z dziećmi Rita miała przećwiczoną – dwaj mniejsi chłopcy leżeli jeden na drugim w wózku, a Richard i Henry jechali na stojąco, trzymając się uchwytu, który pchała Rita – zatem prawdopodobnie byli już w drodze. Tak więc oddalali się od miejsca, w którym Emily teraz stała. Rita zawsze zachęcała dzieci, żeby udawały pociąg. „Ciuch-ciuch”, sączył się w mrok dziecięcy szept. „Pociąg do schronu, wszyscy wsiadać”, odpowiadał im głos Rity.

Zanim Maisie i Emily dały nura w przejście prowadzące do schronu, odwróciły się na grzmot kolejnego wybuchu i spojrzały w stronę rzeki. Linia horyzontu była jaskrawoczerwona od buchających płomieni.

– O mój Boże – jęknęła Emily, przyciskając dłoń do ust. – Wygląda na to, że trafili jakiś statek. Całe niebo w ogniu.

Maisie w milczeniu podążyła za jej spojrzeniem w stronę nurtu Mersey.

– Chodźcie, dziewczyny. Idziecie czy nie? – rzucił Tom nerwowym, zniecierpliwionym tonem.

Zapadła cisza. Ciężka, przytłaczająca cisza, której nikt nie przerywał ani jednym słowem. Przerażenie zjeżyło Emily włoski na karku, a gdy dziewczyna powiodła wzrokiem wokół, dojrzała, że wszyscy się zatrzymali i czekali, zastygli w martwym bezruchu. I wtedy to się stało. Rozległ się gwiżdżący dźwięk, przeszywający uszy, potem wybuch tak głośny, że aż ją ogłuszył – bomba spadła bezpośrednio na George Street.

Nastał chłodny i mglisty poranek; pożary nadal szalały, gdy dziewczyna brnęła ulicą, której nie poznawała. Oszołomiona, walczyła z paniką, starała się ze wszystkich sił zachować spokój, więc oddychała głęboko: wdech i wydech, wdech i wydech. Kobieta, która odebrała rodzące się dziecko Maisie – wbrew jej przekonaniu dziewczynkę, a nie chłopca – pobiegła w stronę Arthur Street, wołając po imieniu matkę Maisie, którą sama Maisie też wzywała przez większą część nocy. Starała się, jak mogła, by nie krzyczeć z bólu, kiedy nasłuchiwały wybuchów spadających bomb. Serce Emily w tę długą noc, gdy tak siedziała, trzymając Maisie za rękę, ściskało się ze strachu.