Jarzmo przeszłościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Radość powrotu

Wokół mnie było mnóstwo ludzi, którzy oczekiwali na swoich bliskich wysiadających z samolotu. Zaczęłam rozglądać się nerwowo dookoła, szukając w tłumie moich rodziców. Nagle ich zobaczyłam. Stali tuż za mną i trzymali w objęciach Karimka, bacznie przyglądając się małemu Malikowi, którego po raz pierwszy ujrzeli na oczy. Chłopiec próbował powiedzieć coś do nich po arabsku – w jedynym języku, jaki znał. Serce stanęło mi na moment, rodzicom pewnie też. Popłynęły łzy, ale tym razem z radości. Oprócz ogarniającego mnie szczęścia, poczułam ogromną ulgę. Pomyślałam, że wszystko co złe, mam już za sobą…

Podróż z Warszawy w rodzinne strony minęła w radosnej atmosferze. Tato prowadził auto, a ja i mama rozmawiałyśmy bez przerwy. Opowiadania zdawały się nie mieć końca. Oczywiście mówiłam tylko o tym, co było dobrego, bo złe i okrutne wspomnienia już wówczas starałam się wyprzeć, wymazać z pamięci. Podczas drogi z okna samochodu podziwiałam wspaniałe przydrożne lasy i piękną soczystą zieleń. Jakże tęskniłam za tym widokiem przez te wszystkie lata spędzone na obczyźnie, gdzie zewsząd rozciągał się pustynny krajobraz. W Gdańsku przywitała nas piękna słoneczna pogoda – typowe polskie lato z bezchmurnym niebem i lekkim orzeźwiającym wiaterkiem. Wdychałam to powietrze do płuc jak uzdrawiający napar. Odpędzałam od siebie wspomnienie libijskiego gorącego wiatru wiejącego z pustyni, tzw. ghibli. Czuło się wówczas podmuch jak z nagrzanego piekarnika i ten nieznośny zgrzyt piasku w ustach, który wciskał się między zęby.

– O czym myślisz, córeczko? Jesteśmy już w domu. Twoja długa podróż dobiegła końca – głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.

– O niczym, mamo. Jestem po prostu zmęczona i bardzo, bardzo szczęśliwa.

Chłopcy pędem zaczęli wbiegać po schodach na trzecie piętro, by jak najszybciej dopaść do drzwi mieszkania. Ja z rodzicami i bagażami zostałam z tyłu za nimi. Usłyszałam niecierpliwy dzwonek i zaraz po nim zgrzyt klucza w zamku. W drzwiach stanęła moja najukochańsza babcia. Jakże marzyłam o tej chwili w czasach mojej udręki. Bardzo często przywoływałam w pamięci jej drobną postać jako najpiękniejsze wspomnienie mojego dzieciństwa. Tak bardzo się bałam, że już nigdy jej nie zobaczę. Ta myśl sprawiała mi wiele bólu. Teraz ją widzę i uściskom nie ma końca.

– A nie mówiłam, że ta niespodzianka, którą miała dla nas Nadia, to będzie dziecko? – powiedziała babcia, kiedy przestałam ją ściskać.

W czasie mojej drugiej ciąży, a także po narodzinach Malika postanowiłam, że nic nie powiem rodzicom, aby nie musieli się o mnie martwić. Wiedziałam, że mama będzie to bardzo przeżywać, a bałam się o jej zdrowie.

Przez pierwszych kilka dni odwiedzali nas sąsiedzi, a także brat ze swoją rodziną. Wszyscy zadawali te same pytania. Koniecznie chcieli wiedzieć, jak żyło mi się w Libii i dlaczego zdecydowałam się na powrót do Polski. Czy to już na stałe, czy tylko tymczasowo... Zawsze powtarzałam jeden i ten sam powód – doktorat Muchtara.

Bardzo dużo spacerowałam po swoim rodzinnym mieście, rozkoszowałam się odzyskaną swobodą. Mogłam decydować o własnych krokach, o planowaniu dnia, zakupach, które sama robiłam, i o zabawie ze swoimi dziećmi na świeżym powietrzu. Choć były to całkiem przyziemne rzeczy, sprawiały mi wiele radości. Jednak te beztroskie chwile, które sobie fundowałam, nie przesłoniły kłębiących się w głowie myśli. Co dalej zrobić ze swoim życiem, z nieudanym małżeństwem? Jaką decyzję podjąć, aby nie skrzywdzić dzieci? One przecież niczemu nie zawiniły. Zdawałam sobie sprawę, że tu nie ma złotego środka. Cokolwiek postanowię, one będą cierpieć.

Minął już tydzień od dnia naszego przyjazdu, a telefon milczał. Którejś nocy obudził mnie cichy dzwonek. Zerwałam się wystraszona i szybko podniosłam słuchawkę, aby dźwięk nie zakłócił snu domownikom.

– Dlaczego nie dzwonisz? Czekałem. Martwię się o was. Jak dolecieliście?! – usłyszałam znajomy głos.

– Nie było łączności – skłamałam, aby dać sobie jeszcze chwilę do namysłu, co odpowiedzieć, jaką ostateczną decyzję podjąć. Wtem, jakby na zamówienie, połączenie zostało przerwane.

Trudne decyzje

Tej nocy już nie zasnęłam, niepokojące myśli nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Długo prosiłam Boga, aby pomógł mi podjąć właściwą decyzję. Nad ranem, kiedy słońce zaczęło wschodzić na niebie, ja już wiedziałam, że będę walczyć o naszą rodzinę – dla nas, a przede wszystkim dla dzieci. Byłam gotowa na wszystko, byle tylko zapewnić im poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Gwarantuje to tylko prawdziwa, pełna rodzina.

Być może tu, w Polsce, w innych warunkach bytowych wszystko będzie inaczej. Uczepiłam się tej nadziei, bo przecież ona umiera ostatnia.

Następnej nocy telefon znów zadzwonił. Zaczęliśmy rozmawiać.

– Wczoraj nie mogłem ponownie uzyskać połączenia, ale dziś się udało. Jak chłopcy? Są zdrowi?

– Tak, wszystko u nich w porządku. Cieszą się ze spotkania z dziadkami – odpowiedziałam.

– Rozmawiałaś już z doktorem Rudnickim? Czy sprawa mojej pracy doktorskiej jest aktualna?

– Jeszcze nie zdążyłam, ale zrobię to w najbliższym czasie – obiecałam.

– Zrób to jak najszybciej, bo inaczej będziecie musieli wrócić z powrotem do Libii.

– Nie, nie będzie takiej potrzeby! – powiedziałam stanowczo.

Po tych słowach zapadła chwila ciszy. Muchtar z pewnością wyczuł w moim głosie coś niepokojącego. Coś do niego dotarło, bo powiedział łagodnie jak nigdy dotąd:

– Nadio, przyślę ci pieniądze na remont tego mieszkania babci, gdzie będziemy mogli zamieszkać.

– Tak, zrób to jak najszybciej, bo wakacje dobiegają końca, a Karimek musi rozpocząć naukę w szkole.

– Dobrze. Zadzwonię za kilka dni. Dbaj o siebie, Nadio, i niech Allach nad wami czuwa.

Po tych słowach usłyszałam sygnał zakończonej rozmowy.

Zgodnie z planem mieliśmy zacząć „nowe życie” w Polsce w mieszkaniu babci, która – ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia – nie mogła już funkcjonować bez pomocy bliskich. Miała słabe serce i duszności spowodowane zaawansowaną astmą. Dom był przedwojenny, bez wygód. Należało przebudować łazienkę, postarać się o ciepłą wodę, prysznic, odświeżyć ściany. Muchtar, tak jak obiecał, przysłał mi przez kolegę – turystę niewielką sumę pieniędzy. Jak się okazało, nie wystarczyło ich nawet na pokrycie kosztów remontu, a cóż dopiero mówić o planowanym jeszcze zakupie mebli dla nas i dla dzieci. Doskonale wiedziałam, że mój małżonek posiada pieniądze ze sprzedaży naszego libijskiego mieszkania, jednak wolałam przemilczeć ten fakt. Pomoc rodziców znów okazała się bezcenna.

W końcu nadszedł czas zapisania Karimka do drugiej klasy szkoły podstawowej. Mieściła się ona w pobliżu naszego domu. Była to integracyjna placówka oświatowa z wielkim nowoczesnym boiskiem. Marzyłam, aby moje dzieci mogły uczęszczać do takiej pięknej i przyjaznej szkoły. Karim codziennie chodził wokół tego budynku i widać było, że nie mógł doczekać się pierwszego dzwonka, a także poznania swoich nowych kolegów i nauczycieli.

– Nadio – zagadnęła mama – czy wiesz, że w tej szkole pracuje twoja najbliższa kuzynka, Justyna?

– To cudownie – odparłam uszczęśliwiona, bo nie ma to jak rodzina.

Szczerze się ucieszyłam nie przeczuwając, iż rzeczywistość jest zgoła inna.

Moi synowie byli tak bardzo zaaferowani nowymi wrażeniami, krajobrazem, że przez większość dnia przebywali na świeżym powietrzu w pobliskim lasku. Dotąd znali tylko pustynną florę, a takiego skupiska zieleni nigdy wcześniej nie widzieli. Trudno było ich przekonać, aby wrócili do domu na obiad lub kolację. Rzadko mówili o ojcu, jakby czuli, że on – swoim pojawieniem się – przerwie tę sielankę. Postanowiłam z nimi o tym porozmawiać. Nadarzyła się ku temu okazja, bo Muchtar telefonował poprzedniego wieczoru.

– Karim i Malik, macie gorące pozdrowienia od taty. Dzwonił wczoraj, kiedy już spaliście i prosił, abym wam przekazała, że tęskni i nie może się doczekać przyjazdu do was.

Ich oczy zrobiły się duże i okrągłe. Widać było, że nie wiedzą, jak powinni zareagować. Z jednej strony to przecież ich rodzic, z którym – pomimo wszystko – byli bardzo związani, z drugiej – ciężar zbyt wielu złych wspomnień z ich rodzinnego domu.

– Czy, kiedy tata przyjedzie, będziemy musieli wrócić do naszego starego domu? – niepewnym głosem zapytał Karim.

– Nie, synku, nigdzie nie wyjedziemy. Tu jest teraz nasz dom, przecież niedługo rozpoczynają się lekcje – rozwiałam dziecku wątpliwości i jednocześnie dostrzegłam ulgę na twarzach moich pociech.

Po chwili chłopcy wrócili do swojej zabawy, a ja znów zostałam sama ze swoimi myślami i coraz większym niepokojem o naszą wspólną przyszłość. Uporczywie starałam się posklejać to, co dawno zostało rozbite i pokaleczone. Wiedziałam, że nie poddam się bez walki, ale zdawałam sobie także sprawę z tego, iż za klęskę przyjdzie mi słono zapłacić.

W końcu nadszedł wyczekiwany przez mojego synka dzień – rozpoczęcie roku szkolnego. Pierwszy raz w życiu Karim ujrzał piękne i czyste sale lekcyjne. Te, które znał do tej pory, były nieprzyjazne, zaniedbane, obskurne, sprzątane jedynie przez kilkuletnich uczniów. Chłopiec z ciekawością przyglądał się swoim nowym kolegom i koleżankom. Wszystko budziło jego zachwyt. Wychowawczyni także wydawała się sympatyczna. Podeszła do nas, aby się przywitać i zadać kilka zdawkowych pytań odnośnie swojego nowego ucznia. Zwróciłam uwagę na twarze rodziców dzieci, z którymi Karim miał uczęszczać do jednej klasy. Na niektórych gościł przyjazny uśmiech, lecz większość zdradzała dziwną ciekawość połączoną z niepokojem, a nawet oburzeniem.

 

Po krótkim apelu z okazji inauguracji nowego roku szkolnego i spisaniu planu zajęć, uczniowie zaczęli opuszczać budynek szkolny i rozchodzić się do swoich domów. Wracaliśmy w pogodnych nastrojach i tylko przywoływany obraz nieprzyjaźnie wpatrujących się w nas ludzi zakłócał mój spokój.

Następnego dnia, po odprowadzeniu Karima do szkoły, pojechałam na spotkanie z doktorem Rudnickim, który obiecał Muchtarowi otwarcie przewodu doktorskiego i zatrudnienie w instytucie naukowym.

– Witaj, Nadio! Jakże miło cię poznać. Tak wiele dobrego o tobie słyszałem od twojego męża i oczywiście od rodziców.

– Dzień dobry, ja także miałam przyjemność usłyszeć od Muchtara sporo na temat pana ogromnej wiedzy oraz wyjątkowej zdolności jej przekazywania.

– Dziękuję, Nadio, jesteś bardzo miła. Teraz rozumiem, dlaczego mój najzdolniejszy student wybrał ciebie na żonę. A tak w ogóle to podziwiam cię za odwagę. Muchtar, z jego wrodzoną inteligencją i rozsądkiem, na pewno pomagał ci odnaleźć się w jego kulturze. Z pewnością nie zapomniał, że jesteś Polką w obcym dla ciebie świecie. Zawsze uważałem go za człowieka honoru o wielkich ambicjach.

Byłam przygotowana na takie pytania, ale nie odpowiedziałam. Skinęłam tylko głową na potwierdzenie.

– A więc – ciągnął dalej – przekaż, proszę, Muchtarowi, że wszystko tu na niego czeka. Będziemy współpracować, co – przy jego zdolnościach – z pewnością okaże się owocne. Jestem pewien, że wniesie znaczący wkład w naukę. W ciągu dwóch, trzech lat skończy studia i, już z tytułem doktora, będzie mógł wraz z rodziną wrócić do swojej ojczyzny.

Tych ostatnich słów nie chciałam usłyszeć. Pożegnałam się i wyszłam z gabinetu.

Minęły cztery miesiące od naszego powrotu do kraju. Żyłam razem z dziećmi skromnie, ale spokojnie. W ciągu dnia miałam wiele pracy przy ciągnącym się, żmudnym remoncie oraz opiece nad synami. Poza tym chciałam jak najczęściej przebywać wśród ludzi. Zapisałam się także na kurs prawa jazdy. W przyszłości ta umiejętność mogła mi się przydać. Egzamin zdałam za pierwszym podejściem. Najgorsze były jednak noce, kiedy powracały koszmary z niedawnej przeszłości. Budziłam się wtedy z głośnym biciem serca i nie mogłam ponownie zasnąć. Moje myśli krążyły wokół zbliżającego się przyjazdu Muchtara. Nieustannie zadawałam sobie pytanie: czy mamy jeszcze szansę na wspólne życie?

Druga szansa

W końcu doczekałam się wiadomości od Muchtara. Poinformował, że już za dwa dni będzie z nami w Polsce. W jego głosie nie było entuzjazmu, raczej konieczność, jakby ktoś postawił go przed faktem dokonanym. Chciałam go jakoś zachęcić, zmotywować, lecz nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Wreszcie nadszedł dzień przyjazdu Muchtara. Był styczeń – za oknem mroźno i biało. Od rana czułam podenerwowanie, co udzielało się także dzieciom. Były wyjątkowo niespokojne. Co chwilę zadawały mi pytania, kiedy pojawi się tata.

– Na pewno przyjedzie dzisiaj, tylko przez tę zimową pogodę może być opóźnienie – tłumaczyłam chłopcom cierpliwie.

Czas mijał, a jego wciąż nie było. Z każdą godziną rósł mój niepokój. W końcu zaczęłam zachęcać synów do snu, lecz oni nie chcieli mnie posłuchać. Wtem rozległo się ciche pukanie do drzwi, a po nim mocniejsze. Poszłam szybko otworzyć, a przy mnie natychmiast znalazły się dzieci.

– Tata, tata przyjechał!

– Witajcie, moi drodzy, tęskniłem za wami. Przepraszam, że tak długo mnie nie było, lecz zatrzymały mnie w Libii ważne sprawy. No, ale teraz już będę z wami.

Dzieci wieszały się ojcu na szyję, były bardzo uradowane. I gdy tak stałam z boku, patrząc na tę powitalną scenę, poczułam przypływ nadziei, że być może wszystko się jakoś poukłada, że zdołamy odbudować tę zniszczoną więź.

Po gorącym powitaniu z dziećmi, zjedzeniu wspólnej kolacji, przyszedł czas na nasze powitanie.

– Jak sobie radziłaś, moja kochana?

– Dobrze, przecież jestem u siebie.

– No tak, ale myślałem, że twój dom jest tam, gdzie twój mąż – usłyszałam dobrze znany mi slogan.

Nie odpowiedziałam. Zaczęłam opowiadać o szkole Karima, remoncie mieszkania i mojej rodzinie, a szczególnie o wielkiej pomocy, jakiej udzielają mi najbliżsi. Z grzeczności zapytałam o zdrowie jego całej rodziny. Odpowiedział, iż wszyscy dobrze się mają i bardzo nas pozdrawiają.

– Mój ojciec chciał, bym przekazał tobie, że bardzo brakuje mu córki, jaką byłaś dla niego. Mam cię serdecznie od niego uściskać.

Po tych słowach zrobiło mi się ciepło na sercu. Teść był jedyną osobą, która wspierała mnie przez te wszystkie lata spędzone w Libii. Zawdzięczam mu wiele, ocalił mi życie. Zawsze modlę się za niego i nigdy nie zapomnę pomocy, jakiej mi udzielał w tych trudnych momentach mojego życia.

Muchtar był bardzo zmęczony długą podróżą i zapewne zmianą klimatu, więc szybko zasnął. Gdy tak patrzyłam na niego, stawały mi przed oczami okrutne obrazy, które – jeśli tylko byłoby to możliwe – chętnie wydarłabym ze swoich wspomnień.

Następnego dnia była niedziela, więc wszyscy wybraliśmy się do mojej rodziny. Rodzice przygotowali powitalny obiad na cześć przyjazdu ich zięcia. Można było wyczytać z ich twarzy, iż są zadowoleni z połączenia naszej rodziny. Było bardzo miło, atmosfera przyjazna, a Muchtar – jak zawsze – zachowywał się nienagannie. Po obiedzie udaliśmy się we dwoje na spacer. Zaczęłam opowiadać mężowi o rozmowie z jego opiekunem naukowym, o obietnicy zatrudnienia i niezbędnych w związku z tym dokumentach oraz wydatkach, jakie poniosłam w związku z remontem mieszkania mojej babci. Nie omieszkałam powiedzieć o wkładzie finansowym mojej rodziny. Nagle twarz Muchtara przybrała inny wyraz.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Nie posiadasz już pieniędzy, które ci dostarczyłem?! Nie było ich przecież tak mało, żeby nie zdołały pokryć wydatków związanych z remontem, a także wyposażeniem dziecka do szkoły czy zakupem podręczników i ubrań dla chłopców. Ty chyba żartujesz sobie ze mnie! – krzyczał oburzony. – Wiedziałem, że jesteś niegospodarna, ale – jak widać – również rozrzutna.

– Nie krzycz, Muchtarze, bo nie wiesz, co mówisz, nie znasz cen i tutejszych realiów. W Polsce wszystko jest takie drogie, a ja kupowałam tylko niezbędne rzeczy.

– Skoro jest tak drogo, to po co był nam ten pomysł wyjazdu z mojego kraju?

Nie odpowiedziałam na to pytanie, bo już na starcie naszej nowej drogi nic by z tego nie było. Pozwoliłam, aby wyładował na mnie swoją złość. Do rodziców wróciliśmy oddzielnie.

Niebawem Muchtar spotkał się w instytucie z doktorem Rudnickim. Po tej rozmowie wrócił mu dobry humor. Zapewne usłyszał wiele pochwał na swój temat, co zawsze pozwalało mu zachwycać się samym sobą. Tym razem było podobnie. Cieszył się z uznania dla jego nieprzeciętnych zdolności, więc atmosfera zrobiła się lżejsza. Poza tym za kilka dni miał rozpocząć pracę.

Do instytutu chodził bardzo chętnie. Widać było, że odpowiada mu ten rodzaj zajęć. Otaczali go ludzie nauki, wśród których czuł się wspaniale. Był naprawdę bardzo zdolny, co wszyscy doceniali. Po miesiącu Muchtar odebrał pierwszą wypłatę. Nie miał już zadowolonej miny i zaraz po powrocie z pracy oznajmił, że tak mało pieniędzy otrzymał, iż czarno widzi naszą przyszłość w Polsce. Zdecydował, że – po szybkim zakończeniu doktoratu – wracamy do Libii. Wydzielił mi skromną kwotę, a resztę wypłaty schował dla siebie. Oburzyłam się na takie zachowanie tłumacząc, że potrzeba jeszcze pieniędzy na comiesięczne opłaty mieszkaniowe. Niechętnie, z iskrami w oczach, rzucił we mnie kilkoma banknotami i wybiegł z mieszkania, zatrzasnąwszy za sobą drzwi, jak to miał w zwyczaju. Nie zjadł nawet obiadu. Coraz częściej zaczynał mnie dręczyć swoim zachowaniem. Jego mina wyrażała głębokie niezadowolenie, co w żaden sposób nie budowało naszego związku okaleczonego do granic możliwości.

Po pierwszej wypłacie Muchtar sprawił sobie czarny neseser zamykany na, sobie tylko znany, szyfr. Ukrywał go przede mną i strzegł jak oka w głowie.

– Nadio, oddaj mi libijskie paszporty moich dzieci – zawołał któregoś wieczoru.

Zamarłam na chwilę. Doskonale wiedziałam o jego warunku związanym z naszym przyjazdem do Polski. Dzieci miały przekroczyć granicę na libijskich paszportach. Równałoby się to z prawnym pobytem naszych synów w Polsce jako obywateli Libii. Za żadną cenę nie mogłam spełnić tego żądania. Od przyjazdu Muchtara czekałam na chwilę, kiedy upomni się o te dokumenty. Przyniosłam je i wręczyłam mężowi bez słowa. Otworzył paszporty na właściwej stronie. Widziałam, jak z niedowierzaniem spogląda na puste miejsce, gdzie – według niego – miały widnieć wbite na granicy pieczątki.

– Jak mogłaś mi to zrobić, oszustko! – zaczął podnosić głos. – Uknułaś to! Pewnie razem z twoimi rodzicami. Zresztą, czego można się spodziewać po bezbożnych ludziach! Moja szlachetna matka zawsze miała rację. Niech Allach i jego prorok Mahomet błogosławią ją za jej mądrość.

Wyrwawszy mi paszporty z ręki, przewrócił stół, na którym była przygotowana kolacja dla dzieci. Wybiegł z domu jak oparzony, przeklinając i złorzecząc po arabsku na mnie i na cały bezbożny świat. Z trudem powstrzymywałam łzy. Zaczęłam szybko zbierać z podłogi rozbite naczynia, wycierać rozlaną herbatę. Musiałam zdążyć przed powrotem dzieci z podwórka, gdzie lepiły ze śniegu bałwana.

Co czułam w tym momencie? Oskarżałam siebie za życie, jakie wiodłam, za wybór, jakiego kiedyś dokonałam, za bezsilność, jaka była we mnie, a także za naiwność, bo uporczywie wmawiałam sobie, że być może uda nam się wychować wspólnie nasze niczemu niewinne dzieci. Od tego wydarzenia zaczęliśmy jeszcze bardziej żyć obok siebie, nie ufając sobie w niczym. Muchtar coraz częściej unosił się gniewem i obrażał za każdy drobiazg, który nie był po jego myśli. Ja natomiast robiłam wszystko, aby waśnie między nami nie odbijały się na dzieciach. Niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak zapewnienia im spokojnego dzieciństwa. Mimo starań one, chcąc nie chcąc, uczestniczyły w tej naszej zimnej wojnie, której nieodłącznym elementem były coraz częstsze wybuchy złości.

Kilka ulic od naszego domu mieszkała wraz z mężem moja przyszywana ciocia Jadwiga. Przyszywana, gdyż moja babcia w młodości bardzo szybko owdowiała, po czym po raz drugi wyszła za mąż za wdowca, który miał dwie córki z pierwszego małżeństwa: Jadwigę i Teresę. Kiedy byłam dzieckiem, spotykaliśmy się sporadycznie z okazji rodzinnych uroczystości. Teraz, po sąsiedzku (zwłaszcza, że ciotka posiadała mały ogródek naprzeciwko naszego domu), widywaliśmy się dość często. Była to osoba bardzo ciekawska, wścibska, znana z tego, iż lubiła wtrącać się w nie swoje sprawy. Z tego też powodu udało jej się poróżnić już niejedno małżeństwo. Wiedziałam o tym, dlatego niechętnie patrzyłam na jej częste wizyty. Zawsze ukrywałam moje codzienne problemy. Mój arabski małżonek – przeciwnie. Uwielbiał słuchać pochwał i komplementów pod swoim adresem, których nie szczędziła ciotka. Z przyjemnością słuchał o tym, jakim to jest wspaniałym mężem, ojcem, człowiekiem o wyjątkowej kulturze i aparycji. Raz nawet, będąc w kuchni i szykując herbatę, niechcąco usłyszałam, jak ciocia Jadzia szeptała do mojego męża zastanawiając się, czy aby na pewno na niego zasługuję, czy stwarzam mu godziwe warunki do nauki.

– Mój drogi – mówiła – taki człowiek jak ty wymaga wyjątkowego traktowania i szacunku. Muchtarze, ona chyba za dużo od ciebie wymaga, nie doceniając skarbu, jaki posiada.

Miałam już dość. Wiedziałam, że dopiero się rozkręca, więc wyszłam z kuchni, aby to przerwać.

– Ciociu – odezwałam się stanowczym tonem – jest późno, wujek na pewno niepokoi się o ciebie, a poza tym wszyscy idziemy już spać – dodałam.

Spojrzała na mnie nienawistnym wzrokiem, wstała i ruszyła do wyjścia.

– Odprowadzę ciocię – przymilnie odezwał się Muchtar.

Wyszli, a po chwili usłyszałam:

– Nie dość, że niegodna, to jeszcze despotka.

Zyskałam wroga.

Od tego wydarzenia często chodzili razem, beze mnie, na spacery. Dobrze czuli się w swoim towarzystwie i knuli za moimi plecami. Muchtar na co dzień zaczął przybierać minę wściekłego zwierza i rzadko odzywał się normalnie. Ta atmosfera zaczęła udzielać się dzieciom, które stawały się coraz bardziej nerwowe. Wyrażały agresję względem siebie, co było typowym zachowaniem w takiej sytuacji. Starałam się robić wszystko, co tylko w mojej mocy, aby napięta sytuacja rodzinna w żaden sposób nie dotykała naszych synów, lecz – jak wiadomo – dzieci są mistrzami w obserwacji i doskonale wyczuwają, co dzieje się wokół nich.

 

Pewnego dnia w skrzynce pocztowej znalazłam list. Był z Libii, zaadresowany do Muchtara. Jak tylko wszedł do domu po pracy, podałam mu kopertę. Otworzył szybko, przeczytał i zakomunikował:

– Jedziemy do Libii. Moja siostra wychodzi za mąż, będzie wesele. Musimy tam być obecni.

Przestałam słuchać jego dalszych przekonań. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, co oznaczałby ten „rodzinny” wyjazd. To była podróż bez prawa powrotu.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – usłyszałam swój głos. – A szkoła dzieci, a twoja praca, twój doktorat? – mówiłam jednym tchem. – Nie zrobię tego, nie jadę, to niemożliwe!

– Dobrze, nie musisz, nikt ciebie tam nie chce oglądać! – zaczął krzyczeć już na dobre. – Pojadą moje dzieci!

– Nigdy, po moim trupie! – nie przestawałam.

– Może być i po twoim, jak tego chcesz.

– Dzieci! – zaryczał – jedziemy odwiedzić wujka Alego, a później pójdziemy na lody.

Chłopcy ucieszyli się na tę propozycję. Ali był Libijczykiem i mieszkał w sąsiedniej dzielnicy. Był lubiany przez swoich rodaków, więc sporo turystów z ojczyzny zatrzymywało się u niego. Muchtar czasem go odwiedzał, ale przez swoją chorą manię wielkości nie był lubiany przez rodaków. Wiedziałam, że tym razem nie jest to tylko towarzyska wizyta. Pojechał do Alego, aby coś knuć. Byłam tego pewna. W jego głowie rodził się jakiś okrutny plan. Odkąd Muchtar otrzymał ten list, żadnego dnia nie byłam w stanie przeżyć spokojnie. Żyłam w ciągłym napięciu i strachu, że porwie i wywiezie dzieci, że nigdy już ich nie zobaczę. Musiałam być czujna do granic możliwości. Popadłam w obłęd. Podczas godzin lekcyjnych Karima przychodziłam do szkolnej szatni, aby sprawdzić, czy wiszą jego ubrania. Najgorszym, co można było sobie wyobrazić, były spacery Muchtara z dziećmi. Zabierał je na długie godziny, nie mówiąc dokąd i kiedy wrócą. Zdarzało się, że zapadał zmrok, a ich nadal nie było w domu. Z mocno bijącym sercem szukałam całej trójki po lesie i plaży, wołając bezskutecznie. Ta wyniszczająca sytuacja zdawała się nie mieć końca. Coraz wyraźniej uświadamiałam sobie, jak trudne potrafi być życie ludzi wywodzących się z dwóch odmiennych kultur. W razie jakichkolwiek konfliktów między małżonkami, dzieci stają się kartą przetargową. W takim związku ofiara ma dwa wyjścia: pogodzić się ze swoją sytuacją życiową albo żyć w ciągłej trwodze o swoje dzieci. Często w bardzo podstępny sposób je traci. Już raz Muchtar porwał Karima i wiedziałam, że nie zawaha się zrobić tego po raz drugi. Kiedy późno wracali do domu, mimo wielkich starań, nie potrafiłam ukryć emocji. Muchtar zręcznie to wykorzystywał, buntując dzieci przeciwko mnie, a potem spokojnie zaczynał z nimi zabawę, nie zwracając uwagi na późną porę i poranne wstawanie Karimka do szkoły. Widziałam w jego oczach, że ta sytuacja wyraźnie go bawi, a dręczenie mnie i zadawanie psychicznego bólu sprawia mu satysfakcję.

Moi rodzice odwiedzali nas niezbyt często, to raczej oni zapraszali naszą rodzinę na niedzielne obiady. Byli inteligentnymi ludźmi, nie chcieli narzucać się swoją obecnością, aby w żaden sposób nie zrazić do siebie zięcia. Za każdym razem starali się wesprzeć nas praktycznym podarunkiem. A to coś z przygotowanego przez mamę jedzenia, innym razem jakieś ubranka dla naszych chłopców. Nie było niczego złego w ich zachowaniu, robili to zawsze z wielkim taktem, aby nikogo nie urazić. Zdawali sobie sprawę, iż jest nam ciężko, a przy dwójce dzieci mamy wiele potrzeb. Początkowo Muchtar wysilał się, aby przetrwać ich odwiedziny. Starał się być miły i uprzejmy. Jeśli tylko chciał, na zawołanie, potrafił pokazać inną twarz, lecz z biegiem czasu to się zmieniło. Przy wspólnym stole był milczący i nieobecny, a później już demonstracyjnie okazywał swoją niechęć i niezadowolenie z przyjazdu moich rodziców. Siedział, nic nie mówiąc, odpowiadając jedynie zdawkowo na grzeczne pytania naszych gości. Wreszcie doszło do tego, że – zaraz po chłodnym przywitaniu – zabierał dzieci i znikał. Wracał zwykle późno. Moim rodzicom było przykro. Dostrzegli mój niepokój i podenerwowanie.

– Nadio, czy Muchtar nas nie lubi? – mama w końcu zadała to pytanie.

– Dlaczego miałby was nie lubić? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

– Bo zawsze gdzieś przepada, kiedy tylko się pojawimy. A my nie chcemy, żebyście przez nas mieli ze sobą jakieś problemy.

Pomyślałam wówczas, że być może nadszedł już czas, aby powiedzieć rodzicom prawdę. Może nie całą, bo tej z libijskiej przeszłości nie zamierzałam im nigdy wyznawać. Jednak tego nie zrobiłam, nie tym razem. Zaczęłam usprawiedliwiać Muchtara na różne sposoby – a to, że jest zmęczony, przepracowany i na pewno nie ma to żadnego związku z nimi. Znów byłam mistrzem kamuflażu, lecz oni także udawali, że o niczym nie wiedzą. To prawda, Muchtar w swoim chorym umyśle nienawidził mojej rodziny, nie znosił tego, że bliscy są przy mnie, że nie jestem sama, zdana na jego łaskę. Nie potrafił odnaleźć się w sytuacji, że – z chwilą przyjazdu do Polski – przestał być panem i władcą mojego życia.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, o których przez tyle lat marzyłam. W rodzinnym gronie atmosferę psuł Muchtar. Czerpał z tego przyjemność, chociaż bardzo się starałam, aby umilić mu ten czas. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby ratować rodzinę. Dbałam o wygody męża, gotowałam arabskie potrawy, choć z powodu naszego skromnego budżetu nie było to łatwe. Nie robiłam mu wymówek, kiedy – arabskim zwyczajem – znikał gdzieś z kolegami, nie mówiąc dokąd i na jak długo. Był wolny, bez żadnych domowych obowiązków. Niedostatek, jaki mieliśmy, zupełnie go nie interesował. Irytowało go, gdy zaczynałam mówić o braku pieniędzy na najpilniejsze potrzeby. Wtedy podnosił na mnie głos, zarzucając, że to moim pomysłem było, aby wyjechać z jego „mlekiem i miodem płynącego” kraju.

Muchtar posiadał kartę stałego pobytu, którą otrzymał za darmo dzięki małżeństwu z Polką. Mógł więc pobierać wykształcenie i korzystać z wszelkich przywilejów. Moja ojczyzna była dla niego bardzo przyjazna i on dobrze o tym wiedział. Zjednywał sobie ludzi ze swojego otoczenia, był niedoścignionym mistrzem manipulacji, lecz jego cel był jasny – zdobyć jak najwięcej można i wyjechać z „kraju niewiernych”. Przestałam się już łudzić, chociaż z początku tliła się we mnie iskra nadziei, że być może dotrze do niego, iż dla dobra rodziny i jego własnych dzieci to tutaj powinniśmy budować naszą przyszłość. Tu chłopcy mają szansę lepszego rozwoju, wykształcenia. No tak, lecz zapomniałam o najważniejszym – o islamie, czyli poddaniu się woli bożej. To jest wyznacznik, jakim kierują się muzułmanie na całym świecie. Dlatego każdy mój dzień rozpoczynał się i kończył wielką czujnością.

Nastał pierwszy miesiąc postu ramadan w Polsce. Gotowałam Muchtarowi jego ulubione potrawy, często zapraszał kolegów – Libijczyków, a jeszcze częściej wychodził w ich towarzystwie. Przywykł do życia w Polsce i czuł się tutaj zawsze bardzo dobrze. Nietrudno było zauważyć, iż narzekał tylko w moim towarzystwie, szydził z naszych obyczajów, świąt i związanych z nimi tradycji. Ciężko było mi wówczas zachować wewnętrzny spokój, gdyż wiedziałam, że dla innych jest układnym, miłym człowiekiem, który, jak nikt inny, poświęca się dla swojej rodziny. Sześć tygodni po zakończeniu muzułmańskiego postu nastało kolejne święto – Id al-Adha, czyli święto ofiary. Obawiałam się, co też wymyśli mój egzotyczny małżonek. Zgodnie ze zwyczajem, należało zabić barana jako dar ofiarny dla Allacha. Każdego dnia wypatrywałam, czy aby nie prowadzi zwierzęcia do domu i nie wsadzi do kuchni. Na szczęście Muchtar miał inny plan na uczczenie tego święta. Wraz ze swoimi rodakami zamówił barany u gospodarzy w pobliskiej wsi. Tam też – kierując się w stronę Mekki – dokonali bestialskiego aktu, po czym, obdarłszy je ze skóry, zabrali do swoich domów. Gdy mąż przywiózł tego wielkiego barana, z głową i rogami, zdecydowałam, że pojedziemy do rodziców. Posiadali dużą zamrażarkę, a poza tym ich sąsiedzi też byli skłonni pomóc nam przechować tę górę mięsa. Ja oczywiście do takich widoków byłam już przyzwyczajona, lecz mina mojej mamy na widok całego, martwego zwierzęcia ułożonego na kuchennym stole była bezcenna i nie da się jej zapomnieć.