Piąta pora rokuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Musisz pamiętać, że koniec jednej historii to tylko początek kolejnej. Zdarzało się to już wcześniej. Ludzie umierają. Znika dawny ład. Powstają nowe społeczeństwa. Kiedy mówimy, że „świat się skończył”, zazwyczaj kłamiemy, bo sama planeta ma się dobrze.

Ale tak właśnie kończy się świat.

Tak kończy się świat.

Tak kończy się świat.

Po raz ostatni.

Dla wszystkich zmuszonych walczyć o szacunek, który innym jest okazywany bez pytania

PROLOG
jesteś tutaj

Zacznijmy od końca świata, dobrze? Miejmy to z głowy i przejdźmy do ciekawszych rzeczy.

Najpierw osobisty koniec. Podczas nadchodzących dni w kółko będzie wyobrażała sobie śmierć swojego syna, próbując znaleźć sens w czymś tak bardzo sensu pozbawionym. Przykryje drobne, pokiereszowane ciało Uchego kocem – oprócz twarzy, bo chłopiec boi się ciemności – i będzie siedziała obok, odrętwiała, obojętna na świat, który kończy się dookoła. W niej świat już się skończył, a przecież żaden taki koniec nie nastaje po raz pierwszy. Już wcześniej zdążyła się o tym przekonać.

W tamtej chwili, i później również, myślała: „Przynajmniej był wolny”.

Za każdym razem kiedy zdumiona, zszokowana strona jej osobowości zadaje to niby-pytanie, zgorzkniała i zmęczona strona jej osobowości odpowiada na nie słowami: „Nie, nie był. Wcale nie. Ale teraz będzie”.

***

Musisz jednak znać kontekst. Wróćmy do końca świata, tym razem na poziomie kontynentalnym.

Oto kraina.

Jest zwyczajna, jak większość innych krain. Góry, równiny, kaniony, rzeki i tak dalej. Niezwykłe są tylko jej rozmiary oraz dynamika. Kraina ta znajduje się w nieustannym ruchu. Niczym starzec leżący niespokojnie w pościeli wzdycha, marszczy się, pierdzi, przełyka i ziewa. Mieszkańcy nazwali ją oczywiście Bezruch. To kraina ciszy i gorzkiej ironii.

Bezruch miał inne nazwy. Kiedyś był podzielony na kilka osobnych części. Dziś jest olbrzymim, jednolitym kontynentem, ale pewnego dnia znowu się podzieli.

Już wkrótce.

Koniec zaczyna się w mieście: w najstarszym, największym i najwspanialszym mieście na świecie. Miasto nazywa się Yumenes i niegdyś było sercem imperium. Dziś nadal jest sercem wielu rzeczy, choć samo imperium trochę już przywiędło – jak to imperium.

Yumenes jest wyjątkowe wcale nie ze względu na swoje rozmiary. W tej części świata znajduje się wiele dużych miast, ułożonych obok siebie wzdłuż równika w wielką obręcz. W innych zakątkach kontynentu wioski rzadko rozrastają się w miasteczka, a miasteczka rzadko zmieniają się w miasta, bo trudno jest utrzymać rozwijającą się aglomerację przy życiu, kiedy Ziemia próbuje ją pożreć… Ale Yumenes pozostawało stabilne przez większość z dwudziestu siedmiu stuleci swego istnienia.

Jest wyjątkowe, ponieważ tylko tutaj ludzie ośmielili osiedlać się nie dla bezpieczeństwa, nie dla wygody, a nawet nie ze względów estetycznych, ale by zademonstrować odwagę. Ściany miasta to delikatne mozaiki, prawdziwe arcydzieła przedstawiające długą i krwawą historię jego mieszkańców. Wśród ciasno stłoczonych budynków stoją wysokie wieże przypominające palce z kamienia, ręcznie wykonane latarnie zasilane nowoczesnym cudem hydroelektryczności, delikatnie wysklepione mosty utkane ze szkła i zuchwalstwa, a także architektoniczne wymysły zwane balkonami, w swojej konstrukcji tak proste, a zarazem tak zadziwiająco lekkomyślne, że w całej zapisanej dotychczas historii nie ma wzmianki, by kiedykolwiek wcześniej je budowano. (Ale większość historii jest niezapisana. Pamiętaj o tym). Ulic nie brukuje się łatwo wymienialną kostką, ale gładką, niezniszczalną substancją, którą mieszkańcy nazywają asfaltem. W Yumenes nawet chałupy są budowane odważnie: to zwykłe budy o cienkich ścianach, które mogłaby zmieść byle wichura, nie mówiąc o trzęsieniu ziemi. A jednak stoją, niewzruszone, od pokoleń.

W sercu miasta znajduje się wiele wysokich budynków, więc raczej nie powinien dziwić fakt, że jeden z nich jest większy i bardziej okazały niż wszystkie pozostałe razem wzięte: to solidna konstrukcja o podstawie w kształcie gwiaździstej piramidy zbudowanej z obsydianowych cegieł. Piramida jest najbardziej stabilną formą architektoniczną, a ta konkretna jest jak pięć piramid, bo dlaczego nie? A ponieważ jest to Yumenes, na szczycie piramidy znajduje się wielka kula geodezyjna, której szlifowane ściany przypominają przejrzysty bursztyn i która sprawia wrażenie nietrwałej, choć tak naprawdę każdy element tej konstrukcji służy jedynemu celowi: podtrzymywaniu jej. Budynek wygląda na kruchy i właśnie o to chodzi.

Czarna Gwiazda jest miejscem spotkań przywódców Imperium, którzy zajmują się tam swoimi przywódczymi sprawami. To w bursztynowej kuli trzymają doskonale chronionego Cesarza Imperium. Przechadza się on po złotych korytarzach z dobrze maskowaną rozpaczą i robi wszystko, co mu każą, obawiając się dnia, kiedy jego panowie uznają, że jego córka lepiej nadaje się na ozdobę.

Tak naprawdę to żadne z tych miejsc i żaden z tych ludzi nie ma znaczenia. Wspominam o nich, aby nakreślić kontekst.

Oto jednak człowiek, który będzie znaczył bardzo wiele.

Możecie wyobrażać sobie, jak wygląda – na razie. Możecie też wyobrażać sobie, co myśli. Być może pomylicie się w swoich domysłach, ale istnieje pewne prawdopodobieństwo, że będziecie mieć rację. Wnioskując po jego późniejszych czynach, w tej chwili w jego głowie może się znajdować zaledwie kilka myśli.

Człowiek ten stoi na wzgórzu, niedaleko obsydianowych ścian Czarnej Gwiazdy. Może omieść stamtąd wzrokiem dużą część miasta, poczuć jego zapach, zatracić się w jego wrzawie. Jedną z biegnących poniżej asfaltowych uliczek spaceruje grupka młodych kobiet, pagórek leży bowiem w parku ukochanym przez mieszkańców Yumenes. („Pielęgnuj zieleń pośród czterech ścian”, mówi mądrość kamieni, jednak większość społeczności obsadza swoje miasta wyłącznie warzywami i roślinami użyźniającymi glebę. Tylko w Yumenes dba się o piękny wygląd terenów zielonych). Kobiety śmieją się z czegoś, co powiedziała jedna z nich, a ich śmiech dociera z wiatrem do mężczyzny na wzgórzu. Mężczyzna zamyka oczy i chłonie ulotne tremolo ich głosów oraz mniej wyraźny pogłos kroków, który w jego sejsodach brzmi niczym uderzenia skrzydeł motyla. Nie sejszy wszystkich siedmiu milionów mieszkańców Yumenes; jest dobry, ale nie aż tak. Sejszy jednak większość z nich, są tam. Tutaj. Oddycha głęboko i staje się częścią Ziemi. Ci ludzie wędrują po jego włóknach nerwowych, ich słowa poruszają włosy na jego skórze, ich oddechy unoszą się w powietrzu, które wciąga do płuc. Są na nim. W nim.

On wie jednak. że nie jest i nigdy nie będzie jednym z nich.

– Czy wiesz, że pierwsza mądrość kamieni naprawdę była wyryta w kamieniu? – pyta swobodnym tonem. – Chodziło o to, żeby nie wpływały na nią aktualne mody i polityka. Żeby się nie zużyła.

– Wiem – odpowiada jego towarzyszka.

– Hmm. Tak, zapominam, że prawdopodobnie byłaś przy tym, kiedy ją spisywano – wzdycha, patrząc, jak kobiety znikają za zakrętem. – Bezpiecznie jest cię kochać. Nie zawiedziesz mnie. Nie umrzesz. I z góry znam cenę.

Jego towarzyszka nie odpowiada. Mężczyzna nie oczekiwał tego, choć jakaś jego część miała na to nadzieję. Doskwiera mu samotność.

Nadzieja jest jednak nieistotna, podobnie jak wiele innych uczuć, o których wie, że prowadzą wyłącznie do rozpaczy. Dokładnie to już przemyślał. Czas rozterek minął.

– Przykazanie jest wyryte w kamieniu – stwierdza, rozpościerając ramiona.

Wyobraźcie sobie, że twarz boli go od uśmiechania się. Uśmiecha się od kilku godzin: zęby zaciśnięte, wargi rozchylone, oczy zmrużone tak, że widać kurze łapki. Sztuką jest uśmiechać się w taki sposób, aby inni uwierzyli. Ważne, aby zawsze angażować oczy; w przeciwnym wypadku ludzie będą wiedzieć, że ich nienawidzisz.

– Wyryte słowa są absolutem.

Nie mówi do nikogo konkretnego, choć obok niego stoi kobieta – ktoś w rodzaju kobiety. Jej wygląd to tylko naśladownictwo, wyraz uprzejmości. Podobnie luźna sukienka, którą ma na sobie, nie jest wcale ubraniem. Część twardej substancji, z której się składa, ukształtowała po prostu w taki sposób, aby przypominała kruche, śmiertelne istoty, wśród których obecnie się porusza. Z daleka iluzja ta wydaje się na tyle przekonująca, że postać można uznać za stojącą nieruchomo kobietę – przynajmniej na chwilę. Jednak z bliska każdy obserwator zauważyłby, że jej skóra jest wykonana z białej porcelany – to nie metafora. Jako rzeźba byłaby piękna i być może zbyt realistyczna jak na miejscowe gusta. Większość Yumenesan nad wulgarną dokładność przedkłada przyjemną abstrakcję.

Kiedy postać odwraca się do mężczyzny – na powierzchni zjadacze kamieni poruszają się wolno, choć nie zawsze – ruch ten sprawia, że jej artystyczne piękno ustępuje miejsca czemuś zupełnie innemu. Mężczyzna już się do tego przyzwyczaił, ale mimo to nie patrzy na nią. Nie chce, żeby odraza zniszczyła tę chwilę.

– Co zrobisz, kiedy będzie już po wszystkim? – pyta. – Czy twoja rasa powstanie z gruzów i przejmie po nas świat?

 

– Nie.

– Dlaczego?

– Niewielu z nas na tym zależy. W każdym razie wy nadal tutaj będziecie.

Mężczyzna rozumie, że chodzi jej o cały gatunek. „Wy”, czyli ludzkość. Często traktuje go, jakby reprezentował wszystkich ludzi. On traktuje ją tak samo.

– Mówisz to z dużym przekonaniem.

Nie odpowiada mu. Zjadacze kamieni rzadko zadają sobie trud wyjaśniania tego, co oczywiste. Mężczyźnie jest to na rękę, ponieważ drażni go jej głos; nie wprawia powietrza w drżenie, tak jak głosy ludzi. Nie wie, jak to się dzieje, i go to nie obchodzi, ale teraz chciałby, żeby milczała.

Chce, żeby milczało wszystko.

– Koniec – mówi. – Proszę.

Następnie sięga przed siebie z całym opanowaniem, które świat z niego wyrwał, wyszarpał i wyplenił, oraz z całą wrażliwością, którą jego panowie zaszczepili w nim przez całe pokolenia gwałtów, wymuszeń i skrajnie niewłaściwych wyborów. Jego palce rozsuwają się i drżą, kiedy na mapie świadomości wyczuwa kilka pulsujących miejsc: to jego znajomi niewolnicy. Nie może ich uwolnić – przynajmniej nie w standardowym rozumieniu tego słowa. Próbował już i mu się nie udało. Może jednak sprawić, aby ich cierpienie posłużyło celowi większemu niż pycha jednego miasta i strach jednego Cesarza.

Sięga więc głęboko i dotyka brzęczącego, stukającego, ruchliwego, falującego, tętniącego miasta, spokojniejszego podłoża skalnego pod nim oraz kipiącej masy wrzącego ciśnienia jeszcze niżej. Następnie rozpościera ramiona, obejmując wielką, ruchomą płytę tektoniczną, na której spoczywa kontynent.

Na koniec sięga w górę. Po moc.

Chwyta to wszystko – pokłady ziemi, magmę, ludzi i moc – w swoje wyobrażone ręce. Wszystko. Trzyma to. Nie jest sam. Jest w nim cała Ziemia.

A potem wszystko to niszczy.

***

Oto Bezruch, który w stanie bezruchu nie znajduje się nawet podczas spokojnych dni.

Teraz marszczy się i drży dotknięty kataklizmem. Teraz pojawia się linia, długa niczym równik, biegnąca mniej więcej z zachodu na wschód i w swojej nienaturalności zbyt prosta, niemal idealna. Swój początek bierze w mieście Yumenes.

Rozcięcie jest grube i głębokie; biegnie do wnętrza planety. Wewnątrz ożywa magma: świeża, lśniąca, czerwona. Ziemia potrafi sama się leczyć. Ta rana szybko się zasklepi, a ocean wypełni bliznę, dzieląc Bezruch na dwa kontynenty. Zanim to się stanie, rana rozjątrzy się jednak nie tylko gorącem, ale również gazem i gęstym, czarnym pyłem – wystarczy go, aby w ciągu kilku tygodni przysłonić niebo nad większością Bezruchu. Rośliny zwiędną, a żywiące się nimi zwierzęta pozdychają z głodu – po nich zdechną też te mięsożerne. Zima przyjdzie szybko, będzie sroga i potrwa długo, bardzo długo. Kiedyś oczywiście dobiegnie końca, jak każda zima, a świat powróci na swoje dawne tory. Kiedyś.

Kiedyś.

Mieszkańcy Bezruchu żyją w stanie nieustannej gotowości na katastrofę. Wznieśli mury, wykopali studnie i w świecie bez słońca z łatwością będą w stanie przeżyć pięć, dziesięć, a może nawet dwadzieścia pięć lat.

W tym przypadku „kiedyś” oznacza „za kilka tysięcy lat”.

Spójrz, widać już pierwsze chmury pyłu.

***

To wszystko dzieje się na poziomie kontynentalnym, natomiast w skali planetarnej powinniśmy wspomnieć o unoszących się ponad tym wszystkim obeliskach.

Kiedyś obeliski miały inne nazwy – było to w czasach, kiedy budowano je, rozmieszczano i wykorzystywano – ale nikt nie pamięta już ani nazw tych wielkich urządzeń, ani ich przeznaczenia. Na Bezruchu wspomnienia są kruche jak łupki. Dziś tak naprawdę nikt nie zwraca już uwagi na te przedmioty, choć są przecież olbrzymie, piękne i trochę przerażające: potężne, krystaliczne odłamki, które unoszą się wśród chmur, obracają wolno i dryfują po tajemniczych trajektoriach, znikając raz po raz, jakby nie były rzeczywiste – choć może być to tylko wynik zwyczajnej gry świateł. (Nie jest). To oczywiste, że obeliski nie są niczym naturalnym.

Równie oczywiste jest to, że nie mają żadnego znaczenia. Wspaniałe, ale bezcelowe: ot, pomniki kolejnej cywilizacji zniszczonej przez niestrudzoną Matkę Ziemię. Na świecie istnieje dużo więcej takich kurhanów: tysiące zrujnowanych miast, miliony pomników bohaterów i bogów, których nikt już nie pamięta, kilkadziesiąt mostów prowadzących donikąd. Powszechnie wiadomo, że nie należy tych rzeczy podziwiać. Ludzie, którzy je budowali, byli słabi, i umarli tak, jak umiera wszystko, co słabe. Na pogardę zasługuje głównie to, że ponieśli klęskę. Ci, którzy zbudowali obeliski, okazali się po prostu większymi przegranymi niż inni.

Obeliski jednak istnieją, a ponieważ odgrywają pewną rolę w końcu świata, należało o nich wspomnieć.

***

Wróćmy do kwestii osobistych. Zejdźmy na ziemię, ha, ha.

Wspomniałem już o kobiecie, której syn nie żyje. Na szczęście nie mieszka ona w Yumenes, bo w przeciwnym razie byłaby to bardzo krótka opowieść. Bez twojego udziału.

Kobieta przebywa w mieście Tirimo. W języku Bezruchu „miasto” to jedna z form społeczności, ale ze względu na swoje rozmiary Tirimo ledwie zasługuje na tę nazwę. Leży w dolinie o tej samej nazwie, u stóp Tirimasów. Najbliższym źródłem wody jest pojawiająca się sezonowo odnoga rzeki, nazywana przez miejscowych Małą Tiriką. W języku istniejącym już tylko w lingwistyce „eatiri” oznacza ciszę. Tirimo znajduje się z dala od lśniących i stabilnych miast Równikiady, dlatego ludzie budowali tutaj z myślą o nieuchronnych trzęsieniach. Nie ma tu zdobionych wież ani gzymsów, jedynie ściany wzniesione z drewna i tanich brązowych cegieł, wsparte na fundamentach z ciosanego kamienia. Zamiast asfaltowych dróg – trawiaste zbocza poprzecinane wydeptanymi ścieżkami; tylko niektóre z nich wyłożono okrąglakami lub płytami z drewna. To spokojne miejsce, choć kataklizm, który właśnie dotknął Yumenes, wywoła na południu sejsmiczne drgania, a te zrównają z ziemią cały region.

W mieście znajduje się pewien dom, który wygląda jak każdy inny. To zwykła jama wykopana w zboczu i dla ochrony przed wodą wzmocniona gliną oraz cegłami, zadaszona cedrem i darnią. Dystyngowani mieszkańcy Yumenes śmieją się (śmiali) z tych prymitywnych chat – pod warunkiem, że w ogóle zniżają się (zniżali) do mówienia o nich – ale dla ludzi z Tirimo życie pod ziemią jest równie rozsądne, co bezproblemowe. Podziemne mieszkania, oprócz tego, że latem chłodne, a zimą ciepłe, pozostają też odporne na trzęsienia ziemi oraz burze.

Kobieta ma na imię Essun. Ma czterdzieści dwa lata. Przypomina większość kobiet z regionów środkowych: jest wysoka, ma proste plecy, długą szyję, biodra, dzięki którym z łatwością zdołała urodzić dwoje dzieci, i piersi, które z łatwością owe dzieci wykarmiły, a także duże, zwinne dłonie. Wygląda na silną i dorodną, co ceni się w Bezruchu. Jej twarz okalają twarde strąki włosów, grube jak jej mały palec i ciemne, rozjaśniające się dopiero na końcówkach. Według niektórych standardów jej skóra ma nieprzyjemny ochrowy odcień, a według innych – nieprzyjemny oliwkowy. Yumenesanie nazywają (nazywali) takich ludzi Środkowymi Kundlami, ponieważ mają w sobie wystarczająco dużo z Sanze, aby gestykulować, ale nie na tyle dużo, aby mówić.

Chłopiec był jej synem. Miał na imię Uche i niedługo skończyłby trzy lata. Był drobny jak na swój wiek, ale i rezolutny; miał duże oczy, słodki uśmiech i nos niczym guziczek. Nie brakowało mu żadnej z cech zaskarbiających dzieciom miłość rodziców od czasów, kiedy człowiek wyewoluował w coś względnie rozumnego. Był zdrowy, bystry i powinien dalej żyć.

A oto jama, w której mieszkali. Wygodna i cicha: członkowie rodziny mogli siadać tam wspólnie, rozmawiać, jeść, bawić się, przytulać albo wzajemnie się łaskotać. Essun lubiła opiekować się tu Uchem. Jest przekonana, że to tutaj został poczęty.

To tutaj jego ojciec pobił go na śmierć.

***

A teraz ostatni element niezbędny dla poznania kontekstu: dzień później, dolina otaczająca Tirimo. Dotarły tu już pierwsze echa kataklizmu, ale wstrząsy wtórne jeszcze się pojawią.

Północna część doliny jest zdewastowana: połamane drzewa, pokruszone skały i unoszący się ponad tym wszystkim całun kurzu, który nie rozwiał się w nieruchomym, przesyconym siarką powietrzu. Tam, gdzie uderzyła pierwsza fala, nie przetrwało prawie nic: był to wstrząs z rodzaju tych, które rozbijają wszystko w gruz i proch. Są też trupy: małe zwierzęta, które nie zdołały się ukryć, ale także jelenie i inne duże okazy zmiażdżone przez skały podczas prób ucieczki. Są wśród nich ludzie, którzy mieli pecha i podążali akurat szlakiem handlowym w złą stronę.

Zwiadowcy z Tirimo, którzy przybyli tutaj, aby ocenić zniszczenia, nie weszli na hałdy gruzu, a jedynie obserwowali je ze zniszczonej drogi przez swoje oczydła Dziwili się, że pozostała część doliny – granice tego obszaru tworzyły niemal idealny okrąg kilka kilometrów wokół samego Tirimo – pozostała nienaruszona. Tak naprawdę nie było to zdziwienie. Patrzyli na siebie z niepokojem, bowiem każdy wie, co taki pozorny szczęśliwy traf oznacza. Szukajcie środka koła, głosi kamiennądrość. Gdzieś w Tirimo znajduje się rogga.

To przerażająca myśl. Jeszcze bardziej przerażające są jednak znaki nadchodzące z północy oraz fakt, że naczelnik Tirimo rozkazał swoim ludziom zebrać jak najwięcej świeżych ciał zwierząt rozrzuconych po nietkniętej kataklizmem okolicy. Mięso, które jeszcze się nie zepsuło, można ususzyć, a futra oraz skóry oczyścić i wygarbować. Tak na wszelki wypadek.

Zwiadowcy w końcu odchodzą, powtarzając w myślach słowa: „na wszelki wypadek”. Gdyby nie zajmowało ich to aż tak bardzo, być może dostrzegliby przedmiot leżący u stóp nowo uformowanego zbocza, wśród połamanych gałęzi jodły i pokruszonych otoczaków. Przedmiot ten zwróciłby ich uwagę ze względu na swój rozmiar i kształt: to cętkowany, przypominający nerkę chalcedon o szarozielonej barwie, wyraźnie odróżniający się od rozrzuconego wszędzie dookoła jasnego piaskowca. Gdyby podeszli bliżej, zobaczyliby, że sięga im do piersi i ma długość ciała dorosłego człowieka. Gdyby go dotknęli, być może zafascynowaliby się jego gęstą fakturą. Przedmiot ten wygląda na ciężki i roztacza miedziany zapach przywodzący na myśl rdzę albo krew. Zaskoczyłoby ich, jak ciepły jest w dotyku.

Nikogo nie ma jednak w pobliżu, kiedy przedmiot stęka cicho i przepoławia się wzdłuż swej dłuższej osi, jakby równo przecięty. Towarzyszy temu głośny syk uwalnianego gazu, który sprawia, że ocalałe zwierzęta z pobliskiego lasu nagle szukają kryjówek. Niemal w tej samej chwili ze szczeliny wydobywa się światło – przypominające trochę ogień, ale trochę i ciecz – a na ziemi dookoła głazu lądują odłamki przypalonego szkła. Następnie przedmiot nieruchomieje. Chłodzi się.

Mija kilka dni.

W końcu coś rozpycha zewnętrzne ściany od środka i obiekt pełznie metr lub dwa, a potem przystaje. Mija kolejny dzień.

Wewnętrzną stronę schłodzonego i rozpołowionego przedmiotu pokrywa pancerz z nieregularnych kryształów – niektóre z nich są białe, inne mają kolor krwi. W zagłębieniach obydwu części zbiera się rzadki, jasny płyn, choć większość wyciekła z geody na ziemię.

Istota, która znajdowała się w geodzie, leży twarzą do dołu, naga wśród skał: jest już sucha, oddycha z trudem. Powoli podnosi się z ziemi. Każdy ruch jest przemyślany i bardzo, bardzo wolny. Trwa to długo. Kiedy wreszcie udaje jej się wstać, istota rusza – powoli – w stronę geody i opiera się o nią. Następnie pochyla się – powoli – i sięga do środka. Nagłym, gwałtownym ruchem odłamuje kawałek czerwonego kryształu. To mały fragment, wielkości winogrona, postrzępiony niczym rozbite szkło.

Chłopiec – bo właśnie jego przypomina istota – wkłada to do ust i żuje. Robi to głośno: zgrzyt i chrobot niesie się echem po polanie. Po kilku minutach chłopiec przełyka. Zaraz potem zaczyna gwałtownie się trząść. Otula się swoimi ramionami i wydaje z siebie cichy jęk, jakby właśnie się zorientował, że jest nagi, że mu zimno i że to wszystko jest straszne.

Z trudem odzyskuje nad sobą kontrolę. Sięga do geody – teraz robi to już szybciej – i odrywa kolejną kiść kryształów. Układa je na powierzchni skorupy i kruszy. Grube plastry pękają mu w dłoniach, jakby były zrobione z cukru, choć są znacznie, znacznie twardsze. On tak naprawdę nie jest jednak dzieckiem, dlatego nie sprawia mu to trudności.

W końcu podnosi się chwiejnie z rękoma pełnymi mlecznych, krwistych kamieni. Przez chwilę wiatr mocno dmie, a jego skóra szczypie. Chłopiec kurczy się niczym nakręcana zabawka. Następnie przygląda się swojemu ciału. Kiedy się skupia, jego ruchy stają są coraz bardziej płynne i skoordynowane. Bardziej ludzkie. Jakby na potwierdzenie tego kiwa głową, być może z satysfakcją.

 

Odwraca się i rusza w kierunku Tirimo.

***

Musisz pamiętać, że koniec jednej historii to tylko początek kolejnej. Zdarzało się to już wcześniej. Ludzie umierają. Znika dawny ład. Powstają nowe społeczeństwa. Kiedy mówimy, że „świat się skończył”, zazwyczaj kłamiemy, bo sama planeta ma się dobrze.

Ale tak właśnie kończy się świat.

Tak kończy się świat.

Tak kończy się świat.

Po raz ostatni.