Zaręczona Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sprzedawcy przepychali się ze swymi wózkami. Wielu z nich sprzedawało dżin. Sądząc po wyglądzie tłoczących się ludzi, wielu z nich korzystało z okazji. Przepychali się brutalnie na wszystkie strony, a większość wydawała się pijana. Podniósł się kolejny ryk. Caitlin podniosła wzrok i zauważyła wiszący nad areną napis: Szczucie Niedźwiedzi.

Poczuła odrazę. Czy ci ludzie naprawdę byli aż tak okrutni?

Niewielka arena zdawała się częścią większego kompleksu. W oddali widniała kolejna niewielka arena z ogromnym znakiem, na którym było napisane: „ Szczucie byków.” I jeszcze dalej, na uboczu, znajdowała się kolejna ogromna, kolista budowla – chociaż różniąca się od tamtych dwóch wyglądem. Miała klasę.

– Chodźcie zobaczyć nową sztukę Willa Shakespeare’a w nowym teatrze Globe Theater! − wrzasnął przechodzący obok chłopak. Podszedł ze stosem broszur wprost do Caitlin i wepchnął jedną w jej dłoń. Spojrzała na nią i przeczytała: „Nowa sztuka Williama Shakespeare: Tragedia Romeo i Julia”.

– Przyjdziesz, panienko? – zapytał chłopiec. – To jego nowa sztuka, i będzie grana po raz pierwszy w tym nowiutkim teatrze.

Caitlin spojrzała na broszurę i poczuła dreszczyk ekscytacji. Czy to było prawdziwe? Czy działo się naprawdę?

– Gdzie to? – spytała.

Chłopiec zachichotał. Odwrócił się i wskazał palcem. – Przecież właśnie tam, panienko.

Caitlin spojrzała we wskazanym kierunku i w oddali zobaczyła okrągłą budowlę z białymi stiukami i drewnianym wykończeniem w stylu Tudorów. Globe. Globe Shakespeare’a. To było niewiarygodne. Naprawdę tu była.

Wokół niego kłębiły się setki ludzi, nadchodzące ze wszystkich stron. A tłumy te wyglądały równie nieokrzesanie, co te garnące się do szczucia niedźwiedzi i byków. Zaskoczyło ją to. Zawsze uważała, że bywalcy szekspirowskiego teatru byli bardziej ucywilizowani, bardziej wytworni. Nigdy tak naprawdę nie przyszło jej na myśl, że mogła to być rozrywka dla mas – i to najprymitywniejszych z nich. Wydawało się, że teatr stał w szrankach na równi ze szczuciem niedźwiedzi.

O tak, z chęcią obejrzałaby nową sztukę Shakespeare’a, z chęcią poszłaby do Globe. Jednakże, była zdecydowana najpierw wypełnić swoją misję, rozwikłać zagadkę.

Znad niedźwiedziej areny dobiegł kolejny ryk. Caitlin odwróciła się i ponownie skupiła na niej uwagę. Zastanawiała się, czy klucz do rozwiązania zagadki krył się za tymi ścianami.

Zwróciła się do Caleba.

– Jak myślisz? – spytała. − Powinniśmy sprawdzić, o co w tym chodzi?

Caleb wyglądał, jakby się wahał.

Zagadka rzeczywiście wspominała o moście – powiedział – i niedźwiedziu, lecz moje zmysły podpowiadają mi coś innego. Nie jestem do końca pewien—

Nagle Ruth warknęła i pognała gdzieś w bok.

– Ruth! – krzyknęła Caitlin.

Już jej nie było. Nie odwróciła się nawet, by posłuchać. Pobiegła, co sił w łapach.

Caitlin była w szoku. Nigdy nie widziała, żeby Ruth w ten sposób postąpiła, nawet w chwilach bezpośredniego zagrożenia. Co mogło aż tak przykuć jej uwagę? Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, żeby Ruth jej nie posłuchała.

Caitlin i Caleb zerwali się do biegu w tej samej chwili.

Ale nawet z ich wampirzą prędkością, biegli za wolno, spowalniani przez grząski piach. Ruth była znacznie szybsza. Widzieli, jak wykręcała i meandrowała w tłumie i musieli przepychać się, by nie stracić jej z oczu. Caitlin zauważyła, jak Ruth znikła w oddali za zakrętem i puściła się pędem w wąskiej alejce. Przyspieszyła jeszcze bardziej, wraz z Calebem, odpychając z drogi wielkiego człowieka i skręciła w tę samą alejkę.

Za czym u diabła tak goniła? zastanawiała się Caitlin. Przyszedł jej do głowy jakiś bezpański pies, albo też Ruth dotarła do apogeum swego głodu i puściła się w pogoń za jedzeniem. Była ostatecznie wilkiem. Caitlin musiała o tym pamiętać. Powinna postarać się o znalezienie dla niej pożywienia dużo wcześniej.

Kiedy jednak minęła róg i spojrzała w głąb uliczki, nagle uświadomiła sobie z szokiem, co to było.

W oddali, na końcu alejki, siedziała na ziemi mała dziewczynka, może ośmioletnia, struchlała, łkająca, trzęsąca się. Obok niej stał ogromny muskularny mężczyzna. Górował nad nią, pozbawiony koszuli, z wielkim sterczącym brzuszyskiem, nieogolony, z włosami pokrywającymi mu tors i ramiona. Patrząc gniewnie i pokazując braki w uzębieniu, smagał biedne dziecko po plecach skórzanym pasem.

– Oto, czego możesz się spodziewać za swoje nieposłuszeństwo! – krzyczał zjadliwie, co rusz unosząc pas.

Caitlin zmartwiała. Była gotowa rzucić się na niego.

Lecz uprzedziła ją Ruth. Miała nad nią dużą przewagę i kiedy mężczyzna wziął zamach, Ruth podbiegła i skoczyła w powietrze, rozdziawiając szeroko paszczę.

Runęła na przedramię człowieka i zatopiła w nim głęboko kły. Krew trysnęła na wszystkie strony, a mężczyzna wrzasnął nieludzko.

Ruth wpadła w szał i nic nie było w stanie jej ułagodzić. Warczała i potrząsała głową, wgryzając się coraz głębiej w ciało człowieka i nie puszczając.

Mężczyzna zaczął wymachiwać nią na lewo i prawo tylko dzięki swej słusznej posturze oraz temu, że Ruth nie była jeszcze w pełni wyrośniętym wilkiem. Warknęła. Odezwała się tak przerażającym głosem, że Caitlin włosy stanęły dęba.

Jednak mężczyzna ten najwyraźniej przywykł do przemocy. Zarzucił muskularnym ramieniem dokoła i zdołał uderzyć Ruth o ceglany mur. Potem zamachnął się pasem i zdzielił nim Ruth po karku.

Ruth pisnęła i zaskomlała. W końcu wypuściła rękę mężczyzny i opadła na ziemię.

Z wyrazem nienawiści w oczach mężczyzna zamachnął się obiema rękoma, gotowy uderzyć pasem ze wszystkich sił Ruth po głowie.

Caitlin ruszyła z miejsca. Zanim człowiek zdążył opuścić pas, skoczyła w powietrze z wyciągniętą prawą dłonią i chwyciła go za gardło. Uniosła go w górę wysoko, wyżej od siebie, i popchnęła w tył, aż walnął o mur i go ukruszył.

Przytrzymała go tak zwisającego przed nią, z siniejącą twarzą. Była znacznie od niego mniejsza, lecz nie miał żadnej szansy w jej stalowym uścisku.

W końcu pozwoliła mu osunąć się w dół. Sięgnął po pas, a wówczas Caitlin odchyliła się i kopnęła go mocno w twarz, łamiąc mu nos.

Potem odchyliła się znowu i kopnęła go w tors z taką siłą, że poleciał kilkanaście stóp w tył. Uderzył w mur na tyle silnie, że zostawił po sobie wklęsły ślad w cegłach i w końcu osunął się na ziemię, wyglądając jak nieboskie stworzenie.

Lecz Caitlin wciąż czuła krążący w jej żyłach gniew. Pomyślała o niewinnej dziewczynce, o Ruth. Od dawna już nie czuła takiej furii. Nie potrafiła nad sobą zapanować. Podeszła do niego, wyrwała pas z jego dłoni, wzięła zamach i uderzyła go mocno w ogromny brzuch.

Mężczyzna szarpnął się i złapał za brzuch.

Kiedy usiadł, kopnęła go wprost w twarz. Trafiła w podbródek. Jej uderzenie cisnęło nim do tyłu, aż uderzył tyłem głowy o ziemię. Wreszcie stracił przytomność.

Caitlin nadal jednak nie była zadowolona. Nie łatwo przychodziło jej wzniecić w sobie taką furię, ale kiedy już do tego doszło, nie potrafiła się uspokoić.

Podeszła, położyła mu stopę na gardle i już była gotowa zabić go na miejscu.

– Caitlin! – odezwał się ostry głos.

Odwróciła się i z wciąż pulsującym w niej gniewem zauważyła stojącego za sobą Caleba. Powoli potrząsnął głową i spojrzał na nią z reprymendą we wzroku.

– Już dość go sponiewierałaś. Zostaw go.

Coś w głosie Caleba dotarło do jej umysłu.

Niechętnie uniosła stopę.

Zauważyła w oddali ogromną balię wypełnioną ściekami. Zauważyła też tłustą, ciemną maź przelewającą się przez jej brzegi i poczuła idący od niej smród.

Idealnie.

Schyliła się, podrzuciła mężczyznę w górę, mimo, że z pewnością ważył grubo ponad trzysta funtów, i przeszła z nim przez alejkę. Wrzuciła go do kadzi głową w dół.

Wylądował z pluskiem. Zobaczyła jak utknął po szyję w odchodach. Z przyjemnością pomyślała o chwili, kiedy mężczyzna w końcu się obudzi i zda sobie sprawę, gdzie się znalazł. W końcu była usatysfakcjonowana.

I dobrze, pomyślała. To właśnie jest twoje miejsce.

Natychmiast przyszła jej na myśl Ruth. Podbiegła do niej i obejrzała ślad pozostawiony na jej karku przez pas; wilczyca kuliła się i powoli wracała do siebie. Caleb również podszedł i przyjrzał się jej uważnie. Ruth położyła głowę na kolanach Caitlin i zaskomlała. Ta pocałowała ją w czoło.

Nagle Ruth otrząsnęła się, wyrwała z ich objęć i pobiegła przez alejkę w stronę dziewczynki.

Caitlin obróciła się na pięcie. Nagle przypomniała sobie i również podbiegła do niej.

Ruth zbliżyła się i zaczęła lizać ją po twarzy. Jej język rozproszył uwagę dziewczynki na tyle, że powoli jej histeryczne łkanie minęło. Siedząc na ziemi, w zabrudzonej sukience, ze śladami po uderzeniach pasa na plecach, z których zaczęła sączyć się krew, dziewczynka spojrzała ze zdziwieniem na Ruth.

W miarę, jak Ruth lizała ją raz po raz, dziewczynka otworzyła szeroko oczy. W końcu wyciągnęła dłoń i powoli, z wahaniem pogłaskała Ruth. Potem objęła ją i przytuliła do siebie. Ruth odwzajemniła się, przysuwając jeszcze bliżej do dziewczynki.

Zadziwiające, pomyślała Caitlin. Ruth wyczuła tę dziewczynkę z odległości kilku skrzyżowań. Wyglądało to tak, jakby obydwie znały się od wieków.

Caitlin podeszła i uklękła przy dziewczynce. Podparła ją ręką i pomogła usiąść.

– W porządku? – spytała.

Zszokowana dziewczynka spojrzała na nią, potem na Caleba. Zamrugała powiekami kilkukrotnie, jakby zastanawiając się, kim są ci ludzie.

W końcu, powoli, skinęła głową potakująco. Miała szeroko otwarte oczy i wyglądała na zbyt przerażoną, by cokolwiek powiedzieć.

Caitlin sięgnęła dłonią i delikatnie sczesała zmierzwione włosy z jej twarzy. – Już dobrze – powiedziała. – Już nigdy więcej cię nie skrzywdzi.

Dziewczynka przybrała minę, jakby zaraz znów miała zacząć płakać.

 

– Jestem Caitlin – powiedziała. – A to Caleb.

Dziewczynka spojrzała na nich wciąż bez słowa.

– Jak masz na imię? – spytała Caitlin.

Po kilku sekundach dziewczynka odparła:

– Scarlet.

Caitlin uśmiechnęła się.

– Scarlet – powtórzyła. – Jakie piękne imię. A gdzie są twoi rodzice?

Potrząsnęła głową.

– Nie mam żadnych. A on jest moim opiekunem. Nienawidzę go. Codziennie mnie bije. Bez powodu. Nienawidzę go. Proszę, nie każcie mi wracać do niego. Nie mam nikogo innego.

Caitlin odwróciła się w stronę Caleba i zobaczyła, że oboje pomyśleli to samo w tej samej chwili.

– Jesteś już bezpieczna – powiedziała Caitlin. – Nie musisz już niczym się martwić. Możesz iść z nami.

Oczy Scarlet rozwarły się szeroko ze zdziwienia i zachwytu. Niemal się uśmiechnęła.

– Naprawdę? – spytała.

Caitlin uśmiechnęła się do niej, wyciągnęła dłoń i Scarlet chwyciła ją, korzystając z pomocy, by stanąć na nogach. Caitlin zauważyła rany na jej plecach. Wciąż broczyły krwią. Poczuła, jak gdzieś głęboko odezwała się i zawładnęła nią moc. Przypomniała sobie nauki Aidena, słowa o mocy jednoczącej cały świat i poczuła głęboko w sobie moc, której jeszcze nie znała. Od zawsze miała w sobie moc, którą wywoływał gniew, jednak czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Ta moc była odmienna, nowa, rozchodziła się mrowieniem od stóp, przez całe ciało, ręce, aż po koniuszki palców.

Była to moc uzdrawiania.

Caitlin przymknęła oczy i delikatnie położyła dłonie na plecach Scarlet, tam, gdzie były ślady uderzeń. Zaczęła oddychać głęboko, wzywać moc całego świata, wiedzę przekazaną jej przez Aidena i wysłała ku dziewczynce białe światło. Poczuła, jak jej ręce stały się bardzo gorące, jak niewiarygodna energia zaczęła krążyć w całym jej ciele.

Nie była pewna, ile minęło czasu do chwili, kiedy znów otworzyła oczy. Podniosła wzrok i zobaczyła gapiącą się na nią Scarlet z oczyma szeroko otwartymi ze zdziwienia. Caleb wpatrywał się w nią, równie zdumiony.

Caitlin spuściła wzrok i zauważyła, że rany na plecach Scarlet całkowicie się zagoiły.

– Jesteś czarodziejką? – spytała Scarlet.

Caitlin uśmiechnęła się szeroko.

– Coś w tym rodzaju.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Sam szybował nad angielską ziemią wraz z Polly, która trzymała się jednak w pewnej odległości od niego. Ich skrzydła były w pełni rozpięte, ale daleko im było do siebie, jako że każde chciało zachować dystans. Samowi to odpowiadało i zakładał, że jej również. Lubił Polly. Naprawdę ją lubił. Lecz po niepowodzeniu z Kendrą, nie był gotowy zbliżyć się do kogokolwiek odmiennej płci jeszcze przez długi czas. Musiało minąć trochę czasu, zanim byłby w stanie zaufać komuś ponownie. Nawet komuś tak bliskiemu jego siostrze, jak zdawałoby się Polly.

Lecieli już od kilku godzin i kiedy Sam spojrzał w dół, w świetle porannego słońca ujrzał bezkresne połacie pól uprawnych, sporadycznie poprzetykanych niewielkimi domkami, z których kominów ulatywał dym nawet w tak piękny, jesienny dzień. Zauważył pojedyncze osoby na podwórzu domostw, zajęte pracą przy odzieży, rozwieszające pranie na sznurach. Samych domów nie było jednak zbyt wiele. Cały ten krajobraz był na wskroś wiejski, tak bardzo, że Sam zaczął się zastanawiać, czy w ogóle istniały jakieś miasta w tych czasach – kiedykolwiek i gdziekolwiek byli.

Nie miał pojęcia, dokąd się kierować, a i Polly nie była zbyt pomocna. Oboje użyli swych wampirzych zmysłów, by dostroić się do rzeczywistości, wykorzystać swoje bliskie relacje z Caitlin, by wyczuć gdzie mogłaby być. Intuicja podpowiadała im ogólnie, w jakim kierunku powinni się udać i lecieli tam już od kilku godzin. Od tego czasu jednak nie natrafili na żadną wskazówkę, żaden bezpośredni trop. Instynkt podpowiadał Samowi, że Caitlin była w jakimś dużym mieście. Lecz przez setki mil nie minęli po drodze nic, co choćby odrobinę przypominało miasto.

Kiedy zaczynał zastanawiać się, czy wybrali dobry kierunek, skręcili i widok, który odkryli nagle całkowicie ich zaskoczył. W oddali, na horyzoncie rozpościerało się miasto. Nie potrafił go rozpoznać i nie był pewien, czy w ogóle będzie w stanie je rozpoznać, nawet z bliska. Jego wiedza geograficzna była raczej skromna, tym bardziej historyczna. Powodem tego były zbyt częste przeprowadzki, złe towarzystwo i brak uwagi na zajęciach szkolnych. Był trójkowym uczniem, choć wiedział, że stać go było na więcej. Zważywszy jednak na wychowanie, nie widział powodu, by zaczęło mu zależeć. I teraz tego pożałował.

– To Londyn! – zawołała Polly z zachwytem i zaskoczeniem. – O mój Boże! Londyn! Nie wierzę! Jesteśmy w Londynie! Naprawdę! Co za niezwykłe miejsce! – zawołała z podekscytowaniem w głosie.

Dzięki Bogu za Polly, pomyślał Sam i poczuł się głupi, jak nigdy. Zdał sobie sprawę, że wiele mógł się od niej nauczyć.

Kiedy podlecieli bliżej i ich oczom ukazały się budynki, Sam nie mógł wyjść z podziwu dla piękna architektury. Nawet z tak dużej odległości dostrzegał kościelne iglice pnące się do nieba, szpikujące całe miasto niczym rząd kopii. Kiedy zbliżyli się jeszcze bardziej, Sam zauważył, jakie były wytworne i wspaniałe – i zdumiał się, ponieważ wyglądały bardzo staro i szacownie. Poza nimi cała reszta zabudowań była niewspółmiernie mała.

Kiedy ogarnął to wszystko wzrokiem, wyczuł z całą pewnością, że Caitlin tu była. Myśl ta uradowała go i podekscytowała.

– Tam jest Caitlin! – zawołał. – Czuję to.

Polly uśmiechnęła się

. – Ja również! – krzyknęła.

Po raz pierwszy, od kiedy wylądował w tym miejscu i w tych czasach Sam wreszcie poczuł się pewniej, odniósł silne wrażenie, że oto znał już kierunek i cel. W końcu uznał, że był na dobrej drodze.

Spróbował wyczuć, czy groziło jej jakieś niebezpieczeństwo. Choć bardzo się starał, nic z tego nie wynikło. Pomyślał o chwili, kiedy widział ją po raz ostatni, w Paryżu, zanim uciekła z Notre Dame. Była z tym facetem – Calebem – i zastanawiał się, czy nadal byli ze sobą. Spotkał Caleba raz czy dwa, ale to wystarczyło, żeby go bardzo polubił. Miał nadzieję, że Caitlin wciąż z nim była, i że Caleb troszczył się o nią. Miał dobre przeczucie co do ich związku.

Polly zanurkowała nagle nisko, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, podlatując do dachów. Albo nie obchodziło jej, czy Sam za nią poleci, albo założyła, że tak zrobi. Zdenerwowała go tym. Wolałby, żeby go uprzedzała lub przynajmniej okazywała mu szacunek, sygnalizując w jakiś sposób, co zamierzała zrobić. A mimo to, jakąś częścią swego serca czuł, że jej na nim zależało. Może tylko zgrywała taką trudną do zdobycia?

I dlaczego niby miałoby to jemu sprawiać jakąś różnicę? Czy nie wmówił sobie przed chwilą, że jak na razie nie interesowały go żadne dziewczyny?

Zanurkował nisko i wyrównał do jej wysokości. Lecieli zaledwie kilka stóp nad miastem. Postarał się zboczyć nieco w lewo, tak, żeby lecieli w jeszcze większej odległości od siebie. Co ty na to? pomyślał.

Kiedy zbliżyli się do centrum miasta, Sam doznał wstrząsu. Zarówno te czasy, jak i miejsca były bardzo odmienne, tak różne od wszystkiego, co do tej pory widział, czy doświadczył. Był blisko dachów. Miał wrażenie, że mógł po prostu sięgnąć dłonią i ich dotknąć. Większość budynków była niska, miała najwyżej kilka pięter i pochyłe dachy pokryte czymś, co wyglądało na wielkie sterty siana czy słomy. Większość budynków pomalowano na jaskrawy, biały kolor z brązowymi obwódkami. Kościoły – ogromne, z marmuru, bądź też wapieni – wyrastały z tego krajobrazu, dominując nad całymi dzielnicami. Tu i ówdzie widniały też jakieś inne budowle, które wyglądały jak pałace. Zgadywał, że prawdopodobnie były to rezydencje rodziny królewskiej.

Miasto rozdzielała szeroka rzeka, nad którą właśnie przelatywali. Rzeka tętniła życiem – poruszały się po niej różnego typu i rozmiaru łodzie. Obejrzawszy się na ulice, Sam zauważył, że i tam było gwarno. Nie mógł uwierzyć, jak bardzo były zatłoczone. Ludzie byli dosłownie wszędzie i przemykali pospiesznie tu i tam. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie, za czym tak ganiali. Przecież nie mieli internetu, ani e-maili, faksu, czy choćby telefonów.

Mimo to, niektóre części miasta wydawały się stosunkowo spokojne. Nieutwardzone drogi, rzeka i te wszystkie łodzie sprawiały wrażenie sielankowości. Nie było tu samochodów, autobusów, klaksonów, ciężarówek, czy też odgłosów przyspieszających motocykli. Panowała względna cisza.

Do chwili, kiedy nagle podniósł się ryk.

Sam odwrócił głowę. Polly zrobiła to samo.

W oddali po prawej stronie zobaczyli wielką arenę, zbudowaną na planie idealnego okręgu i pnącą się wzwyż na kilka pięter. Przypominała rzymskie Koloseum, aczkolwiek była znacznie mniejsza.

Mając widok niczym z lotu ptaka, Sam zauważył na środku areny jakieś duże zwierzę, które biegało dookoła, a wokół niego biegało mnóstwo innych mniejszych zwierząt. Nie potrafił pojąć tego, co miał przed oczyma, lecz na trybunach zauważył setki ludzi. Wszyscy stali, wiwatowali i wyli.

Nagle poczuł mrowienie na ciele. I to nie z powodu tego, co widział, ale dlatego, że nagle wyczuł dojmującą obecność Caitlin. Tam, w tym miejscu.

– Moja siostra! – krzyknął do Polly. – Ona tam jest – powiedział, wskazując kierunek. – Wyczuwam ją.

Polly spojrzała w dół i zmarszczyła brwi.

– Nie byłabym tego taka pewna – powiedziała. – Nic nie czuję.

Odwróciła głowę w inną stronę i wskazała na most wyłaniający się znad horyzontu.

– Ja wyczuwam ją w tamtym miejscu.

Sam spojrzał w tym kierunku i zobaczył ogromny most spinający brzegi rzeki. Był zaskoczony, kiedy ujrzał na nim stoiska wszelakiego rodzaju, a jeszcze bardziej, kiedy zobaczył kilku więźniów stojących na szafocie, z pętlami na szyjach i kapturami na głowach. Wyglądało na to, że za chwilę mieli zostać straceni. Wokół nich zbierał się ogromny tłum.

– W porządku – powiedział i nagle zanurkował nisko, wprost w kierunku mostu. Pomyślał, że ją uprzedzi i jako pierwszy zniży teraz lot.

Wylądował na moście, nie odwróciwszy się nawet, i po chwili wyczuł lądującą kilka stóp za nim Polly. Wyrównała z Samem i razem ruszyli, tuż obok siebie, a jednak zachowując dystans, nie patrząc jedno na drugie. Był dumny z tego, że utrzymywał ich znajomość na neutralnym gruncie. Nie było mowy o choćby pozornej bliskości, czego akurat oboje pragnęli.

Widok na moście zdumiał Sama bez reszty. Był przytłaczający, a potęgowała go jeszcze mnogość bodźców ze wszystkich stron.

– Wygarbować dla ciebie skórę, synu? – spytał go jakiś mężczyzna i podsunął pod nos kawałek niewyprawionej skóry. Jego oddech cuchnął i Sam czmychnął mu z drogi.

– A teraz dokąd? – spytał Polly.

Zlustrowała most, szukając wszędzie Caitlin. Sam postąpił podobnie. Lecz nigdzie nie było jej widać.

Polly wzruszyła w końcu ramionami.

– Nie wiem – odparła. – Wyczuwałam ją tu wcześniej, ale teraz… nie jestem pewna.

Sam odwrócił się i spojrzał w dal na horyzont, z powrotem w stronę areny.

– Wyczułem ją tam wcześniej – powiedział. – Na tej arenie, nad którą przelecieliśmy.

– W porządku – powiedziała Polly. – Chodźmy tam. Ale na piechotę – w razie, gdyby jednak była na moście.

Idąc przez most, przeciskając się przez wszystkich sprzedawców, Polly widocznie się rozchmurzyła i odzyskała swój dawny rezon.

– Spójrz na ubrania tych ludzi! – powiedziała. – Na to, co mają na sobie. Zdumiewające, nieprawdaż? Sądzę, że spaliłabym się ze wstydu, nosząc coś takiego, ale dostrzegam w tym praktyczność. Zastanawiam się, jak ta moda wchodzi w życie. Znaczy, jak zmienia się z pokolenia na pokolenie? Wariactwo, nieprawdaż? Zastanawiałam się, jakie kolory bym nosiła, gdyby przyszło mi żyć w tych czasach, gdybym była jedną z tych ludzi…

Sam westchnął. Polly znów zaczęła swoją tyradę i wiedział, że nic nie było w stanie jej teraz powstrzymać. Zignorował ją w duchu.

Idąc dalej, obserwował twarze ludzi na moście, szukając jakiejkolwiek oznaki Caitlin. Wciąż wydawało mu się, że ją dostrzegał, ale już po chwili tylko się rozczarowywał. W pewnym momencie zobaczył dziewczynę, która od tyłu wyglądała dokładnie jak Caitlin i chwycił ją za ramię.

– Caitlin! – wykrzyknął.

Dziewczyna odwróciła się, a on z zażenowaniem stwierdził, że to nie ona; dziewczyna zaś obrzuciła go dziwnym spojrzeniem i odeszła.

Wkrótce pokonali most i stanęli z powrotem na ziemi. Sam zauważył wielki znak z napisem Southwark. Skręcił w prawo, w kierunku areny.

Znaleźli się na ulicy Clink Street i minęli ogromne więzienie. Usłyszeli kolejny ryk, a Sam utwierdził się w przekonaniu, że była tam. Caitlin. Jego siostra. Zaledwie kilka ulic dalej.

Przyspieszyli kroku, a kiedy pokonali kolejny zakręt, Sama uderzył rozciągający się przed nim widok: przed wielką areną kłębiły się setki ludzi – prostaków i wichrzycieli, którzy pospiesznie wchodzili do środka, bądź wychodzili na zewnątrz.

 

Zatrzymał się i odwrócił w kierunku Polly. Stała obok, wyglądając na zdumioną.

– Czuję, że tam jest – powiedział do niej. Chcesz sprawdzić?

Polly wpatrywała się w tłum, wyglądając na zbulwersowaną.

– Ci ludzie wyglądają, jakby nie myli się od roku – powiedziała. – A ich ubiór pozostawia wiele do życzenia.

Wyminął ich ogromny, spocony typ bez koszuli, z owłosionymi rękoma. Otarł się o Polly i pozostawił jej swój pot na ramieniu, który natychmiast starła.

– Obrzydliwość – powiedziała.

Sam również czuł odrazę.

– Nie wiem – powiedziała Polly. – Nie wyczuwam jej w środku. A i to miejsce nie sprawia na mnie dobrego wrażenia.

Sam zlustrował twarze. – Masz jakiś inny pomysł? – spytał.

Zauważył, że Polly przymknęła oczy na kilka sekund. W końcu je otworzyła. Z jej twarzy wyzierała frustracja.

– Nie – powiedziała.

– Więc sprawdźmy tutaj – powiedział Sam. – Nie mamy nic do stracenia.

*

Sam miał się na baczności, kiedy przeszli przez wielkie, sklepione łukiem wejście na arenę. Przypomniał sobie, jak wchodził do rzymskiego Koloseum, jedynie rozmiary były tu mniejsze.

Panujące w powietrzu napięcie było niemal namacalne. Tuż przed nimi, na wysokości ich wzroku, znajdowała się okrągła, pokryta ziemią powierzchnia otoczona zewsząd rzędami drewnianych siedzeń, pnących się w górę na kilka poziomów. W zatłoczonym wnętrzu nie było ani jednego wolnego miejsca, a wszyscy stali. Ludzie tłoczyli się niemożliwie blisko siebie, ramię przy ramieniu, i wsparci na drewnianych poręczach krzyczeli na cały głos.

Sam spuścił wzrok, by zobaczyć, dlaczego tak się zachowywali. Na środku ziemistej areny stał wielki, brunatny niedźwiedź przytroczony do pala żelaznym, mierzącym dziesięć stóp łańcuchem umocowanym na tylnej łapie. Niedźwiedź warczał i ryczał, próbując się uwolnić, ale wszystko na próżno.

Biegał w koło, w tę i z powrotem, ciągnąc za łańcuch ze wszystkich sił – ale nadaremnie. Za każdym razem, kiedy próbował się uwolnić, tłumy zdawały się na nowo podekscytowane, okazując to kolejnymi okrzykami i szyderstwami. Sam przyglądał się ich twarzom z uwagą i dostrzegł, że większość z nich była pijana, w ich rękach tkwiły flaszki, a jeszcze nie minęło południe.

Tu, gdzie byli, również panował ścisk. Przy wejściu kłębiły się setki ludzi, cisnąc się ramię przy ramieniu, popychając Sama i Polly. Wcześniej Polly trzymała się w pewnej odległości od Sama, jednak teraz przysunęła się do niego. Najwyraźniej była podenerwowana.

Torował im obojgu drogę, przepychając się do przodu, by mogli lepiej się rozejrzeć. Bacznie obserwował twarze zgromadzonych ludzi, starając się nie przegapić Caitlin. Jednakże panował tu zbyt wielki chaos, a w powietrzu czuć było nagromadzone wielkie napięcie i jego zmysły nie mogły zadziałać. Jak dotąd, nigdzie nie widział Caitlin i zaczął się zastanawiać, czy w ogóle byli we właściwym miejscu. Być może, przychodząc tutaj, popełnił błąd. Może Polly miała rację.

Nie potrafił również zrozumieć, z jakiego powodu tak naprawdę ci wszyscy ludzie byli rozentuzjazmowani, widząc jedynie przykutego do pala niedźwiedzia.

Wtem stało się.

Rozbrzmiał dźwięk trąbki i wokół całej areny otworzyły się klapy, zza których wyskoczył, w idealnym okręgu, tuzin myśliwskich psów. Wszystkie rzuciły się na niedźwiedzia. Sam nie mógł uwierzyć w to, co widział.

Psy skoczyły wysoko w powietrze, rozwarły kły i pazury i runęły na niedźwiedzia. Pierwszy, który do niego dotarł, zatopił kły w jego tylnej łapie.

Niedźwiedź obrócił się rozeźlony i zmiótł z siebie psa jednym zamachem. Jego ogromne pazury rozorały psa na pół i ten osunął się na ziemię nieżywy.

Tłum zawył z aprobatą.

Pozostałe psy atakowały niedźwiedzia ze wszystkich stron, a ten brutalnie odpierał ich ataki. Psy zadawały mu rany, gryząc i drapiąc, ale niedźwiedź czynił większe szkody, zabijając i raniąc je jednym kłapnięciem szczęki.

– ZAKŁADY! STAWIAJCIE ZAKŁADY! – ktoś krzyknął. Sama i Polly wyminął jakiś człowiek z sakwą pełną monet i otwartą pustą dłonią. Różni ludzie sięgali do niej, ocierając się o Sama, i wciskali różnorodne monety. Mężczyzna wkładał je do sakwy i w zamian wydawał im kwity.

– Dwadzieścia pensów na psy! – wydarł się jakiś mężczyzna i wrzucił monetę na dłoń.

– Dwa funty na niedźwiedzia! – zawołał kolejny człowiek.

Mężczyzna zatrzymał się przed Samem i Polly, spojrzał na nich i wyciągnął dłonie. – Czy młoda para zechce zrobić jakiś zakład? – zapytał.

Zażenowany Sam spojrzał na Polly, a ona odwróciła wzrok na równi skrępowana.

– Nie jesteśmy parą – poprawiła Polly z rumieńcami na twarzy.

Mężczyźnie było raczej wszystko jedno. Uświadomiwszy sobie, że nie zawrą zakładu, ruszył dalej.

Sam był speszony, ale też, wbrew sobie, poczuł się nieco zraniony, kiedy Polly tak szybko wyjaśniła, że nie są parą. Przecież nie byli. Nie musiała jednak zaznaczać tego z takim uporem.

Mężczyzna poszedł dalej, ale już w następnej chwili pojawił się kolejny, tym razem z torbą na ramieniu. – DŻIN! DŻIN SPRZEDAJĘ! Piętnaście pensów!

Jakiś potężny, pijany mężczyzna otarł się o Sama i wyciągnął rękę po flaszkę dżinu, jednocześnie brutalnie uderzając Polly, aż się potknęła.

Sam poczuł jak rozgorzał w nim gniew. Odwrócił się do Polly i zauważył, że była zdenerwowana.

– W porządku? – zapytał.

Skinęła potakująco, lecz wciąż wyglądała na wstrząśniętą.

– Chodźmy już – powiedziała. – Caitlin tu nie ma. Chcę jak najszybciej się stąd wydostać.

Sam zamierzał już odejść, zwłaszcza że najwidoczniej nie było tu jego siostry – ale nie był jeszcze gotowy, aby ot tak pójść sobie. Był oburzony, że mężczyzna tak po chamsku popchnął Polly i nie uważał za właściwe opuścić tego miejsca, zanim nie oznajmił, co leżało mu na sercu.

– Piętnaście pensów – sprzedawca powiedział do tego wielkiego człowieka.

Mężczyzna wydobył nagle skądś niewielki nóż i przyłożył do gardła sprzedawcy.

– Co powiesz na flaszkę za twoje życie? – odparł mężczyzna.

Sprzedawca ulotnił się szybko z szeroko otwartymi ze strachu oczyma.

Mężczyzna zaś odwrócił się, chcąc wrócić na swoje miejsce.

W tym momencie Sam zablokował mu przejście. Odważnie zmierzył go wzrokiem, po czym spojrzał prosto w oczy.

– Jesteś jej winien przeprosiny – powiedział spokojnie zimnym tonem.

Mężczyzna, który był o dobrą stopę wyższy od Sama – i dwa razy szerszy w ramionach – spojrzał na niego z góry, jakby Sam raczył żartować, i wybuchnął groźnym śmiechem.

– Czyżby? – spytał.

Odwrócił się i spojrzał na Polly, potem oblizał swe ogromne, pulchne usta i praktycznie się oślinił.

– Powiem ci, co zrobimy: może wezmę ją ze sobą do domu na jedną rundkę, może dwie, i będę ją przepraszał przez całą noc. Tak. Sądzę, że właśnie tak zrobimy.

Mężczyzna zrobił krok w kierunku Polly, jakby chciał ją złapać.

Zanim jednak zdążył to zrobić, Sam wkroczył do akcji. Popchnął go tak mocno, że ten poleciał w tył przez tłum, powalając przy tym kilku innych gapiów, i wylądował na tyłku.

– Sam, chodźmy już – ponagliła go Polly niskim, pospiesznym tonem, chwytając go za ramię i próbują odciągnąć. – Proszę.

Sam nie był jeszcze gotowy odejść. Z jednej strony, tej racjonalnej, wiedział, że powinien to zrobić. Myśl ta jednak szybko znikła w zakamarkach jego umysłu. Na pierwszy plan wypłynęła inna: ta, która łaknęła krwi. I zemsty.

Poza tym, ten ogromny mężczyzna również nie był w nastroju, by komukolwiek coś wybaczyć. Jego twarz nabiegła krwią, kiedy tak siedział zażenowany na tyłku i spoglądał na Sama z czymś w rodzaju szoku. Zgromadzony wokół tłum, który widząc to, zaczął wyć i gwizdać na mężczyznę, również nie pomagał, a jedynie sprawił, że jego twarz jeszcze bardziej poczerwieniała.

Kiedy stanął z powrotem na nogi, dołączyło do niego dwóch kolejnych drabów. Sam zauważył, że byli przyjaciółmi tego pierwszego. Stali teraz przed Samem w sile trzech chłopa, a kiedy zbliżyli się do niego, każdy wyciągnął nóż.

– Mizerny chłopczyno – powiedział mężczyzna – zapłacisz za to swoim życiem. Mam nadzieję, że było dobre.

Cała trójka skoczyła na Sama.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?