Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przesłuchanie z prądem

Co pewien czas od około dwóch, trzech miesięcy jeździliśmy na Pocztę Główną w Trypolisie, aby zamawiać rozmowy telefoniczne z Polską, czyli z moją rodziną. To były bardzo radosne i oczekiwane przeze mnie chwile, kiedy mogłam usłyszeć głos swoich bliskich oraz przekonać się, chociażby w ten sposób, że u nich wszystko w porządku. Moja najbliższa rodzina, to: mama, tata, brat i ukochana babcia, za którą najbardziej chyba tęskniłam. Za każdym razem, gdy mogłam ją usłyszeć, ciepło robiło mi się na sercu. Niestety, zaraz potem przychodził lęk, czy aby na pewno będę jeszcze mogła ją zobaczyć…

Czas oczekiwania na połączenie bywał różny – od kilkunastu minut do około dwóch godzin, a niekiedy w ogóle nie było ono możliwe. W końcu udałam się do kabiny na rozmowę i usłyszałam w słuchawce głos mojej mamy.

– Co słychać? Jesteście zdrowi? – zadawałam szybko pytania, bo bałam się, że w każdej chwili połączenie może zostać przerwane.

– Tak, u nas wszystko po staremu. A jak ty się czujesz? Jak Karimek i w ogóle, czy wam tam dobrze?

To były stałe pytania mamy. Myślałam za każdym razem, cóż mogę na nie odpowiedzieć – nic innego, jak tylko, że jest dobrze i że pod tym afrykańskim niebem jestem bardzo szczęśliwa. Znowu tak odpowiedziałam, no i że aż tak bardzo nie tęsknię, bo przecież znalazłam swoje miejsce na ziemi…

Byłam specjalistką w oszukiwaniu swojej rodziny, a robiłam to tylko po to, aby oszczędzić im bolesnej prawdy. Nie chciałam ich martwić, smucić, tym bardziej, że dzieliły nas trzy tysiące kilometrów. Nie powiedziałam im też o swojej ciąży, a potem, że drugi syn jest już na świecie. Wiedziałam, że moja mama bardzo by się denerwowała, jak sobie daję radę i czy jestem po tym wszystkim zdrowa. Skrupulatnie ukrywałam moje rozterki, myśli i uczucia, a najbardziej tę wielką i bolesną tęsknotę, która toczyła mnie każdego dnia.

– Kiedy nas odwiedzisz? – pytała mama. – Już prawie trzy lata cię nie widzieliśmy, córeczko.

– Odwiedzę, na pewno odwiedzę, tylko jeszcze nie teraz, bo przez embargo, jakie Ameryka nałożyła na Libię, wstrzymane są wszystkie loty. Jak tylko to się zmieni, przylecę do was – brnęłam w małe i większe kłamstwa. Potem, jak zwykle, w słuchawce pojawił się ciągły sygnał i rozmowa została przerwana, a ja stałam, jak zawsze, jeszcze chwilę zaskoczona z głuchym telefonem przy uchu. Potem z ciężkim sercem wyszłam z kabiny na spotkanie rzeczywistości.

Dwa tygodnie później mój teść przyniósł mi list z Polski. Korespondencja przychodziła na numer skrzynki pocztowej, bo w Libii nie było takiej instytucji jak listonosz; nie było też dokładnie oznakowanych domów czy mieszkań.

– Salam alejkum, bnejti, pokój z tobą, córko – zaczął teść.

– Alejkum salam, ja baba, z tobą także pokój, tato – odpowiedziałam.

– Przyniosłem ci niespodziankę, list z twojej ojczyzny, od mamy i taty.

– Dziękuję – wykrzyknęłam uradowana. Szybko otworzyłam kopertę, przeleciałam wzrokiem pierwszą stronę i zamarłam, po czym z oczu poleciały mi łzy.

– Co się stało, córeczko? – zapytał zaniepokojony moją gwałtowną reakcją teść.

– Wielki smutek mnie spotkał – zaczęłam na dobre szlochać.

– Ale co się stało? Mów!

Zdążyłam wypowiedzieć tylko, że Arys nie żyje i pobiegłam zamknąć się w swojej sypialni, aby nie demonstrować przed nikim swojego żalu. No i wtedy się zaczęło… Mówiąc, że Arys nie żyje, zapomniałam dodać, że był to mój, jakże uwielbiany, wychowanek – pies, czarny, rasy cocker spaniel. Miał już swoje lata i ciężko chorował. Lubiłam bardzo mojego pupila, a wiązał się z nim szczęśliwy okres mojego życia. Po niedługim czasie zaalarmowana o mojej „żałobie” rodzina i znajomi zaczęli schodzić się tłumnie z wyrazami najszczerszych kondolencji po utracie kogoś bliskiego z polskiej rodziny. Jak już wspomniałam, muzułmanie nie darzą sympatią tych czworonogów. Jedna z przypowieści głosi nawet, że pies miał ugryźć proroka, więc ta antypatia ma pewne uzasadnienie. Dlatego też struchlała patrzyłam na ten cyrk, nie śmiejąc wyprowadzać ich z błędu.

Niebawem do Libii miała przyjechać moja koleżanka Sabina z małym synkiem Tarkiem. Jej mężem był Fozi, który studiował w Polsce na tej samej uczelni co Muchtar, tylko o rok niżej. Nie przyjaźnili się szczególnie, bo też Muchtar był człowiekiem, który lubił się wywyższać i górować nad innymi. Zawsze w każdej sprawie chciał mieć ostatnie zdanie i z tego powodu nie zjednywał sobie wielu przyjaciół. Od samego rana męczyłam go, aby zawiózł mnie do rodzinnego domu Foziego. W końcu się zgodził. Chciałam być z Sabinką w pierwszych dniach po jej przyjeździe, gdyż zdawałam sobie sprawę, jakie to przeżycie dla cudzoziemki – spotkanie z miejscową rzeczywistością i panującymi tu obyczajami.

Zobaczyłam ją siedzącą na cienkim materacu i całą zapłakaną. Jej małżonek zabrał syna, aby pochwalić się nim przed swoimi kolegami, jej zaś zakazał opuszczania mieszkania. Ich lokum najdowało się na drugim piętrze wielkiej, rodzinnej willi. W mieszkaniu, jak zwykle, nie było zbyt wiele mebli: kilka materacy położonych dookoła salonu, kuchnia – główne miejsce dla kobiety – oraz dar num, czyli małżeńska sypialnia z wielkim łożem na środku, szafą i toaletką. Wszystkie libijskie wnętrza były wyposażone mniej więcej w podobny sposób. Rzadko kiedy na przykład wydzielano pokoje dziecinne. Spotykało się je tylko w tych domach, gdzie rodzice przebywali kiedyś za granicą – w Europie lub USA. Dzieci spały więc, gdzie popadło, na materacach. Nie używało się pościeli, tylko koce, a zimą skóry baranie lub wielbłądzie.

Za oknem pokoju sypialnego mojej przyjaciółki rozciągał się wielki plac, na którym zarzynano wielbłądy, krowy i barany z przeznaczeniem dla sklepu mięsnego, gdyż rodzina męża Sabiny była rzeźnikami. Codzienny ubój zwierząt, ich krzyk, pisk i płynąca strumieniami krew w żaden sposób nie sprzyjały aklimatyzacji jeszcze jednej biednej Polki. Wiedziałam więc, że wszelkie słowa pocieszenia na tę chwilę okażą się daremne. Usiadłam obok niej na materacu i przytuliłam ją serdecznie. Była w szoku, a przede wszystkim bała się o swoje dziecko. Bez przerwy zadawała te same pytania: „Gdzie jest Tarek?”, „Dokąd go zabrał Fozi?”, „Dlaczego jeszcze go nie przyniósł z powrotem?”. Próbowałam, jak mogłam, tłumaczyć, że pewnie rodzina się z nim wita, w końcu to chłopiec, jakże ceniony w tej kulturze.

– Uspokój się – powiedziałam trochę niepotrzebnie zirytowana. – Nic mu nie zrobią. Pozwól się im nacieszyć. On jest częścią ich rodu i tego nie możesz zmienić.

– Ale ja się boję o niego – szlochała dalej – on nigdy nie widział takich przebierańców. Na pewno mnie woła i jest przerażony!

– No cóż, moja droga – stwierdziłam chłodno – w końcu to nikt inny, tylko my same wybrałyśmy naszym dzieciom takich przodków. Weź się w garść! I chodźmy na dół, bo słyszę, jak ktoś z rodziny nas woła.

– Nie, nie chcę widzieć tych potworów, oni mnie nie akceptują! Matka Foziego chyba mnie nienawidzi, widać to z daleka!

Kiedy zeszłyśmy na parter, wszyscy z rodziny już na nas czekali. Zaczęli się witać, rozmawiać i zadawać pytania. Tłumaczyłam Sabinie, co do nas mówią, lecz ona była tak przerażona całym otoczeniem, że wprost ich odtrącała. Wiedziałam, że to nie wróży nic dobrego szczególnie, że będzie musiała mieszkać z tą rodziną. Będą ją bacznie obserwować i nie zazna łatwego życia. Teść Sabiny, stary Arab Mohammed, przyniósł jako poczęstunek przyrządzoną przez siebie wątróbkę baranią. Był to z jego strony miły gest. Ja wzięłam kawałek, choć nie przepadam za takimi przysmakami. W taki sposób przecież okazuje się szacunek gospodarzowi. Niestety, Sabina z obrzydzeniem wypluła wątróbkę pod jego nogi krzycząc, iż nie zje tego surowego świństwa. Zobaczyłam złość w oczach Mohammeda. Zaklął i odwróciwszy się, poszedł do syna, aby wyrazić swoją opinię o jego żonie.

Zabrałam Sabinę na górę i, długo z nią rozmawiając, tłumaczyłam panujące tutaj zwyczaje. Dodawałam jej otuchy, licząc, że z upływem czasu pogodzi się z wieloma rzeczami i nauczy jakoś tutaj żyć. Po niedługim czasie usłyszałam klakson samochodu Muchtara i musiałam się pożegnać.

W Trypolisie, jak i w całej Libii, mieszkały też inne Polki, które lepiej lub gorzej podzielały ten sam los. Z niektórymi miałam sporadyczne kontakty. Urszulę poznałam, kiedy przeprowadziliśmy się tutaj z Tobruku. Jej mąż Ali miał zupełnie czarny kolor skóry. Był wysokim Murzynem, a ona małą i drobną blondynką. Gdy ją poznałam, miała już pięcioro dzieci, a z szóstym była w ciąży. Była tak zahukana i zrezygnowana, że serce ściskało się na jej widok. Nie wychodziła nigdy z ciasnego, obskurnego mieszkania, które dzieliła z teściową i trzema niezamężnymi siostrami Alego. Nie mogła nawet wyglądać przez okno, gdyż w jej pokoju zostało ono zamurowane. To często stosowana praktyka wśród Arabów mieszkających w blokach, aby nikt obcy z zewnątrz nie zdołał ujrzeć nawet cienia ich kobiety.

To były prawdziwe slumsy. Odwiedziłam Ulę tylko dwa razy, a gdy chciałam usilnie zaprosić ją do siebie, jej mąż zerwał z nami kontakty. Przeżywałam to bardzo i martwiłam się o jej zdrowie, bo w żaden sposób nie mogłam jej pomóc. Po prostu należała do męża i jego klanu. Czy kiedykolwiek będzie miała szansę wyjść z tej wyniszczającej depresji duszy, a także ciała, wymęczonego przez liczne porody? – myślałam.

Na naszym osiedlu mieszkała wraz z rodziną Renata. Miała trzy córki, a jej małżonek Omar pracował w tej samej jednostce wojskowej, co Muchtar. Był starszy stopniem od mojego męża, ale stosunki pomiędzy nimi były dobre. Byłyśmy z tego bardzo zadowolone, bo dla mnie i Renaty oznaczało to możliwość częstych spotkań. Czasem robiłyśmy wspólne kolacje – raz u niej w domu, a raz u mnie. Nasze dzieci, mimo różnicy płci i wieku, potrafiły się razem bawić. To była dla mnie radość, że tak blisko mieszka moja rodaczka. Zdarzało się, że Renata przychodziła odwiedzić mnie przed południem, kiedy naszych mężów nie było w domu. Ja także tak robiłam, lecz rzadziej od niej, gdyż jej mąż miał bardziej liberalne poglądy od Muchtara.

 

Taki stan rzeczy był idealny do momentu, kiedy Muchtar zaczął zadawać mi dziwne i bardzo dociekliwe pytania, szczególnie dotyczące moich wizyt w domu Renaty i Omara. Pewnego dnia zapytał wyraźnie zdenerwowany:

– Byłaś dziś rano odwiedzić Renatę?!

– Tak, byłam.

– Ile czasu tam byłaś?

– Małą godzinkę – odpowiedziałam bez zastanowienia.

– Ktoś u niej był, czy była w domu sama? – zauważyłam, jak z każdym zadawanym pytaniem mój mąż zmienia się na twarzy.

– Nie, nikogo u niej nie było. Wypiłyśmy herbatę i wróciłam do domu, aby przygotować dla nas obiad.

– Na pewno? Wiesz, że nie możesz mnie okłamywać, bo i tak wcześniej czy później wszystkiego się dowiem…

Od tego dnia coraz częściej słyszałam podobne pytania. Zawsze mówił do mnie tym samym tonem i, nie wiedzieć czemu, spodziewał się jakiegoś podstępu. Coraz wyraźniej widziałam, że z Muchtarem dzieje się coś niedobrego. Czułam, że coś złego wisi w powietrzu.

– Nadio, zapraszam cię jutro na pyszne ciasteczka. Upiekę je wedle przepisu mojej sąsiadki – powiedziała Renia, wychodząc ode mnie. – Są przepyszne, sama to stwierdzisz, jak posmakujesz. Przyjdź przed południem, bo najlepsze są jeszcze ciepłe.

Nazajutrz ubrałam chłopców i wybrałam się do niej. Kiedy przekroczyłam próg mieszkania, usłyszałam dobiegający z salonu męski głos. Weszłam.

– Achalm-wasachlam, witaj – powiedział młody mężczyzna. Wyciągnęłam rękę, odpowiadając na jego powitanie.

– Już robię kawę! – dobiegł z kuchni wesoły głos Renaty. – Siadajcie, proszę.

Usiadłam naprzeciwko Chaleta, bo tak miał na imię ów mężczyzna, który okazał się kuzynem Omara. Przyjechał do nich w odwiedziny ze Zliten. Renia podała nam kawę i ciastka. Chalet był spięty, nie często było mu dane siedzieć z obcą kobietą w jednym pomieszczeniu i swobodnie rozmawiać. Widać było, że stara się unikać mojego wzroku, jak to jest w tutejszym zwyczaju, ja zaś stosowałam się do tej reguły, aby go nie peszyć. Rozmowa była zdawkowa i nie czułam się swobodnie, więc po wypiciu małej filiżanki kawy i zjedzeniu kilku ciastek pożegnałam się. Wróciłam i zaczęłam gotować kuskus na obiad – ulubioną potrawę mojego męża.

Kiedy tylko wszedł do domu, zaczął swoje codzienne przesłuchanie:

– Gdzie byłaś? Co robiłaś? Z kim się widziałaś? Czy był ktoś u Renaty, czy też była sama?

Po nawale pytań zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka: „Czy słusznie tym razem zrobię, odpowiadając twierdząco na to ostatnie pytanie?”. Prawda niczego nie zmieni i nie wniesie, a w chorym umyśle mojego męża może zasiać niesłuszne wątpliwości co do mojej osoby. Przecież każdy Arab jest na tym punkcie nienormalnie przewrażliwiony… Odpowiedziałam więc tak, jak odpowiadałam dotychczas – że nikogo u Renatki nie było. Ujrzałam w jego oczach wyraźną ulgę, więc szybko podałam mu ulubiony kuskus i zgodnie zasiedliśmy razem z dziećmi do obiadu. Potem przygotowałam popołudniową kawę, do której miałam ciasteczka podarowane przez Renatę.

Minęło kilka dni względnego spokoju, podczas których nie widywałam się z koleżanką. Któregoś dnia jednak znowu zapukała do naszego mieszkania. Muchtar akurat nie wyszedł jeszcze do pracy. Renia była osobą bardzo bezpośrednią i lubiącą opowiadać o życiu swoim i domowników. Nagle zapytała o ciastka, które podarowała nam w owym dniu, o którym skłamałam Muchtarowi.

– Smakowały ci moje ciasteczka? – zwróciła się do niego. – Jeśli tak, to dam przepis twojej żonie, aby mogła rozpieszczać cię takimi frykasami.

Zbladłam i czułam, jak krew ze mnie odpływa. Gdybym mogła to przewidzieć, z pewnością uprzedziłabym Renię, aby nie wspominała tej mojej wizyty.

– Chalet – brnęła dalej w moją katastrofę – którego poznałaś, kiedy byłaś u mnie, zjadł do wieczora wszystkie i gdybym nie schowała kilku w szafce dla Omara, to musiałby się obejść tylko smakiem. – Nagle urwała swój monolog, bo chyba zaczęło do niej docierać, co mówi…

– To ja już pójdę – powiedziała zmieszana.

– Tak, na ciebie już pora – odezwał się roztrzęsiony Muchtar. – Nie chcę gościć w moim domu osoby, która urządza potajemne randki mojej żonie! Nigdy już nie przychodź! – podnosił coraz bardziej głos.

– Ależ, Muchtarze! Jak możesz tak myśleć i mówić – zaczęła bronić się ze łzami w oczach.

– Skalałaś moją żonę! Nie chcę cię więcej oglądać!

Renata na dobre zaczęła szlochać, tłumaczyć i przepraszać, lecz na nic już to się zdało. A ja stałam i patrzyłam na całą tą scenę ze ściśniętym gardłem, nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa, które zresztą i tak nie miałoby już znaczenia. Przecież w oczach mojego arabskiego męża byłam zdradliwą, zakłamaną oszustką.

Kiedy zatrzasnęły się drzwi, stałam nadal w tym samym miejscu jak kamień. Czekałam na wyrok, bo sąd już się odbył. Uderzenie było znienacka i bardzo silne. Poczułam znany mi już słodki smak krwi. Twarz paliła ogniem. Nie odezwałam się, nie płakałam. Byłam skałą, nieczułą na żadne bodźce.

– Dobrze ci było z Chaletem, ty polska dziwko?! No co, nie bronisz się, nie tłumaczysz?! – znowu silny cios i następny…

Upadłam, nie czułam już bólu, tylko potworny szum, który wszystko zagłuszał. A po chwili zobaczyłam nad sobą dwa kabelki podłączone do gniazdka. Mój mąż zaczął mnie torturować prądem.

– Teraz wszystko wyśpiewasz! – usłyszałam jakby w oddali, a po chwili wstrząs przeszedł przez moje ciało. Jakieś myśli zaczęły kotłować się w mojej głowie i poczułam żal, że moje dzieci nie będą miały matki, zostaną same, wychowane na modłę tutejszego świata, a ja nigdy już ich nie zobaczę – ich i moich bliskich. W końcu zaczęły mi się przesuwać obrazy pięknych zielonych łąk, lasów i morza, nad którym się wychowałam… Nagle w oddali, jak przez mgłę, zadźwięczał dzwonek do drzwi, a potem usłyszałam donośny głos mojego teścia. Nie mógł wybrać sobie lepszego momentu na odwiedziny…

Obudziłam się w ciemną noc, w nieznanym miejscu, tak bynajmniej mi się zdawało. Usta miałam sklejone zaschniętą krwią, całe ciało paliło, a żołądek podchodził do gardła. Potwornie chciało mi się pić. Ujrzałam nad sobą jakąś postać, która przykładała mi mokrą chustę do skroni, co przynosiło chwilową ulgę. Rozpoznałam, że to Aziza, druga żona mojego teścia. A więc żyję, pomyślałam, nie udało się mnie zabić. Aziza ujrzawszy, że otworzyłam oczy, poczęła gładzić moją rękę i przemawiać uspokajającym tonem:

– Nie szkodzi, córeczko. My, kobiety, tak już mamy, taki jest nasz los, nic nie możemy zrobić. Nasze życie nie należy do nas, tylko do naszych mężczyzn. To minie, musisz to przetrwać.

– Gdzie są moje dzieci? – zapytałam tylko.

– Nic im nie jest, rodzina się nimi zajmuje – odpowiedziała. – Odpoczywaj i nabieraj sił, abyś szybko wróciła do zdrowia i swoich obowiązków względem rodziny…

Mówiła dalej, ale ja już niczego nie słyszałam, niczego oprócz jednej myśli: uciekać stąd, uciekać! Od tej pory odzyskanie wolności dla mnie i dzieci stało się moją obsesją – głównym celem, do jakiego postanowiłam dążyć.

Szkoła obłudy

Wiedziałam, że nie stanie się to szybko, ale jak woda drąży skałę, tak i ja powoli, dokładnie i ostrożnie zaczęłam realizować mój plan. Nie wolno mi było od tej pory popełnić żadnego błędu, bo cena, jaką musiałabym zapłacić byłaby zbyt wysoka.

Przez kolejnych kilka dni przebywałam w mieszkaniu Azizy, która troskliwie się mną opiekowała. Byłam jej za to ogromnie wdzięczna. Z każdym dniem czułam się lepiej, zaczynałam powracać do równowagi, a głowa przestawała mnie boleć. Muchtar nie pojawił się u mnie ani razu i, choć nie wiedziałam, co to oznacza, cieszyłam się, że nie muszę oglądać swojego oprawcy. Moich dzieci także do mnie nie przyprowadzono, co z pewnością było dla nich dobre, gdyż nie musiały oglądać matki w takim stanie. Wystarczająco dużo już przeżyły z winy swoich rodziców.

W końcu doczekałam się wizyty Muchtara, który wszedł do pokoju i, nie patrząc mi w oczy, oznajmił, że czeka na mnie w samochodzie. W milczeniu wróciliśmy do domu. Panował w nim okropny bałagan, bo mój małżonek nie hańbił się myciem po sobie talerzy czy szklanek. Choć jeszcze słaba, zabrałam się do pracy. Myłam, szorowałam podłogi, chciałam w ten sposób wymazać z pamięci sceny, które niedawno miały tutaj miejsce. Gdy tak sprzątałam, natrafiłam na dziwne urządzenie ukryte w naszych meblach. Prawdopodobnie służyło ono do podsłuchiwania mnie… Zaczęłam się naprawdę bać, bo przecież człowiek, który wymyśla takie rzeczy, ma chyba chory umysł i może posunąć się do wszystkiego.

Nasze życie pozornie wracało do normy. Gdy czas lizał moje rany i goił widoczne dla oka blizny, zaczęłam dążyć do celu, przedstawiając się najpierw jako cudzoziemka kochająca ten kraj i miejsce, w którym przyszło mi mieszkać. Manifestowałam, że życie zaczyna mi się tu układać i że jestem prawie szczęśliwa. Ku wielkiej radości Muchtara zaczęłam też czytać Koran. Dążąc do wytyczonego celu, stawałam się „polską arabką” o pokerowej twarzy.

Kiedy Karimek ukończył sześć lat, został zapisany do pobliskiej szkoły. Był to ponury zaniedbany budynek, a panujący w nim regulamin mógł budzić zdziwienie europejskiej matki. Mali uczniowie musieli sprzątać po sobie klasy, korytarze i toalety. Nie było zatrudnionych w tym celu pracowników, więc można sobie wyobrazić, jaki w całej szkole panował brud i fetor. Nauczycielami były przeważnie libijskie kobiety, które nierzadko stłamszone i sfrustrowane w swoich domach, wyładowywały się na dzieciach. Tutaj kary cielesne są na porządku dziennym i żaden z rodziców nie ma o to pretensji, wychodząc z założenia, iż dorosły zawsze ma rację. Zawartość podręczników wywoływała zgrozę. Niektóre z nich zawierały fotografie z egzekucji zdrajców kraju – przeciwników Kaddafiego, wodza Wielkiej Dżamahiriji. Na zajęciach wpajano dzieciom nienawiść do Żydów, nawoływano do dżihadu, czyli świętej wojny, i piętnowano wszelkich innowierców.

Łatwo można sobie wyobrazić, co czułam każdego ranka, kiedy szykowałam małego na szkolne lekcje. Myślałam, co wyrośnie z niego, jeśli nie uda mi się stąd wyjechać – islamski ekstremista, czy zamachowiec samobójca, bo tacy stawali się tutaj największymi bohaterami, oczywiście pośmiertnie. Męczyłam się ze świadomością, że to przecież nikt inny tylko ja zgotowałam mojemu dziecku ten los. A mój synek często wracał ze szkoły smutny i przygaszony. Wiedziałam wówczas, że coś złego przytrafiło się na lekcjach. On sam niewiele mówił na ten temat. To było jeszcze małe dziecko, ale niezwykle wrażliwe, rozumne i bardzo dojrzałe jak na swój wiek. Zdarzało się też, że wracał ze szkoły ostatni, spóźniając się do domu. Wywoływał wówczas gniew swego ojca, który krzyczał na niego i czasami uderzył. Nie wytrzymywałam wówczas, próbując bronić go przed ojcem, ale kończyło się na tym, że spotęgowana agresja Muchtara wyładowywała się na mnie. Zaciskałam wówczas zęby, przysięgając sobie, że nadejdzie taki dzień, w którym zwrócę moim dzieciom dzieciństwo, na jakie zasługują.

Po pewnym czasie zauważyłam, że Muchtar zaczął dostrzegać moją rozwijającą się przemianę. Chyba też zaczynał wierzyć, że pogodziłam się z losem i zaakceptowałam życie tutaj. Coraz częściej się śmiałam, choć był to przecież śmiech przez łzy. Przestałam się buntować – nie czepiałam się go, jak sam to określał.

– Moja droga żoneczko, stałaś się milsza i jakaś łagodniejsza, jestem z ciebie ogromne zadowolony – stwierdził któregoś dnia. – Przestałaś w końcu narzekać i zamęczać mnie wyjazdem do Polski.

– Moje miejsce jest przy mężu, gdzie on, tam jest i moje serce – powiedziałam takim tonem, jakbym grała w teatrze na wielkiej scenie.

– O, Allach jest wielki i wysłuchał moich modlitw!

– Tak, tak Muchtarze, Koran potrafi czynić cuda.

– Zatem ubieraj siebie i dzieci, zabieram cię na przejażdżkę – oznajmił w nagrodę za dobre sprawowanie.

Dobry humor go nie opuszczał. Pojechaliśmy kiedyś na Plac Zielony, a później spacerowaliśmy ulicą Omara Muchtara, która mieściła się na starym mieście Trypolisu. Było to moje ulubione miejsce. Znajdowało się tam wiele sklepów – suków. Najbardziej rzucały się w oczy wystawy gęsto obwieszone złotą biżuterią – od najdrobniejszych wyrobów po ciężkie ozdoby, które tutejsze kobiety noszą do tradycyjnego stroju ludowego. Każda libijska panna dostaje taki komplet ze złota w prezencie ślubnym od swojego małżonka. Stanowi to niejako zabezpieczenie finansowe na wypadek, gdyby mąż zechciał ją kiedyś oddalić. Ten zwyczaj nie dotyczy jednak żon cudzoziemskich – im nie należy się wsparcie, bo nie mają tutaj swoich bliskich, którzy w razie potrzeby mogliby się za nimi wstawić. Ich jedynym zabezpieczeniem przed czymkolwiek jest wyłącznie dobra wola drugiej strony.

 

Wróciliśmy wtedy w dobrych nastrojach, lecz w domu czekała na nas przykra wiadomość o ciężkiej chorobie Azizy, drugiej żony teścia. Kilka lat temu zachorowała na raka piersi i mimo amputacji, i serii leczenia chemią, choroba odezwała się z jeszcze większą siłą. Gdy została zaatakowana wątroba, było już wiadomo, że nie ma nadziei. Zostawiliśmy dzieci z siostrami Muchtara, a sami udaliśmy się do szpitala. Leżała cicho, bez ruchu, podłączona do kroplówki. Podeszłam i delikatnie dotknęłam jej ręki, która była bardzo ciepła. Po chwili otworzyła zamglone oczy. O dziwo, wypowiedziała moje imię, więc musiała być przytomna, choć lekarz, który zajrzał do sali, stwierdził, że Aziza jest w agonii. Łzy napłynęły mi do oczu, pomyślałam o całym jej życiu. Była drugą żoną swojego męża, urodziła sześcioro dzieci, niektóre w chwili jej śmierci były jeszcze małe. Było mi ich szkoda – dwie dziewczynki miały zaledwie kilka lat i już nikt nie będzie tak o nie dbał, jak zmarła matka. Aziza całe życie ciężko pracowała, żyła w bardzo skromnych warunkach, nigdy na nic nie narzekała.

Jeszcze tej nocy zmarła. Nazajutrz w południe odbył się jej pogrzeb. W gorącym klimacie ludzi chowa się szybko. Zwłoki myje się i zawija szczelnie w biały całun, i tak, bez trumny, zakopuje do ziemi. W pogrzebie uczestniczą tylko mężczyźni, którzy recytują odpowiednią do sytuacji surę – rozdział Koranu. Kobiety zostają w domu żałobnym i opłakują zmarłego, straszliwie zawodząc, a nawet drapiąc się po twarzy. To dość wstrząsający widok. Po powrocie mężczyzn z cmentarza następuje stypa – podaje się te same potrawy, co przy innych okazjach, tyle tylko, że bez słodyczy. Członkowie rodziny nie noszą strojów żałobnych, islam tego nie nakazuje. Mój teść bardzo przeżywał śmierć Azizy, była mu bliższa niż jego pierwsza żona, a matka Muchtara. Rodziny, znajomych i sąsiadów było bardzo dużo, około dwustu osób. Biesiada trwała dwa dni, a później wszyscy rozjechali się bądź rozeszli w swoje strony.

Minęło znów kilka miesięcy, a ja żyłam jak w transie, uważając każdego dnia, aby nie dopuścić do sytuacji, która mogłaby mnie sprowokować do popełnienia błędu. Muchtar był inteligentny, a co za tym idzie przebiegły i podejrzliwy. Nie raz mi to udowodnił w bardzo dotkliwy sposób. Któregoś dnia przyszedł do domu wielce uradowany, ogłaszając, że Kaddafi zapowiedział, iż kto tylko chce, może się zwolnić z wojska.

– To cudownie! – krzyknęłam – będziesz mógł zająć się tym, co uwielbiasz, czyli pracą naukową. Może nawet uda ci się zrobić doktorat… Jaka ja będę dumna, mając za męża doktora nauk, a może i profesora!

Mój entuzjazm udzielił się Muchtarowi, który oczami wyobraźni już zobaczył siebie w świecie nauki.

– Zostanę najmłodszym profesorem. Będę sławny i będę wydawał książki naukowe z dziedziny fizyki, a może i dostanę Nagrodę Nobla!

– Tak, tak, pewnie i Oscara! – nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.

– Nie wierzysz mi? Udowodnię ci, zobaczysz, jakiego masz męża!

U Muchtara odzywała się czasami mania wielkości, ale w tym wypadku była ona dla mnie błogosławieństwem.

– Wierzę ci, że w swoim życiu dokonasz wielkich rzeczy, bo tutaj twoja wiedza nie jest w ogóle wykorzystywana – kułam żelazo póki gorące. – Taki talent naukowy po prostu się marnuje. Nie ma na co czekać! Wypisuj się z tego wojska, bo już czas na realizację twoich marzeń.

– Inszallach, jak Bóg zechce – odpowiedział mój mąż.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?