Pakiet ebooków autorstwa Nadii Hamid: Gorzka pomarańcza, Jarzmo przeszłości, Dzieci szariatuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na własnych śmieciach

Po miesiącu udaliśmy się do miasta Tobruk, gdzie Muchtar został przydzielony do jednostki wojskowej. Polecieliśmy tam samolotem późnym wieczorem. Byłam zadowolona z wyjazdu, bo miałam nadzieję, że gdy wreszcie zamieszkamy sami, z daleka od całej jego familii, nasze stosunki ulegną poprawie. Tobruk powitał nas gorącym wiatrem gibli wiejącym z pustyni. Nie było czym oddychać. Najbezpieczniej wtedy schować się w domu i nie otwierać okien. Dobrze mieć wówczas klimatyzację, lecz występuje ona tylko w nielicznych libijskich domach.

Na lotnisko przyjechał jakiś kolega Muchtara, który zawiózł nas na miejsce. Droga była długa, gdyż osiedle, w którym mieliśmy zamieszkać, znajdowało się daleko za miastem. Gdy dotarliśmy na miejsce, ujrzałam szereg parterowych domów, a każdy z nich otoczony wysokim murem. Wkoło nie było w ogóle zieleni, tylko pustynny piach i pełno worków ze śmieciami, które ludzie wyrzucają tu na zewnątrz domów.

Weszliśmy do środka, gdzie uderzył mnie okropny zaduch. Mieszkanie było duże, czteropokojowe, plus dwie łazienki. Na zewnątrz ogród, tylko bez żadnej zieleni. W mieszkaniu brakowało mebli, a uwagę zwracała wielka dziura w ścianie zamiast klimatyzacji, która pierwotnie w niej tkwiła. Na podłodze we wszystkich pokojach i przedpokoju leżała brudna wykładzina, która prawdopodobnie w swoim czasie była jasnobeżowa. Na ścianach – brudne tapety w jednolitym, zielonym kolorze. W jednym z pokoi ulokowana była sypialnia z łóżkiem oraz dwa fotele, które złączyłam i położyłam na nich synka.

Kiedy już wszystko trochę ogarnęłam, zrobiło się bardzo późno, więc położyliśmy się spać. Chwilę po zgaszeniu światła usłyszałam dziwny szelest, który narastał. Zapaliłam światło i zamarłam. Po tapetach chodziły ogromne karaluchy z długimi wąsami, niektóre nawet latały. Były wszędzie – na łóżku, podłodze, w naszych rzeczach. Wyglądały obrzydliwie i było ich tak dużo, że zaczęłam krzyczeć. Obudziłam Muchtara, który – jak gdyby nigdy nic – powiedział:

– Daj mi spać i uspokój się. Co ty, nie wiedziałaś, że to jest Afryka…?

Nie potrafiłam zaakceptować obecności tych robali, a także jadowitych skorpionów i węży, które czaiły się wokół domu i potrafiły przedostać się do wewnątrz. Olbrzymie karaluchy były wszędzie. Kryły się na widok człowieka, ale w nocy urzędowały w najlepsze.

Mój mąż postanowił, że przyjedzie do nas jego siostra Aisza oraz brat Salem.

– Będzie ci raźniej – stwierdził. – Moja siostra nauczy cię, jak się gotuje niektóre potrawy. Poza tym ja mam często służbę, więc lepiej dla ciebie, żebyś nie zostawała tu sama.

– Dobrze, bardzo się cieszę, że ktoś ze mną będzie i pomoże mi – odparłam.

Za dwa dni byli już z nami. Choć nie znałam języka, próbowałam z nimi rozmawiać, zwłaszcza że Aisza mówiła trochę po angielsku. Razem gotowałyśmy obiady i kolacje, zajmowałyśmy się małym. Natomiast Salem całymi dniami leżał w salonie, czytając komiksy lub oglądając arabskie seriale. Któregoś dnia postanowiłam, że zrobimy w domu generalne porządki. Podzieliłam się pracą z Aiszą. Salemowi włożyłam do ręki chodzący odkurzacz i powiedziałam, aby posprzątał podłogi. Do dzisiaj pamiętam jego zdenerwowanie – jakbym kazała mu zrobić jakąś wielce haniebną rzecz. Aisza, gdy tylko spostrzegła zdziwionego i oburzonego brata z rurą od odkurzacza, zrobiła się czerwona na twarzy i szybko podbiegła do niego, aby odebrać mu narzędzie hańby. Bez słowa zaczęła sama odkurzać mieszkanie.

Boże, w jakim ja świecie jestem, gdzie już młodym mężczyznom wpaja się, iż należy im się pełna i bezwarunkowa obsługa ze strony swoich kobiet? – pomyślałam. Byłam po prostu zgorszona. Natomiast Salem od tego wydarzenia unikał mnie i jeszcze bardziej oddawał się swojemu lenistwu.

Trafiały się też chwile przyjemne, kiedy jechaliśmy wszyscy nad morze, które jest tutaj bardzo piękne. Wprawdzie, zgodnie z tutejszymi nakazami, kąpać się mogłam tylko w ubraniu, ale i tak byłam zadowolona. Aisza siedziała w namiocie, który obowiązkowo musieliśmy rozbić. Była jak zawsze w swoim tradycyjnym muzułmańskim stroju, żelebili, to znaczy długim płaszczu do kostek oraz chuście zasłaniającej włosy, uszy i szyję.

– Aisza, czy nie jest ci za gorąco? – zapytałam. – Przecież tu jest czterdzieści stopni! Zdejmij chociaż tę chustę z głowy, będzie ci o wiele przyjemniej.

Spojrzała na mnie, jakbym namawiała ją do popełnienia ciężkiego grzechu.

– Nie, nigdy tego nie zrobię! Mój Bóg tego ode mnie wymaga, a jego wola jest dla mnie najmilszym rozkazem.

Na tak wielkie słowa, i to z ust młodej dziewczyny, nie odważyłam się już odezwać.

Czas pobytu w naszym domu siostry i brata Muchtara dobiegał końca. Musieli wracać do Trypolisu, do swoich zajęć. Obydwoje jeszcze się uczyli. Postanowiłam zaryzykować i dać im list do Polski, do mojej koleżanki Żanety, która – wiedziałam o tym – starała się o przyjazd tutaj. Napisałam w nim prawdę o życiu, z jakim mam tu do czynienia. Chciałam ją ostrzec, ale dobrze by było, aby Muchtar nie znał treści tej korespondencji, bo zrobiłby mi okropną awanturę. Powiedziałam Salemowi, że to list do mojej rodziny z Polski, i że z Trypolisu szybciej dojdzie do mojego kraju. Dałam mu go przy pożegnaniu.

Udało się, wiadomość dotarła do adresatki. Ona, niestety, nie posłuchała, co zresztą przewidywałam. Ten mój list czytało później wiele osób. Stał się pamiątką i dowodem na przeżycia tamtych dni.

Mijający czas był monotonny, a pogoda upalna. Nic się nie zmieniało. Czułam, jakbym żyła w jakimś letargu. Moje dziecko źle znosiło upały, często miewało gorączkę, która pojawiała się nie wiadomo z jakiej przyczyny. Pewnej nocy, gdy byłam sama, Karim stał się bardzo rozpalony i strasznie płakał. W żaden sposób nie mogłam go uspokoić. Robiłam mu okłady z zimnej wody, lecz okazało się to mało skuteczne. Bardzo się przestraszyłam, że dzieje się z nim coś złego. Nie było na co czekać. Wzięłam dziecko na ręce i pobiegłam szukać pomocy, choćby kogoś, kto zawiózłby mnie do lekarza bądź do szpitala. Na tym pustkowiu nie było to proste. Okoliczne domki obwarowane jak twierdze, w środku nocy pozostawały szczelnie zamknięte. Przy drzwiach wejściowych nie montowano dzwonków.

Postanowiłam szukać drogi do miasta, bo nie miałam nic do stracenia. Szłam i szłam przed siebie w zupełnych ciemnościach po suchej, gorącej równinie. Raptem okrążyło mnie stado dzikich, głodnych psów, które szczekały i co rusz podbiegały, pokazując kły. Znalazłam ogromny kij, którym oganiałam się od nich i, nie zważając na nic, podążałam naprzód. Wtem w oddali zobaczyłam światła. Przez pierwszy moment pomyślałam, że to fatamorgana. Na szczęście był to samotny dom, którego mieszkańcy najwyraźniej nie spali. Zaczęłam walić w ogromną bramę. Jakiś starszy człowiek otworzył ją i bardzo się zdziwił zobaczywszy wystraszoną cudzoziemkę z dzieckiem na ręku i w środku nocy. Gestem wskazał, abym poszła za nim.

W środku znajdowały się dwie starsze kobiety, które – jak się okazało – były jego żonami. Nie zadając pytań, odebrały mi z ręki dziecko i położyły je. Następnie przyniosły jakieś zioła do picia i leki, po których mój synek zasnął. Po około trzydziestu minutach gorączka zelżała, a oddech dziecka uspokoił się. Później kobiety zajęły się i mną. Wyglądałam na półżywą ze zmęczenia i strachu. Przyniosły mi wody i mocnej, bardzo słodkiej libijskiej herbaty. Dziękowałam im z całego serca, a one mówiły, że też są szczęśliwe, mogąc mi pomóc.

Ta historia dowiodła, że wszędzie, gdzie jesteśmy, mogą znaleźć się dobrzy i życzliwi ludzie, którzy – nie bacząc na kolor skóry, religię czy przekonania – pomogą drugiemu człowiekowi. Nad ranem starszy mężczyzna i jego kobiety odwieźli nas do domu i poczekali ze mną na powrót Muchtara. Opowiedzieli mu o całym zdarzeniu, a on był im bardzo wdzięczny. Później pojechaliśmy z dzieckiem do szpitala, aby obejrzał go lekarz.

Szpital w Tobruku był bardzo zaniedbany, wręcz panował tam bród. Tłumy ludzi, kobiety z małymi dziećmi koczowały na ziemi. Było duszno i wkoło rozchodził się straszny fetor. Przyszpitalna przychodnia podzielona była na część dla mężczyzn i dla kobiet z dziećmi. Stałam i czekałam z innymi kobietami pod gabinetem lekarskim. W końcu nadeszła moja kolej…

– Pani jest Polką? Jak miło panią spotkać. Skąd się pani tutaj wzięła? – zapytał z uśmiechem lekarz.

Na dźwięk polskiej mowy zrobiło mi się błogo na sercu. Jakże dawno jej nie słyszałam…

– Tak, panie doktorze. Mój mąż jest Libijczykiem. Obecnie mieszkamy tutaj, w osiedlu dla oficerów.

– Jak się tu pani podoba? – dopytywał.

– No cóż – odparłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć. – Dobrze, ale brakuje mi towarzystwa rodaków – wybrnęłam z kłopotu po chwili.

– To się musi teraz zmienić. Jestem tu na trzyletnim kontrakcie, mieszkam w campie dla Polaków razem z moją przyjaciółką Anną. Mam na imię Marek.

– Bardzo mi miło, jestem Nadia.

– Proszę przyjechać do nas w piątek wieczorem na kolację.

– Dzięki, postaramy się.

– No dobrze, a teraz zajmijmy się tym młodym człowiekiem…

Na szczęście Karimkowi nic poważnego nie dolegało – męczyły go wyrzynające się zęby, no i źle znosił upały.

Muchtar zgodził się na znajomość z Polakami, uznając, że dobrze wpłyną na moją aklimatyzację w libijskich warunkach. W piątek, punktualnie o godzinie osiemnastej, byliśmy u zapoznanej pary. Okazali się bardzo przyjemnymi, bezpośrednimi ludźmi. Anna od razu mi się spodobała. Ugościli nas wspaniale. Przyjemnie było mi zjeść kolację w miłym towarzystwie. Bardzo spodobał im się mój małżonek. Nie mogli się nachwalić jego poprawnej, płynnej polszczyzny.

Muchtar uwielbiał być chwalony i doceniany, więc nasza znajomość, ku mojej wielkiej radości, miała ciąg dalszy. Zaczęliśmy się wspólnie gościć i zwiedzać pobliskie tereny – miasto oraz historyczny cmentarz polskich żołnierzy w Tobruku. Kiedyś, gdy rozmawiałyśmy same z Anną, spytała mnie:

 

– Nadio, czy zamierzasz tutaj, i w ten sposób, spędzić swoje życie?

Zaskoczyła mnie. Nie lubiłam takich pytań, bo czasem sama nie znałam na nie odpowiedzi.

– Nie wiem – odrzekłam. – Niedługo przeniesiemy się do Trypolisu. To jest stolica i wielkie miasto. Tam będzie mi się żyło lepiej – odparłam, nie do końca wierząc w swoje słowa. Przecież Muchtar zaczął bywać coraz bardziej impulsywny, czego dawniej nie zauważyłam. Nie znosił sprzeciwu, a najbardziej wściekało go, gdy coś mu wypominałam, na przykład niespełnione wcześniejsze obietnice.

Po upływie około dwóch miesięcy od zapoznania, nasi polscy znajomi wyjeżdżali na jakiś czas do kraju. Kiedy przyszli się pożegnać, Anna – której dałam list do moich rodziców oraz numer ich telefonu, aby oprócz listu moja mama mogła usłyszeć od niej bezpośrednią relację – spytała:

– Czy chciałabyś, abym im coś przekazała?

– Przekaż im, proszę, że jestem szczęśliwa i niczego mi nie brakuje, że mam piękny dom i ogród, miłość męża i dużo przyjaciół.

– Dobrze, tak powiem. Jak sobie życzysz. W Libii dobrze jest trochę popracować, a potem wydać zarobione pieniążki u siebie w kraju. Aby żyć tak na stałe, trzeba się tu urodzić i wychować – dodała. – Przepraszam, że tak mówię, Nadio. Wiem, że nie powinnam. Do zobaczenia i bądź dzielna…

Po ich wyjeździe było mi smutno, ale musiałam wziąć się w garść, bo przecież: „Psy szczekają – karawana jedzie dalej”.

Pies – zwierzę nieczyste

Gdy wracaliśmy któregoś dnia z plaży, zauważyłam przed bramą wejściową naszego domu małego szczeniaka, który dogorywał na słońcu. Był brudny, miał zaropiałe oczy i w ogóle się nie ruszał. Myślałam, że nie żyje, ale gdy pochyliłam się nad nim, poruszył główką. Nie zastanawiając się ani chwili, zabrałam go z tego miejsca, choć Muchtar bardzo oponował.

– Zostaw tego chorego zdechlaka. Arabowie bardzo nie lubią i boją się psów. Uważają je za stworzenia nieczyste. Legenda głosi nawet, że pies ugryzł proroka Mahometa…

– Nie, nie mogę go tutaj zostawić. Nie pamiętasz, jak mówiłeś mi kiedyś, co Bóg powiedział: „Jeżeli chcesz mojego zmiłowania, to zmiłuj się nad moimi stworzeniami?”.

– No dobra, ale niech on nie wchodzi do domu – odpowiedział.

– Nie będzie – przyrzekłam.

Nazwałam go Reksio. Zrobiłam mu budkę z kartonów, ale gdy byłam sama w domu, trzymałam go w pokoju. Piesek z każdym dniem odzyskiwał siły. Wniósł w moje życie dużo radości. Karim uwielbiał bawić się z nim i patrzeć na jego śmieszne harce. Za uratowanie życia Reksio odwdzięczał się wiernością, przywiązaniem i wielką czujnością.

W miesiącach zimowych, kiedy upał nie był już tak dokuczliwy, lubiłam wynosić synka przed dom, aby się tam bawił na specjalnym materacyku. Któregoś dnia po zabawie z pieskiem Karim słodko zasnął, a ja weszłam do kuchni, aby przygotować obiad. Po jakimś czasie usłyszałam szczekanie i pisk Reksia.

– Reksio, bądź cicho, bo obudzisz Karimka – nakrzyczałam na psa, ale on przybiegł do kuchni i piszczał, nie dając się uspokoić.

Zrozumiałam, że coś jest nie tak. Podbiegłam do ogrodu, a tam do mojego śpiącego dziecka zbliżał się czarny skorpion, którego ukąszenie jest śmiertelne. Nie wahając się, podniosłam z ziemi kamień i cisnęłam nim prosto w „gada”, miażdżąc go i ratując Karimka. Jednak tak naprawdę uratował go Reksio.

Mniej więcej w tym czasie zaprzyjaźniłam się z Libijką o imieniu Lejla. Stała się dla mnie prawdziwą podporą i pocieszycielką. Rozumiałyśmy się dobrze. Lejla wiele lat spędziła w Europie. Jej ojciec był pracownikiem ambasady we Włoszech. Wychowała się tam, więc jej mentalność różniła się od poglądów i obyczajów miejscowych kobiet. To dzięki niej zaczęłam najpierw rozumieć arabski, a później coraz lepiej mówić w tym języku. Była cierpliwą nauczycielką.

Lejla zabierała mnie często na różne przyjęcia, na przykład z okazji urodzenia dziecka czy zaręczyn. Oczywiście wszystko odbywało się w szczelnie zamkniętym gronie kobiet, ja zaś przy okazji szlifowałam język. Poza tym była to dla mnie jakaś odmiana w monotonnym życiu. W świecie arabskim, zgodnie z powiedzeniem: „Co rok prorok”, rodzi się dużo dzieci. Kobietę, która ma męża a nie posiada potomstwa, uważa się – że użyję tego nieładnego określenia – za „wybrakowaną”. Wszyscy współczują mężowi, że trafiła mu się taka żona, więc on pojmuje zazwyczaj następną, aby móc płodzić z nią dzieci. Uczucia tej pierwszej oczywiście się nie liczą. Tak samo dzieje się, gdy kobieta rodzi same córki – mąż próbuje wtedy spłodzić syna z następną. A wszystko to dzieje się za błogosławieństwem i przyzwoleniem Allacha. Po każdych narodzinach mają miejsce niekończące się uroczystości.

Muchtar w Tobruku odnalazł swoją rodzinę. Byli to bardzo prości i ubodzy ludzie, którzy żyli z hodowli kóz. Gościnni, przyjaźni i o złotych sercach. Ich domek był bardzo skromny, wręcz nędzny, ale za to bardzo dobrze mnie przyjęli. Odwiedzali nas też – ciotka Selima, jej osiem córek i czterech synów. Zabierali się sami za gotowanie i zanim się pożegnali, pomagali mi wszystko uporządkować.

Życie z moim mężem robiło się z dnia na dzień coraz trudniejsze. Stawał się wybuchowy, impulsywny. Potrafił rzucić talerzem o podłogę lub ścianę. Denerwował go mój smutek, wyprowadzało z równowagi moje rozczarowanie, bagatelizował moje potrzeby, a także potrzeby naszego dziecka.

– Przecież mówiłaś, że mnie kochasz i chcesz ze mną mieszkać nawet w namiocie! – wypominał mi słowa, które kiedyś wypowiedziałam jeszcze w Polsce.

– To była taka przenośnia – tłumaczyłam. – Muchtarze, jeśli chcesz, żebym czuła się dobrze w twoim kraju, to nie traktuj mnie jak Libijki. Nie narzucaj mi obyczajów, które są mi obce, a niektóre wręcz niezrozumiałe – prosiłam. – Przecież jestem tą samą dziewczyną, którą poznałeś i pokochałeś, więc zrozum mnie. Jest mi ciężko tutaj samej bez moich bliskich.

– Masz tutaj mnie i to powinno ci wystarczyć – odpowiadał zirytowany. – A tutejsze obyczaje, jako żona Libijczyka, musisz zaakceptować. Im szybciej to nastąpi, tym lepiej.

Czasem przychodzili do niego koledzy i zasiadali w salonie. Wtedy musiałam robić im herbatę, kawę, a niekiedy obiady czy kolacje. Nigdy nie zaproszono mnie, abym usiadła razem z nimi. Źle się z tym czułam i buntowałam się. Pewnego dnia przyszli razem z Muchtarem po pracy. Siedziałam przed domem bawiąc się z moim pieskiem. Mąż zmierzył mnie surowym wzrokiem, ale ja udałam, że tego nie zauważyłam i bawiłam się dalej. Po ich wyjściu Muchtar wpadł w prawdziwą wściekłość, wyzywając mnie od najgorszych i bezwstydnych.

– To co? Już nawet nie mogę siedzieć w ogrodzie i bawić się z psem?! – krzyczałam.

I wtedy on złapał mojego kudłatego przyjaciela i cisnął nim z całej siły o beton. Usłyszałam przeraźliwy skowyt i zobaczyłam pokrwawione ciałko, które przestało się ruszać. Podbiegłam do Reksia, złapałam i przytuliłam, a on zdążył jeszcze spojrzeć na mnie wiernym psim spojrzeniem, by po chwili skonać.

Ile jest warta polska żona?

Niedługo po tym koszmarnym incydencie czekała nas przeprowadzka. Po siedmiu miesiącach spędzonych w Tobruku znów wróciliśmy do Trypolisu i do domu moich teściów. Na nasz przyjazd najbardziej ucieszył się mój teść Ahmed, który zawsze miał dla mnie wiele życzliwości. Lubił ze mną przebywać i rozmawiać. Zapraszał do wspólnego spożywania posiłków, co było nie lada wyróżnieniem. Czułam wówczas wrogie spojrzenia mojej teściowej. Na szczęście nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia, co doprowadzało ją do wściekłości i pogłębiało niechęć do mnie. Denerwowało ją to szczególnie, gdy trafiało na dzień, który należał do niej… Według ustaleń Ahmeda jeden dzień i jedna noc należały do matki Muchtara – Fatmy, drugi zaś – do Azizy. Małżonkowie w tym czasie razem jedli, pili herbatę i dzielili łoże. Zaskarbiając sobie sympatię i uwagę teścia, pozbawiałam czasami teściową wspólnych chwil z mężem, co jest sensem życia każdej arabskiej kobiety.

Po jakimś czasie zorientowałam się, że w tutejszych rodzinach panują ściśle określone zasady. Syn, żeniąc się, wprowadza wybrankę do swojego domu rodzinnego. Jej powinnością jest usługiwać jego matce, przygotowywać posiłki dla rodziny, prać i sprzątać. Problem pojawia się, gdy synowa nie jest akceptowana przez rodzinę męża. Wówczas potrafią oni uprzykrzyć kobiecie życie, wykorzystując ją bezlitośnie. Żona najstarszego syna i brata ma trochę wyższą pozycję od pozostałych sióstr i synowych – z szacunku do pierworodnego winno się ją szanować.

To są niepisane, aczkolwiek ustalone prawa. Mnie chciano traktować jako nic nieznaczącą osobę, mimo iż Muchtar był najstarszym synem i bratem. I żeby móc tu jakoś żyć, nie mogłam sobie pozwolić na takie traktowanie. W przeciwnym razie zrobiono by ze mnie służącą bez prawa głosu. Zastanawiałam się, jak nie dać się zgnębić. Musiałam wykazać trochę sprytu. Usiadłam na materacu obok teścia, nalałam jemu i sobie jego ulubioną mocną herbatę, po czym powiedziałam głośno – tonem prawie oficjalnym i w ich języku – do jednej z sióstr Muchtara:

– Zeneb, przepierz pieluchę synowi twojego brata.

Odwróciła jednak głowę, udając, że nie słyszy. Powiedziałam więc do teścia:

– Czy mój język jest aż tak niezrozumiały?

Wtedy on dosłownie ryknął na Zeneb:

– Jak śmiesz nie wykonać tego, o co bratowa cię prosi?!

Zeneb spojrzała na mnie nienawistnym wzrokiem, lecz szybko spełniła moją prośbę. Odtąd, jak tylko mogłam, prosiłam o różne drobne przysługi tonem nieznoszącym odmowy. Na początku w obecności ich ojca, później nie było już takiej potrzeby. Źle się z tym czułam, lecz inaczej zostałabym zupełnie zdominowana, co byłoby nie do zniesienia.

Abym mogła zostać pełnoprawną mieszkanką tego kraju oraz żoną Libijczyka, potrzebny był oficjalny muzułmański ślub przed imamem. Gdy data była już wyznaczona, pojechaliśmy do jego siedziby przy meczecie w celu podpisania kontraktu małżeńskiego. Obecni muszą być przy tym świadkowie, oczywiście płci męskiej, i to z dwóch stron. W moim przypadku byli oni tylko z jednej strony. Pojechali z nami bracia Muchtara – Asad oraz Mohamed. Gdy weszliśmy, imam spojrzał na mnie ciekawym wzrokiem i zapytał:

– Jak masz na imię i skąd pochodzisz?

– Nadia, jestem z Polski.

– Twoje imię nie wywodzi się z naszej tradycji. Nie wyznajesz islamu? Nie wierzysz w boską księgę Koran?

– Owszem, szanuję waszą religię oraz boską księgę, jaką jest Koran, ale jestem chrześcijanką, a moje imię nadali mi rodzice na chrzcie.

Mina, jaką miał mój mąż, świadczyła o jego oburzeniu po tym, co usłyszał. Chciał nawet coś do mnie powiedzieć, lecz imam nie dał mu dojść do głosu.

– Moje dziecko – zwrócił się do mnie łagodnym tonem – dlaczego nie chcesz przejść na islam? To jest prawdziwa religia i kto ją wyznaje, znajdzie się w raju.

– Nie, nie chcę. Religia to nie sukienka, którą można ot, tak sobie zmienić. Ona mieszka w ludzkich sercach, a ja na zawsze będę w nim chrześcijanką – powiedziałam po arabsku.

– Myślę, że jak Bóg zechce, to staniesz się kobietą muzułmańską – odpowiedział imam. – Będę o to prosił proroka Mahometa. Abym mógł udzielić ślubu, musisz przyjąć nowe imię. Czy twój mąż ci o tym mówił?

– Nie.

Spojrzał srogo na Muchtara i zapytał, jakie imię mam nosić.

– Amira. To po arabsku znaczy księżniczka. Podoba ci się? – zapytał imam.

– Tak, jest piękne – odpowiedziałam. – Mogę je mieć zapisane, jeśli jest takie prawo.

– A teraz pozostaje ustalić zabezpieczenie kobiety na wypadek rozwodu, tak zwane arabskie mahr. To jest suma pieniędzy, którą żona otrzymuje od męża na wypadek, gdyby ten zechciał ją oddalić – wyjaśnił.

– No więc, Muchtar oraz świadkowie – jaka jest ta kwota? – zapytał.

– Dwadzieścia dinarów – powiedział mój małżonek, a jego bracia zgodnie przytaknęli.

Imam spojrzał na nich lekko zdziwiony, nic nie mówiąc. Dopiero po chwili namysłu zwrócił się do mojego męża:

– Czy tak nisko cenisz kobietę, która przyjechała z tobą do obcego kraju, zostawiając swoją ojczyznę i bliźnich? Czy matka twoich dzieci zasługuje tylko na dwadzieścia dinarów?

Nastała długa cisza. W końcu Muchtar, czerwony na twarzy, bąknął, że przecież nigdy nie zechce się ze mną rozwieźć. Na to imam, już wyraźnie zdenerwowany:

 

– Nie znasz naszych zasad? Pierwsza z nich to bycie sprawiedliwym. Być dobrym muzułmaninem, znaczy być sprawiedliwym! A gdzie ta sprawiedliwość, skoro polską żonę traktuje się mniej ważnie niż libijską! Ta cudzoziemka nie ma pojęcia o naszym prawie małżeńskim, lecz nie oznacza to przecież, iż należy coś przed nią zatajać, bo to nazywa się oszustwem. Proponuję więc jako mahr dla tej kobiety trzydzieści tysięcy lirów w złocie. Czy wyrażacie na to zgodę? – zapytał ostro. Nie odpowiedzieli. Skinęli tylko głowami.

Muchtar tego dnia nie odezwał się do mnie ani razu.