Dzieci szariatu. Losy tych, o których upomniał się islamTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Utracona ojczyzna

Pod białym, okrągłym, plastikowym stołem – jedynym zresztą, jaki znajdował się w mieszkaniu – zastawiony dwoma krzesłami, siedział skulony mały chłopiec. Szczelnie zatykał sobie uszy, nie chcąc słyszeć, co dzieje się w pokoju. W takich chwilach zazdrościł młodszemu bratu, którego nic nie było w stanie obudzić. Karim skończył już sześć lat i był nad wyraz rozgarniętym chłopcem, bardzo wrażliwym i niestety nerwowym. W końcu usłyszał mocne trzaśnięcie drzwiami i nastała zupełna cisza – przerażająca, okrywająca tajemnicą dalszy bieg zdarzeń.

– Karimie, gdzie jesteś, synku?! – usłyszał wyczekiwany głos swojej mamy. Jak zawsze w takich sytuacjach, poczuł ogromną ulgę.

Jest – uradował się chłopiec – mama żyje i zaraz mnie przytuli. Te niepokojące myśli zbyt często pojawiały się w głowie małego dziecka.

Nadia pochyliła się i zajrzała pod stół, wiedząc dobrze, że tam odnajdzie synka. Zobaczyła jego duże, ciemne, świecące od łez oczy.

– Mamusiu, tak bardzo bałem się o ciebie, że on cię zabije.

Jak zwykle po usłyszeniu tych słów od swojego dziecka, kobieta była przerażona. Poczuła się winna strachu i złych emocji, jakich musi ono doświadczać. To było dla niej nie do zniesienia, bardziej niż ból i upokorzenie, jakiego doznawała od człowieka, którego kiedyś tak bardzo pokochała.

– Nie bój się, synku. Jestem tu z tobą i to się nigdy nie zmieni.

– Mamusiu, obiecujesz, że nie umrzesz?

– Obiecuję – odparła bez zastanowienia, lecz rzeczywistość była inna. Słowo „śmierć” często stawało się bardzo realne.

– Mamo, czy musisz się tak kłócić z tatą? Czy wszyscy dorośli tak się zachowują? – histerycznie zaczął pytać chłopiec.

W tym momencie dotarło do Nadii, że musi za wszelką cenę uratować siebie i swoje dzieci. Aby to zrobić, powinna schować gdzieś na samym dnie swojej duszy ten bunt, który w sobie nosi. On jej nie pomoże, a tylko z dnia na dzień pogarsza sytuację, aż doprowadzi do nieuchronnej tragedii.

– Obiecuję, synku, od dziś będzie inaczej…

– Co to znaczy „inaczej”, mamusiu? Czy inaczej znaczy lepiej?

Wkrótce Karim, ku wielkiej radości swojej arabskiej rodziny, rozpoczynał edukację szkolną w pierwszej klasie. Będzie już nie tylko mówił, co robił doskonale, ale i pisał arabskie litery jak rodowity Libijczyk. No i Koran – rzecz bezwzględnie najważniejsza. Pozna w oryginale słowo z nieba podyktowane za pośrednictwem anioła przez samego Stwórcę Wszechświata – Allacha. To podekscytowanie udzieliło się wszystkim ciociom i wujkom chłopca, jedynym wyjątkiem była jego matka, Polka. Choć zawsze uważała poznawanie i uczenie się obcych języków za ważne i potrzebne, szczególnie mowy własnych rodziców, to w tym przypadku wiedziała, że źródła owej euforii należy szukać gdzie indziej.

Nadia nie mogła zrozumieć, dlaczego tak bardzo zależy tym ludziom, aby zabić w dziecku poczucie przynależności do kraju jego matki, aby odebrać mu tożsamość. Zdawała sobie sprawę, jak ważną rzeczą jest umiejętność czytania i pisania, znajomość kultury i religii danego kraju, lecz nie mogła zdradzić się, jak bardzo świadoma jest pobudek swojej arabskiej rodziny. Odgrywana przez nią rola przykładnej żony muzułmańskiego męża miała być perfekcyjna. Polka pilnowała się na każdym kroku. Wiedziała, że inaczej nigdy nie uda się jej powrócić z dziećmi do swojej ojczyzny.

Karim dostrzegał przemianę mamy, a także to, że – zgodnie z daną mu obietnicą – w domu było inaczej, czyli spokojniej. Rozumiał doskonale, że jest w tym ukryty cel, o którym tylko ona wiedziała. Nadia pogodnie znosiła swój nieszczęsny los, lecz – jak ktoś mądry powiedział – oczy są zwierciadłem duszy. Jej oczy były smutne, ale bardzo czujne.

Ojciec Karimka, Muchtar, zakupił mu całą wyprawkę szkolną, w tym oczywiście podręczniki. To, co można było tam ujrzeć, przeraziłoby każdego rodzica. Znajdowały się w nich autentyczne zdjęcia przedstawiające wrogów, przede wszystkim żydów, zabitych przez bohaterskich muzułmanów, głównie z Palestyny. Najczęściej fotografie przedstawiały dzielnych zamachowców samobójców z uśmiechniętymi twarzami, oczywiście jeszcze za życia. Celem było oswajanie dzieci, już od najmłodszych lat, z widokiem tego rodzaju zbrodni oraz wpajanie im ideologii bohaterskiego czynu dla kraju, a przede wszystkim dla swojej fanatycznej religii.

Już na tak wczesnym etapie życia dzieci uczone są, że powinny brać czynny udział w świętej wojnie, czyli dżihadzie. Nie ma mowy, aby młodzi ludzie, którym nienawiść do innowierców wpajana jest od rana do nocy – w ich rodzinnych domach, w szkole, w telewizji, poprzez bajki dla najmłodszych – mieli inny pogląd na tę przemoc. To wszystko ma pobudzać do groźnego fanatyzmu. Dzieci dorastają z nienawiścią wpajaną im na każdym kroku. Są manipulowane w taki sposób, iż w dorosłym życiu zdecydowanie się na radykalny krok nie jest dla nich takie trudne. Nienawiść dzieli od zbrodniczego czynu tylko cienka linia. Do takiej szkoły miał zacząć uczęszczać synek Nadii.

Kiedy nadszedł ten ważny dzień, Karim ochoczo udał się na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Nikt go nie odprowadził, bo nie ma w Libii takiego zwyczaju. Tamtejsi ludzie uważają, że dzieci rozpoczynające naukę powinny być już samodzielne. Matki zwykle posiadają już gromadkę młodszych pociech, poza tym nie mają dość swobody, aby bez wyraźnej potrzeby mogły opuszczać swój dom. Ojcowie zaś są albo bardzo zajęci, albo po prostu im się nie chce.

Pierwsze tygodnie w szkole minęły bez żadnej sensacji. Chłopiec wstawał codziennie wcześnie rano, a po zjedzeniu śniadania zakładał na plecy ciężką torbę i wychodził na lekcje. Na szczęście szkoła nie była zbyt oddalona od domu. Wszystkie dzieci szły piaszczystą ulicą pozbawioną chodnika, po której jak szalone jeździły samochody, zupełnie nie zważając na małych uczniów.

Nadia bardzo przeżywała tę wędrówkę syna, dając mu masę uwag, jak ma poruszać się na drodze. Z czasem jednak zachowanie Karima uległo zmianie. Zaczął ociągać się ze wstawaniem, a później robił wszystko, aby odwlec swoje wyjście z domu. Kiedy ojciec był obecny, robił to dyskretnie, lecz przy mamie buntował się ze łzami w oczach.

Nadia była przerażona zachowaniem syna szczególnie, iż on nie podawał żadnej konkretnej przyczyny swojego zachowania. Wiedziała na pewno, że cierpi i nie jest szczęśliwy w tej szkole.

Dla niej samej bolesna była świadomość, iż pierwsze litery stawiane przez synka nie są polskimi, a obcymi znakami pisanymi od prawej do lewej strony. Wreszcie Karim zaczął wracać ze szkoły w bardzo ubrudzonym ubraniu i czuć od niego było nieznośny odór – mieszankę moczu i kału z jakimś silnym środkiem do dezynfekcji. Konieczne stało się codzienne pranie, aby fartuch szkolny był gotowy na następny dzień. Nie było z tym problemu, bo rzeczy szybko schły w afrykańskim słońcu.

– Karimku, powiedz mi, co robisz w szkole, że jesteś taki brudny? – zapytała Nadia.

– Sprzątam ubikację – odpowiedziało dziecko, a w jego głosie kryło się zdenerwowanie.

– Jak to, ty sprzątasz? Dlaczego nie osoba do tego zatrudniona?

– Tak powiedział dyrektor naszej szkoły. Uczniowie mają sami po sobie sprzątać cały budynek, a ja tego nie znoszę. Nie chcę iść więcej do tej okropnej szkoły. Mamo, zabierz mnie z niej! – rozpłakał się Karim. – Oni nas tam biją za najdrobniejsze rzeczy. Nie można odezwać się jednym słowem ani nawet o cokolwiek zapytać.

Chłopiec wyciągnął przed siebie rączkę, a na otwartej dłoni Nadia zobaczyła czerwoną pręgę od uderzenia cienką witką. Przytuliła mocno synka, ale jej bezsilność była tak wielka, że nie mogła znaleźć słów pocieszenia. Pragnęła uwolnić go z tego horroru – udać się na lotnisko i uciec stąd jak najdalej.

– Wytrzymaj jeszcze trochę, Karimku – mówiła. – Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi, przecież nigdy cię nie okłamałam.

– Dobrze, mamusiu, dam radę – odpowiedział bardzo dojrzale.

Pewnego dnia, gdy już dawno skończyły się zajęcia lekcyjne i wszystkie dzieci rozeszły się do swoich domów, Karima jeszcze nie było. Nadia pełna lęku i złych przeczuć stała na balkonie, wyglądając na pustą ulicę. Wypatrywała swojego dziecka, ale zamiast niego dostrzegła męża, który posłał jej złowrogie spojrzenie. Był oburzony, iż jego żona – niczym bezwstydnica – wygląda przez balkon, wystawiając się na widok publiczny. To wbrew libijskim obyczajom. Nadii było wszystko jedno, jak zareaguje jej małżonek. Liczył się tylko Karim i troska o niego.

Po chwili ujrzała syna. Szedł wolno z bardzo nieszczęśliwą miną, ciągnąc za sobą swój plecak po wszędobylskim piasku. Ze ściśniętym sercem kobieta oczekiwała na to, co się stanie.

Muchtar wpadł do domu, złorzecząc i przeklinając od progu. Nadia jednak niczego nie czuła i nie słyszała, liczyło się tylko to, że synek jest cały i zdrowy. Zniosła wszystko, kiedy wyładowywał na niej swoją wściekłość, była już uodporniona na ból.

Po kilku godzinach, gdy w końcu nastała cisza, podszedł do niej Karim i tym razem to on ją mocno przytulił.

– Wytrzymaj, mamo, i bądź dzielna.

– Będę, synku – odpowiedziała. – Wytrzymam.

 

Nastał czas, kiedy mąż Nadii zaczął dostrzegać, że jego cudzoziemska małżonka złagodniała. Przekonał się, że jego ojczyzna – wraz ze wszystkimi panującymi zwyczajami i nakazami – stała się dla Polki miejscem do życia. Ustał w końcu jej bunt, narzekanie, a i sam islam stawał się dla niej religią coraz bliższą. Muchtar dziękował za to Bogu w swoich rytualnych modlitwach. Nadia zaczęła z należytą czcią traktować rodzinę męża, zgadzała się z nią we wszystkim, a jego karcenia w każdej postaci przyjmowała z pokorą i bez słowa skargi.

Allach jest wielki – myślał Arab, wznosząc oczy do nieba. Jego nieufność i podejrzliwość w stosunku do Nadii usypiała się coraz bardziej.

Któregoś dnia w przypływie dobrego nastroju, po miłych chwilach bliskości spędzonych ze swoją odmienioną żoną, Muchtar zaczął rozważać, czy nie byłoby dobrze zapisać Karimka do szkoły, która funkcjonowała przy ambasadzie polskiej. Uczęszczały tam dzieci Polaków, którzy przebywali na kontraktach w Trypolisie: lekarzy, inżynierów oraz pracowników administracyjnych ambasady.

– Co o tym sądzisz, Nadio? Czy Karim pogodziłby naukę w dwóch szkołach? Edukacja w tej polskiej odbywałaby się metodą eksternistyczną. Dałabyś radę przerabiać z nim materiał? Oczywiście nie zapominając o swoich obowiązkach względem rodziny – to priorytet bezdyskusyjny!

Serce Nadii z wrażenia biło jak oszalałe, lecz odpowiedziała chłodno, aby Muchtar nie zauważył niczego podejrzanego:

– Myślę, że tak, ale zapytajmy naszego syna, czy chciałby uczyć się języka polskiego.

Była pewna odpowiedzi swojego mądrego dziecka.

Karimowi, po usłyszeniu tej nowiny, zaświeciły się oczy. Zgodził się natychmiast, lecz ojciec kazał mu przyrzec, iż będzie stawiał naukę w arabskiej szkole na pierwszym miejscu. Chłopiec dał słowo.

– Niech Allach, drogi mężu, zawsze prostuje twoje ścieżki – powiedziała jego coraz bardziej bogobojna żona.

Karim zaczął uczęszczać do polskiej szkoły, gdzie miał zajęcia trzy razy w tygodniu. Nie było mu łatwo. Wracał z arabskich lekcji, na których przebywał od wczesnych godzin porannych, zmieniał plecak na ten z polskimi podręcznikami i jechał z ojcem do kolejnej szkoły. Muchtar w tym czasie, kiedy syn miał zajęcia, odwiedzał swoich kolegów mieszkających w pobliżu. Oddawali się wówczas męskim rozmowom oraz piciu tradycyjnej herbaty lub kawy. Po tak męczącym dniu nauki Karim musiał jeszcze odrobić pracę domową zadaną w libijskiej szkole.

Nadii sprawiało radość uczenie synka polskich liter. Chłopiec był bardzo pojętnym uczniem, z ochotą poznawał alfabet, zaczynał składać litery w słowa, czytając pierwsze zdania. Przeważnie uczyli się i odrabiali lekcje w czasie, gdy Muchtara nie było w domu. Kobieta obawiała się, aby jej radość i entuzjazm nie wzbudziły jakichkolwiek niepotrzebnych podejrzeń męża.

Jeden jedyny raz mąż zabrał Nadię, aby zobaczyła swoje dziecko uczące się w polskiej szkole. Weszła do klasy i ujrzała syna siedzącego w ławce wśród innych małych Polaków. Łzy wzruszenia pojawiły się w jej oczach. Karim wyróżniał się od reszty dzieci śniadą karnacją.

Czasami chłopiec buntował się przed pójściem do arabskiej szkoły, wymyślając coraz to nową dolegliwość. Raz skarżył się na ból brzucha, innym razem – gardła. Ojciec, gdy to usłyszał, zagroził mu, że jeżeli tak będzie postępował, przestanie zawozić go do polskiej szkoły. To oznaczałoby dla niego pozostanie z rodziną taty w czasie, gdy rodzice będą w Polsce. Takie realne zagrożenie podziałało na chłopca tak mocno, że nawet wtedy, kiedy naprawdę źle się czuł, nie skarżąc się na nic, wybierał się do swojej nielubianej szkoły. Jego mama dobrze rozumiała tę niechęć. Wiedziała, jak trudno uczyć się jednocześnie w dwóch szkołach, prawie w tych samych dniach i to w dwóch tak odrębnych językach pisanych w zupełnie inny sposób.

Arabskie znaki pisane są od prawej strony do lewej, nie ma wielkich liter ani drukowanych. Język ten pochodzi z rodziny języków semickich. Sprawę pogarszał jeszcze fakt, że niekiedy Karimowi myliło się, w jakim języku odpowiada, co bardzo złościło libijskie nauczycielki, które za taką pomyłkę wymierzały mu karę w postaci uderzenia linijką w otwartą dłoń. Rówieśnicy też nie byli lepsi, śmiejąc się z niego i przezywając od dziwaków.

W końcu nadszedł czas egzaminu, który decydował o ukończeniu pierwszej klasy w polskiej szkole podstawowej. Miał się on odbyć następnego dnia w samo południe. Karim trochę się stresował, lecz także cieszyło go to i był z siebie dumny. Dumna była również Nadia, w końcu włożyła w tę naukę całe serce. Muchtarowi to się nie spodobało.

– Dlaczego nie jesteś tak zadowolona z postępów syna w libijskiej szkole? Czemu nie słyszę twoich pochwał, gdy recytuje sury w Koranie? Co ty znowu, kobieto, knujesz? – nakręcał się coraz bardziej. – Żadnego egzaminu jutro nie będzie – oznajmił gniewnie, po czym zamknął się w salonie przeznaczonym dla mężczyzn. To oznaczało koniec dyskusji w tym temacie.

Nadia aż nadto dobrze znała jego arabski upór, który wraz z psychopatyczną naturą czynił z niego tyrana zdolnego do wszystkiego. Przez całą noc siedziała pod drzwiami pokoju, płacząc i prosząc go, aby nie robił tego dziecku, nie marnował jego wielkiego trudu. Wylewając morze łez, coraz trudniej było jej szukać słów i argumentów, które mogłyby wpłynąć na zmianę nieludzkiej decyzji małżonka.

Karim, leżąc na materacu, płakał cicho, aby nie obudzić swojego młodszego brata, Malika. Małe, niewinne dziecko znów było świadkiem czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Chłopiec chciał wstać i być może zmusić ojca, aby otworzył drzwi, zmienił okrutną, niezrozumiałą decyzję, lecz strach nie pozwalał mu ruszyć się z miejsca. Słyszał płacz matki i był zupełnie bezsilny, pozbawiony od wczesnego dzieciństwa tej najważniejszej rzeczy w życiu każdego człowieka, jaką jest poczucie bezpieczeństwa.

Muchtar, nie robiąc sobie żadnych wyrzutów i nie zważając na płacz żony, spokojnie zasnął zamknięty w salonie. Nadia nie odeszła od drzwi, czekając na cud. Prosiła Boga, aby jej dopomógł, litując się nad dzieckiem, które pilnie uczyło się przez rok w dwóch szkołach. Przecież ta nauka nie mogła pójść na marne, bo to tak bardzo niesprawiedliwe.

Gdy minęła noc, Karim – jak gdyby nigdy nic – ubrał się i, gotowy do drogi na szkolny egzamin, zaczął stukać do pokoju śpiącego ojca. Mówił do niego spokojnie w jego ojczystym języku, co zawsze bardzo cieszyło Muchtara. Mały dobrze wiedział, jakich użyć argumentów, w jaki sposób można przypodobać się ojcu. Czuł, że tylko on może go przekonać, bo mamie się to nie uda, ona nie ma żadnych szans.

Po dłuższej chwili poruszył się klucz w zamku, a w drzwiach stanął zaspany Muchtar. Zażądał kawy. Karim nie odstępował go na krok, rozmawiając z nim, jakby o niczym nie miał pojęcia. Nadia nie słyszała, o czym dyskutowali. Wolała nie wchodzić mężowi w drogę, aby niczym go nie rozdrażnić. Do tego nie trzeba było wiele.

Wkrótce usłyszała trzaśnięcie drzwi wejściowych i głos bawiącego się Malika. A więc pojechali... Szybko zorientowała się, że zniknęła przygotowana torba z przyborami na egzamin. Odetchnęła z ulgą i – mimo ogromnego zmęczenia po ciężkiej, nieprzespanej nocy – poczuła znów przypływ nadziei na powrót do swojej ojczyzny.

Mąż i syn długo nie wracali. Zdążył już nadejść wieczór – duszny i gorący jak zwykle w letniej porze roku.

Karimek przyszedł sam. Ojciec podwiózł go przed dom, a sam pojechał w sobie tylko znane miejsce.

– Synu, nareszcie! – zawołała wzruszona a zarazem zdenerwowana matka. – Opowiadaj, zdałeś egzamin?

– Tak, mamusiu. Nie był wcale trudny, było wszystko to, o czym uczyliśmy się razem.

Nadii płynęły łzy po policzkach, tym razem z radości. W duchu dziękowała Bogu. Głęboko wierzyła, że jej nie opuścił, że jest przy niej, pomaga w najbardziej beznadziejnych momentach życia na obczyźnie.

– Mamusiu, wszystkie dzieci były ze swoimi rodzicami, tylko ja jeden byłem zupełnie sam. Tata nie wszedł do środka, tylko czekał na mnie w samochodzie, każąc mi się bardzo spieszyć.

Nadii zrobiło się smutno i bardzo przykro, że w tak ważnym momencie nie mogła być przy swoim synu.

– Obiecuję, że to się już nie powtórzy – odpowiedziała.

– Wiem, wiem, mamusiu, że to nie jest twoja wina, ale jego, mojego ojca.

Po tym wydarzeniu mogłoby się zdawać, że już wszystko będzie dobrze i zaplanowany wyjazd do Polski to tylko kwestia czasu. Nic bardziej mylnego. Została jeszcze libijska rodzina z babcią Fatmą na czele. Stara Arabka nie darzyła miłością dzieci „tej Polki” i zawsze stawiała sobie za cel zmącić spokój, pokrzyżować plany, a przede wszystkim skrzywdzić Nadię.

Teściowa kobiety buntowała swojego syna, jak tylko mogła, a on słuchał jej jak nigdy nikogo. Tym razem wpadła na szatański pomysł, aby zostawić Karimka w Libii. Za nic miała uczucia małego dziecka i jego rodzicielki.

Ta okrutna decyzja spowodowała chorobę dziecka. Strach przed porzuceniem i perspektywa pozostania z dziadkami doprowadziły do wysokiej gorączki z silnymi bólami brzucha. Awantura wywołana przez Muchtara pewnie zabiłaby Nadię, gdyby nie przypadkowa wizyta dziadka Ahmeda.

Karim siedział przy materacu śpiącej mamy, patrząc na nią z obawą, że już się nie obudzi. Płakał cicho. Przerażał go jej widok: napuchnięte oczy i ślady zaschniętej krwi na twarzy. Robił sobie wyrzuty, że jeśli ona umrze, będzie to jego wina. To zbyt wielkie obciążenie dla małego dziecka, które nigdy nie powinno być świadkiem tak bestialskiej przemocy. Nadia z trudem otworzyła oczy. Minęła chwila, zanim odzyskała świadomość, co się wydarzyło i gdzie się znajduje. Spojrzała na syna i lekko się uśmiechnęła.

– Gdzie Malik? – spytała o młodsze dziecko.

– Jest, mamusiu, bawi się z dziećmi sąsiadów.

Kobieta poczuła ulgę.

– Tak bardzo się bałem, mamusiu, że już się więcej nie obudzisz. A przecież obiecałaś mi, że nigdy nas nie opuścisz, że zabierzesz mnie do Polski.

– Zabiorę, synku – odrzekła i znów zapadła w sen.

Cała arabska rodzina w wylewny sposób żegnała się z dziećmi, co rusz upominając chłopców, aby nigdy nie zapomnieli, skąd pochodzą. Karima zawsze bardzo irytowało ciągłe twierdzenie, że jest Libijczykiem należącym do kraju ich przodków. Nie lubił, kiedy pomijano jego matkę, jakby ona w ogóle się nie liczyła. Nie zgadzał się z tym i przy każdej takiej okazji zdecydowanie oponował. Wówczas zaczynali mówić, że jest „pół na pół” – Polakiem i Libijczykiem. Chłopiec nie bardzo rozumiał, która połowa należy do jakiego kraju. To powodowało, że już od najwcześniejszych lat zachwiane było jego poczucie przynależności do jednej ojczyzny. Nie mogło się też obyć bez przypominania o wierze. Straszono wręcz dzieci wiecznym ogniem piekielnym, srogim gniewem Boga, jeśli tylko nie będą kroczyły jego prostymi ścieżkami. Karim był przerażony tą obietnicą, którą tutejsi dorośli tak żarliwie mu przekazywali. Tylko jego matka łagodziła te lęki, zapewniając go o nieskończonej dobroci Jezusa Chrystusa.

Chłopiec bez żalu opuszczał ojczyznę swojego ojca. Mieszkał w Libii od pierwszych lat swojego życia, lecz nie było mu dane wychowywać się w spokojnej, szczęśliwej rodzinie, na jaką bezwarunkowo zasługuje każde dziecko. Despotyczny ojciec wpadający w dziką furię z byle powodu, cierpienie mamy, wieczny lęk o jej zdrowie i życie nie sprzyjały prawidłowemu kształtowaniu się psychiki młodego człowieka. Było to przyczyną wielu późniejszych dysfunkcji, a przede wszystkim rozwoju nerwicy. Karim skrywał więc przed ojcem swą radość z powodu wyjazdu do kraju matki. To była słodka tajemnica jego i mamy. Kiedy tylko zostawali sami, pewni, że nikt ich nie usłyszy, chłopiec prosił, aby opowiadała mu o Polsce. Nadia robiła to z ochotą, sprawiając tym również sobie ogromną przyjemność.

– To jest najpiękniejszy kraj na świecie – zaczynała. – Najpiękniejszy, bo nasz. Nic i nikt nie zmusi nas do powrotu. Zobaczysz, będzie ci tam dobrze. To twoja prawdziwa ojczyzna.

Ojczyzna – jakie to wspaniałe i wzniosłe słowo – myślał Karim, słuchając opowieści matki, a później zasypiając z cudowną wizją wyjazdu do Polski.

Pomimo wielu przykrych wydarzeń Karim, wraz z młodszym bratem Malikiem i swoją mamą, doczekał się podróży. Był szczęśliwy i tylko wielkie napięcie, jakie wyczuwał od swojej rodzicielki, napawało go niepokojem. Opuszczali Libię, udając się do Tunezji, stamtąd do Rzymu, a dopiero następnego dnia mieli lot do Warszawy. Nie mogło być inaczej, gdyż wówczas na Libię nałożono embargo za działalność terrorystyczną, co skutkowało między innymi zakazem lotów z tego kraju.

 

Kiedy samolot kołował nad lotniskiem Okęcie, Karim ujrzał w oczach matki ogromną ulgę, jakby dopiero teraz upewniła się, że lecą w dobrym kierunku. Słychać było charakterystyczny pisk hamulców, maszyna stanęła nieruchomo jakby wryta nagle w ziemię. Pasażerowie zaczęli opuszczać pokład, kierując się do odprawy paszportowej. Odbywało się to bardzo szybko i sprawnie.

Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się chłopcu w oczy, było otoczenie, a ściślej mówiąc ludzie – jacyś inni, przyjaźni, ładnie ubrani. Kobiety chodziły z wysoko uniesioną głową, z rozpuszczonymi włosami, których nie zakrywały chusty. Swobodnie rozmawiały z mężczyznami, niektóre pary nawet trzymały się za ręce. Od razu zauważył różnicę, jaka panuje w Europie. Słyszał o tym od swojej mamy, a teraz widzi to wszystko na własne oczy. Po chwili Karim zobaczył swojego polskiego dziadka i babcię – taką ładną, elegancką i tak pięknie pachnącą. Mówiła łagodnym głosem, bacznie przyglądając się przy tym młodszemu bratu, którego ujrzała po raz pierwszy.

Wszystko to zrobiło na chłopcu bajkowe wrażenie. Cieszył się, że ten jego kraj jest taki cudowny.

Dzieci bardzo szybko zaaklimatyzowały się w nowym środowisku. Nawet trzyletni Malik, który nie mówił w języku polskim, w niedługim czasie bez problemu go opanował. Jak wiadomo wszystkie dzieci posiadają dar szybkiego odnajdywania się w nowej rzeczywistości pod warunkiem, że jest ona dla nich przyjazna.

Choć czasami ktoś rzucił pod adresem dzieci jakieś niezrozumiałe dla nich słowa pogardy, one nie odbierały tego zbyt osobiście. Malik był jeszcze bardzo mały, a Karim tłumaczył sobie, że pewnie ktoś go z kimś pomylił. Z początku zdarzało się to sporadyczne i nie odbijało się tak bardzo na dzieciach, lecz gdy starszy z chłopców zaczął uczęszczać do szkoły, problem zrobił się poważniejszy.

Nadia bardzo cierpiała z tego powodu, nie potrafiła zrozumieć i usprawiedliwić swoich rodaków. Mogła pogodzić się z tym, że ludzie atakują ją jako tę, która odważyła się wyjść za Araba. W ich opinii była to hańba. Ona sama nie miała tyle siły ani odwagi, by tłumaczyć wszystkim, że nie była, nie jest i nigdy nie będzie rasistką, a kolor skóry o niczym jeszcze nie przesądza. Jej wybór, choć tak bardzo katastrofalny w skutkach, był podyktowany młodzieńczym, szczerym uczuciem. Tak naprawdę sama najdotkliwiej siebie ukarała, dlatego inne zniewagi nie miały już znaczenia.

Co innego niewinne dzieci. One nie miały żadnego wpływu na to, w jakiej rodzinie przyszły na świat. Dorośli potrafią być okrutni, ale najgorszą rzeczą jest buntowanie swoich pociech przeciwko kolegom różniącym się kolorem skóry, religią bądź sytuacją społeczną i materialną. Właśnie tak młodzi ludzie od najwcześniejszych lat uczą się ksenofobicznych zachowań. One przecież nie biorą się z niczego. Poprzedza je proces nauki, jaką odbierają w swoim środowisku.

Karim, ufny w stosunku do rówieśników i nauczycieli, na początku swojej edukacji czuł się w polskiej szkole jak ryba w wodzie. Wszystko mu się tam podobało, sprawiało radość. Czuł, że otacza go samo dobro. Mimo iż nie zawsze potrafił spokojnie wysiedzieć w ławce przez całą lekcję, nikomu nie wadził. Niekiedy zdarzało się chłopcu zagadywać kolegów w klasie, co przeszkadzało nauczycielom w prowadzeniu zajęć. Zachowując się w ten sposób, upewniał się, że nie będzie musiał w ramach kary wyciągać ręki do zbicia kijem i że nikt nie wytarga go za uszy. Był nadpobudliwy. Bolesne doświadczenia musiały przecież odcisnąć ślad w jego psychice.

Nadia, tłumacząc zachowanie syna, wielokrotnie próbowała rozmawiać na ten temat z psychologiem szkolnym. Prosiła o wyrozumiałość i pomoc dziecku. Wszystko na nic. Nie przewidziała, że bezpodstawna niechęć jest silniejsza niż rozsądek.

Z upływem czasu coraz bardziej uwidaczniała się dyskryminacja Karima. Nadia starała się chronić syna, jak tylko mogła. Walczyła z tą niesprawiedliwością krzywdzącą jej dziecko. Była sama w tej nierównej walce, bo jej libijski mąż, który zaczął studia doktoranckie w Polsce, nie dostrzegał problemu. Szkolne kłopoty syna były mu nawet na rękę. Mógł je wykorzystać do własnych celów, obrzydzając dzieciom pobyt w Polsce.

Na swój dziecięcy sposób Karim próbował radzić sobie jakoś z tą sytuacją. Przypominał sobie, jak źle traktowany był w libijskiej szkole. To zawsze pomagało.

Psychiczny stan chłopca pogarszała dodatkowo sytuacja rodzinna. Karczemne awantury w domu, a później rozwód rodziców, w który dzieci mimo woli zostały zaangażowane. Sprawa wlokła się, a codzienny stres udzielał się wszystkim domownikom. Potęgowała go zła sytuacja finansowa, niepewność jutra, a przede wszystkim strach, że – decyzją sądu – dzieci będą musiały opuścić matkę i na zawsze wyjechać z ojcem do Libii.

Tak trudne przeżycia pozostawiają w dzieciach trwały ślad, kalecząc ich psychikę. Kiedy w końcu rozstanie rodziców stało się faktem i chłopcy pozostali z matką, poczuli wielką pustkę po utracie ojca. Na swój sposób przeżywali to rozstanie i wizję, że mogą go już więcej nie zobaczyć. Nadia, obserwując swoje dzieci, cierpiała nie mniej od nich. Obwiniała siebie za wszystkie przykrości, jakie spotkały jej synów – począwszy od swej chorej, młodzieńczej miłości, po wybór ojca dla swoich dzieci.

Muchtar nie zawsze był dla chłopców dobry i sprawiedliwy, i dbanie o nich pozostawiało wiele do życzenia. Oni pamiętali jednak tylko te miłe chwile.

– Mamo, czy jeszcze kiedyś tata do nas przyjedzie? Czy będzie o nas pamiętał? – pytał nieśmiało Karim.

– Z pewnością, synku – odpowiadała matka, aby go pocieszyć, choć tej pewności wcale nie miała.

– A jak zapomni języka polskiego? Przecież nie będzie nim się w Libii posługiwał. Jak go zrozumiemy? – martwił się synek.

– Tak łatwo nie da się zapomnieć języka – odpowiadała Nadia i zmieniała temat, aby odwrócić uwagę dziecka od natrętnych, bolesnych myśli.

Wiele dzieci wychowuje się w rozbitych rodzinach, jednak kontakt z obojgiem rodziców jest zachowany. Synowie Nadii nie mieli takiej szansy. Najtrudniej było im w szkole, wśród rówieśników. Dzieci bywają względem siebie bardzo okrutne, każdą odmienność potrafią dostrzec i wykorzystać jako pretekst do drwin. Karim źle znosił dokuczanie kolegów i koleżanek. Był bardzo wrażliwym dzieckiem, które życie zdążyło już boleśnie doświadczyć.

Różnił się od swoich rówieśników śródziemnomorską urodą – ciemnymi oczami, oliwkową cerą. Sam nigdy nie klasyfikował ludzi ze względu na ich wygląd czy pochodzenie. Uwielbiał bawić się ze wszystkimi bez wyjątku i mocno przeżywał, kiedy rodzice kolegów zakazywali swoim pociechom nawiązywania z nim przyjaźni. Nierzadko słyszał okrutne słowa skierowane w jego stronę:

– Uważajcie, ten mały Arab może być niebezpieczny. Kto wie, czy nie ma przy sobie ładunku wybuchowego, który zaraz eksploduje?

Co czuł w takich momentach Karim? Zaczynał wątpić, czy aby na pewno to jest jego miejsce na ziemi. Wielokrotnie był w ten sposób poniżany, odrzucany. Tylko za co? Za to, że ojczyzna jego ojca znajdowała się na kontynencie afrykańskim? Jaki wpływ ma dziecko na to, że jego rodzic jest muzułmaninem? Żadnego.

Po każdym takim incydencie Karim, wróciwszy do domu, zamykał się na długie godziny w swoim pokoju i cicho płakał, aby nikt nie mógł go usłyszeć. Nadia wiedziała o wszystkim, bardzo to przeżywała i wstydziła się za swoich rodaków.

Mijały dni, miesiące, lata. Dzieci coraz rzadziej pytały o ojca, którego z pewnością starały się wyrzucić z pamięci. Dorastały jednak w pewnym niedostatku. Nadii trudno było samotnie wychowywać chłopców, lecz nigdy się nie skarżyła, nie poddawała, nie żałowała, że ma ich przy sobie. Stali się treścią jej życia, poświęciła im wszystko. Żyła z przekonaniem, że jest im to winna. Starała się być dla nich matką i ojcem w jednej osobie, co nie zawsze wychodziło jej na dobre. Chłopcy nie mieli łatwych charakterów. Szczególnie trudny był okres dojrzewania. Brakowało im męskiego wzorca. Między rodzeństwem wybuchały częste kłótnie. W takich momentach matka uświadamiała sobie silny wpływ genów na kształtowanie osobowości i zachowanie człowieka. W jej ukochanych synach coraz wyraźniej uwidaczniały się cechy ich ojca.