Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie zapomniałam – odpowiedziałam – bo ty nigdy nie pozwalasz mi o tym zapomnieć. Wryłeś mi to w moje serce i mózg.

– Jesteś bezczelna! – krzyknął i kopnął wielką tacę, która leżała na dywanie w naszym salonie. Naczynia z jedzeniem wywróciły się z hukiem, a z pokoju naszego synka doszedł przeraźliwy płacz. Nazajutrz rozpoczynały się radosne święta…

W pierwszy dzień świąt dziękczynienia Id al-Fitr, kończących ramadan, z samego rana pojechaliśmy do domu rodzinnego męża. Wszyscy już na nas czekali, nie zasiadając jeszcze do posiłku. Muchtar, jako najstarszy z braci, był zaraz po ojcu najważniejszą osobą w rodzinie i, co za tym idzie, należał mu się szacunek i posłuch. Gdy już złożyliśmy sobie życzenia, nie pomijając nikogo – ani małego dziecka, ani mnie, niewierzącej chrześcijanki – zasiedliśmy do świątecznego obiadu. Potrawy raczej niczym nie różniły się od ramadanowych kolacji. Po zwyczajnej herbacie lub kawie przyszedł czas na prezenty, które wręczał wszystkim Muchtar (w odwrotną stronę, czyli dla nas, nie było nic). Jednak miły to i przyjemny był widok oglądać uradowane miny członków rodziny, w myśl zasady (zresztą chrześcijańskiej), iż dawanie przynosi więcej radości niż branie. Wszyscy byliśmy leniwie objedzeni i półleżąc na materacach prowadziliśmy, żartując, rozmowy. Potrafiłam już nieźle posługiwać się językiem arabskim, a z niektórymi siostrami męża byłam zaprzyjaźniona, szczególnie z Samihą i Karimą, które niejednokrotnie przebywały u mnie w domu. Był to ten okres, kiedy zżyłam się z nimi i coraz bardziej poznawałam ich mentalność. Często zwierzały mi się ze swoich bolączek, a i ja czułam w nich przychylne dusze. Po południu zeszła się też dalsza rodzina, aby złożyć życzenia i wspólnie cieszyć się świętami.

Na drugi dzień z kolei zostaliśmy zaproszeni na świąteczny obiad do cioci Aiszy, siostry ojca Muchtara, która mieszkała za Trypolisem na pięknej farmie. Zawsze zachwycałam się jej drzewami pomarańczy, ich różnymi odmianami. To są zresztą moje ulubione owoce. Uwielbiałam ciocię Aiszę. Była to stara spracowana kobieta, z tatuażem na brodzie – dawnym oznaczeniem mężatek. Była dobra i życzliwa, a na jej pomarańczowej farmie zapominałam o swoich kłopotach i rozczarowaniach, o tęsknocie za moją ukochaną rodziną i krajem, za moim życiem, które zostało na innym kontynencie, i o mojej niepewnej przyszłości. Spacerując po pomarańczowym gaju, stawałam się częścią harmonii afrykańskiego świata. Tak było i w te święta. Najchętniej zostałabym tu i nie wracała do domu. Ale nie ode mnie to zależało.

Mój teść, który od początku był mi bardzo przychylny i darzył mnie sympatią, lubił ze mną rozmawiać, a ja z nim, mimo wszystkiego, co nas dzieliło: wieku, płci, narodowości, religii. Dobrze i bezpiecznie czułam się w jego towarzystwie.

– Bnejti, córeczko – zaczął – usiądź, proszę, koło mnie.

– Z przyjemnością, ja baba – nazywałam go ojcem, chociaż libijskie synowe nie zwracają się w ten sposób do swoich teściów. Mówiłam tak, bo wiedziałam, że sprawiam mu tym radość.

– Tęsknisz za mamą, tatą i całą rodziną, czyż nie tak?

– Tak, tęsknię. Bóg jeden wie, jak bardzo.

– Myślę, że pojedziesz ich odwiedzić. Nie ma ku temu żadnych przeszkód? – zapytał z prawdziwą troską w głosie.

– Nie, ojcze, nie ma. Tak myślę.

– Córeczko, bo jeśli miałabyś jakiś problem z tym związany, to powiedz mi.

– Tak, powiem ci, ale nie wiem, kiedy Muchtar zgodzi się na mój wyjazd do Polski.

– A może pieniądze stanowią problem? Powiedz, zaradzimy coś na to – zaznaczył.

– Dziękuję za twoją troskę – odpowiedziałam, dobrze wiedząc, że pieniądze mojemu teściowi łatwo nie przychodzą szczególnie, że ma na utrzymaniu tak liczną rodzinę. Był jednak gotów mi pomóc. No, ale to nie on bezpośrednio sprawował nade mną „opiekę”.

Panie Boże, Jezu Chryste…

Od jakiegoś czasu, a ściśle od około dwóch tygodni, spóźniał mi się okres, chociaż miałam założoną spiralkę. Nie planowałam, wręcz broniłam się przed tym, aby mieć jeszcze jedno dziecko, gdyż moja sytuacja życiowa była niepewna. Trudno byłoby mi podjąć odpowiedzialność za jeszcze jedną małą istotę, dlatego zabezpieczyłam się podczas pamiętnego, ostatniego pobytu w Polsce. Pewnej nocy obudził mnie ostry ból i zaczęłam dość mocno krwawić. Muchtar bardzo się wystraszył i – mimo moich zapewnień, że to zwykły okres – zawiózł mnie do szpitala. Wstęp na oddział ginekologiczny był na szczęście mężczyznom zabroniony, a poza tym mój mąż musiał wracać do śpiącego w domu Karima. Od razu zostałam zabrana na badanie.

– Mabruk, gratuluję! – oznajmił lekarz. – Jest pani w ciąży, to ósmy tydzień.

– To niemożliwe – powiedziałam, mając na myśli tę moją nieszczęsną spiralkę.

– A jednak, będzie pani matką! Usuniemy tylko z macicy tę wkładkę, która powoduje krwawienie, co mogło nawet mieć fatalne skutki i dla pani, i dla dziecka.

Zamarłam ze strachu. Co będzie, jak dowie się o tym Muchtar i jego rodzina… Wmawiałam przecież mężowi, że prawdopodobnie jestem chora i dlatego nie mogę mieć więcej dzieci. Co się teraz stanie? Jaką karę poniosę? Czy odbierze mi dzieci, a mnie samą odeśle do Polski? Myśli kłębiły się w głowie. Po chwili zrozumiałam, że tak naprawdę nic już nie mogę zrobić, więc postawiłam wszystko na jedną kartę.

– Doktorze, jestem Polką i chrześcijanką, a mój mąż Libijczykiem. Nie wie o tym, że bez jego zgody miałam założoną spiralę. Jak się dowie, to mnie ukaże i zabierze mi moje dzieci – powiedziałam jednym tchem.

Na sali było przy mnie dwóch lekarzy i jedna pielęgniarka, skośnooka Filipinka. Lekarze spojrzeli na siebie, a potem niemal jednocześnie rzekli:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i niechaj ma cię w opiece! Jesteśmy Egipcjanami i chrześcijanami, nie przyczynimy się do tego nieszczęścia. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Niech Bóg ma cię w swojej opiece.

Po tych niespodziewanych, a jakże pocieszających słowach zapadłam w błogi sen. Musiałam chyba dostać jakiś środek uspokajający, bo spałam ze dwanaście godzin. Gdy otworzyłam oczy, ujrzałam przed sobą Muchtara oraz jego matkę. Mój mąż miał szczery, radosny uśmiech na twarzy, czego w żaden sposób nie mogłam wyczytać z beznamiętnej miny teściowej.

– Habibi, uczyniłaś mnie najszczęśliwszym mężczyzną na kuli ziemskiej – przymilał się mój małżonek. – Nasz syn nie będzie już jedynakiem, a drugie dziecko scali nasz związek. Sama widzisz, że to wola Allacha. Bogu niech będą dzięki! Przemyśl to, najdroższa, czy to nie jest dla ciebie znak od samego proroka. On pragnie twojego dobra, on pragnie twojego nawrócenia, on pragnie, abyś kroczyła drogą prostą, którą wybrał dla nas Allach…

– Przestań, bo znów zacznę krwawić i skończy się twoje chwilowe szczęście i nasza sielanka. To nie z prorokiem będę miała dziecko! – powiedziałam poirytowana jego naukami.

– Nie denerwuj się, moja droga. Jako twój mąż, doskonale wiem, co jest dla ciebie najlepsze – uciął temat.

Moja teściowa siedziała zupełnie nieruchoma i, nie zabierając głosu, patrzyła na mnie swoimi świdrującymi oczami. Czułam od niej niechęć i do mnie, i do mojego nienarodzonego dziecka. Myślę, że po prostu bała się scalenia naszego małżeństwa. Przecież jej plany odnośnie do swojego ukochanego najstarszego syna były zgoła inne.

Zostałam w szpitalu do czasu, aż krwawienie całkowicie ustąpiło. Byłam zadowolona, że mogłam tu jeszcze trochę poleżeć, wyciszyć się i nabrać dystansu do życia. Ciągle niepokoiło mnie, co będzie dalej ze mną i moimi dziećmi. Jaka przyszłość nas czeka w tym obcym kraju, różniącym się od wszystkiego, co rozumiałam i kochałam.

Po około tygodniu spędzonym na oddziale ginekologicznym wyszłam ze szpitala do domu. Bardzo tęskniłam za moim Karimkiem. Martwiłam się o niego i bałam się, jak sobie radzi beze mnie i czy należycie o niego dbają. Muchtar przyjechał po mnie do szpitala już z samego rana. Na jego twarzy widać było zadowolenie. Cieszył się, że jego dziecku nic się nie stało i że zostanie dumnym ojcem. Ja w tym wszystkim byłam najmniej ważna. Czułam z tego powodu przykrość. Najchętniej bym się rozpłakała, ale nie chciałam pokazać swoich emocji i obnażyć w ten sposób słabości. Teraz, kiedy nosiłam w sobie rozwijające się nowe życie, musiałam stać się jeszcze silniejsza. Silna za nas trojga, bo to ja musiałam być podporą w każdej sytuacji, jaka mogła nas tu spotkać. Musiałam być twarda, aby moje dzieci były bezpieczne i szczęśliwe. Te wszystkie myśli kłębiły mi się w głowie podczas powrotu ze szpitala.

– Habibi – usłyszałam głos męża, który zwrócił się do mnie słodko, przerywając moje rozmyślania. – Pojedziemy do rodziców. Czekają na nas, chcą ci pogratulować i okazać swoją radość, że wnukowi nic złego się nie stało. Nawet uroczysty obiad został przygotowany z tej wspaniałej okazji. Doceń to, kochanie, to wszystko dla ciebie.

Słysząc to, miałam mieszane uczucia. Z każdą minutą, która przybliżała nas do domu, ogarniał mnie dziwny niepokój. Pytanie tylko, dlaczego? W domu, w centralnej sali, przebywało wiele osób. Wszyscy siedzieli na materacach, głośno rozprawiając i popijając herbatę. Mieli bardzo zadowolone miny, które mogły wskazywać, iż miało tu miejsce jakieś ważne wydarzenie. A kiedy raptem zrozumiałam, że pod moją nieobecność i bez mojej zgody dokonano właśnie obrzezania mojego syna – przeszedł mnie ogromny skurcz, zdołałam tylko krzyknąć: „barbarzyńcy, co zrobiliście z moim dzieckiem!” i osunęłam się na ziemię, tracąc świadomość.

Nie wiem, ile czasu minęło, kiedy się ocknęłam. Szumiało mi w głowie i piekła cała twarz. Nade mną pochylała się siostra Muchtara, Samiha, mokrą chustę przykładając do mojego rozpalonego czoła. Zaczęłam szlochać i krzyczeć:

– Gdzie moje dziecko? Co mu zrobiliście? Dlaczego bez mojej zgody! Dlaczego wasz Bóg wymaga takiego poświęcenia…

 

– Cicho, uspokój się, Nadio – próbowała uciszyć mnie Samiha. – Nie krzycz, bo narobisz sobie ogromnych kłopotów. Pomyśl o twoim nienarodzonym dziecku, jak ono musi to przeżywać. Jest już po wszystkim i będzie dobrze. Twój syn zniósł to bardzo dzielnie, to wielki dzień dla niego. Od dziś islam będzie panował w jego życiu i nic lepszego nie mogło mu się przydarzyć. Allach Akbar! – kiedy to w końcu zrozumiesz? Kiedy u ciebie to w końcu nastąpi, będziesz na zawsze kroczyła prostą drogą wybraną przez jedynego Miłosiernego…

– Zostaw mnie samą, Samiho. Nie mogę już tego słuchać – zaczęłam głośno płakać. Przestraszona napadem mojej niezrozumiałej dla niej histerii, pospiesznie opuściła pokój.

Dla wszystkich było to święto: syn Muchtara został przyłączony do muzułmańskiej rodziny, a ja wylewałam łzy w samotności. Mój krzyk, ból i sprzeciw nie miały tu najmniejszego znaczenia. Byłam niczym wobec okrutnego religijnego przymusu. W końcu zaczęłam się modlić: „Panie Boże, Jezu Chryste, pomóż mi znieść to wszystko, co wydaje mi się nie do zniesienia. I nie opuszczaj mnie w potrzebie, i trwaj przy mnie swoją siłą, nadzieją i miłością dla mojej rodziny. Amen”.

Wkrótce nadeszły święta Eid al-Adha, czyli ofiarowania. Tysiące zwierząt – owiec, baranów, krów i wielbłądów – zostało przeznaczonych na ofiarę. Byłam w piątym miesiącu ciąży, nie znosiłam jej dobrze, pomimo że pierwsze mdłości i uczulenie na różne zapachy już minęły. Muchtar w przeddzień tego święta kupił dwa wielkie barany. Jednego dla rodziny, a drugiego dla nas. Trzymane były na dachu jego rodzinnego domu, karmione tam i pojone, bo zwierzęta przeznaczone na ofiarę mają być w dobrej kondycji.

Nasze mieszkanie mieściło się w bloku na drugim piętrze i nie wyobrażałam sobie, aby można było trzymać barana na balkonie, ale Arabowie nie widzieli w tym problemu. Już na kilka dni przed świętem słychać było beczenie zwierząt wciąganych po schodach na piętra. Panował upał, więc fetor trzymanych w mieszkaniach zwierząt stawał się nie do wytrzymania. W dniu święta od bladego świtu słychać było wszędzie ryk zarzynanych rytualnie zwierząt. Odbywało się to po zwróceniu ofiary w stronę Mekki, wypowiedzeniu słów: Bismillach Arachem Arachim, co znaczy: „W imię Boga Miłosiernego i Litościwego”, i cięciu ostrym nożem przez aortę na szyi zwierzęcia. Cała krew, zgodnie z nakazem świętej księgi islamu, musiała zostać wylana w ziemię. Następnie ściągało się z ofiary skórę i rozpruwało żołądek, opróżniając jego treść.

Towarzyszyły temu: przeraźliwy ryk, krew i brud, ogromny smród i muchy, które były wszędzie. Po rozćwiartowaniu mięsa siekierą, resztą zajmowały się kobiety. Sortowały je według przeznaczenia, część odkładając także na jałmużnę. Każdy muzułmanin bowiem, poza wyznawaniem wiary, ma obowiązek: odbyć pielgrzymkę do Mekki, pościć w świętym miesiącu i dawać jałmużnę biednym. Z podrobów robiono arabską kiełbasę zwaną aspan, do czego używano flaków z barana. Zapach czyszczonych jelit i żołądka sprawiał, że było mi niedobrze.

– Masz męża, kobieto, i rodzinę, więc nie roztkliwiaj się nad sobą – mówiła do mnie moja teściowa. – To wielkie radosne święto, a ty tylko myślisz o sobie. O biedny mój syn, cóż pocznie, jak mnie zabraknie! Kto będzie mu przyrządzał te wspaniałe smakołyki i jakże biedne będą jego dzieci. – W pewnym momencie najwyraźniej puściły jej hamulce, bo zaczęła biadać coraz głośniej, a w końcu zawodzić: – Niech Wszechmocny Allach go oświeci, niech przejrzy na oczy, po co mu taka ażnabija, cudzoziemka!

– Tuskut, kobieto! Ucisz się, kobieto! – usłyszałam srogi głos ojca Muchtara. – Słońce rozum ci wypaliło. Bluźnisz i złorzeczysz – krzyknął rozgniewany teść. Podszedł do żony i wymierzył jej siarczysty policzek. Ta z kolei skuliła się w sobie i bez słowa skargi opuściła pomieszczenie.

Arabski mąż, jeśli tylko zechce, może zawsze skarcić, czy wręcz ukarać swoją żonę, na co pozwala mu jego prawo. Zapadła grobowa cisza, nikt nie ważył się odezwać. Wszyscy w milczeniu wykonywali swoją przydzieloną pracę. Bardzo źle się czułam w zaistniałej sytuacji, choć niczemu nie byłam winna, no może poza jednym – nie byłam muzułmanką.

Po pewnym czasie jak burza wpadł Muchtar i z miejsca doskoczył do mnie, okładając mnie pięściami po głowie.

– Ty zdziro, co zrobiłaś mojej matce, że ona przez ciebie płacze? Do pięt jej nie dorastasz – syczał przez zaciśnięte zęby. Nie wiem, co by się stało, gdyby nie jego bracia, którzy siłą odciągnęli go ode mnie, upominając, iż noszę jego dziecko.

– Ty polska kurwo – pomstował jednak nadal – popsułaś nam święta i tylko twoje szczęście, że jesteś w ciąży, inaczej bym cię zabił!

Po tym zdarzeniu nabrałam pewności, że moje życie jest tutaj mało warte. Wystarczy kilka chwil, aby móc je stracić. Teraz prawdopodobnie uratowało je moje nienarodzone dziecko.

Niech żyje przyjaźń polsko-hinduska!

Przez okres ciąży chodziłam do sympatycznego libijskiego lekarza, doktora Muftacha. Miałam z nim dobry kontakt, bo też doktor wszystko, co dotyczyło mojego stanu, skrupulatnie mi objaśniał.

– Salam alejkum, doktorze.

– Alejkum salam, Nadio.

– Jak dziś się czuje młoda mama? Widzę smutek na twarzy, czyżby był jakiś niepokojący powód? Coś dolega? Boli?

– Nie, doktorze. Ciąża to przecież nie choroba – odpowiedziałam, starając się nadać wesoły ton mojemu głosowi.

– Jesteś moją ulubioną pacjentką. Nigdy się nie uskarżasz, to zupełnie odwrotnie niż u Libijek.

– Czy z moim dzieckiem wszystko jest w porządku, doktorze?

– Tak, moja droga. Twoje dziecko jest zdrowe i całkowicie już ukształtowane. Jest gotowe, aby nareszcie zobaczyć się ze swoją mamą.

– Kiedy to się stanie?

– Akcja porodowa może się zacząć w każdej chwili, a więc uważaj na siebie i nie zostawaj zbyt długo sama. Czy zastanawiałaś się już, gdzie będziesz rodzić swoje dziecko?

– Nie, to akurat nie należy do mnie, ale zależy od mojego męża…

– Wszystko będzie dobrze, bądź dzielna, a resztę zostaw Bogu.

– Inszallach, jak Bóg zechce – odpowiedziałam na pożegnanie.

– Jak się czuje moje dziecko? Nic mu nie jest? Czy zdrowe? – zalał mnie pytaniami Muchtar, kiedy tylko zdążyłam zamknąć drzwi gabinetu doktora Muftacha.

– Nic – odparłam – nie powinnam tylko zostawać zbyt długo sama w domu, bo poród może się rozpocząć w każdej chwili.

– Będę o tym pamiętał, przecież to mój syn ma przyjść na świat.

– Skąd wiesz, że to syn? Mamy już jednego, a więc narodziny córeczki byłyby pięknym dopełnieniem naszej rodziny.

– Arab zawsze pożąda mieć syna, nieważne, ilu by ich już posiadał. Z dziewczynami są same kłopoty i ciągle trzeba je pilnować, aby nie przyniosły hańby rodzinie.

– Jak możesz tak mówić, mieć takie szowinistyczne poglądy! Ty, człowiek tak dobrze wykształcony… Teraz rozumiem, co mówili mi ludzie w Polsce, a czemu ja sama nie dawałam wiary – że Arabowie w swoim kraju zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni.

– Nie chcę słuchać tego, co mówisz!

– To nie słuchaj! Nie podlega żadnej dyskusji, że bywacie potworami. Muszę żyć wśród bezdusznych potworów! – stwierdziłam wyprowadzona z równowagi.

– Zamknij się wreszcie, bo przez głupią histerię zaszkodzisz synowi – zakończył mój mąż.

Minęło kilka dni, a ja zaczęłam odczuwać regularne skurcze przepowiadające, aż pewnej nocy poczułam bardzo silny ból i zaczęły odchodzić wody. Muchtar pomógł mi się spakować i pospiesznie ruszyliśmy do szpitala. Salachdin to największy szpital w Trypolisie, zwany także szpitalem centralnym. Od razu przyjęto mnie na oddział położniczy. Leżałam tam sama, odgrodzona od innych rodzących kobiet zieloną kotarą. Słyszałam ich krzyki i jęki. Kiedy zaczęłam odczuwać coraz silniejsze bóle, zaalarmowana położna zawiozła mnie na salę porodową. Z miejsca otoczyło mnie trzech lekarzy, którzy donośnym głosem namawiali mnie, abym parła z całych sił. Po kilku minutach akcji poczułam, jak coś śliskiego wyskoczyło z mojego wnętrza, a potem rozległ się oczekiwany płacz dziecka.

– Mabruk, mabruk ja seida, gratulacje, proszę pani, piękny chłopiec! Zdrowy i silny…

Pielęgniarka podała mi nowo narodzonego syna, pozostawiła na moim łóżku, po czym wyszła do swoich zajęć. Byłam bardzo słaba, ale bardzo szczęśliwa. Obok moje dziecko, które miało się nazywać Malik, ciekawie mi się przyglądało. Wzięłam go na ręce, obmyłam małe ciałko pod kranem, ubrałam w przygotowane wcześniej ubranko i położyłam obok siebie. Oboje zasnęliśmy po niedawnych przeżyciach.

– Wiedziałem, wiedziałem! Chwała Allachowi i jego wielkiemu prorokowi! – obudziły mnie radosne krzyki Muchtara. – Najdroższa żoneczko, jaka jesteś wspaniała. Dałaś mi cudownego syna. Niech Allach pobłogosławi ciebie i nasze potomstwo.

– Ciszej trochę, nie widzisz, że dziecko śpi. Potrzebujemy teraz spokoju i odpoczynku – wypowiedziałam te słowa z góry wiedząc, że spokój nie będzie mi dany.

– Jestem taki szczęśliwy, mam syna! – kontynuował. – Jedziemy do domu, a niedługo urządzę dla niego takie wielkie przyjęcie, jakiego jeszcze nie było w naszej rodzinie.

Spakowałam torbę, wzięłam małego na ręce i opuściliśmy szpital.

W domu czekał na mnie Karimek z dwiema siostrami Muchtara.

– Mamusiu, to naprawdę jest mój brat? – pytał ucieszony. – Będę mógł się z nim bawić?

Przez pierwsze dni nie czułam się jeszcze dobrze, więc opieka nad dzieckiem nie była taka prosta. Mały płakał i widać było, że coś mu dolega. Muchtar cieszył się z narodzin syna poza domem, zostawiając mnie na całe dnie samą, a i w nocy beztrosko sobie spał, jak to jest w zwyczaju arabskich mężów i ojców. Tutaj zajmowanie się dziećmi to obowiązek wyłącznie kobiet. Mężczyźni tylko się z nimi bawią, jeżeli oczywiście mają na to akurat ochotę. Będąc świeżo po porodzie, w połogu, miałam na głowie cały dom, dzieci i oczywiście obiady oraz kolacje dla męża i jego gości, którzy odwiedzali świeżo upieczoną mamę i jej dziecko.

Mój starszy synek był bardzo wyrozumiały i cierpliwy. Jednego dnia, po nieprzespanej nocy, udało mi się z rana usnąć. Spałam już dwie godziny, a gdy się obudziłam, zobaczyłam, jak mój Karimek siedzi na dywanie i układa swoje ulubione klocki Lego.

– Co robisz, Karimku, zaraz zrobię ci śniadanko…

– Bawię się, mamusiu, bo kiedy tak się bawię, to zapominam o głodzie. – Tak odpowiedziało moje pięcioletnie dziecko, a mnie zrobiło się bardzo przykro, że musiało dojść do takiej sytuacji.

Po jakimś czasie noworodek zaczął coraz bardziej popłakiwać, ja zaś nie wiedziałam, co mu dolega i co mam zrobić. Przypomniałam sobie, że na parterze w naszym bloku mieszkają Hinduski, które – jak słyszałam – pracują w szpitalu.

– Karimku, zejdź, proszę, na parter do mieszkania, w którym mieszkają Hinduski i poproś, aby ktoś do mnie przyszedł. Powiedz, że mama bardzo prosi.

Poszedł, a po kilku minutach wrócił, prowadząc ze sobą dwie młode kobiety, które – jak się okazało – były położnymi. Przywitały się ze mną bardzo serdecznie, a zobaczywszy Malika od razu wiedziały, co mu dolega – kikut pozostały po pępowinie nie został oderwany i zrobiła się bolesna rana. Oderwały go do końca, opatrzyły ranę i mały odczuł od razu wyraźną ulgę.

– Bardzo dziękujemy za pomoc. Nie wiem, jak mogę się odwdzięczyć…

– Nie musisz się odwdzięczać – rzekły. – Wyznajemy Chrystusa i nasza wiara nakazuje nam pomagać bliźniemu w potrzebie. A ty, czy jesteś muzułmanką jak twój mąż?

– Nie, ja też wierzę w Chrystusa – jestem chrześcijanką i to się nigdy nie zmieni.

– Musi być ci bardzo trudno – bardziej stwierdziły niż zapytały kobiety.

– Tak, to prawda, ale to nie ma dla mnie znaczenia. To jest próba mojej wiary i ja ją zdam – odpowiedziałam pewna swoich słów.

– Nadio, gdybyś nas potrzebowała, to zawołaj, a my chętnie przyjdziemy ci z pomocą.

– Dziękuję, będę pamiętać.

– Do zobaczenia i niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. – Wyszły, a ja znów myślałam o tym, że na szczęście dobrzy ludzie są rozsiani po całym świecie, trzeba tylko umieć ich odnaleźć.

Mój synek rósł i rozwijał się prawidłowo. Był pogodnym dzieckiem, silnie ze mną związanym. U nikogo innego nie chciał przebywać na rękach. Na cześć narodzin drugiego syna Muchtar urządził wielkie przyjęcie dla rodziny, znajomych i sąsiadów. Na tę okazję zostały przed rodzinnym domem rozstawione dwa wielkie namioty. Zabito kilka baranów, zgromadzono wiele innych produktów. W dniu uroczystości goście zaczęli schodzić się do mnie, aby przywitać dziecko i złożyć mu podarunki. Wszyscy dotykali je i chcieli całować. W krajach arabskich nie ma takiego pojęcia, jak obawa przed zarażeniem malucha zarazkami, chociażby takimi jak katar. Martwiła mnie ta sytuacja, ale zupełnie nie miałam na nią wpływu – gdybym próbowała zaoponować, byłoby to źle odebrane i zupełnie niezrozumiałe. Chcąc nie chcąc, musiałam to zaakceptować.

 

– Pokój z tobą, matko Malika – słyszałam za każdym razem na powitanie.

– Niech Bóg pobłogosławi twojego syna oraz ciebie. Niechaj prowadzi go drogą prostą i nie pozwoli mu nigdy z niej zboczyć, bo wtedy zbłądzi i nie otrzyma łaski Miłosiernego. – Poprzez te słowa byłam między innymi pouczana, o jaką drogę muszę dla niego zadbać. Po ich wypowiedzeniu wyciągano dziecko z łóżeczka i mimo wyraźnego, i głośnego jego sprzeciwu, ściskano go i obcałowywano.

Uroczystości trwały do późnych godzin nocnych, a potem od samego rana wszystko zaczynało się od początku. Z namiotów dochodziły śpiewy i tańce kobiet. Bez przerwy wnoszono ogromne tace z jedzeniem i piciem. Wszyscy byli rozradowani, a ja myślałam, że gdybym urodziła dziewczynkę, to z pewnością nie byłoby takiego wiwatowania. Przecież w niektórych rodzinach jest to nawet powód do okazywania rodzicom współczucia. Fetowanie narodzin syna Muchtara trwało trzy dni. Byłam mocno zmęczona, a dziecko – poprzez zaburzenie rytmu snu i czuwania – stało się płaczliwe i rozkojarzone. Odczułam ulgę, kiedy Muchtar zapowiedział w końcu powrót do domu.

– Wracamy, moja droga żoneczko – orzekł nadzwyczaj miło. – Widzisz, jakie wspaniałe przyjęcie urządziłem dla małego. Każdy następny nasz syn będzie miał takie samo…

To, co usłyszałam, przeraziło mnie i nie miałam najmniejszej wątpliwości co do prawdziwości tych słów. W jednej chwili zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Muchtar po narodzinach syna nabrał apetytu na kolejne dzieci. W ten sposób zwiąże mnie ze sobą tak, aby nigdy nie przyszło mi do głowy chcieć go opuścić. Tego zresztą żaden Arab nie znosi. Poprzez dzieci Muchtar zapewni więc sobie spokój. To najbardziej egoistyczny sposób zatrzymania kobiety przy sobie – nie poprzez miłość, dobro czy szacunek. Po tych jego zapowiedziach musiałam jak najszybciej zabezpieczyć się przed kolejną ciążą.

Na drugi dzień, po przyjeździe do domu, udałam się do moich hinduskich znajomych.

– Miło cię znów widzieć, droga Nadio. Co u ciebie słychać? Mamy nadzieję, że wszystko jest dobrze. Jak sobie radzisz ze swoim synkiem? Dobrze się chowa?

– Tak, dziękuję, jest zdrowy, choć ostatnie dni były dla niego dość męczące. Trzy dni z rzędu odwiedzali nas goście.

– Współczujemy, ale co kraj, to obyczaj – powiedziała najstarsza z hinduskich kobiet.

– Napijesz się z nami herbaty?

– Nie, dziękuję. Karimek został z małym, muszę też zdążyć na czas z obiadem. Szczerze mówiąc, przyszłam prosić was o pomoc, bo mam delikatny problem. Trochę krępuję się o tym mówić…

– Nie wstydź się, wszystkie jesteśmy tu kobietami.

– Chodzi o to – zaczęłam niepewnie – że Muchtar planuje mieć ze mną kolejne dzieci, a ściślej – kolejnych synów. Chce w ten sposób wybić mi z głowy chęć powrotu do mojej ojczyzny.

– Aha, już rozumiemy twój problem. To bardzo niegodziwe ze strony twojego męża. Oczywiście, że ci pomożemy. My, kobiety, musimy być ze sobą solidarne, w szczególności w świecie, w którym rządzą mężczyźni – odezwała się milcząca dotąd młoda kobieta.

– W jaki sposób? – zapytałam.

– W bardzo prosty – odpowiedziały niemalże chórem.

– Będziemy przynosić ci ze szpitala tabletki antykoncepcyjne. Nie ma w tym kraju innego sposobu. Będziesz tylko musiała je systematycznie zażywać. Nie martw się, wszystkie mężatki tak postępują, aby uniknąć niechcianej ciąży. Nie jesteś ani pierwsza, ani ostatnia…

– Dzięki i niech żyje przyjaźń polsko-hinduska!

Wybiegłam uradowana od uprzejmych sąsiadek. Nazajutrz dostarczyły mi siatkę opakowań z tabletkami, które powinny mi były wystarczyć na cały rok.