Arsène Lupin – dżentelmen włamywacz. Tom 2. Fałszywy detektywTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Arsène Lupin – dżentelmen włamywacz. Tom 2. Fałszywy detektyw
Arsène Lupin – dżentelmen włamywacz. Tom 2. Fałszywy detektyw
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 46,90  37,52 
Arsène Lupin – dżentelmen włamywacz. Tom 2. Fałszywy detektyw
Arsène Lupin – dżentelmen włamywacz. Tom 2. Fałszywy detektyw
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Zagadkowy list

W dobrze strzeżonym więzieniu, nawet takim jak La Santé, wcale nie musi być nudno! Arsène Lupin odkrył to niemal od razu, gdy tylko przekroczył próg swojej celi. Detektyw Ganimard odprowadził go jak starego znajomka, uścisnął mu dłoń i uchylił kapelusza.

– Żegnam, Lupin. – Westchnął. – Byłeś godnym przeciwnikiem. Aż strach pomyśleć, ale… nie bardzo mam się teraz czym zająć – próbował żartować.

– Panie Ganimard – odparł Arsène. – Myślę, że zobaczymy się szybciej, niż się panu wydaje. Nie żegnałbym się tak definitywnie.

– Drogi Arsènie, ależ oczywiście, że możemy się spotkać. Chętnie pana odwiedzę. Może być, powiedzmy… za rok?

Lupin uśmiechnął się.

– Mogę się założyć o pański kapelusz, że zjawi się pan tu dużo wcześniej.

Ganimard zamyślił się. Poprawił krawat i polecił strażnikom dokładne zamknięcie celi. Przez małe okienko rzucił na pożegnanie:

– Przyjmuję zakład, drogi Lupin.


Arsène zatarł ręce i rozejrzał się po swojej jedynce. Zwykła prycza, prosty stół, drewniany taboret i muszla na nieczystości – czyżby to było wszystko, czym miał się zadowolić przez najbliższe lata? Oczywiście, że nie! Już nazajutrz dostarczono mu najznakomitsze dania obiadowe wprost z restauracji „Le Blanc”, znajdującej się przy sąsiedniej ulicy. Do tego wyśmienite cygara Trynidad zamknięte w cedrowym pudełeczku oraz dwie gazety – jedną lokalną, a drugą krajową. Tajemniczy nadawca, czy właściwie dostawca, zastrzegł sobie anonimowość, lecz naczelnik więzienia podejrzewał, że osobą tą może być… sam Arsène Lupin. Dlatego też bacznie go obserwowano, sprawdzano jego strój przed wyjściem na spacerniak i po powrocie do celi, a także kontrolowano naczynia, w których były dostarczane wspomniane posiłki. Wszystko na nic.

Arsène bawił się świetnie, jadł obficie i smacznie, a do tego chłonął dziennikarskie artykuły, śledząc nie tylko główne wieści. To właśnie jakieś dwa tygodnie po aresztowaniu natrafił na wzmiankę o zamku Malaquis, wybudowanym na niewielkiej wyspie, którą Loara opływała nieopodal miasteczka Chateauneuf-sur-Loire. Istotą tej informacji był nie sam zamek czy też jego położenie, ale fakt, że w ostatnich dniach zakupił go niejaki baron Nathan Cahorn, celem umieszczenia w nim swoich drogocennych dóbr. Była to wspaniała kolekcja mebli, obrazów, fajansów, rzeźb, rycerskiego wyposażenia, dawnego uzbrojenia, a także – o czym artykuł już nie wspominał – zapewne i klejnotów, których rodzina Cahornów dorobiła się w ostatnich dwustu latach. Wśród malowideł znaleźć można było dzieła Rubensa i Watteau, wyrwane pazurami, a raczej sporą ilością nie tylko francuskich banknotów najbogatszym bywalcom sal licytacyjnych w Europie i na świecie.

Baron kochał swoje zbiory. Mimo tego, że był wśród kolekcjonerów kompletnym amatorem, wielokrotnie dano mu odczuć, że znakomicie lokuje gotówkę, nabywając chociażby kazalnicę rzeźbioną przez Jeana Goujona. Jego uwielbienie dla historycznych perełek było niczym zazdrosna miłość czy też łapczywość głodnego pustelnika. Zamek Malaquis, sprzedany przez pierwotnych właścicieli za „kawałek chleba”, okazał się idealnym miejscem dla każdego z antyków zakupionych przez Cahorna.

Historia tej budowli była tak samo chropowata jak jej mury oraz identycznie niechlujna jak sposób wykończenia bocznych przypór. Postawiona już w średniowieczu, była świadkiem i uczestnikiem niezliczonej ilości walk, oblężeń, szturmów, grabieży, zabójstw i innych makabrycznych „atrakcji”. Nie było chyba tygodnia, żeby okoliczni mieszkańcy, siedząc w barze „Sous le Coq Noir”, nie opowiadali sobie o tajemnicach i zbrodniach związanych z zamkiem. Dreszcz przerażenia przechodził po plecach tych, którzy słyszeli te historie po raz pierwszy. Gdy o brzasku mgła spowijała dolne mury Malaquis, wysepkę oraz przybrzeżną część rzeki, ludzie łowiący ryby w Loarze widzieli rzeczy, których nijak nie potrafili wyjaśnić, oraz słyszeli niesamowite odgłosy. Często więc w ogóle z nikim się tym nie dzielili, nie chcąc narazić się na drwiny czy szyderstwa.

Do legendy przeszły też rzekome podziemne przejścia, które miały kiedyś wieść od zamku aż do opactwa Marmin oraz w drugą stronę – do ogrodów przy dworze Les Vallées. Podziemiami tymi, na polecenie siostrzeńca Karola VII, przekradały się podobno różne ważne osobistości zapraszane przez młodego panicza z pobliskiego Orleanu. Miał więc zamek kilka tajemnic, których nawet Cahornowi nie udało się odkryć.

Baron zamieszkał w Malaquis niemal zupełnie sam, nie licząc trzech osób służby, które zajęły pomieszczenia dawnej prochowni w prawym skrzydle. Od południa dostępu do zamku broniła wysoka skarpa, kończąca się wartką w tym miejscu rzeką. Wejścia wschodnie i zachodnie były przez barona co wieczór osobiście ryglowane. Wystarczyło ich drobne poruszenie, żeby w korytarzu łączącym główną salę z częścią sypialną odezwały się brzęczące dzwonki alarmowe. Nie było możliwości, aby włamać się do Malaquis, a przynajmniej nie znalazł się śmiałek, który kiedykolwiek by się na to porwał. Na stały ląd można się było dostać tylko przez kamienny most, przewieszony łukiem nad Loarą, przyozdobiony figurami dwunastu apostołów. Była to istna warownia z bogactwem wewnątrz.

Spokój i sielankę codzienności zamku barona Cahorna przerwało pojawienie się listonosza, który w pewien wrześniowy piątek stanął na przyczółku, jeszcze przed mostem, i trąbką ogłosił, że ma dla głównego lokatora list. I to nie byle jaki, bo polecony. Dla ostrożności baron stanął najpierw na flankach Malaquis i przez niedużą lornetkę obserwował przybysza. Listonosz był świadomy przezorności Cahorna i traktował jego zachowanie z lekkim pobłażaniem.

– Dzień dobry, panie baronie! – krzyknął sprzed mostu. – To tylko ja, Vermer. Mam dla pana list. – Pomachał kopertą.

– Widzę! – zawołał Cahorn, odstawiwszy lornetkę od oczu.

– Wpuści mnie pan? Jestem sam!

– Oczywiście, ale wie pan… zawsze lepiej się upewnić.

Baron nakazał wprowadzić ubranego w granatowy mundur mężczyznę tylko do przedsionka przed głównym dziedzińcem. Osobiście odebrał przesyłkę, pokwitował i schwycił za srebrny nożyk służący do rozcinania kopert. Listonosz wyszedł, wsiadł na rower i tyle go było widać.

Ponieważ Nathan Cahorn był samotnikiem, nie miał rodziny ani przyjaciół, już samo nadejście listu wydało mu się zwiastunem czegoś niedobrego. Był to powód do obaw. Jakich? Tego jeszcze nie wiedział.

Po wyjęciu z koperty pojedynczej kartki złożonej na czworo zobaczył, że jest pokryta starannym, odręcznym pismem. Od nagłówka aż po podpis, od którego baronowi ścierpła skóra na karku. List rozpoczynał się bowiem informacją, iż pochodzi z „Maison d’arrêt de la Santé”, a zamykające go dwa wyrazy – Arsène Lupin – powodowały, że Cahorn zacisnął zęby i raz po raz odczytywał niesamowitą wiadomość. A brzmiała ona tak:

„Szanowny Panie Baronie!

Z wielkim zaciekawieniem śledziłem wszelkie informacje dotyczące ogromnego bogactwa, jakie zgromadził Pan w zameczku Malaquis. Muszę przyznać, że szczególnie zaintrygowały mnie miniatury, gablotka z kosztownościami oraz renesansowa skrzynia i wspaniałe gobeliny. Ciekaw również jestem płócien Rubensa i kredensiku w stylu Ludwika XIII.

Dziwiąc się, że tak wybitne artefakty trafiły akurat w Pańskie – niezbyt czyste – ręce, chciałbym Pana prosić, aby wyżej wymienione przedmioty przesłał Pan na dworzec Batignolles w Paryżu, adresując skrzynie na moje nazwisko. Jestem przekonany, że jako ich posiadacz zagospodaruję je tysiąc razy lepiej, niżby miały sterczeć bez celu we wspomnianym Malaquis.


Na realizację wysyłki daję Panu czas do 26 września. Jeśli Pan tego nie zrobi, w nocy z 27 na 28 września osobiście pofatyguję się do Pańskiej rezydencji, aby wejść w posiadanie wyżej wymienionych przedmiotów i wyekspediować je.

Proszę wybaczyć mi ten mały kłopot, jaki Panu sprawiam, lecz sądzę, że jako człowiek rozsądny będzie Pan chciał uniknąć niepotrzebnego rozgłosu, gdybym miał Pana obrabować. Byłbym zapomniał – proszę nie umieszczać w przesyłce największego obrazu Watteau oraz naszyjnika w stylu Ludwika XV. Mimo iż zapłacił Pan za wspomniane płótno i biżuterię ponad trzydzieści tysięcy franków, obie te rzeczy są jedynie dobrze wykonanymi kopiami i nie przedstawiają dla mnie jakiejkolwiek wartości.

Z wyrazami szczerego szacunku

Arsène Lupin”.

Cahorn nie mógł wyjść z osłupienia. Wzburzył się tak bardzo, że najpierw zmiął przeczytany list i dość brzydko zaklął, ale chwilę później opanował się. Rozprostował kartkę, przyjrzał się jej uważnie, powąchał papier i rozsiadł się wygodnie w wielkim fotelu. Czyżby Arsène Lupin naprawdę chciał go ograbić? W dodatku w tak bezczelny sposób? Poinformowawszy go o tym?! To było wprost niepojęte!

 

Baron odłożył list na boczny stolik i zadzwonił po lokaja. Ten zjawił się niemal natychmiast.

– Co wiesz o Arsènie Lupin? – Cahorn wystrzelił jak z karabinu.

Służący zmieszał się nieco i przetarł czoło.

– Piszą, że to nieuchwytny włamywacz.

Baron poderwał się na równe nogi.

– Piszą? Ha! Kto pisze?

– Gazety, panie baronie. Czasami czytam…

– Nieuchwytny! – przerwał mu Cahorn. – Ha! Już chyba nie, skoro siedzi w La Santé! Przynieś mi zaraz paryskie dzienniki z ostatniego miesiąca!

– Zaraz?

– Zaraz! Zaraz! Nie udawaj głupiego!

Służący skłonił się i rozłożył ręce.

– Trudno będzie, jaśnie panie.

– To mnie nie obchodzi! Pojedź do biblioteki w Orleanie. Wytrzaśnij choćby z podziemi!

– Tak jest. – Lokaj znów się ukłonił i już miał odejść, gdy baron zatrzymał go, uniósłszy rękę.

– Czekaj!

Służący zamarł.

– Na początek wezwij tu wszystkich.

– Tak jest…

– Niech zaraz przyjdą, bez względu na to, co robią!

– Dobrze, proszę pana.

– I niech nikt z was nie śmie nawet pomyśleć o opuszczeniu zamku.

– Nigdy?

– W najbliższym czasie – doprecyzował.

– Panie baronie… – zaczął lokaj niepewnie.

– Słucham?

– To jak ja mam dostarczyć te gazety, nie wychodząc z posiadłości? Skoro mamy jej nie opuszczać…

– Oprócz tego wyjątku, idioto! – krzyknął Cahorn tak głośno, że było go słychać chyba aż po obu stronach rzeki.

Służący ukłonił się i wycofał z pomieszczenia. Baron podszedł do olbrzymiego biurka, wysunął szufladę i wydobył z niej rewolwer. Przekręcił bębenek, przyglądając się naładowanemu magazynkowi, po czym schował broń i wyjrzał przez okno. Nad okolicę nadciągnęły gęste, burzowe chmury.

Odprawa

Minęły trzy dni.

Od czterdziestu ośmiu godzin baron Cahorn nie robił nic innego, jak tylko przeglądał wzmianki prasowe opiewające akcje, w których brał udział Arsène Lupin. Niemal na pamięć znał jego gościnne występy na południu Francji, gdzie dżentelmen-włamywacz pozbawił bogactwa sześciu lokalnych rządców oraz dwóch nowobogackich młodzieńców, którzy dorobili się fortun dzięki wyjątkowemu szczęściu. A może to wcale nie było szczęście? Fakt faktem, że tylko raz odwiedzili największe kasyno w Monte Carlo i wrócili do Montpellier bogatsi o kilkaset tysięcy franków. Lupin pomógł im – bardzo szybko! – wrócić do normalności, bo już w tydzień po wizycie w Monako musieli szukać wsparcia finansowego u swoich rodzin na wsi.

Z jednej z gazet dowiedział się także, że po niefortunnej przygodzie na transatlantyckim statku Arsène Lupin został ujęty na nowojorskim nabrzeżu. I to wcale nie przez policję, tylko przez francuskiego detektywa Ganimarda. Oczywiście amerykańska policja i tamtejsze służby specjalne towarzyszyły Ganimardowi, ale to właśnie on cieszył się sławą osoby, która z uporem maniaka śledziła słynnego włamywacza, aż w końcu udało mu się go przyszpilić.


Mimo to Cahorn nie był zadowolony. Każda kolejna wzmianka budziła w nim coraz większy niepokój. Bo jeśli ten Lupin jest tak skuteczny, to należało się go obawiać, nawet gdy wysyłał list zza murów najpilniej strzeżonego miejsca w kraju.

Właśnie! Baron palnął się w czoło. Dlaczego wcześniej na to nie wpadł? Przecież służba więzienna powinna uważniej przyglądać się komuś takiemu jak Lupin i przejmować, a przynajmniej częściowo cenzurować korespondencję, którą rozsyła lub otrzymuje. Jak to możliwe, że list z pogróżkami o planowanej kradzieży przeszedł niezauważony? Czyżby Lupin miał jakieś układy ze strażnikami? A może udaje mu się przekazywać pocztę w inny sposób? Koniecznie należało to sprawdzić. Cahorn postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. A przynajmniej spróbować zainteresować stróżów prawa bezczelnym listem. Zjadł lekkie śniadanie, dopił kawę i wezwał całą służbę na wewnętrzny dziedziniec zamku. Stawili się po dwóch, może trzech minutach. Lokaj Paul Remy, szefowa kuchni Beatrice Savon oraz chłopak od wszystkiego Louis Ferrand.

Stanęli rzędem i przyglądali się baronowi, gdy ten chodził z jednego miejsca w drugie z założonymi za plecami rękoma. W końcu przystanął i zmrużywszy oczy, przyjrzał się uważnie każdej z osób. Jego pierwszą myślą było to, że mógł jednak lepiej dobrać zamkową służbę. Mógł zasięgnąć opinii kogoś bardziej doświadczonego, a przynajmniej skorzystać z referencji któregoś z biur personalnych, które na amerykańską modłę pojawiały się we Francji jak grzyby po deszczu. Mógł w końcu postarać się o porządną polisę ubezpieczeniową, która chroniłaby zebrane dobra i dzieła sztuki, ale zaraz odrzucił tę myśl, ponieważ wysokość polisy prawdopodobnie przewyższyłaby wartość niejednej z tych rzeczy, o które upomniał się Arsène Lupin.

Poza tym lepsza służba to większe wydatki, a do wydawania Cahorn niespecjalnie się palił. Zwłaszcza że z całą tą trójką był w jakiś sposób związany. Remy był dzieckiem serdecznego przyjaciela ojca barona; mężczyźni spędzili w okopach połowę światowej wojny. Obaj zginęli w 1917 roku, lecz Cahorn senior zostawił synowi list, w którym polecił mu odszukanie i zatrudnienie Paula. I chociaż Remy nie zawsze nadążał za tokiem rozumowania chlebodawcy, to jednak w roli lokaja sprawdzał się idealnie. Traktował swoje obowiązki z wielkim poważaniem i starał się, aby baron mógł na nim polegać o każdej porze dnia i nocy.


Pani Savon gotowała wyśmienicie. Nie były to potrawy wyszukane, ale bardzo często raczyła Cahorna przysmakami, o jakich czasami w ogóle nie słyszał. Chodziła na lokalny bazar, gdzie raz w tygodniu zamawiała kosz różnych produktów. Niektóre z nich – szczególnie owoce morza – sprowadzano aż z Marsylii. Beatrice była mistrzynią w przyrządzaniu zupy z kalmarów lub smażeniu tychże w głębokim oleju, panierując je wprzódy w roztrzepanym jajku i drobno mielonej mące. Cahorn uwielbiał tak przygotowane owoce morza, zwłaszcza gdy pani Savon podawała je z własnoręcznie wyrobionym majonezem. Była to prawdziwa rozkosz dla podniebienia!

Młody Louis Ferrand zajmował się w zamku… wszystkim. Baron zatrudnił go jako złotą rączkę – chłopak naprawiał meble, wymieniał zużyte żarówki (oczywiście tylko w tej części zamku, do której doprowadzono elektryczność), pilnował, aby ptaki nie gnieździły się w zamkowych murach, a także pomagał pani Savon w przynoszeniu zakupów, które dostarczano i pozostawiano przy kamiennym moście. Ferrand nie był zbyt lotny, jeśli chodzi o czytanie, pisanie i sprawy kultury, lecz baronowi odpowiadało to, że w ogóle mało się odzywał. Był też niski. W dzieciństwie zachorował na niezbyt poważne zapalenie opon mózgowych, ale wystarczyło to, aby jego przysadka uległa częściowej dysfunkcji. Louis mierzył niecałe metr sześćdziesiąt i czasami, gdy szedł z ochmistrzynią na targ, brano go za jej syna i wręczano lizaka lub inny przysmak.


Teraz cała trójka wyczekiwała w milczeniu, przyglądając się ciekawie zaniepokojonemu Cahornowi.

– Słuchajcie – zaczął w końcu.

Przestąpili z nogi na nogę.

– Sprawa jest o tyle poważna, o ile… dziwaczna. Niejaki Arsène Lupin, słynny włamywacz, zażądał ode mnie wydania moich skarbów. W przeciwnym razie zapowiedział, że sam się po nie pofatyguje.

– Sam? – zdziwił się Ferrand.

– Sam, sam! – warknął Cahorn. – W końcu skoro jest tym, o kim się tak dużo pisze, to nie dziwota, że działa sam!

– Ale panie baronie… – chłopak nie dawał za wygraną.

– Słucham? – Mężczyzna wyprostował się i założył ręce na piersiach.

– Jak to… sam? Przecież myśmy niektóre z pańskich drogocennych przedmiotów przenosili we dwójkę, a nawet we trójkę, więc jak miałby… sam…

– Nie wiem! – Cahorn rozłożył ręce. – W gazetach wyczytałem, że dopuszczał się przeróżnych kradzieży, więc nie lekceważmy go. Jestem skłonny uwierzyć, że mógłby tego dokonać… Chociaż…

Zastanowił się i uważniej przyjrzał Louisowi. Chłopak nieco się zmieszał.

– Skoro pan baron tak mówi… – włączył się lokaj.

– Nieważne! – Cahorn uciął temat. – Mam do was prośbę o zwracanie uwagi na wszystko, co dzieje się w zamku i wokół niego. Ja za chwilę udam się do miejscowego komisariatu, żeby porozmawiać z tutejszą żandarmerią o całej tej szopce, a wy…

Zastygli na chwilę.

– Wy… sprawdźcie wszystkie zakamarki Malaquis. Okna, drzwi oraz cokolwiek, co mógłby wykorzystać ten złoczyńca.

– Znaczy co? – zapytał Ferrand, robiąc cielęce oczy.

– Znaczy wszystko! – odparł baron.

Chłopak spojrzał na Paula, wyższego od niego o dobre trzydzieści centymetrów, i wzruszył ramionami. Służący już od kilku chwil zerkał na Louisa i wymownie, acz niemal niezauważalnie kręcił głową.

– No co? – wycedził przez zęby.

Lokaj nic nie odpowiedział. Poprawił krawat i strzepnął z marynarki niewidzialny pyłek.

– Spokój – zakomenderował baron. – Wrócę za jakieś dwie godziny. Mam nadzieję, że mogę na was polegać.

– Panie baronie – odezwała się w końcu szefowa kuchni – niech mnie pan zwolni z tego sprawdzania i pilnowania. Chyba że nie chce pan dziś jeść obiadu?

– W porządku. – Cahorn uniósł dłoń. – Pani Savon do garów, a wy dwaj róbcie swoje.

– Tak jest, jaśnie panie. – Remy skłonił się.

Ferrand klasnął w dłonie i klepnął lokaja w łopatkę.

– No? To od czego zaczniemy?

Kwadrans na wolności

Komisariat żandarmerii znajdował się nieopodal ratusza. Bezpośrednio sąsiadował z miejskim muzeum, w którym – oprócz kolekcji wiekowej broni – można było podziwiać słynny na cały dystrykt „skarb młynarza”. Były to dwa stare garnce niemal po brzegi wypełnione srebrnymi talarami, pochodzącymi – jak udało się ustalić – z XV wieku. Znaleziono je podczas podmiejskich wykopalisk, prowadzonych na obszarze, na którym stał niegdyś olbrzymi młyn. Stąd nazwa znaleziska. Dobrze zachowane monety stały się chlubą muzeum, a przy okazji dorocznego święta wina, obchodzonego w ostatni weekend września, władze miejskie wypuszczały w obieg repliki tychże talarów, które traktowano jako unikatową pamiątkę i kolekcjonowano w domowych zbiorach.


Baron Cahorn wkroczył do komisariatu, gdzie poczuł woń dymu papierosowego, starego drewna i jeszcze jeden zapach, którego nie potrafił określić. Za pulpitem podoficera dyżurnego siedział wąsaty sierżant, wypełniający jakieś tabelaryczne zestawienie. Gdy zobaczył Cahorna, umieścił pióro w podstawce, nałożył służbową czapkę i wstał od biurka.

– Pan baron? W czym możemy pomóc?

Mężczyzna sięgnął do kieszeni i wyjął list napisany ręką Arsène’a Lupin.

– W tym – odrzekł, podając papier funkcjonariuszowi.

Sierżant ujął pismo i w milczeniu przebiegł po nim wzrokiem. Spojrzał na barona, po czym ponownie przeczytał list.

– Ciekawe… – Wykrzywił usta, oddając kartkę.

– Ciekawe? – zdziwił się Cahorn. – Pan uważa pogróżki tego szubrawca za ciekawe? Sądziłem, że policja potraktuje mnie odrobinę poważniej. Przecież należy coś zrobić! Patrolować okolice mojego zamku, powołać specjalną ekipę dochodzeniową, a przede wszystkim zająć się samym Arsène’em Lupin!

Stróż prawa uniósł obie dłonie, chcąc tym samym powstrzymać zapał rozgorączkowanego barona.

– Szanowny panie – rzekł ze stoickim spokojem. – Zgadzam się z panem, ale do wszystkich tych czynności musimy mieć konkretne podstawy.

– Podstawy? Jakie podstawy? Czyż to nie wystarczy? – Pomachał w powietrzu złożoną kartką.

– Chwileczkę – żandarm zniżył głos. – Proszę, niech pan usiądzie. – Wskazał krzesło stojące przy małym stoliku pod ścianą.

Policjant wyszedł zza pulpitu i dołączył do Cahorna. Baron zdjął kapelusz i położył go na biurku. Przysiadł, ciężko i szybko oddychając. Miał olbrzymią nadzieję, że funkcjonariusz natychmiast zajmie się całą sprawą, wezwie posiłki i zacznie spisywać zeznania. Tymczasem…

 

– Proszę mi jeszcze raz pokazać ten list. – Sierżant wyciągnął dłoń ku baronowi, który natychmiast wręczył mu zagadkową korespondencję.

Mężczyzna tym razem nieco dłużej skupił się na treści pisma, następnie uważnie obejrzał papier – w tym także pod światło – a na koniec powąchał go i oddał Cahornowi.

– Szanowny panie baronie – zaczął przymilnie – czy jest pan przekonany, że autorem tego listu faktycznie jest Arsène Lupin?

Baron zastygł.

– Co pan sugeruje?

– A jeśli nie on to napisał? Może to po prostu jakiś głupi żart?

– Żart? Czyj?

– Nie wiem. Może kogoś, komu na jednej z aukcji zgarnął pan sprzed nosa jakiś cenny przedmiot? A może któregoś konkurencyjnego kolekcjonera? Kto wie.

– Niech pan spojrzy uważnie! – Cahorn rozłożył list na stoliku i wskazał palcem odpowiedni fragment. – To dlatego miałbym adresować przesyłkę na nazwisko tego rzezimieszka? Nie, drogi panie… Nie wierzę, że to żart lub zagrywka konkurencji.

– Jest pan pewien?

– W stu procentach. Myśli pan, że komukolwiek chciałoby się aranżować taką szopkę? A do tego ktoś zagroziłby mi, że jeśli nie wywiążę się z wysyłki, to osobiście mnie odwiedzi i zgarnie moje precjoza? W dodatku wskazał konkretny termin – noc z dwudziestego siódmego na dwudziestego ósmego września. Czy to też mam traktować jak żart?

Sierżant łypnął na ścienny kalendarz i przygładził wąsiska.

– To jest w weekend naszego święta.

– Jakiego święta?

– Święta wina.

– Ach, prawda. – Cahorn pokiwał głową. – Zupełnie nie skojarzyłem. No widzi pan! – zapalił się ponownie. – Zjedzie się tu kupa ludzi. Skąd pan wie, że wśród nich nie będzie Arsène’a Lupin?

Policjant uśmiechnął się dobrotliwie.

– Bo ten gagatek siedzi teraz w La Santé i coś mi się wydaje, że nie ma nawet prawa do czasowej przepustki, nieprawdaż?

– Diabeł go tam wie. – Baron odwrócił wzrok.

– Niech pan będzie spokojny. Z tego, co wiem, więzienni strażnicy, szczególnie w La Santé, bardzo poważnie podchodzą do swoich obowiązków i nie pozwolą wodzić się za nos. Nawet Arsène’owi Lupin.

– Tak pan myśli?

– Oczywiście.

– To ciekawe, jakim sposobem przeoczyli taką korespondencję? – Ponownie pomachał złożoną kartką.

Sierżant spoważniał. Oparł dłonie o stolik i spojrzał Cahornowi w oczy.

– Dobrze – odparł. – Ponieważ jak na razie nie doszło do naruszenia prawa, nie możemy interweniować. Nic panu nie zginęło. Nie doszło do włamania. Nie odnotował pan także innego uszczerbku w swoich dobrach. Jedynym wyjściem, jakie w tym momencie przychodzi mi do głowy, jest upewnienie się, że Arsène’a Lupin strzegą na tyle dobrze, żeby nie mógł pana odwiedzić we wskazanym terminie. Bo mniemam, że nie chce mu pan wysyłać tych rzeczy? – Wskazał na list.

– Raczy pan kpić, sierżancie?

– Ani mi to w głowie. Muszę po prostu rozważyć każdą ewentualność.

– Nie, nie mam zamiaru.

– Dobrze. W takim razie proponuję następujące rozwiązanie: jeszcze dziś zwrócę się z prośbą do mojego przełożonego, komendanta Gascoigne’a, aby napisał wniosek do naczelnika więzienia La Santé o dokładniejsze kontrolowanie poczynań pana Lupin. W świetle zaistniałych okoliczności musimy mieć pewność, że po pierwsze jest on autorem listu i przyczynił się do jego wysłania, po drugie – że żaden ze strażników nie wszedł z nim w zmowę, a po trzecie – że nie ma takiej możliwości, aby wydostał się poza mury więzienia, chociażby na kwadrans.

– Arsène Lupin przez kwadrans na wolności? Nawet wówczas nie czułbym się bezpieczny.

– Bez przesady, panie baronie. Z Paryża miałby tu dobre sto pięćdziesiąt kilometrów. Niemożliwe, żeby przebyć tę trasę w piętnaście minut.

– To oczywiste, ale wie pan. Strzeżonego…

– Zgadza się.

Sierżant wstał od stolika. Oznaczało to, że rozmowa dobiegła końca. Podali sobie dłonie i baron Cahorn znalazł się ponownie na rozgrzanej południowym słońcem ulicy sennego miasteczka. Połowicznie zadowolony z rezultatu wizyty w komisariacie, w drodze powrotnej do zamku zahaczył o nadrzeczną kawiarnię „La Grande Île”, gdzie zamówił zieloną herbatę i bagietkę z oliwą, oprószoną oregano. W oddali majaczył zarys zamku Malaquis. Nad jego południowym kominem unosiła się smużka siwego dymu, przesuwająca się w stronę Les Chevalliers. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że pani Savon jest w trakcie przygotowywania obiadu. Dopił herbatę i przywołał kelnera, aby zapłacić rachunek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?