3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Arsène Lupin. Wydrążona iglica

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Arsène Lupin. Wydrążona iglica
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału

L’Aiguille creuse

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone

Korekta

Anna Grelewska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2021

eISBN 978-83-66989-51-1

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

ROZDZIAŁ I

Strzał


Rajmunda nadstawiła ucho. Dwukrotnie usłyszała szmer na tyle wyraźny, że można go było odróżnić od wszystkich przytłumionych szmerów, składających się na wielką nocną ciszę, lecz z drugiej strony tak słaby, że nie byłaby w stanie określić, czy był bliski, czy daleki, czy zrodził się wśród murów przestronnego zamku, czy w mrokach parku.

Wstała ostrożnie. Okno jej było do połowy odchylone; otworzyła je. Blask księżyca zalewał łagodny krajobraz. Na tle murów i zarośli odcinały się tragicznymi sylwetami rozrzucone ruiny starego opactwa: złamane kolumny, niepełne łuki, szczątki portyków i resztki filarów. Przewiewał lekki wietrzyk prześlizgujący się poprzez nagie i nieruchome gałęzie drzew i poruszający małe rodzące się listeczki gąszczów.

I nagle ten sam szmer… Było to z jej prawej strony poniżej piętra, na którym mieszkała, a więc w salonach, które znajdowały się w zachodnim skrzydle zamku.

Dziewczyna, chociaż dzielna i silna, uczuła lęk. Ubrała się i wzięła zapałki.

— Rajmunda… Rajmunda…

Głos słaby niby tchnienie wzywał ją z sąsiedniego pokoju, którego drzwi były zamknięte. Zwróciła się tam, idąc po omacku, gdy z pokoju tego wyszła jej kuzynka Zuzanna i padła w jej ramiona.

— Rajmundo, to ty? Słyszałaś to?

— Tak… To ty nie śpisz?

— Zdaje mi się, że zbudził mnie pies… już dawno. Lecz teraz nie szczeka. Która może być godzina?

— Około czwartej.

— Słuchaj… Ktoś chodzi po salonie, na pewno!

— Nie ma nic niebezpiecznego, Zuzanno, tam jest twój ojciec.

— Może grozić mu niebezpieczeństwo. On śpi tuż obok małego salonu.

— Jest tam także pan Daval!

— W drugim końcu zamku. I chcesz, żeby słyszał?

Wahały się, nie wiedząc co począć. Krzyczeć? Wołać pomocy? Nie śmiały; do tego stopnia nawet szmer ich własnego głosu wydawał się im wątpliwy. Lecz nagle Zuzanna, która zbliżyła się do okna, zdławiła w sobie okrzyk.

— Patrz, jakiś człowiek blisko basenu.

Jakiś człowiek istotnie oddalał się pospiesznie. Niósł w rękach jakiś przedmiot dużych rozmiarów, którego nie mogły rozpoznać, a który, uderzając o jego nogi, przeszkadzał mu w chodzie. Widziały, jak przechodził obok starożytnej kaplicy i zwrócił się ku drzwiczkom w murze. Musiały one być otwarte, gdyż człowiek ów zniknął w jednej chwili i nie słyszały zwykłego zgrzytu zawiasów.

— Wyszedł z salonu — szepnęła Zuzanna.

— Nie, schody i sień byłyby go wyprowadziły bardziej na lewo… Przynajmniej…

Wtem wstrząsnęła nimi jedna i ta sama myśl. Wychyliły się obie. Pod nimi była przystawiona do fasady drabina i opierała się o pierwsze piętro, światło jakieś oświecało kamienny balkon. I jakiś drugi człowiek, również coś niosący, przemknął przez balkon, zszedł po drabinie i uciekł tą samą drogą.

Zuzanna przerażona i bezsilna opadła na kolana i bełkotała:

— Wołajmy… wołajmy pomocy…

— Któż przyjdzie? Twój ojciec. A jeśli tam są jeszcze inni ludzie… jeśli się rzucą na niego?

— A więc… a więc… można by uwiadomić służbę… twój dzwonek łączy się z ich piętrem.

— Tak, tak, to dobry pomysł. Dobra myśl. Byle tylko przyszli na czas!

Rajmunda poszukała koło swego łóżka elektrycznego dzwonka i nacisnęła go palcem. Odezwał się dźwięk i obie odniosły wrażenie, że na dole chyba musieli usłyszeć ten wyraźny głos.

Czekały. Milczenie stawało się przerażające i nawet wietrzyk nie poruszał już listków drzew.

— Ja się boję… ja się boję… — zawodziła Zuzanna.

I nagle wśród nocy głębokiej pod nimi rozległ się hałas walki, łoskot przewracanych mebli, dźwięk słów, wykrzykników, a potem straszny, posępny, ochrypły jęk, charczenie zdławionej ludzkiej istoty.

Rajmunda rzuciła się ku drzwiom, Zuzanna uchwyciła się rozpaczliwie jej ramienia.

— Nie… nie… nie opuszczaj mnie… ja się boję…

Rajmunda odepchnęła ją i wyskoczyła na korytarz. Tuż za nią postępowała Zuzanna, zataczając się i wydając okrzyki trwogi. Rajmunda dopadła schodów, zbiegła po stopniach, rzuciła się ku drzwiom wielkiego salonu i stanęła jak wryta u progu, podczas gdy Zuzanna przykucnęła u jej boku. Naprzeciw nich, o trzy kroki, stał jakiś mężczyzna, trzymający w ręku latarnię. Jednym ruchem skierował ją na dziewczęta, oślepiając je światłem, przyglądał się długo ich bladym obliczom, a potem powoli włożył na głowę czapkę, podniósł kawałek papieru i dwa źdźbła słomy, wytarł ślady na dywanie, zbliżył się do balkonu, odwrócił się ku dziewczętom, skłonił się im głęboko i zniknął.

Zuzanna pobiegła pierwsza do małego buduaru, który oddzielał wielki salon od pokoju jej ojca. Lecz u wstępu przeraził ją okropny widok. W ukośnym świetle księżyca widać było na ziemi dwa martwe ciała leżące obok siebie. Rzuciła się na jedno z nich.

— Ojcze! Ojcze! Czy to ty? Ojcze! — krzyczała szalona.

Po chwili hrabia de Gesvres poruszył się. Cichym głosem rzekł:

— Nie bój się. Nie jestem ranny. A Daval? Czy żyje? A nóż?

W tej chwili weszli dwaj służący ze świecami. Rajmunda rzuciła się na ziemię przed drugim ciałem i poznała Jana Davala, sekretarza i powiernika hrabiego. Był już trupio blady.

Wówczas wstała, wróciła do salonu, spośród broni wiszącej na ścianie wzięła nabitą strzelbę i wyszła na balkon. Nie minęło z pewnością więcej niż piętnaście do szesnastu sekund od chwili, w której owo indywiduum stanęło na pierwszym szczeblu drabiny. Zatem człowiek ów nie mógł być daleko, tym bardziej, że z pewnością był na tyle ostrożny, ażeby usunąć drabinę i uczynić ją bezużyteczną. I istotnie spostrzegła go zaraz, jak szedł wzdłuż szczątków starego klasztoru. Złożyła się, wymierzyła spokojnie i strzeliła. Mężczyzna upadł.

— Udało się! udało się! — zawołał jeden ze służby. — Lecę tam.

— Nie, Wiktorze, on wstaje, zejdźcie po drabinie i idźcie wprost ku małej furtce.

Wiktor pospieszył, lecz zanim jeszcze znalazł się w parku, człowiek ów upadł ponownie, Rajmunda zawołała drugiego służącego.

— Albercie, czy widzicie go tam na dole? Blisko wielkiej arkady?

— Tak, czołga się w trawie… o, on już gotów…

— Proszę uważać.

— Niemożliwe, żeby uciekł. Z prawej strony ruin odkryta murawa…

— A Wiktor strzeże furtki z lewej — rzekła, biorąc ponownie swą strzelbę.

— Ale panienka tam nie pójdzie?

— Owszem, owszem — odparła stanowczo z energicznymi ruchami — proszę mnie nie wstrzymywać, mam jeszcze jeden nabój… jeśli się ruszy…

Wyszła. Za chwilę Albert zobaczył, jak się skierowała ku ruinom. Zawołał do niej z okna:

— Zawlókł się za arkadę. Nie widzę go już… Ostrożnie, panienko.

Rajmunda obeszła stary klasztor, żeby odciąć owemu człowiekowi odwrót i wkrótce Albert stracił ją z oczu. Po kilku minutach, nie widząc jej wcale, zaniepokoił się i bacznie strzegąc ruin, zamiast zejść po schodach, starał się dostać na drabinę.

Kiedy mu się to udało, zszedł szybko i pobiegł wprost ku arkadzie, przy której ukazał mu się mężczyzna po raz ostatni. Trzydzieści kroków dalej znalazł Rajmundę, która w towarzystwie Wiktora szukała rannego.

— I cóż? — rzekł.

— Nie można go znaleźć — odpowiedział Wiktor.

— A furtka?

— Wracam od niej… oto klucz.

— Mimo to trzeba dobrze…

— On już na pewno nie umknie. Za dziesięć minut złapiemy tego zbója!

Dzierżawca i jego syn, obudzeni wystrzałem, przybyli z folwarku, którego budynki wznosiły się w obrębie murów, ale nie spotkali nikogo,

— Dalibóg — rzekł Albert — ten łotr nie mógł opuścić ruin. Znajdziemy go na dnie jakiej jamy.

Zorganizowali systematyczną nagonkę, przetrząsnęli każdy krzak, odchylali ciężkie sploty bluszczu wijącego się dookoła trzonów kolumn. Upewnili się, że kaplica była dobrze zamknięta i że żadne z okien nie było rozbite. Okrążyli klasztor, przeszukali wszystkie kąty i zakątki. Lecz wszelkie poszukiwania były daremne.

Jedno jedyne odkrycie: na miejscu, gdzie ów mężczyzna upadł, znaleziono czapkę szofera, z czerwonawo-żółtej, bardzo cienkiej skórki. Poza tym nic.

O godzinie szóstej rano uwiadomiono żandarmerię z Ouville-la-Rivière, która udała się na miejsce, po wysłaniu ekspresem do prokuratury w Dieppe krótkiej notatki donoszącej o okolicznościach zbrodni, o mającym lada chwila nastąpić przychwyceniu głównego winowajcy, o odnalezieniu jego nakrycia głowy i sztyletu, którym dokonał swej zbrodni.

 

O godzinie dziesiątej dwa powozy najemne zjeżdżały z łagodnego stoku spadającego ku zamkowi. W jednym, eleganckiej karocy, znajdowali się zastępca prokuratora, sędzia śledczy i jego pisarz. W drugim, skromnym kabriolecie, siedzieli dwaj młodzi reporterzy reprezentujący „Journal de Rouen” i pewien wielki dziennik paryski.

Stary zamek ukazał się oczom przyjeżdżających. Niegdyś siedziba opatów z Ambrumésy, zniszczony przez rewolucję, odrestaurowany przez hrabiego des Gesvres, do którego należy od dwudziestu lat, obejmuje on kompleks główny, nad którym wznosi się wieżyczka zegarowa i dwa skrzydła, z których każde jest ujęte w taras z kamienną balustradą. Ponad mur parku i płaskowyż, który podtrzymują wysokie falezy normandzkie, widać pomiędzy wsiami Sainte-Marguerite i Varengeville błękitny pas morza.

W zamku tym żył hrabia de Gesvres wraz ze swą córką Zuzanną, ładną i wątłą istotą z jasnymi włosami, i siostrzenicą Rajmundą de Saint-Véran, którą przygarnął do siebie przed dwoma laty, kiedy nagła śmierć ojca jej i matki uczyniła ją sierotą. Życie w zamku było spokojne i regularne. Od czasu do czasu przybywało tam kilku sąsiadów. W lecie hrabia woził obie dziewczyny prawie co dzień do Dieppe. On sam był mężczyzną wysokim, pięknie zbudowanym o szpakowatych włosach. Bardzo bogaty, sam zarządzał majątkiem i czuwał nad rozległymi dobrami przy pomocy swego sekretarza Jana Davala.

Na wstępie sędzia śledczy przyjął do wiadomości pierwsze konstatacje wachmistrza żandarmerii Quevillona. Schwytanie winowajcy, zresztą mające nastąpić wkrótce, nie zostało jeszcze dotąd zrealizowane, lecz obsadzono wszystkie wyjścia parku. Ucieczka była niemożliwa.

Mała grupka przeszła następnie salę kapitularną i refektarz i udała się na pierwsze piętro. Natychmiast zauważono doskonały porządek w salonie. Ni jeden mebel, ni jeden drobiazg nie zdawał się zajmować innego miejsca niż zwykle i żaden z tych mebli nie był opróżniony. Z prawej i lewej strony wisiały wspaniałe gobeliny flamandzkie z figurami. W głębi, na ścianach, cztery piękne płótna w stylowych ramach przedstawiały sceny z mitologii. Były to sławne obrazy Rubensa zapisane hrabiemu de Gesvres, podobnie jak gobeliny flamandzkie, przez jego wuja, Markiza Bobadillę, granda hiszpańskiego.

Pan Fileul zauważył:

— Jeśli kradzież była motywem zbrodni, to w każdym razie ten salon nie był jej przedmiotem.

— Któż to wie? — rzekł zastępca prokuratora, który mówił mało, lecz zawsze wbrew opinii sędziego.

— Bo widzi pan, mój drogi panie, pierwszym staraniem włamywacza byłoby ukraść te gobeliny i te obrazy, których sława jest powszechna.

— Może na to brakło mu czasu.

— Dowiemy się, jak było naprawdę.

W tej chwili wszedł hrabia de Gesvres, a za nim lekarz. Hrabia, który zdawał się zupełnie nie odczuwać niedawnego napadu, powitał uprzejmie obu urzędników. Potem otworzył drzwi do małego saloniku.

Pokój, do którego nikt nie wszedł od chwili zbrodni, prócz lekarza, znajdował się w przeciwieństwie do salonu w największym nieładzie. Dwa krzesła były przewrócone, jeden ze stołów połamany, a wiele innych przedmiotów, jak zegarek podróżny, teczka, pudełko z papierem listowym, leżało na ziemi. Na niektórych rozrzuconych białych kartkach była krew.

Lekarz zdjął sukno, które pokrywało trupa. Jan Daval, odziany w swe zwyczajne ubranie welwetowe i obuty w podkute buciki, leżał rozciągnięty na plecach, z jednym ramieniem zagiętym pod siebie. Zdjęto z niego kołnierzyk, rozwarto koszulę i oto ukazała się szeroka rana, która przenikała jego pierś.

— Śmierć musiała być natychmiastowa — oświadczył lekarz. — Pchnięcie nożem wystarczyło.

— To niewątpliwie — rzekł sędzia śledczy — nóż, który spostrzegłem na kominku w salonie obok skórzanej czapki?

— Tak — potwierdził hrabia de Gesvres. — To właśnie tu znaleziono nóż. Pochodzi on ze zbioru broni w salonie, skąd moja siostrzenica, panna de Saint-Véran, porwała strzelbę. Zaś co do czapki szofera, należy ona najwidoczniej do mordercy.

Pan Fileul zbadał jeszcze pewne szczegóły pokoju, zwrócił się z kilku pytaniami do lekarza, a potem poprosił pana de Gesvres, żeby mu opowiedział to, co widział i co wiedział.

Oto co powiedział hrabia:

— To Jan Daval mnie zbudził. W ogóle spałem źle, z przebłyskami świadomości, w których zdawało mi się, że słyszę jakieś kroki, gdy wtem, otwierając oczy, spostrzegłem go u stóp swego łóżka, ze świecą w ręku, zupełnie ubranego… jak jest teraz właśnie, gdyż pracował często do bardzo późna w nocy. Zdawał się bardzo wzburzony i rzekł do mnie po cichu: W salonie są jacyś ludzie. Istotnie, usłyszałem hałas. Wstałem i lekko uchyliłem drzwi do tego sąsiedniego saloniku. W tejże samej chwili potrącono drzwi, które wiodą do wielkiego salonu i zjawił się jakiś mężczyzna, który rzucił się na mnie i ogłuszył mnie uderzeniem pięści w skroń. Opowiadam to panu bez szczegółów, panie sędzio śledczy, z tej prostej przyczyny, że przypominam sobie jedynie fakty zasadnicze i że te fakty następowały po sobie z błyskawiczną szybkością.

— A potem?

— A potem, nie wiem nic więcej… zemdlałem… Kiedym wrócił do przytomności, Daval leżał obok mnie śmiertelnie raniony.

— Na pierwszy rzut oka nie podejrzewa pan nikogo?

— Nikogo.

— Nie ma pan żadnego wroga?

— Nie wiem o żadnym.

— A pan Daval miał wrogów?

— Daval wrogów? Toż to było najlepsze stworzenie pod słońcem. Od dwudziesta lat, jak Daval był moim sekretarzem i, mogę to powiedzieć, powiernikiem, widziałem wokoło niego tylko sympatię i przyjaźń,

— A mimo to miało miejsce włamanie, miał miejsce mord, do tego trzeba jakiegoś powodu.

— Powód? Ależ nim była po prostu i jedynie kradzież.

— Kradzież? Więc ukradziono panu coś?

— Nic.

— Zatem?

— Zatem, jeżeli nic nie ukradziono i jeżeli mi nic nie brakuje, to przynajmniej musiano unieść cośkolwiek.

— Cóż takiego?

— Nie wiem. Lecz moja córka i moja siostrzenica powiedzą panu, z wszelką pewnością, że widziały, jak dwaj mężczyźni przechodzili jeden po drugim przez park i nieśli dosyć wielkie ciężary.

— Te panienki…

— Czyżby te panienki śniły? Byłbym skłonny uwierzyć w to, gdyż od dziś rana gubię się w dociekaniach i przypuszczeniach. Zresztą będzie najlepiej zapytać je same.

Zawezwano obie kuzynki do wielkiego salonu. Zuzanna, jeszcze cała blada i drżąca, zaledwie mogła mówić. Rajmunda, energiczniejsza i bardziej męska, a zarazem piękniejsza z pozłocistym blaskiem swych czarnych oczu, opowiedziała wypadki nocy i swój w nich udział.

— Zatem zeznania są kategoryczne?

— Stanowczo. Dwaj mężczyźni, którzy przechodzili przez park, nieśli jakieś przedmioty.

— A trzeci?

— Wyszedł stąd z pustymi rękoma.

— Czy mogłaby go nam pani opisać?

— Niestety, nie omieszkał oślepić nas blaskiem swej latarni. Powiedziałabym że jest raczej wielki i ociężały…

— Czy pani wydał się taki sam? — zapytał sędzia Zuzannę de Gesvres,

— Tak… a raczej nie… — odparła, zastanawiając się. — Ja widziałam człowieka średniego i szczupłego.

Pan Fileul uśmiechnął się, przywykły do sprzeczności w zeznaniach świadków tego samego wypadku.

— Zatem znajdujemy się teraz z jednej strony wobec indywiduum z salonu, które jest równocześnie wielkie i małe, grube i szczupłe — a z drugiej wobec dwóch indywiduów z parku, które oskarża się o skradzenie z tego salonu przedmiotów… znajdujących się w nim jeszcze.

Pan Fileul należał, jak sam powiadał, do szkoły sędziów ironistów. Był to również sędzia, który wcale nie nienawidził galerii słuchaczy ni sposobności pokazania publiczności swych umiejętności, o czym świadczyła wzrastająca liczba osób tłoczących się w salonie. Do dziennikarzy przyłączyli się dzierżawca i jego syn, ogrodnik i jego żona, potem służba zamkowa i wreszcie dwaj woźnice, którzy przyjechali z powozami z Dieppe.

Pan Fileul mówił w dalszym ciągu:

— Chodziłoby także o to, żeby się pogodzić co do sposobu, w jaki zniknął ten trzeci osobnik. Pani strzeliła z tej strzelby i z tego okna?

— Tak, ów człowiek dotarł do głazu grobowcowego, prawie zupełnie ukrytego pod cierniami, z lewej strony klasztoru.

— Lecz podniósł się?

— Tylko w połowie. Wiktor poszedł natychmiast, żeby pilnować furtki, a ja poszłam za nim, zostawiając tutaj na straży naszego służącego, Alberta.

Następnie z kolei złożył zeznania Albert i sędzia wywnioskował:

— Otóż, według was, ranny nie mógł uciec ni w lewo, gdyż wasz towarzysz strzegł furtki, ni w prawo, gdyż bylibyście go spostrzegli na murawie. Tedy, według logiki, znajduje się on w tej chwili na przestrzeni względnie określonej, którą mamy przed swymi oczyma.

— Takie jest moje przekonanie

— Czy i pani także?

— Tak.

— Jest to również moje przekonanie — rzekł Wiktor.

Zastępca prokuratora zawołał tonem szyderczym:

— Pole badań jest proste; nie ma co, jak tylko prowadzić dalej poszukiwania, zaczęte od czwartej godziny.

— Może będziemy mieli więcej szczęścia.

Pan Fileul wziął z kominka czapkę skórzaną, oglądnął ją i wezwawszy wachmistrza żandarmerii, powiedział mu na osobności:

— Panie wachmistrzu, proszę posłać natychmiast człowieka do Dieppe, do kapelusznika Maigreta, rue de la Barre, i niech nam pan Maigret powie, jeśli to możliwe, komu sprzedano tę czapkę.

Pole badań, wedle określenia zastępcy prokuratora, ograniczało się do przestrzeni, mieszczącej się między zamkiem, murawą z prawej strony, kątem utworzonym przez mur z lewej i murem leżącym naprzeciw zamku, po prostu czworobok, o boku mniej więcej stu metrów, na którym wznosiły się tu i ówdzie ruiny Ambrumésy, klasztoru tak sławnego w wiekach średnich.

Zaraz w pomierzwionej trawie znaleziono ślad po uciekającym. Zauważono w dwóch miejscach ślady krwi sczerniałej, prawie zaschłej. Za skrętem łuku, który oznaczał kraniec klasztoru, nie było nic więcej, gdyż natura ziemi pokrytej igliwiem sosnowym nie nadawała się już do odcisków ciała. Lecz w takim razie jakże ranny mógł ujść wzroku młodej dziewczyny, Wiktora i Alberta? Kilka zarośli, które do cna przetrząsnęła służba i żandarmi, kilka płyt nagrobkowych, przy których szukano, to było wszystko.

Sędzia śledczy kazał ogrodnikowi, który miał klucz, otworzyć kaplicę, prawdziwy klejnot rzeźby, relikwiarz kamienny, który uszanowały czasy i rewolucje i który uchodził zawsze wraz z cyzelowaniami portyku i ozdobami z licznych drobnych statuetek za jeden z cudów stylu gotyckiego. Kaplica, wewnątrz bardzo prosta, bez innej ozdoby prócz marmurowego ołtarza, nie użyczyłaby żadnej kryjówki.

Zresztą nie można było dostać się do niej. Jakimże sposobem?

Badanie skończyło się na furtce służącej jako wejście dla zwiedzających ruiny.

Wychodziła ona na drogę ściśniętą między murem a przyciętym szpalerem, gdzie widać było opuszczone kamieniołomy. Pan Fileul schylił się; pył drogi wskazywał ślady opon zabezpieczonych od ślizgania się. Istotnie Rajmundzie i Wiktorowi zdawało się po strzale, że słyszą hałas automobilu.

Sędzia śledczy zauważył:

— Ranny musiał dopaść swych wspólników.

— To niemożliwe! — zawołał Wiktor. — Byłem tam wówczas, gdy panienka i Albert widzieli go jeszcze.

— Ależ w końcu on musi gdzieś być! Zewnątrz czy wewnątrz, nie mamy wyboru.

— On jest tu — twierdził uparcie służący.

Sędzia wzruszył ramionami i odwrócił się od nich ku zamkowi dosyć markotny.

Sprawa zapowiadała się stanowczo niedobrze. Kradzież, w której nic nie ukradziono, więzień niewidzialny, nie było czego się chwycić.

Było już późno. Pan de Gesvres zaprosił urzędników, jak również obu dziennikarzy, na śniadanie. Jedzono w milczeniu, potem pan Fileul wrócił do salonu, gdzie wypytywał służbę, wtem ozwał się od strony dziedzińca tętent konia i w chwilę potem wszedł żandarm, którego posłano do Dieppe:

— No i cóż, widzieliście kapelusznika? — zawołał sędzia z niecierpliwością, oczekując pierwszej wiadomości.

— Widziałem pana Maigreta. Tę czapkę sprzedano jakiemuś woźnicy,

— Woźnicy!

— Tak, woźnicy, który zatrzymał się przed magazynem ze swym powozem i zapytał, czy nie mógłby dostać dla jednego ze swych klientów żółtej czapki szofera. Była tylko ta. Zapłacił, nie oglądając wcale towaru, i odjechał. Bardzo się spieszył.

— Jakiego rodzaju był to powóz?

 

— Karoca.

— A w który dzień to było?

— W który dzień? Ależ dziś rano o godzinie ósmej.

— Dziś rano? To jakiś ponury żart?

— Czapkę kupiono dziś rano.

— Ależ to niemożliwe, bo przecie znaleziono ją tej nocy w parku. Musiała być zatem zakupiona wcześniej.

— Dziś rano. Tak mi powiedział kapelusznik.

Nastąpiła chwila oszołomienia. Sędzia śledczy, ogłupiały, usiłował zrozumieć to wszystko. Nagle podskoczył rażony błyskiem jasnej myśli.

— Przyprowadzić tu woźnicę, który nas przywiózł dziś rano, tego od karocy! Przyprowadzić go zaraz!

Wachmistrz żandarmerii i jego podwładny pobiegli pospiesznie ku stajniom. Po kilku minutach wachmistrz wrócił sam.

— Woźnica?

— Kazał sobie dać jeść w kuchni, zjadł śniadanie i potem…

— Co potem?

— Umknął.

— Ze swym wozem?

— Nie. Pod pozorem, że chce odwiedzić jednego ze swych krewnych w Ouville, pożyczył rower od stajennego. Oto jego kapelusz i płaszcz.

— Nie pojechał z odkrytą głową?

— Wyjął z kieszeni swej czapkę i okrył nią głowę.

— Czapkę?

— Tak, zdaje się z żółtej skóry.

— Taką czapkę mamy tutaj.

— Istotnie, panie sędzio śledczy, lecz jego jest podobna.

Zastępca prokuratora zachichotał ironicznie.

— To ogromnie śmieszne! Ogromnie zabawne! Istnieją dwie czapki… Jedna, która była prawdziwa i która stanowiła nasz jedyny dowód, odjechała na głowie pseudowoźnicy! A drugą, która jest fałszywa, pan ma w ręku. Ach, ten zuch dobrze z nas zadrwił.

— Chwytajcie go! Sprowadźcie go! — wołał pan Fileul. — Panie wachmistrzu Quevillon, wsadź pan swoich ludzi na konie i w cwał!

— On już daleko — rzekł zastępca prokuratora.

— Niech będzie daleko jak chce, trzeba go ścigać.

— Osobiście sądzę, panie sędzio śledczy, że nasze wysiłki powinny przede wszystkim skupić się tutaj. Proszę przeczytać liścik, który właśnie znalazłem w kieszeni płaszcza.

— Jakiego płaszcza?

— Płaszcza woźnicy.

I zastępca prokuratora podał panu Fileulowi złożony we czworo skrawek papieru, na którym widniało tych kilka słów napisanych ołówkiem, pismem dosyć pospolitym:

Biada panience, jeśli zabiła pryncypała.

Wywołało to pewne poruszenie.

— Mądrej głowie dość pałką… Ostrzegają nas — mruknął zastępca prokuratora.

— Panie hrabio — podjął tok rozmowy sędzia śledczy — błagam, niech się pan nie niepokoi. I pani również. Groźba ta nie ma żadnego znaczenia, gdyż organa sprawiedliwości są na miejscu. Zostaną zarządzone wszelkie środki ostrożności.

Odpowiadam za bezpieczeństwo państwa. Zaś co do panów — dodał, zwracając się ku obu reporterom — liczę na dyskrecję panów. Jedynie dzięki przesadnej uprzejmości z mej strony byliście panowie świadkami tego śledztwa i źle byście mi się panowie wypłacili…

Tu przerwał, jak gdyby go uderzyła jakaś myśl, obejrzał obu młodych ludzi po kolei i, zbliżając się do jednego z nich, zapytał:

— W jakim dzienniku pan pracuje?

— W „Journal de Rouen”.

— Czy ma pan legitymację?

— Oczywiście.

Dokument był w porządku. Nie było co mówić. Pan Fileul zapytał drugiego reportera:

— A pan?

— Ja?

— Tak, pytam pana, do jakiej pan należy redakcji.

— Mój Boże, panie sędzio śledczy, ja pisuję we wielu dziennikach… po trosze wszędzie…

— Pańska legitymacja?

— Nie mam żadnej.

— Aj, i jakże to?

— Żeby dziennik wydał legitymację, na to trzeba pisać w nim stale.

— A więc?

— A więc ja jestem jedynie współpracownikiem okolicznościowym. Posyłam na prawo i na lewo artykuły, które mi drukują… lub odrzucają, zależnie od okoliczności.

— A w takim razie pańskie nazwisko? Pańskie papiery?

— Moje nazwisko nic panu nie powie. A co do papierów, nie mam ich wcale.

— Nie ma pan żadnego świstka, który by potwierdzał pański zawód?

— Nie mam żadnego zawodu.

— Ależ w końcu, mój panie — zawołał sędzia z pewną brutalnością — przecie pan nie ma zamiaru zachować swego incognito, skoro się pan tu wślizgnął podstępem i podchwycił tajemnice sprawiedliwości!

— Pan będzie łaskaw zauważyć, panie sędzio śledczy, że mnie pan o nic nie pytał, kiedy przybyłem, i że wobec tego nie miałem co mówić. Zresztą śledztwo pańskie nie wydaje mi się wcale tajne, skoro wszyscy byli przy nim,.. nawet jeden z winnych.

Mówił łagodnie, tonem nieskończonej grzeczności. Był to zupełnie młody człowiek, bardzo wysoki i bardzo szczupły, odziany bez najmniejszej kokieterii w spodnie za krótkie i surdut zbyt sztywny. Był różowy jak dziewczyna, miał czoło szerokie, przesłonięte wiechą włosów, i jasną brodę, nierówną i źle przyciętą. W jego żywych oczach jaśniała inteligencja. Nie zdawał się wcale zakłopotany i uśmiechał się uśmiechem sympatycznym, w którym nie było żadnego śladu ironii.

Pan Fileul oglądał go z wzrastającą nieufnością. Dwaj żandarmi postąpili naprzód.

Młodzieniec zawołał wesoło:

— Panie sędzio śledczy, najwidoczniej podejrzewa mnie pan, że zaliczam się do winowajców. Lecz gdyby tak było, czyżbym nie wymknął się w stosownej chwili za przykładem swego rzekomego towarzysza?

— Mógłby pan spodziewać się…

— Wszelka nadzieja byłaby tu głupia. Proszę się zastanowić, panie sędzio śledczy, a zgodzi się pan ze mną, że wedle praw logiki…

Pan Fileul spojrzał wprost w jego oczy i rzekł oschle:

— Dosyć tej zabawy! Pańskie nazwisko?

— Izydor Beautrelet.

— Pański zawód?

— Uczeń retoryki w liceum Jansona de Sailly.

Pan Fileul wytrzeszczył zdumione oczy.

— Co mi pan tu plecie? Uczeń retoryki…

— W liceum Jansona, rue de la Pompe numer…

— Ejże! — zawołał pan Fileul. — Pan kpi ze mnie! Lecz niechże się ta zabawa skończy?

— Wyznaję panu, panie sędzio śledczy, że pańskie zdumienie mnie dziwi. Cóż sprzeciwia się temu, żebym był uczniem retoryki w liceum Jansona? Może moja broda? Proszę się uspokoić, moja broda jest fałszywa.

Izydor Beautrelet oderwał kilka kosmyków swej brody i twarz jego okazała się jeszcze bardziej chłopięca i bardziej różowa, prawdziwa twarz uczniaka.

Dziecięcy uśmiech odsłonił jego białe zęby, kiedy mówił:

— Cóż, jest pan teraz przekonany? Czy trzeba panu jeszcze dowodów? Proszę, niech pan czyta na tych listach mojego ojca adres: Pan Izydor Beautrelet, wychowanek liceum Jansona de Sailly.

Przekonany czy nie, pan Fileul miał minę, jakby mu ta historia nie przypadała do smaku. Zapytał szorstkim tonem:

— Co pan tu robi?

— No… uczę się.

— Na to są licea… pańskie…

— Zapomina pan, panie sędzio śledczy, że dziś 23 kwietnia i że jesteśmy w środku ferii wielkanocnych.

— Więc?

— Więc mam pełną wolność używać swych ferii, jak mi się podoba.

— A pański ojciec?

— Ojciec mój mieszka daleko, w głębi Sabaudii i to on mi doradził małą wycieczkę po wybrzeżach La Manche.

— Z fałszywą brodą?

— To akurat był mój pomysł. W liceum mówimy wiele o tajemniczych przygodach, czytujemy powieści policyjne, w których się ludzie przebierają. Wyobrażamy sobie rozmaite straszne i poplątane sprawy, Otóż chciałem się zabawić i przylepiłem sobie tę fałszywą brodę. Poza tym miałem to szczęście, że mnie brano na serio i udawałem reportera paryskiego. W ten to sposób wczoraj wieczorem po nieciekawym tygodniu przeszło, miałem przyjemność poznać swego współtowarzysza z Rouen, który dziś rano, dowiedziawszy się o wypadku w Ambrumésy, zaproponował mi bardzo uprzejmie, żebym mu towarzyszył i wynajął z nim powóz na spółkę.

Izydor Beautrelet mówił to wszystko ze swobodną, trochę naiwną prostotą, której wdzięku nie odczuwać było rzeczą niemożliwą. Sam pan Fileul, cały trzymający się w nieufnej rezerwie, słuchał go z przyjemnością. Zapytał go mniej opryskliwie:

— I jest pan zadowolony ze swej wycieczki?

— Zachwycony! Tym bardziej że nigdy nie byłem obecny przy sprawie tego rodzaju i że ta jest wcale zajmująca.

— I nie brak jej tych tajemniczych komplikacji, które pana tak bardzo brały.

— I które są tak roznamiętniające, panie sędzio śledczy! Nie znam silniejszego wzruszenia niż widzieć wszystkie fakty wychodzące z mroku, żeby tak rzec, grupujące się jedne przeciw drugim i formujące powoli przypuszczalną prawdę.

— Do tej przypuszczalnej prawdy jakże pan idzie, młody panie! A może pan już ma gotowe swoje małe rozwiązanie zagadki?

— O nie! — odparł śmiejąc się Beautrelet. — Tylko… zdaje mi się, że istnieją pewne punkty, z których wytworzyć sobie jakieś zdanie nie jest rzeczą niemożliwą, a nawet inne, do tego stopnia dokładne, że wystarczają… do wniosków.

— Staje się to bardzo ciekawe. Nareszcie się czegoś dowiem. Bo wyznam panu, ku swemu wielkiemu wstydowi, ja nic a nic nie wiem.

— To dlatego, panie sędzio śledczy, że pan nie miał czasu zastanowić się. Rozważać to rzecz główna. Rzadko się zdarza, żeby wypadki nie mieściły w sobie samych swego wyjaśnienia!

— I według pana, wypadki, które stwierdziliśmy, noszą w sobie samych swe wyjaśnienie?