Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wesele przez łzy

Kiedy byłam w Polsce, udało mi się pójść do ginekologa. Chciałam, aby założył mi wkładkę antykoncepcyjną. Nie planowałam mieć więcej dzieci, gdyż nie wiedziałam, jaki czeka nas los. Spirala miała działać przez pięć lat. Pewnego dnia mój mąż zadał mi pytanie:

– Dlaczego ty nie zachodzisz w ciążę?

– Nie wiem – odpowiedziałam – widocznie Allach tak kieruje, że nie mamy drugiego dziecka.

– Nie, to nie Allach, lecz ty musisz być chora i powinnaś zacząć się leczyć. Nie chcę, aby mój syn był jedynakiem.

Przeraziłam się.

– Poczekajmy – odrzekłam. – Wielu parom się zdarza, że nie mogą mieć dzieci przez pewien czas, a później rodzą im się kolejne.

– Dobrze, poczekajmy jeszcze trochę – odpowiedział zafrasowany. – Ale jak nic z tego nie będzie, to załatwimy ci najlepszych specjalistów.

– Zgoda – powiedziałam, sama nie wiedząc, na co liczę.

I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Czasem popadałam w niszczącą mnie apatię, leżałam na łóżku, tępo patrząc w sufit. Nie reagowałam już tak panicznie na biegające karaluchy, słoną wodę w kranie albo jej zupełny brak. Wodę słodką do picia trzeba było nosić ze specjalnej studni. W gorących miesiącach, a jest ich tutaj dziewięć, ciało aż lepiło się od potu. Bywało, że od takiej temperatury miałam ciemno w oczach. Wtedy zanurzało się materace w zimnej wodzie i leżało na nich.

Czasem tę monotonię przerywały wesela, pogrzeby lub narodziny dziecka. Arabowie szczególnie radośnie przeżywają pojawienie się każdego kolejnego syna, a zostanie potomkiem męskim jest tu dla nowo narodzonego błogosławieństwem od losu. Potem chłopiec przechodzi obrzezanie. Ten dzień jest także świętem, podczas którego wyprawia się ogromne przyjęcie. Za każdym razem, gdy w rodzinie lub u znajomych odbywał się ten rytuał, zaczynałam drżeć na myśl, iż może to spotkać również moje dziecko. Nie chciałam nawet uczestniczyć w tego typu przyjęciach także i dlatego, aby nie słyszeć ciągłych pytań ludzi, czy mój syn – zgodnie z tradycją – został już obrzezany. Muchtar dobrze znał ten mój paniczny lęk, więc omijał temat. Omijał, to nie znaczy, że tematu nie było. Mój mąż był przecież stuprocentowym wyznawcą islamu.

Jeśli zaś chodzi o tutejsze wesela, to trwają blisko tydzień. Są radosne, dużo w nich arabskiej muzyki i tańca. Stawia się wtedy dwa ogromne namioty: jeden przy domu panny młodej, zwanej arusą, a drugi u pana młodego. Mężczyźni nie bawią się oraz nie przebywają razem z kobietami. W ostatnim dniu takiego wesela przywożą pannę młodą – wraz z podarunkami, jakie otrzymała od narzeczonego i jego rodziny – do domu męża. Tam, pod koniec uroczystości weselnej, przy akompaniamencie muzyki i śpiewie, zaprowadzona zostaje do sypialni, aby spędzić swoją pierwszą noc poślubną. Nazajutrz starsze kobiety z rodziny idą do pokoju nowożeńców, aby przynieść i okazać pozostałym gościom dowód niewinności i czystości poślubionej. Zaczynają się okrzyki i śpiewy oraz radosne uderzenia w bębenki tarbuki. Na prześcieradle widać ślady krwi, a więc honor nie został splamiony! Niech żyje panna młoda, a Allach niech im wynagrodzi w wielu synach!

Ojciec mojego męża pochodził ze Zliten – małej i ubogiej wioski beduińskiej. Głównym zajęciem jej mieszkańców była hodowla kóz i owiec. Rodziny były tu liczne i wielopokoleniowe. Kobiety pracowały od świtu do nocy, nie zważając, w jakim stanie się znajdują – błogosławionym, czy nie. Muchtar bardzo liczył się ze swoją rodziną, stawiając ją na pierwszym miejscu i powtarzając często, iż: „ojciec, matka oraz dzieci to moja krew, natomiast żon można mieć kilka”. Gdy tylko usłyszał radosną nowinę, iż jego kuzyn ze strony ojca bierze sobie młodą kobietę za żonę, wpadł w zachwyt.

– Moja droga polska żoneczko – wołał – czy wiesz, że mój kuzyn ze Zliten, Abdul-Rezak, wyprawia wesele! Koniecznie musimy tam pojechać, aby mu pogratulować.

– To wspaniale – odrzekłam, starając się, aby i mnie udzielił się ten wesoły nastrój. – Cudownie, że twój kuzyn układa sobie życie. Jeśli dwoje ludzi chce być razem, to należy im życzyć szczęścia.

– Głupoty gadasz – ostudził mój zapał Muchtar. – Abdul-Rezak nie ma potrzeby układania sobie z kimkolwiek życia, po prostu jego pierwsza żona Mariam rodzi mu same córki. Ma ich już siedem, a na domiar złego zaczęła mieć problemy z zajściem w kolejną ciążę. To co on ma zrobić! Arab pragnie mieć syna. Bóg Allach dał mu na to pozwolenie.

– Och, jakże nieszczęśliwa musi być ta Mariam, jakie czuć upokorzenie – głośno jej współczułam.

– Ona nie ma nic do gadania. Jest tylko kobietą, a więc istotą podrzędną i nie ma prawa sprzeciwić się woli swojego męża. Mogła rodzić synów, kto jej kazał wydawać na świat same dziewczynki…

– Ty chyba nie mówisz tego poważnie? – zaczęłam się denerwować, ale mój arabski małżonek zignorował moje pytanie i nie powiedziawszy ani słowa, wyszedł z domu.

Myślałam o tej kobiecie, którą ma poślubić kuzyn Abdul-Rezak. Kim jest i dlaczego jest taka bezduszna, aby odebrać męża innej kobiecie narażając ją na takie upokorzenie? Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak bardzo się mylę…

Minął tydzień i nadszedł czas wyjazdu do Zliten. Podróż miała być dość daleka i w upale, więc wolałam, aby Karim został w Trypolisie, w rodzinnym domu Muchtara, pod opieką jego sióstr. Przyzwyczaił się do nich, nie było zatem większego problemu. Podróż do Zliten okazała się nieznośna, wiał gorący wiatr z pustyni, nawet ślina w ustach zasychała. Ubranie przywierało do ciała, czułam, że mnie parzy, do tego trudno było złapać oddech. Krajobraz był prawie pustynny, gdzieniegdzie tylko rosły daktylowe palmy i figowe krzewy, poza tym nic – tylko ta wszechobecna, pomarańczowa, wypalona ziemia.

Siedziałam na tylnym siedzeniu milcząc. Wpatrzona byłam w okno samochodu. Kierowcą był mój mąż, obok niego siedział jego nieco młodszy brat Salach. W arabskiej kulturze kobieta – jako „istota niższego rzędu” – nie może zajmować miejsca przed mężczyzną i zawsze podąża krok za nim. Dla Arabek jest to normą, mnie zawsze wprawiało w zakłopotanie i źle się z tym czułam.

Po kilku godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Zobaczyłam skromne chatki, wokół których bawiło się mnóstwo małych dzieci, przeważnie chłopców. Dziewczynkom od najmłodszych lat wpaja się, iż nie mogą robić tego, co ich bracia czy kuzyni. Zdarza się, że już kilkuletnie nie mogą same opuszczać domu, czyli na przykład bawić się na podwórku. Uczy się je lub wręcz tresuje do bezwzględnego posłuszeństwa i służenia męskim potomkom rodu. Najpierw jest to ojciec, brat, a w przyszłości mąż.

Gdy wysiedliśmy z samochodu, mężczyźni z rodziny wyszli, aby się przywitać – w pierwszej kolejności z Muchtarem i jego bratem, a na końcu ze mną. Muchtar kazał mi szybko wejść do środka, do części przeznaczonej dla kobiet i dzieci.

Mariam, żona Abula-Rezaka, uścisnęła mnie serdecznie, a po niej inne kobiety z rodziny. Natychmiast nastawiły czajniczek na herbatę. Po Mariam nie było widać specjalnego żalu, może była nieco przygaszona. Świadczyłoby to, że pogodziła się już ze swoim losem. Nawet jej teściowa Nurija, czyli matka Abdula, nie mogła niczemu zapobiec, choć matka w życiu Araba ma szczególne miejsce i szacunek. Nurija była akurat zacną kobietą, o gołębim sercu, a raczej – jak się tu mówi – gelb obied, co znaczy „białym czystym sercu”. Kochała swoją synową, wnuczki i życzyła im jak najlepiej. Była starszą siostrą mojego teścia i nieraz opowiadała mi, jak rozpieszczała swojego braciszka.

Na kolację podano tradycyjny bazin – ulepioną z ciemnej razowej mąki i ugotowaną kulę, obtoczoną sosem z musem i warzywami. Spożywa się ją rękoma, odrywając kawałek po kawałku i maczając w sosie pomidorowym – oczywiście mężczyźni w osobnym pomieszczeniu, a kobiety w części domu przeznaczonej dla nich. Wszyscy jedzą z jednej wielkiej miski. Woda podana do popicia jest nalana do jednej malgi, czyli dzbanka. Z początku do takiego sposobu jedzenia byłam nastawiona negatywnie, później jednak zrozumiałam, że wyraża on także gościnność i sympatię.

Po kolacji wszyscy wygodnie rozsiedli się na materacach, podpierając poduszkami i zaczęła się konwersacja na temat przygotowań do uroczystości weselnej. Kobiety entuzjastycznie opowiadały o strojach, potrawach, różnych słodkościach. Tylko Mariam siedziała milcząca z boku, przysłuchując się rozmowom. Wydawała się jakby nieobecna. Zbliżyłam się do niej, chciałam coś powiedzieć, ale zupełnie nie miałam pojęcia, jakie słowa byłyby odpowiednie. Złapałam ją tylko za rękę w geście wskazującym, iż rozumiem, co czuje. Spojrzała na mnie dużymi czarnymi oczami, w których dostrzegłam ukryte łzy. Łzy, które nie mogą wypłynąć, a pieką, są bezsilne i daremne. Łzy muzułmańskiej kobiety.

– Dziękuję, że przyjechałaś – usłyszałam. – Wiem, że w twoim kraju nie tak wyglądają zaślubiny. Ale my, kobiety, mamy już taki los, taka jest nasza wiara, tak każe nam święty Koran. Nasze uczucia nie są ważne, musimy godzić się z wolą Boga i jego proroka.

– Bóg nie chce niczyjego cierpienia i smutku – odrzekłam. – To ludzie, a ściślej mężczyźni, tak chcą. To niesprawiedliwe.

– Nadia, to twój Bóg chrześcijan jest inny od naszego?

– Nie, Bóg jest ten sam dla wszystkich ludzi, tylko oni różnie go odbierają.

Nie chciałam jej niczego więcej tłumaczyć. Burzyć czegoś, co jest tu nie do zburzenia. Tutaj życie toczy się według praw islamu.

– Druga żona mojego męża ma na imię Selima i jest daleką krewną Abdula-Rezaka – kontynuowała Mariam. – To rozwódka, którą mąż oddalił z powodu tego, że nie potrafiła tak dobrze gotować, jak jego matka. Jest młoda, ma dziewiętnaście lat i czteroletnią córkę. Jeśli chcesz ją poznać, to moja córka Mażda zaprowadzi cię do jej domu, bo jutro w czasie wesela nie będziesz miała okazji.

 

– Nie będziesz miała do mnie żalu, że chcę zaprzyjaźnić się z żoną twojego męża? – spytałam niepewnie.

– Żalu? – odpowiedziała zdziwiona. – Nie, nie będę miała. To młoda kobieta, która przechodzi teraz bardzo ciężkie chwile w swoim życiu.

W rodzinnym domu Selimy panował gwar, czuć było radosną atmosferę związaną z jutrzejszym dniem. Nie co dzień wydaje się córkę za mąż. Do tego córkę, która jest „wybrakowaną” kobietą, jak mówi się tu na żony odprawione przez swoich mężów. W kulturze arabskiej to sytuacja hańbiąca. Żona wracająca na łono rodziny zajmuje najniższą pozycję w rodzinnej hierarchii. Nie ma szans na normalne życie, pracuje w domu rodziców bez prawa głosu i słowa sprzeciwu. Uważana jest nawet za złą, nieposłuszną kobietę, która nie potrafiła należycie i z szacunkiem dbać o swojego męża i jego rodzinę. Jednak Selima była już w oczach rodziny wielką szczęściarą – mimo że „towar z drugiej ręki”, to znalazła mężczyznę, który ją poślubi, zwróci honor, a jej ojcu zabierze z domu kłopotliwy ciężar. Mało która rozwódka tak dobrze trafia. Kobiety, które nie są dziewicami, mogą liczyć wyłącznie na bycie drugą, trzecią lub czwartą żoną. Selimy nikt oczywiście o zdanie nie pytał. Nie znała i nie widziała nigdy wcześniej swojego krewnego Abdula-Rezaka. Wiedziała tylko, że jest dużo starszy i ma rodzinę.

Przywitałam się z domownikami wylewnie, jak to w tutejszym zwyczaju. Radość gościła na wszystkich twarzach, widać, jak ważne i radosne było to dla nich wydarzenie. Po wypiciu kilku szklaneczek zwyczajowej herbatki zapytałam, gdzie jest panna młoda.

– Jest w swoim pokoju – odpowiedziano niemal chórem.

– Zaraz ją zawołam – odezwała się, nieco zmieszana, jej matka.

– Ona jest trochę chora i boli ją głowa, no i oczywiście przeżywa radosny dzień oraz zmianę swojego stanu – dopowiedziała inna kobieta.

– Nie, nie wołajcie – zaoponowałam. – Jeśli mogę, to sama do niej pójdę, aby ją poznać i przywitać się.

– No oczywiście, zaraz cię do niej zaprowadzimy.

Po chwili wskazali mi odrapane drzwi w głębi małego korytarza. Lekko zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. Jeszcze raz i znowu to samo. Ostrożnie nacisnęłam klamkę, drzwi były otwarte. Weszłam po cichu do środka. Wewnątrz panował półmrok i słychać było łkanie. Zbliżyłam się do kąta pokoju, gdzie stało stare, drewniane łóżko, a na nim leżała zwinięta w kłębek młoda kobieta z chustą zsuniętą na oczy. Zobaczyłam, że mocno tuli do siebie małą dziewczynkę, która słodko śpi w jej ramionach. Podeszłam i delikatnie dotknęłam jej ręki. Podniosła głowę. W jej zapłakanych oczach ujrzałam lęk i zdziwienie, jakby zobaczyła zjawę. Musiała być zaskoczona, widząc przed sobą obcą kobietę, w dodatku nie Arabkę.

– Witaj, Selimo. Jestem żoną Muchtara, kuzyna twojego przyszłego męża. Mam na imię Nadia i pochodzę z Polski – mówiłam, a mój arabski był już na tyle dobry, że mogłam się nim posługiwać. Odkąd zaczęłam rozumieć i mówić po arabsku, czułam się o wiele pewniej.

– Nie znam cię – odpowiedziała.

– Przyjechałam na twoje wesele. Musisz być chyba szczęśliwa – mówiłam, sama w to nie wierząc.

Usiadła na łóżku i dopiero teraz wyraźnie dostrzegłam jej smutek.

– Ta twoja córeczka tak słodko śpi. Jaka musisz być z niej dumna, jest taka śliczna.

– To Nażad, kocham ją nad życie – powiedziała, wybuchając płaczem.

– Selimo, co się stało? Czy ona jest chora? Jak mam ci pomóc, może potrzebuje lekarza? – zaniepokoiłam się.

– Ona nie jest chora. Ona od jutra nie będzie już miała jedynej osoby, która ją kocha ponad własne życie. Od jutra ta mała niewinna istotka nie będzie miała matki – mówiła, szlochając.

– Co ty mówisz i co chcesz zrobić? – jeszcze nie rozumiałam, o czym mówi ta kobieta.

– Jutro z samego rana przyjdą po nią i zabiorą mi ją na zawsze – mówiła, nie przerywając płaczu.

– Zabiorą? Ale dlaczego, co ty mówisz… Przecież nikt nie zabiera matce dziecka, a tym bardziej teraz, kiedy twoja sytuacja radykalnie się zmienia.

– Tak. Właśnie dlatego, że wychodzę za mąż, rodzina mojego byłego męża odbiera mi moją córeczkę. Nie chcą pozwolić, aby inny mężczyzna, niebędący jej ojcem, wychowywał ją i łożył na jej utrzymanie. To godziłoby w honor mojego pierwszego męża i jego całego rodu.

Byłam przerażona: honor rodziny, honor mężczyzny ponad wszystko!? Ponad miłość, uczucia i przede wszystkim dobro dziecka? Taki wyrok bez sądu, bez zadawania pytań stronom? A skazaną zostaje matka i jej niewinne dziecko…

Potem przez całą noc rozmawiałam z Selimą, szukając dla niej słów pocieszenia, których nie udało mi się jednak znaleźć. W końcu zasnęłyśmy, kiedy już było widno. Mała Nażad obudziła nas, wesoło podśpiewując i skacząc dookoła jak każde małe dziecko, które przy swojej matce miało pełne poczucie bezpieczeństwa.

Rozległo się pukanie do drzwi i jakaś dziewczynka przyniosła nam śniadanie, które składało się z mleka, daktyli, herbaty oraz chleba i oliwek. Ani Selima, ani ja nie miałyśmy jednak ochoty na jedzenie, wypiłyśmy tylko szklankę mleka. Za to Nażad pochłaniała wszystko z apetytem. Wtem usłyszałyśmy warkot samochodu i jakieś obce głosy. Po chwili otworzyły się drzwi do pokoju i weszła matka Selimy w towarzystwie dwóch kobiet, trzymając w ręku małą walizkę, w której znajdowały się ubranka dziewczynki. Selima stała nieruchomo, słychać było tylko bicie jej serca. Matka Selimy złapała Nażad za rączkę i pociągnęła do wyjścia. Kobiety pokrzykiwały, że nie będą traciły czasu na niepotrzebne ceregiele. Nażad zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Nigdy dotąd nie rozstawała się ze swoją mamą, a tu jacyś obcy zabierają ją, krzycząc i wpychając do samochodu.

– Mamo, mamo – wołała dziewczynka – pomóż mi! Dlaczego nie ma ciebie ze mną? Boję się tych ludzi! Mamo, chodź ze mną! Nie zostawiaj mnie samej!

Nikt nie reagował, nikt nie przerywał tej strasznej sceny. Kiedy samochód z Nażad w środku ruszył, Selima osunęła się na ziemię straciwszy przytomność. Czułam, że nie chciała już żyć, a przecież dziś miał być jej radosny dzień…

Stałam nieruchomo, patrząc na oddalające się auto. Czy jest ktoś, kto zastąpi temu dziecku matkę? Jaki los czeka tę małą? Kąt u rodziny ojca, która wcale jej nie pragnie… Nie jest nawet chłopcem, więc kim tam będzie? Ciężarem, który trzeba wykarmić i ubrać, no i jak najszybciej znaleźć jej męża, aby pozbyć się kłopotu? Ból ściskał mi gardło i gwałtownie zapragnęłam być przy moim synku. Chciałam powiedzieć mu, że nigdy, przenigdy żadna siła nie zdoła nas rozdzielić. Postanowiłam wtedy, że muszę być silna – silna dla niego i dla nas. To okrutne, nieludzkie zdarzenie uzmysłowiło mi, że gdziekolwiek na ziemi jesteśmy, niezależnie od panujących wierzeń i obyczajów, serce matki będzie zawsze przepełnione miłością do dziecka. Ta miłość jest darem, jaki Bóg dał wszystkim kobietom na ziemi.

Późnym popołudniem zaczął się eris, czyli libijskie wesele. Dzień zabawy, nadziei i radości. Zeszli się sąsiedzi i członkowie obu rodzin. Niech żyje młoda para! Niech tradycji stanie się zadość! I wszyscy cieszyli się bardzo, że Selima zostanie żoną Abdula-Rezaka.

Niewolnica Amira

Mijał czwarty rok mojego pobytu w Libii. W tym czasie nie było tam bezpiecznie. Stany Zjednoczone posądzały Libię o terroryzm, a nawet o broń masowego rażenia. Ameryka udowodniła Kaddafiemu zamach na samolot pasażerski nad szkockim miasteczkiem Lockerbie. Zginęło dwieście siedemdziesiąt osób. Był to wówczas jeden z największych zamachów terrorystycznych. Pewnej nocy, niedaleko naszego domu, Amerykanie zbombardowali fabrykę chemiczną. W każdej chwili mogło też dojść do ataku zbrojnego. ONZ żądała wydania ludzi, którzy zestrzelili samolot, w celu ich osądzenia. Poza tym na Libię nałożone zostało embargo, więc życie tu stawało się coraz cięższe. Brakowało wielu potrzebnych produktów. Przestrzeń powietrzna nad Libią była zamknięta – żaden samolot nie mógł przylecieć ani stąd wylecieć. Żyło się jak w klatce.

Przyszłość kraju była bardzo niepewna. Rządy sprawował jeden z największych dyktatorów na świecie – Mu’ammar al-Kaddafi, który nie dość, że był mordercą i despotą, to miał manię wielkości. Władał Libią niepodzielnie od czasów swojej bezkrwawej rewolucji, ale jego rządy były właśnie krwawe i bezwzględne. Z rodakami rozprawiał się definitywnie. Ludzie bali się mówić o nim cokolwiek głośno, aby czasami nie narazić się jego agentom, a nawet w obawie o własne życie. Czasami Kaddafi zachowywał się tak nieprzewidywalnie i szalenie, jakby podpisał pakt z samym Lucyferem. Utrudniało to wszystkim życie. Co rusz ustanawiał jakieś nowe chore prawo, by za jakiś czas je zmienić. W tym kraju niczego nie można było być pewnym.

Mój mąż, który już w stopniu kapitana służył w Marynarce Wojennej, nagle uzyskał możliwość opuszczenia wojska na własną prośbę. Było to tym dziwniejsze, że przecież państwo kształciło tych swoich wojskowych poza granicami kraju za grube dolary. Muchtar jak i większość jego kolegów oczywiście skorzystali z możliwości odejścia. W tym czasie zaświtała mu myśl, aby po opuszczeniu wojska kontynuować dalszą naukę. Mój mąż był bardzo zdolny, był typem urodzonego naukowca. Nauka była jego prawdziwą pasją. W zaistniałej sytuacji dostrzegłam malutką szansę dla siebie.

Czasami słychać było naloty amerykańskie nad Trypolisem. Sprawiały, że naprawdę zaczęłam się bać. Nie o siebie, lecz o swojego syna. Czułam też, że jego dzieciństwo różni się od tego, jakie ja miałam. Oskarżałam siebie, że zgotowałam mu ten los, że przez własny egoizm moje dziecko może ucierpieć. Byłam tym przybita i bardzo nerwowa. Wszystko mnie drażniło, zaczęłam wpadać w histerię. Krzyczałam wtedy z bezsilności, że chcę wrócić do Polski.

– Możesz wrócić, ale sama – mówił zagniewany Muchtar.

– Ale ja się boję o nasze dziecko, o jego bezpieczeństwo.

– To wyjeżdżaj! Masz swój paszport. Weź swoją walizkę i idź do ambasady, powinni ci pomóc – dodawał. – Mnie to w ogóle nie obchodzi. Jesteś tylko żoną, w dodatku niemuzułmańską. Ale pamiętaj, nigdy nie zobaczysz Karimka. I powiem mu, że jego matka była podłą, złą kobietą. Nie kochała go, więc odjechała.

Wielokrotnie to powtarzał, szantażował mnie emocjonalnie, wiedząc, że nigdy tego nie zrobię. Jego słowa były jak zatrute strzały. Tak nie mówi się do matki a zarazem żony.

– Dlaczego mi to mówisz?! Dlaczego mi to robisz?! Dlaczego stałeś się dla mnie tak okrutny?! Gdzie podziała się twoja miłość… Oszukałeś mnie! – krzyczałam zalana łzami.

Ta moja rozpacz doprowadzała go do furii. Wtedy rzucał się na mnie z pięściami, bił i szarpał za włosy. Wyzwalały się w nim jak najgorsze instynkty. Nie wiem, co sobie wtedy myślał. Te jego napady być może spowodowane były zawodem, że nie potrafię sprostać jego oczekiwaniom, nie chcę przeistoczyć się w libijską żonę, kobietę i matkę…

– Na miłość boską – wołałam do niego, nie zważając na dzikie zachowanie – przecież jestem Polką! Czyżbyś o tym zapomniał? Zapomniałeś, gdzie się wychowałam, gdzie wyrosłam?!

– Bądź przeklęta – syczał przez zęby, po czym wywracał stół, a wraz z nim wszystkie naczynia, które tam stały i – jak to miał w zwyczaju – wychodził trzaskając drzwiami z całych sił.

Za każdym razem czułam potem obolałe ciało i słodki smak krwi w ustach. Kiedy któregoś razu poszłam do łazienki, aby obmyć zapłakaną twarz, zobaczyłam mojego małego synka, który schował się tam ze strachu przed tą awanturą. W jego oczach dostrzegłam strach i bezradność.

– Mój Boże – powiedziałam głośno – dlaczego robimy to naszemu dziecku?

Po awanturach zostawałam zupełnie sama – ja, mój ból i mój niemy krzyk. Tutaj kobiety płaczą w ciszy, nie mają odwagi krzyczeć. Nie mają siły na jakikolwiek bunt. Czułam, że staję się jedną z nich.

W pewien piątek, a jest to w krajach muzułmańskich dzień odpoczynku, wybraliśmy się na wycieczkę do Leptis Magna. To zabytkowe miasto z ruinami rzymskich budowli. Leży w pobliżu Al-Chums. Podziwialiśmy fenickie świątynie, rzymskie łaźnie, teatr, budowle z czasów chrześcijaństwa. Tutaj czas jakby się zatrzymał, nikt niczego nie pozmieniał – to bardzo cenny starożytny zabytek. Mimo ogromnego zmęczenia spowodowanego wędrówką, a przede wszystkim ogromnym żarem lejącym się z nieba, czuło się niezwykłą atmosferę. W pewnym momencie skończył się nam zapas wody. Pomarańczowy, suchy piach prażył w nogi, co utrudniało wędrówkę. Zobaczyliśmy starego Araba prowadzącego swojego zmęczonego osła, więc poprosiliśmy go o wodę. Podał nam ją ze szczerym uśmiechem, a ja piłam łapczywie, nie zważając na żadne ograniczenia higieniczne. Do Trypolisu wróciliśmy późno w nocy. Byłam wyczerpana wycieczką, ale i szczęśliwa, że mogłam zwiedzić takie niezwykłe miejsce.

 

Po niedługim czasie od tej wycieczki zaczął się święty czas dla muzułmanów – ramadan. Jest to ruchomy miesiąc. W tym roku przypadał akurat w październiku. Wszyscy mężczyźni i kobiety od wschodu do zachodu słońca powstrzymują się od jedzenia i picia, kontaktów płciowych oraz palenia tytoniu. Niektórzy nawet przy czynności mycia zębów starają się, aby woda używana do ich płukania nie została czasami połknięta. Pożywiać mogą się tylko dzieci, kobiety w ciąży lub mające menstruację oraz osoby chore. W praktyce jednak nawet ciężarne kobiety przestrzegają postu, a miesiączkujące ukrywają swoją niedyspozycję. One zresztą muszą oddawać te dni postu w innym dowolnym terminie. Gdy ramadan przypada na letnie upalne miesiące, jest szczególnie uciążliwy. To nie tylko męka głodu i pragnienia, ale dla mężczyzn – rozdrażnienie z powodu niepalenia. Wszyscy są osłabieni i spowolnieni. Po zachodzie słońca i odmówieniu modlitwy zaczyna się kolacja. Kobiety przez cały dzień ją przygotowują, oczywiście nie smakując żadnej z potraw. Mężczyźni, jeśli nie są w pracy, spędzają ten czas najczęściej śpiąc lub jadąc na suk, czyli arabski bazar, po produkty spożywcze.

Nasza kolacja była suto zastawiona, pełna tac wypełnionych różnymi potrawami – oddzielnych dla mężczyzn i oddzielnych dla kobiet oraz dzieci. Jedzenie rozpoczynało się wypiciem szklanki mleka i spożyciem słodkich daktyli. Następnie, obowiązkowo, siorba – arabska zupa, składająca się z drobno pokrojonych kawałków baraniego mięsa, cieciorki, drobnego makaronu z mąki duru, oczywiście gotowanego w przecierze pomidorowym. Była ostra i aromatyczna, co zawdzięczała dodanym przyprawom i zieleninie. Potem podano danie główne, w zależności od gustów domowników: uwielbiany przez wszystkich kuskus, makaron, ryż lub tradycyjny libijski bazin, czyli duży mączny klops polany mięsnym sosem. Jest to potrawa zarazem sycąca i prosta. Spożywa się ją rękami z jednej wielkiej misy.

Ramadan był dla mnie zawsze bardzo trudny, chociaż nie byłam muzułmanką. Nie musiałam pościć i raczej nie pościłam. Czułam wtedy nieprzyjazne spojrzenia, a nawet gesty czy słowa. Dawano mi do zrozumienia, że najwyższy czas, aby islam „jako jedyna prawdziwa wiara w Boga Allacha” stał się moją religią i drogą życiową. Nie pościłam, ale też nie jadłam normalnie i swobodnie – gdzieś pokątnie przełknęłam czasami kawałek suchego chleba i popiłam wodą, bo też trudno było wytrzymać bez niej w upalny dzień. Mimo że mieliśmy własne mieszkanie, Muchtar wolał ten czas spędzać w gronie swojej rodziny. Kiedy do końca ramadanu zostało około dziesięciu dni, zadecydował, że wrócimy do swojego domu i to ja będę teraz gotować kolację.

– Już najwyższy czas, abyś nauczyła się radzić sobie sama i przywykła do obowiązków, a jednym z nich jest należyte goszczenie mojej rodziny i przyjaciół w różnych sytuacjach naszego życia i naszych zwyczajów – powiedział.

Dla mnie oznaczać to miało codzienne przygotowywanie wystawnej kolacji i obsługiwanie około dwudziestu osób, nie licząc małych dzieci.

Następnego dnia wyruszył po potrzebne produkty, a ja zabrałam się do pracy. Wszystko musiało być idealnie przygotowane na wieczór. Dziś mieli nas odwiedzić: ojciec Muchtara i jego dwie żony, trzech braci i pięć sióstr oraz jacyś koledzy, których nie będzie mi dane zobaczyć, gdyż – arabskim zwyczajem – kobiety i mężczyźni nie będą przebywać w jednym pokoju. Muchtar zażyczył sobie, abym przygotowała siorbę, makaron oraz sylk – liście szpinaku wypełnione mielonym mięsem, ryżem, pastą pomidorową, dużą ilością zieleniny, cebuli i oczywiście przypraw dodających potrawie ostrości. Do tego jeszcze batan, czyli ziemniaki nadziewane mięsem i mocno przyprawione, a następnie smażone w oleju. Oczywiście także sałatki z pomidorów, ogórków, cebuli i ostrej papryki. Nie mogło zabraknąć też mleka, daktyli i różnych napojów. Wszystko to musiało być w porę ugotowane i ułożone na dwóch ogromnych tacach.

Goście przyszli punktualnie przed zachodem słońca, wszyscy byli wyczerpani po całym dniu głodówki i pracy, ale i szczęśliwi, że zanurzą swoje łyżki w potrawach. Po chwili dało się słyszeć nawoływanie muezina z pobliskiego minaretu. To znak, żeby rozpocząć modlitwę. Po niej wszyscy rzucili się na jedzenie. Słychać było tylko głośne mlaskanie i siorbanie. Patrzyłam na miny kobiet, by wyczytać, czy potrawy tej ażnabiji – cudzoziemki, jak niejednokrotnie zwracali się do mnie – zasługują na uznanie. Siostry mojego męża chwaliły i dziękowały za przygotowany poczęstunek. Natomiast jego matka, a moja teściowa, raz po raz robiła mi jakieś uwagi.

– No cóż, nie jesteś Libijką ani muzułmanką, więc nie wszystko mogło ci się udać jak należy – mówiła wyuczonym, łagodnym tonem nie bez zgryźliwości. Nie pierwszy i nie ostatni raz dawała mi w ten sposób odczuć, iż nie jest zadowolona z „takiej synowej” i że ubolewa nad wyborem syna, który w tej Europie musiał postradać zmysły, aby przyprowadzić synową cudzoziemkę, a w dodatku innowierczynię. – Ta kobieta musiała rzucić jakiś urok na Muchtara, a on biedny nie zdawał i nie zdaje sobie sprawy, jak będzie przez nią cierpiał, a wraz z nim jego matka – usłyszałam nawet któregoś dnia.

Kolacja trwała w najlepsze, słychać było żarty i śmiechy dochodzące z pokoju mężczyzn. Muchtar co jakiś czas przychodził z żądaniem podania kawy, herbaty czy owoców. Ton głosu miał rozkazujący, widać było, że czuje się jak pan i władca. Jedzenia musiałam przygotować tyle, aby starczyło do godzin porannych, bo tuż przed wschodem słońca muzułmanie posilają się przed następnym dniem wyczerpującego postu. Wygląda to jakby na zapas napychali żołądki, w których zresztą jeszcze poprzedni syty pokarm nie został strawiony.

Gdy ostatni gość opuścił nasz dom, zostało mi duże sprzątanie: mycie naczyń, garnków i ogromnych metalowych tac. Wszystko musiało być czyste i przygotowane przed kolejnym posilaniem się. Mycie odbywało się w słonej wodzie, bo tylko taka leciała z kranu i to nie zawsze, a więc płyn do mycia pienił się niechętnie. Pracowałam do wczesnych godzin rannych. Muchtar poszedł spać, nie zwracając uwagi na moje zmęczenie. A ja nawet się nie skarżyłam, wiedząc, że na nic by się to zdało. Przez ten i następne dni świętego miesiąca żyłam jak w transie, niewiele śpiąc i jedząc, a nawet mówiąc. Stałam się żywym robotem, tak zmęczonym, że moje myśli i uczucia zostały jakby zahibernowane.

Gdy wielkimi krokami zbliżały się ramadanowe święta, zaczęliśmy po kolacji jeździć w celu zakupu świątecznych prezentów. Zwyczajem jest tu, aby każdy domownik z tej okazji posiadał nowe ubranie i buty. To było dla mnie miłe, bo rzadko kiedy mogłam kupić sobie coś ładnego. Nasz Karimek natomiast w zawrotnym tempie niszczył ubranka albo z nich wyrastał. Nie od razu pierwszego dnia, a raczej nocy, udało nam się kupić podarunki dla wszystkich. Trwało to więc przez kilka dni z rzędu, ku mojej zresztą radości. Najdłużej i najstaranniej Muchtar szukał i wybierał oczywiście prezent dla matki, powtarzając mi co chwilę, że musi on być wspaniały i specjalnie wyszukany, aby rozradował jej serce. Nie zadowolił się kupnem pięknej, koronkowej białej bluzki. Zamierzał jeszcze dodać coś ze złotej biżuterii. Mnie kupił niebieską sukienkę w czarne kwiatki, a dla dziecka buty oraz nowe spodenki. Nieśmiało przypomniałam, że i jego żona byłaby szczęśliwa z podarunku w postaci jakiegoś złotego drobiazgu. Wtedy spojrzał na mnie tym swoim lodowatym, dzikim spojrzeniem i przypomniał po raz kolejny, że żon można mieć kilka, a matka, ojciec oraz dzieci to jego krew.

– Nie zapominaj o tym nigdy i nigdy nie wychodź przed szereg – podkreślił, cedząc słowa przez zęby.