Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Muchtar porywa syna

Dni w domu moich teściów były pełne chaosu. Przewijało się dużo ludzi z zewnątrz, nie licząc własnej, licznej rodziny. Dużo z nimi przebywałam, poznawałam ich mentalność, zainteresowania, sposób bycia, a nawet pragnienia. Chodziłam na wesela, tzw. erisy, które trwają cały tydzień. Stawiane są wtedy dwa ogromne namioty – jeden dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Pannę młodą na ten wielki dla niej dzień, a przede wszystkim na noc poślubną, na którą czekają zresztą wszyscy goście, przygotowuje się prawie tydzień. Rano, po nocy, do sypialni świeżo upieczonych małżonków wchodzą kobiety, a następnie wywieszają zakrwawione prześcieradło. Oznacza to, iż poślubiona była czysta, a honor rodziny został zachowany. Dziwiła mnie ta podwójna moralność: z jednej strony temat płci to dla ogółu tabu, z drugiej – ta niesmaczna ostentacja w dowodzeniu czyjejś defloracji.

Na weselach i różnych babskich spotkaniach podsłuchiwałam rozmowy na swój temat. Bawiło mnie, co mówiono, nie zdając sobie sprawy, że coraz lepiej rozumiem ich mowę. Niekiedy ujawniałam się z tym i śmiałam z ich zawstydzonych min.

W tym czasie Muchtar poszukiwał dla nas mieszkania. Chciał je kupić, ale nie było to takie proste. Mieszkań brakowało. Rzadko przebywaliśmy razem, co powodowało też konflikty. Wiedziałam, że wkrótce Muchtar dostanie miesięczny urlop. Pragnęłam wyjazdu do kraju. Marzyłam o wyrwaniu się stąd, lecz nie mogłam dać po sobie poznać, jak bardzo tego chcę. Musiałam udawać, że powoli przyzwyczajam się do tutejszych warunków, a do pełni szczęścia brakuje mi tylko mieszkania.

W końcu kupił je w bloku w jednej z arabskich dzielnic. Mieściło się na drugim piętrze. Klatka schodowa była brudna i odrapana. Widać było, że od czasu zbudowania domu nikt przy nim nic nie robił. Samo mieszkanie miało cztery pokoje i dwie łazienki. To był tutejszy standard, gdyż jedna łazienka musi być zawsze dla gości, w tym przypadku mężczyzn, i mieścić się przy pokoju dla gości męża, czyli salonie, zwanym tu marbułą. Do tego jeszcze mała kuchnia z balkonikiem oraz balkon przy jednym z pozostałych pokojów. Całość była bardzo zniszczona, wręcz zdewastowana, i wymagała gruntownego remontu. Po ścianach chodziły oczywiście niezniszczalne i obrzydliwe karaluchy. Ja jednak wszystko zachwalałam, udając, że mi się podoba. Głośno zastanawiałam się, gdzie postawię meble, telewizor i jakie firanki powieszę w sypialni.

– Muchtarze – mówiłam – nareszcie mamy nasz kąt. Jestem taka szczęśliwa. Tylko ten remont mnie przeraża, tyle pracy trzeba wykonać w tym upale.

– Nie martw się, moi bracia mi pomogą – odpowiadał. – Jak tylko będę miał urlop, weźmiemy się do roboty.

– Obiecałeś mi, że odwiedzę moich rodziców – ciągnęłam przymilnie wątek urlopu. – Może twój urlop wykorzystamy na wyjazd, a w tym czasie twoi bracia zrobią remont – podpowiadałam, dobrze wiedząc o niechęci Arabów do pracy fizycznej.

– Może masz rację. To dobra okazja. Zostawimy to mojej rodzinie, a sami wyjedziemy.

Od tego czasu tłumiłam emocje. Mówiłam tylko o tym, co kupię w Polsce do mieszkania i jak będę je urządzać.

Pewnego wieczoru, przy wspólnej kolacji, moja teściowa zaczęła niby życzliwym tonem:

– Jedźcie z Bogiem do Polski, ale zostawcie dziecko. Po co męczyć je podróżą?

Mój mąż, jak zawsze wpatrzony w matkę, orzekł:

– Racja, mamo. Zostawimy go w twoich najlepszych rękach.

Zamarłam. Wtedy mój teść odezwał się tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Nie ma mowy! Dziadkowie Karima mają prawo zobaczyć swojego wnuka!

Jakże byłam mu wdzięczna za te słowa, z którymi przecież każdy musiał się tu liczyć i nawet dorosły syn nie mógł ich podważyć.

Dni do naszego wyjazdu dłużyły się. Starałam się bardzo, aby nawet nieświadomie nie wywołać jakiegoś konfliktu. Wszyscy też bacznie mnie obserwowali. Byłam więc zawsze uśmiechnięta i pogodna, bez przerwy też mówiłam o radości z posiadanego mieszkania. Nic nie wzbudzało podejrzeń, że życie w libijskiej rodzinie nie jest dla mnie sielanką.

Być może byłoby inaczej, gdyby mój mąż nie próbował za wszelką cenę przerobić mnie na kogoś, kim nigdy nie będę. Starałam się i Bóg mi świadkiem, jak bardzo chciałam to wszystko zaakceptować i nauczyć się tu żyć. Może – gdybym otrzymała pomoc i zrozumienie – wszystko potoczyłoby się inaczej. Jednak Muchtar nie zważał zupełnie na moją naturę, na wychowanie i kulturę, w jakiej zostałam ukształtowana. Dlatego skrycie marzyłam o wyrwaniu stąd siebie i mojego dziecka.

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Na lotnisko w Trypolisie zawiózł nas teść i siostra Muchtara – Ahlam, którą zresztą darzyłam sympatią. Spędzałam z nią wiele czasu. Czułam, że i ona była mi przychylna. Samolot miał ponad godzinę spóźnienia i, choć to normalne w tym rejonie, bałam się, że wydarzy się coś niespodziewanego i nie odlecimy. Na szczęście w końcu wystartowaliśmy. Był grudzień 1989 roku. Już tylko trzy i pół godziny dzieliło mnie od spotkania z rodzicami…

Na pokładzie słychać głos stewardesy, przypominający o zapięciu pasów. Podchodzimy do lądowania na Okęciu w Warszawie. Potem odprawa paszportowa – Muchtar i mój syn mieli paszporty libijskie (polski paszport Karimka został odebrany po przyjeździe do Libii), natomiast mój miał wbitą libijską wizę pobytową. Wśród tłumu ludzi dostrzegłam ich… Moi kochani rodzice stali i wypatrywali swojego dziecka. Ich oczy były wilgotne, a po moich policzkach płynęły łzy. Łzy szczęścia i ulgi. Tylko co dalej? – myślałam już na zapas. Nie byłam pewna, co powinnam zrobić – przecież malutkie dziecko potrzebuje miłości i troski obojga rodziców.

Po przyjeździe do mojego rodzinnego Gdańska urządziliśmy powitalne przyjęcie, na które zaproszona została cała moja rodzina. Wszyscy zadawali mi pytania: „Jak ci się tam żyje?”, „Czy jesteś Europejką, czy może już Arabką?”. Na to ja niezmiennie odpowiadałam: „Jest mi tam wspaniale. To piękny kraj, w którym rośnie ogromna ilość owoców, na czele z uwielbianymi przeze mnie od dziecka pomarańczami”. Nie mogłam i nie chciałam powiedzieć prawdy. Nie zniosłabym słów: „A nie mówiliśmy, że to nie życie dla Polki!”. Moi rodzice, choć nie dawali po sobie poznać, czuli jednak, że coś jest nie tak…

Muchtar tu, w Polsce, znów odgrywał rolę troskliwego i kochającego męża w europejskim stylu. Gdy dawniej mówiono mi, że Arabowie w swoim kraju zmieniają się o sto osiemdziesiąt stopni, nigdy nie wierzyłam. Myślałam wtedy, że to tylko złośliwości i takie tam, ludzkie gadanie. Ależ byłam w błędzie.

Święta Bożego Narodzenia przebiegły w dość miłej atmosferze, Nowy Rok także. W mojej głowie kłębiły się jednak myśli niedające mi spokoju. Zbliżał się już termin powrotu, bo Muchtar dostał tylko miesiąc urlopu. Cały czas był spięty, widział, jak bardzo jestem zżyta ze swoim tutejszym światem, jak każdego dnia raduję się pobytem w kraju, z radością chodzę na spacer po moim mieście czy osiedlu. Upajałam się wolnością, którą on ograniczał, i wdychałam pełną piersią mroźne nadmorskie powietrze. Mój mąż bał się tego. Codziennie widziałam niepokój w jego oczach. Czułam, że żałuje, iż nas tu przywiózł. Tylko o co się bał – że nie wrócę i ucierpi na tym jego męskie ego?

W ostatnich dniach pobytu Karim bardzo się przeziębił i w nocy miał wysoką temperaturę. Kaszlał, bolało go gardło. Wezwaliśmy pogotowie. Lekarz stwierdził silną anginę, zapisał antybiotyki i kazał mu przez jakiś czas leżeć w łóżku. Zalecił wizytę u laryngologa, gdyż migdałki dziecka były bardzo przerośnięte. Odradzał na razie daleką podróż z chorym dzieckiem. Sugerował, abyśmy przełożyli swój powrót do wyzdrowienia małego.

– Niestety, to niemożliwe – powiedział definitywnie mój mąż. – Nie możemy zostać dłużej, gdyż kończy się mój urlop i muszę być w pracy.

– Ale ja mogę – odparłam. – W tej sytuacji nie mamy wyjścia. Po prostu przebukujesz dwa bilety na inny termin – powiedziałam jednym tchem. Jego oczy stały się zimne i niebezpieczne, a w głowie zapewne rodził się plan.

Gdybym tylko umiała czytać w jego myślach! Naiwnie wierzyłam w miłość. Miałam nadzieję, że jeśli zostanę w Polsce i powiem Muchtarowi, że nie mogę i nie potrafię żyć tam, u niego, to uzna, że przecież możemy być szczęśliwi w innym miejscu na świecie, zatęskni za nami i przyjedzie. O święta naiwności!

Za trzy dni mieliśmy udać się z Karimem do przychodni na kontrolę. Niestety, ja nie mogłam pójść, gdyż widocznie zaraziłam się od dziecka i bardzo bolało mnie gardło. Poszła moja mama z Muchtarem. Wracając od lekarza, mąż poprosił ją, aby zrealizowała receptę w aptece, a on synka szybciej zabierze do domu. Właśnie wtedy zaczął realizować swój przebiegły plan. Nie pojawił się już w domu i zniknął gdzieś z chorym dzieckiem. Kiedy mama wróciła, pełna złych przeczuć zapytałam:

– Gdzie oni są?!

Nie uwierzyła, że nie wrócili i powiedziała łamiącym się głosem:

– Przecież Muchtar chciał jak najszybciej zabrać małego, on miał gorączkę, lekarka stwierdziła ropną anginę.

Pociemniało mi w oczach. Prawie wpadłam w panikę, ale mózg pracował na pełnych obrotach. Byłam pewna, że uprowadził mi syna. Okazało się też, że zginęły z domu nasze paszporty i bilety. Wybiegłam na osiedle, szukałam ich po przystankach autobusowych i postojach taksówek, zaczepiałam przechodzących ludzi, pytając się ze łzami w oczach, czy przypadkiem ktoś nie widział ciemnego mężczyzny z małym chłopcem w wózku spacerowym. Niestety, bez rezultatu – przepadli jak kamień w wodę.

Bezradna wróciłam do domu. Potem razem z ojcem poszłam na policję, by zgłosić porwanie dziecka. Zaczęły się poszukiwania, lecz bez rezultatu. I wtedy pojawiła się myśl: należy ich szukać w Warszawie na lotnisku, bo przecież jutro, czyli w czwartek, odbywa się regularny lot do Trypolisu. Jeśli są jeszcze na terytorium Polski, istnieje ostatnia szansa na odzyskanie dziecka.

 

Do Warszawy dotarłam wraz z rodzicami samochodem późno w nocy. Natychmiast zaalarmowana została służba graniczna oraz służba celna. Samolot do Trypolisu miał lot zaplanowany na piętnastą trzydzieści. Wszystkie stanowiska, które zajmowały się odprawą, dostały powiadomienie o próbie wywiezienia dziecka. Teraz pozostawało czekać i prosić Boga, abym się nie myliła. Godziny i minuty wlokły się niemiłosiernie. Byliśmy wykończeni, lecz ja nie czułam zmęczenia. Słyszałam tylko mocne bicie serca.

Dwie godziny przed odlotem zobaczyłam ich. Muchtar szedł górnym pomostem dworca lotniczego. W pierwszej chwili chciałam podbiec i wyszarpnąć moje dziecko, lecz zdałam sobie sprawę, że to pogorszyłoby tylko sytuację. Nie mogłam działać pochopnie. Musiałam wytrzymać. Stałam w ukryciu i czekałam. Po pewnym czasie udali się do odprawy paszportowej. Czyżby to już koniec – ostatnie spojrzenie na moje dziecko? Wtedy usłyszałam, że mój małżonek, pod jakimś formalnym pozorem, proszony jest na zaplecze. Ja też zostałam tam skierowana. Podbiegłam i przytuliłam Karimka, a w jego oczach zobaczyłam radość. Złapał mnie kurczowo za szyję, jakby wiedział, co się wokół niego dzieje.

Zdenerwowany, wściekły Muchtar krzyczał na obsługujących odprawę, żądając rozmowy z przedstawicielem swojego kraju. Po niedługim czasie pojawił się jakiś pracownik ambasady. Zaczął wyjaśniać, iż wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Dziecko jest libijskie, mieszka z ojcem w jego kraju, a mężczyzna wraca z urlopu do domu.

– Tak to właśnie wygląda – podkreślił na koniec.

Zaczęłam krzyczeć, że nikt nie ma prawa pozbawić matki dziecka. Coraz bardziej jednak czułam, że moje szanse są nikłe. Myślałam, że zapadam się w jakąś ciemność, gdy usłyszałam zimny głos Muchtara:

– Daję ci ostatnią szansę. Masz pięć minut – albo lecisz ze mną i będziesz żyła na moich warunkach, albo ostatni raz patrzysz na swojego syna, bo nigdy więcej go nie zobaczysz. Dam ci minutę na pożegnanie z nim na zawsze. Lepiej wykorzystaj tę minutę na pożegnanie swoich rodziców, bo więcej cię już nie ujrzą.

To były okrutne i najgorsze chwile w moim życiu. Bezwzględna decyzja, jaką musiałam natychmiast podjąć. Z jednej strony moi zrozpaczeni rodzice, z drugiej – moje małe i bezbronne dziecko. Spojrzałam na nie jeszcze raz i nie potrzeba mi było więcej czasu. Żegnaj Polsko, żegnaj mamo i tato! Wybaczcie mi.

Nie mogłam wtedy postąpić inaczej. Oczywiście, nie powiedziałam im całej prawdy, do czego tam wracam, bo mogłaby ich zabić. Czy przeczuwali, że długo mnie nie zobaczą? Patrzyłam na uciekający widok warszawskiego lotniska.

Lot dłużył się, ale nie chciałam, aby się skończył. Bałam się, nie wiedziałam, co będzie. Zdawałam sobie sprawę, że moje położenie stało się beznadziejne. Czy potrafię być na tyle silna, żeby tam wytrzymać i wychowywać moje dziecko tak, aby nie ucierpiało? Te myśli nie dawały mi spokoju. Byłam wyczerpana i przygnębiona. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, samolot schodził do lądowania w Trypolisie.

Koleżanki muzułmanki

Znowu zamieszkaliśmy z rodziną Muchtara. Nasze mieszkanie nie było jeszcze gotowe, co dało się przewidzieć, znając zapał do pracy tutejszych ludzi. Mój mąż zaczął mnie zupełnie ignorować, co wszyscy od razu zauważyli. Było to dla mnie bardzo niekorzystne, bo gdyby rodzina uznała, że mąż mnie nie szanuje, zaczęliby mną gardzić. To bardzo smutne, ale jakże prawdziwe w tej części świata. Wiedziałam, że muszę zachować pozory – nie mogłam dopuścić, żeby ktokolwiek dowiedział się o tym, co wydarzyło się między nami w Polsce. Zachowywałam stoicki spokój, a nawet okazywałam beztroskę. Byli zdezorientowani, bo tę sztukę opanowałam już do perfekcji.

W końcu nadszedł dzień przeprowadzki do naszego mieszkania. Udawałam pozorną radość, choć tak naprawdę miałam w sercu wielką ranę. Nie mieliśmy wielu mebli: kuchnię zakupioną w ZSRR i lodówkę – także stamtąd, trzy rosyjskie dywany oraz sypialnię z wielkim małżeńskim łożem, którą Muchtar sprowadził z Włoch. Poza tym nieodzowne materace, które służą Libijczykom zarówno do spania, jak i do siedzenia. Jest to stały element wyposażenia arabskich domów.

Zaraz po wprowadzeniu się zauważyłam, że moje sąsiadki dyskretnie i z zaciekawieniem obserwują mnie, czekając tylko na moment, kiedy mój mąż opuści dom, żeby złożyć mi wizytę. Libijska kobieta stara się nie przychodzić do obcego domu, gdy przebywa tam mężczyzna. A zatem, jak tylko zostałam sama, przyszły wszystkie – odwiedzić i oczywiście zaspokoić swoją ciekawość. Jedna przez drugą zadawały mi mnóstwo pytań, na które starałam się w miarę możliwości odpowiadać lub też wymijająco odpowiedzi unikać, na co – jako cudzoziemka – mogłam sobie pozwolić. Nie chciałam ich w żaden sposób do siebie zrazić, co w mojej sytuacji było ważne.

Naprzeciwko moich drzwi mieszkała Libijka Neżmija z dwójką dzieci, która aktualnie była w ciąży z trzecim. Miała chorą, spuchniętą nogę wskutek niewłaściwego wstrzyknięcia jakiegoś leku. Jej mąż często krzyczał na nią, co było słychać na klatce schodowej. Był niesympatyczny, więc wszyscy omijali go z daleka. Na następnym piętrze mieszkał kawaler, Haled, poszukujący odpowiedniej dla siebie żony. Jeszcze wyżej – Palestyńczyk i jego dwie małżonki: Palestynka Abira z sześciorgiem dzieci oraz Egipcjanka Socha z czworgiem. Poniżej urządziły się jeszcze dwie libijskie rodziny i pakistański lekarz, z którego mieszkania dochodziły dziwne kulinarne zapachy. Jak się później okazało, były tam warzone potrawy z… kotów. Na parterze zajmowali mieszkanie Hindusi, którzy nie wyznawali islamu, a ponieważ byli chrześcijanami, nieraz w ich okna rzucano kamieniami, zaś ich dzieci nie mogły swobodnie bawić się na zewnątrz.

W tym kraju nie istnieje coś takiego jak funkcja dozorcy bloku, administracja czy osoba odpowiedzialna za sprzątanie klatki schodowej. Sami mieszkańcy, oczywiście w tym przypadku wyłącznie kobiety, próbują dbać o porządek. Nikt jednak tego nie wymaga. Często brud nikomu nie przeszkadza, więc wspólne powierzchnie bloków pełne są śmieci, które znoszą bawiące się tu dzieci. Wszędzie obecny jest też piach. U nas jednak raz w tygodniu kobiety uzbrojone w miotły i ścierki pukały do drzwi, informując, że już czas na porządki. Na początku nie pojmowałam tego zwyczaju, ale potem z chęcią uczestniczyłam we wspólnym sprzątaniu. Zauważyłam, iż moje sąsiadki zaczęły mnie akceptować. Powoli uznawały, że – chociaż jestem Europejką – podzielam ich los. Współczuły mi nawet, że nie mam tu swojej rodziny.

Raz na jakiś czas spotykałyśmy się u jednej z nas na herbatce, oczywiście pod nieobecność naszych mężów, i rozmawiałyśmy na babskie tematy. Kobiety opowiadały o sobie, nawet o bardzo intymnych sprawach. Chyba w ten sposób czuły się przez moment wyzwolone. Mnie także wypytywały o moje pożycie intymne z mężem. Odpowiadałam bardzo zdawkowo i oszczędnie ku ich niezadowoleniu. Niezmiennie też pytały mnie, dlaczego nie jestem muzułmanką. Żadne moje argumenty nie docierały do nich. Za wyjątkiem jednego: „Słuchajcie, nie przyjęłam islamu, gdyż wraz z przejściem na tę religię musiałabym akceptować to, że mój mąż ma prawo wziąć sobie następną żonę i być może potem jeszcze jedną, i jeszcze następną… A tego moja duma i godność by nie zniosła. Będąc zaś chrześcijanką, mam prawo nie godzić się na to”. Nie było to tak dokładnie, gdyż wyłącznie mężczyzna decyduje tutaj o liczbie żon w związku. Moja argumentacja jednak działała. Wreszcie dały mi spokój i więcej nie namawiały do nawrócenia. Mimo starań i dobrych chęci, czułam się wśród nich dość obco. Wielkie znaczenie miała bowiem różnica kultur i mentalności.

Pewnego dnia, stojąc na balkonie u Nażmiji, sąsiadki z naprzeciwka, opowiadałam jej, jakie życie wiodą dziewczęta i kobiety w Europie.

– U nas nie ma różnicy pomiędzy płcią – mówiłam. – Dziewczęta, tak samo jak chłopcy, spacerują, grają, jeżdżą na rowerze, zimą na sankach bądź nartach. Bawią się wspólnie w dyskotece i nikt ich o nic nie oskarża. A tu nawet biedne kilkuletnie dziewczynki są chowane za murami domów, szczelnie za nimi poukrywane. Odmawia się im normalnego dzieciństwa, a dziewczętom młodości. Czy robi się coś, aby to zmienić? – zapytałam.

Nażmija zamyśliła się. Jej czarne oczy zrobiły się bardzo smutne. Po chwili odrzekła:

– My, kobiety, jesteśmy jak ptaki w swoich klatkach. Musimy pięknie śpiewać, lecz nie wolno nam ich opuścić.

To piękne porównanie, jakże trafnie oddające tutejszą rzeczywistość – pomyślałam. Moje życie stało się podobne do życia tutejszych kobiet, z tą jednak różnicą, że nie mam tu swoich bliskich – kogoś, komu mogłabym się poskarżyć i kto stanąłby w mojej obronie. Jestem „polską Arabką” – to znaczy jeszcze bardziej bezbronną na zadawanie krzywdy niż tutejsze kobiety. Mój mąż stał się dla mnie władzą absolutną. Z każdym dniem jest coraz bardziej wymagający i wiecznie obrażony. Zaczyna też wyładowywać na mnie swoje furie. Nie umiemy już ze sobą normalnie rozmawiać. Zostaję na całe dnie i pół nocy sama. Niszczy moje ciało, a co gorsze – duszę i serce. To boli w każdy możliwy sposób…

W tych ciężkich chwilach poznałam Latifę, która stała mi się wówczas bardzo bliska. Była Marokanką z Casablanki. Pochodziła z biednej, wielodzietnej rodziny. Przyjechała do Trypolisu „za chlebem”, bo w Maroku ciężko było znaleźć pracę za godziwe pieniądze. Przyjeżdżając do Libii, zdawała sobie sprawę, że jako samotna, niezamężna kobieta nie znajdzie tutaj uznania. Takie jak ona traktowane są niczym kobiety lekkich obyczajów, które przyjechały tylko po to, aby złapać bogatego Libijczyka na męża. I owszem, niektórym się to udawało, gdyż nie były ani wymagające w kwestii posagu, ani kłopotliwe w razie ewentualnego rozwodu. Marokanki posiadają wielki wdzięk i urok. Są też oddane swoim mężom i rodzinie. Taka właśnie była Latifa. Mimo to, w rodzinie jej męża Kamala, pogardzano nią. On sam zresztą wcale nie traktował jej lepiej – poślubił ją z egoizmu i sknerstwa, zapewniając sobie wygodne życie i pełną obsługę ze strony marokańskiej żony. Latifa znosiła to dzielnie, między innymi dzięki jej muzułmańskiemu wychowaniu, które nakazuje kochać i szanować męża ponad wszystko.

Mieszkała piętro wyżej z mężem i swoją trzyletnią córeczką Holud. Zaprzyjaźniłyśmy się i zwierzałyśmy sobie z trosk. Mówiłam jej, że staram się zaakceptować swoją sytuację – stać się tutejszą kobietą, wymazać myśli, uczucia i tęsknoty. Cóż z tego, kiedy serca nie można oszukać. Mówiłam o swojej tęsknocie za rodziną i krajem, i że coraz mniej jest we mnie nadziei, iż mój los kiedykolwiek się odmieni.