3 książki za 34.99 oszczędź od 50%
Za darmo

Przemieniona

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział Szósty

Carnegie Hall było wypełnione po brzegi. Jonah szedł przodem, gdy przedzierali się przez gęsty tłum w kierunku kas, by odebrać zarezerwowane bilety. Nie było łatwo. Ludzie wyglądali na bogatych i wymagających, wszyscy zdawali się być spóźnieni. Caitlin nigdy nie widziała tylu dobrze ubranych osób w jednym miejscu. Większość mężczyzn nosiło smokingi, kobiety długie suknie wieczorowe. Zewsząd błyskały diamenty. Sytuacja była bardzo ekscytująca.

Jonah odebrał bilety i poprowadził ją schodami w górę. Podał je bileterowi, który oddarł kawałek każdego i zwrócił im resztę.

– Mogę zatrzymać jeden? – zapytała Caitlin, gdy Jonah chował bilety do kieszeni.

– Oczywiście – powiedział, podając jej bilet.

Obróciła bilet w palcach.

– Lubię zbierać takie rzeczy – dodała rumieniąc się – To chyba trochę sentymentalne.

Jonah uśmiechnął się, gdy włożyła kartonik do przedniej kieszeni.

Skierowano ich w głąb luksusowego korytarza, szli po grubym, czerwonym dywanie. Na ścianach wisiały w rzędzie zdjęcia artystów i wokalistów.

– A właściwie jak zdobyłeś te bilety? – spytała Caitlin.

– Od mojego nauczyciela gry – odpowiedział – Ma karnet na cały sezon. Nie mógł dziś przyjść, więc oddał je mnie. Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że sam ich nie kupiłem – dodał.

Spojrzała na niego zdziwiona.

– Tak powinno być na randce – wyjaśnił.

– Zupełnie nie przeszkadza – powiedziała – Zabrałeś mnie tutaj. Tylko to się liczy. Jest wspaniale.

Kolejny pracownik skierował Caitlin i Jonaha w kierunku małych drzwi, za którymi znajdowała się sala koncertowa. Byli wysoko, jakieś 20 metrów ponad dolnymi rzędami, na ich małym balkonie było tylko kilkanaście miejsc. Ich miejsca znajdowały się przy samym brzegu, zaraz przy barierkach.

Jonah otworzył dla niej siedzenie obite grubym pluszem. Spojrzała w dół na ten cały tłum i na wszystkich artystów. To najbardziej eleganckie miejsce, w jakim kiedykolwiek była. Spojrzała w dół na morze siwych włosów i poczuła, że jest conajmniej o 50 lat za młoda by tu siedzieć. Mimo to wszystko było niezwykle ekscytujące.

Jonah usiadł, a ich łokcie zetknęły się, poczuła przyjemne ciepło jego ciała tuż obok. Gdy siedzieli, czekając, chciała wziąć go za rękę, ale nie odważyła się. Więc tylko siedziała, mając cichą nadzieję, że to on złapie ją za rękę. Nic takiego się nie stało. Być może to trochę za wcześnie. A może on też był nieśmiały.

Zamiast tego wychylił się przez barierkę i wskazał przed siebie.

– Najlepsi skrzypkowie siedzą najbliżej krawędzi sceny – powiedział, wskazując miejsce – Tamta pani jest jedną z najlepszych skrzypaczek na świecie.

– Grałeś tu kiedykolwiek? – zapytała.

Jonah roześmiał się.

– Co ty – powiedział – Może i ta sala jest tylko kilkanaście ulic od naszej dzielnicy, ale równie dobrze mogłaby być na innej planecie, jeśli chodzi o talent artystów. Może któregoś dnia. – dodał.

Spojrzała w dół na scenę, na setkę muzyków strojących swoje instrumenty. Wszyscy byli ubrani bardzo elegancko i wydawali się bardzo poważni, bardzo skupieni. Dalej pod ścianą stał spory chór.

Nagle młody mężczyzna, może dwudziestoletni, o długich, rozpuszczonych, czarnych włosach, ubrany w smoking wkroczył dumnie na scenę. Przeciął szybko rzędy muzyków, kierując się w stronę środka sceny. W tym momencie widownia poderwała się na nogi z oklaskami.

– Kto to taki? – spytała Caitlin.

Artysta dotarł do środka sceny i zaczął kłaniać się kilkukrotnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Nawet z takiej odległości Catlin dobrze widziała, że był zaskakująco przystojny.

– Siergiej Rakow – odpowiedział Jonah – Jest jednym z najlepszych wokalistów świata.

– Wydaje się strasznie młody.

– Tu nie idzie o wiek, tylko o talent – odpowiedział Jonah – Ludzie dzielą się na utalentowanych i utalentowanych. Z takim talentem trzeba się urodzić – i bardzo ciężko nad nim pracować. Nie cztery godziny ćwiczeń dziennie, a osiem godzin. Codziennie. Robiłbym tak samo, ale mój tata nigdy na to nie pozwoli.

– Czemu?

– Nie chce, by altówka była jedyną rzeczą w moim życiu.

W jego głosie wyraźnie słychać było rozczarowanie.

Wreszcie oklaski zaczęły cichnąć.

– Dziś wieczór grają Dziewiątą Symfonię Beethovena – powiedział Jonah – To pewnie jego najsławniejsza symfonia. Słyszałaś ją kiedyś?

Caitlin potrząsnęła głową, czuła się głupio. Miała muzykę klasyczną na lekcjach w dziewiątej klasie, ale zupełnie na nich nie uważała. Nigdy ją to nie wciągnęło, zresztą dopiero co się przeprowadzili, więc była strasznie rozkojarzona. Teraz żałowała, że ją to ominęło.

– Do jej odegrania potrzeba wielkiej orkiestry – powiedział – i wielkiego chóru. Pewnie potrzeba na scenie więcej artystów niż dla jakiejkolwiek innej muzyki. Efekt jest fantastyczny. Dlatego jest tak tłoczno.

Rozejrzała się po sali. Na widowni siedziało tysiące ludzi. Ani jedno miejsce nie było wolne.

– Ta symfonia była ostatnią, którą skomponował Beethoven. Był na łożu śmierci i zdawał sobie z tego sprawę. Słychać to w muzyce, dźwięki nadchodzącej śmierci – spojrzał na nią i uśmiechnął się przepraszająco – Wybacz, trochę mroczny nastrój.

– W porządku – powiedziała. Rzeczywiście tak było. Uwielbiała go słuchać. Miał bardzo przyjemny głos i mówił interesujące rzeczy. Reszta jej przyjaciół zawsze prowadziła radosne rozmowy o niczym, Caitlin zawsze chciała czegoś więcej. Miała szczęście, że go poznała.

Chciała tak wiele powiedzieć Jonahowi, miała tyle pytań, które chciała zadać – ale światła nagle przygasły, a rozmowy na widowni zaczęły cichnąć. Porozmawiają później. Odchyliła się na oparcie i usiadła wygodnie.

Spojrzała w dół i ze zdziwieniem zobaczyła dłoń Jonaha. Położył rękę na oparciu między ich fotelami, wnętrzem do góry, jakby czekając na nią. Wyciągnęła swoją rękę, powoli, by nie wyglądać na zdesperowaną i położyła swoją dłoń w jego dłoni. Jego dotyk był delikatny i ciepły, poczuła jakby ich dłonie łączyły się już na zawsze.

Orkiestra zaczęła grać, wraz z pierwszymi nutami – miękką, spokojną melodią – poczuła falę błogiego szczęścia i zdała sobie sprawę, że nigdy w życiu nie było jej tak dobrze. Zupełnie zapomniała o wydarzeniach poprzedniego dnia. Nawet jeśli to były dźwięki niechybnej śmierci – słuchało się ich wspaniale.

*

Gdy Caitlin siedziała zasłuchana w muzykę, zastanawiając się dlaczego nigdy wcześniej jej nie słyszała, myśląc nad tym jak sprawić, by randka z Jonahem trwała jak najdłużej – ból powrócił. Uderzył nagle, prosto w brzuch, jak wtedy na ulicy, ostatkiem silnej woli powstrzymała się, by nie upaść przy Jonahu. Zagryzła zęby w ciszy i starała się oddychać. Czuła krople potu występujące jej na czoło.

Kolejne ukłucie.

Tym razem jęknęła z bólu, tylko trochę, na tyle cicho, że muzyka wchodząca w crescendo prawie ją zagłuszyła. Mimo to Jonah chyba usłyszał, ponieważ odwrócił się ku niej zaniepokojony. Delikatnie dotknął jej ramienia.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Nic nie było w porządku. Ból był ogłuszający. I jeszcze coś: głód. Chciała wyć z głodu. Nigdy w życiu nie czuła nic podobnego.

Zerknęła na Jonaha, jej oczy natychmiast powędrowały w kierunku szyi. Skupiła się na pulsującej arterii, podążała za nią wzrokiem, od ucha, w stronę gardła. Obserwowała pulsujący rytm, liczyła uderzenia serca.

– Caitlin? – zapytał znowu.

Pragnienie było zupełnie obezwładniające. Wiedziała, że jeśli nie ruszy się z miejsca natychmiast, nię będzie potrafiła się opanować. Musiała coś zrobić, była pewna, że za chwilę zatopi zęby w szyi Jonaha.

Ostatkiem silnej woli zerwała się raptownie z siedzenia, jednym szybkim susem przeskoczyła nad kolanami Jonaha i puściła się pędem po schodkach, w kierunku drzwi.

W tej samej chwili światła w sali nagle rozjarzyły się jasno, a ostatnie dźwięki muzyki ucichły. Przerwa. Cała widownia wstała na nogi w głośnych oklaskach.

Caitlin doskoczyła do drzwi kilka sekund przed tym, jak tłumy zaczęły wychodzić z pomiędzy rzędów.

– Caitlin?! – krzyknął Jonah gdzieś zza jej pleców. Pewnie właśnie podnosił się z siedzenia by iść za nią.

Nie mogła pozwolić, żeby zobaczył ją w takim stanie. Co więcej, nie mogła pozwolić, by się do niej zbliżył. Czuła się jak dzikie zwierze. Pędziła pustymi korytarzami Carnegie Hall, idąc coraz szybciej, aż wreszcie puszczając się pędem.

Zanim się zorientowała, biegła z szaloną prędkością, przebiegając całe korytarze w kilka chwil. Była dzikim zwierzęciem, polowała. Potrzebowała pożywienia. Jedyne, czego była pewna, to że musiała uciec od tłumu. I to szybko.

Znalazła drzwi wyjściowe i rzuciła się na nie barkiem. Były zamknięte, ale siła uderzenia była na tyle duża, że wyważyła je z zawiasów.

Za drzwiamy znajdowały się schody, niedostępne dla publiczności. Popędziła w dół, przeskakując po trzy schody na raz, by znowu znaleźć się przed zamkniętymi drzwiami. Je także wyważyła ramieniem i znowu była w jakimś korytarzu.

Był jeszcze bardziej elegancki i bardziej pusty niż inne. Nawet ogarniętą szałem zdawała sobie sprawę, że dotarła gdzieś za kulisy. Podążyła w głąb korytarza, wijąc się z bólu. Wiedziała, że nie wytrzyma ani chwili dłużej.

Uniosła rękę i pchnęła pierwsze napotkane drzwi, które otworzyły się z trzaskiem. Za nimi znajdowała się garderoba.

Przed lustrem siedział Siergiej, gwiazda wieczoru, patrząc w swoje odbicie. Widać jakimś sposobem trafiła do jego prywatnej garderoby.

Wstał, zirytowany.

 

– Przykro mi, to nie czas na autografy – burknął – Ochrona powinna panią o tym poinformować. Tą chwilę mam tylko dla siebie. Teraz proszę wybaczyć, muszę się przygotować.

Caitlin z gardłowym warknięciem skoczyła mu prosto do gardła, zatapiając głęboko zęby.

Zdołał krzyknąć. Ale już było za późno.

Jej zęby wbiły się głęboko w jego żyły, piła łapczywie. Czuła jego krew wypełniającą jej żyły, czuła, że pragnienie powoli przechodzi. Tego właśnie potrzebowała. I nie mogła czekać ani chwili dłużej.

Siergiej opadł nieprzytomny z powotem w swój fotel, a Caitlin odchyliła umazaną krwią twarz i uśmiechnęła się. Odkryła nowy przysmak. Nic nie powstrzyma jej od posmakowania go po raz kolejny.

Rozdział Siódmy

Grace O’Reilly, detektyw nowojorskiego wydziału zabójstw, otworzyła drzwi wejściowe do Carnegie Hall i z miejsca wiedziała, że sprawy mają się źle. Widziała wielokrotnie rozszalałą prasę, to jednak przechodziło pojęcie. Reporterzy cisnęli się w niezliczonych rzędach.

– Pani detektyw! – podniosły się krzyki, gdy tylko weszła do pomieszczenia, zewsząd rozbłysły flesze.

Tłum reporterów ledwie się cofał, gdy Grace i jej podwładni torowali sobie drogę korytarzem wejściowym. Silna i żylasta czterdziestolatka, o krótkich, czarnych włosach i ciemnych oczach. Była twarda i przyzwyczajona do kłopotów. Tym razem kłopotów była cała masa. Reporterzy doskonale zdawali sobie sprawę ze skali zdarzenia i nie mieli zamiaru odpuścić. To zdecydowanie utrudni jej życie.

Młody artysta światowej sławy zamordowany u szczytu kariery. W samym środku Carnegie Hall, w chwili swojego debiutu w Ameryce. Prasy i tak miało być tu pełno, mieli opisywać koncert, roznieść wieści o tym występie po stronach gazet w każdym państwie świata. Jeśli cokolwiek zdarzyłoby się gwiazdorowi, potknąłby się, upadł czy skręcił kostkę – artykuły pojawiłyby się na pierwszych stronach.

Stało się inaczej. Został zamordowany. W trakcie swojego zasranego występu. Dwa kroki od miejsca, w którym śpiewał swoje arie, w przeciągu kilku minut. To po prostu szczyt wszystkiego. Prasa czepiła się tematu niczym rzep, nie mają zamiaru odpuścić.

Kilku reporterów rzuciło się na nią z mikrofonami.

– Pani detektyw! Słyszymy, że Siergiej zostać zagryziony przez dzikie zwierze. Czy to prawda?

Zignorowała ich i przepchnęła się dalej.

– Dlaczego nie zapewniono lepszej ochrony wewnątrz Carnegie Hall, pani detektyw? – zapytał inny reporter.

– Plotka głosi – krzyknął kolejny – że to robota seryjnego zabójcy, mówią o nim ‘Rzeźnik z Opery’. Co pani na to?

Gdy dotarła wreszcie do drugiego krańca holu wejściowego, obróciła się w ich stronę.

Tłum zamarł w ciszy.

– Rzeźnik z Opery? – powtórzyła – Postaralibyście się bardziej…

I zanim ktokolwiek zdołał zadać kolejne pytanie zatrzasnęła za sobą drzwi.

Grace wspinała się bocznymi schodami Carnegie Hall, otoczona podwładnymi, którzy po drodze zdawali jej raport z tego, co zaszło. Po prawdzie ledwo ich słuchała. Była zmęczona. Czterdzieści lat skończyła w tamtym tygodniu, nie powinna być tak wykończona. Jednak długie, marcowe noce dały jej w kość, potrzebowała odpocząć. To już trzecie morderstwo w tym miesiącu, nie licząc samobójstw. Potrzebowała trochę słońca, zieleni, miękkiego piasku pod stopami. Chciała znaleźć się w miejscu, w którym nikt nikogo nie mordował, gdzie nikt nawet nie myślał o samobójstwie. Marzyło się jej inne życie.

Zerknęła na zegarek, gdy wchodzili w korytarz prowadzący za kulisy. Pierwsza w nocy. A miejsce zbrodni na pewno jest już kompletnie zapaprane, ślady zatarte. Czemu nie zawiadomili jej wcześniej?

Powinna była wyjść za mąż mając trzydzieści lat, tak jak mówiła jej matka. Wtedy miała kogoś. Nie był doskonały, ale dawał radę. Ale skoncentrowała się na karierze, jak jej ojciec. Myślała, że tego właśnie by chciał. Ale teraz ojciec nie żyje, a ona nigdy nie usłyszała czego by sobie życzył. Była już zmęczona. I samotna.

– Brak świadków – rzucił jeden z detektywów dotrzymujących jej kroku – Kryminalistycy twierdzą, że do zdarzenia doszło między 10:15 a 10:28 wieczorem. Brak wyraźnych śladów szamotaniny.

Grace nie podobało się to miejsce zbrodni. Zbyt wiele osób kręciło się wokół, zbyt wiele osób było tu przed jej przybyciem. Każdy jej krok będzie obserwowany. I nieważne jak doskonała będzie jej robota – śmietankę na pewno spije ktoś inny. W dochodzenie zaangażowanych było zbyt wiele wydziałów, a to znaczyło zbyt wiele polityki.

Wreszcie przedostała się przez ostatnie grupki reporterów i weszła na teren odgrodzony policyjną taśmą, gdzie wstęp mieli tylko wysocy rangą oficerowie. Dopiero gdy minęła kolejny korytarz, rumor wreszcie ucichł. Znowu była w stanie myśleć.

Drzwi do garderoby ofiary były lekko uchylone. Podniosła rękę, założyła lateksową rękawiczkę i delikatnym pchnięciem otworzyła je na oścież.

Widziała już wszystko podczas swojej dwudziestoletniej służby. Widziała ludzi zamordowanych na wszystkie sposoby, nawet takie, które nie przyśniłyby się jej w najgorszych koszmarach. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziała.

Nie żeby scena była wyjątkowo krwawa. Ani że zbrodnia była wyjątkowo brutalna. To było coś innego, coś szczególnego. Było jakby zbyt cicho. Wszystko było na swoim miejscu. Oprócz ciała, oczywiście. Zabity siedział w fotelu, odchylony w tył, z odsłoniętą szyją. A na niej znajdowały się dwie niewielkie ranki, dokładnie w miejscu żyły.

Żadnej krwi. Ani śladu walki. Nawet rozdarcia na ubraniu. Wszystko pozostawione na swoim miejscu. Conajmniej jakby nietoperz sfrunął z sufitu, wyssał jego krew do ostatniej kropelki i odleciał, nie ruszając nic innego. Niesamowite. No i zupełnie przerażające. Gdyby nie trupioblada skóra zabitego, możnaby przysiąc, że nadal żyje, tylko uciął sobie drzemkę. Przez chwilę kusiło ją, by zbadać mu puls. Ale wiedziała, że to byłoby głupie.

Siergiej Rakow. Był młody. Był też, z tego co słyszała, zarozumiałym dupkiem. Czyżby już zdołał narobić sobie wrogów?

Cholera jasna, co tu się stało? Zamyśliła się. Zwierzę? Czy jednak człowiek? Jakaś nowa broń? A może sam zadał sobie te rany?

– Kąt natarcia ran wyklucza samobójstwo – powiedział detektyw Ramos, stając zaraz obok z notatnikiem w ręku, jak zwykle czytając jej w myślach.

– Chcę usłyszeć wszystko, co macie na jego temat – powiedziała – Chcę wiedzieć komu był winien pieniądze, jakich miał wrogów. Jego byłe dziewczyny, przyszłe żony. Wszystko. Może wkurzył ludzi, których wkurzać nie powinien.

– Tak jest – powiedział i wyszedł z pomieszczenia.

Dlaczego wybrali ten właśnie moment, by go zabić? Czemu w czasie przerwy? To jakieś ostrzeżenie?

Przechadzała się powoli w koło po grubym dywanie, spoglądając na trupa pod każdym kątem. Miał długie, czarne, falujące włosy i był niezwykle atrakcyjny, nawet po śmierci. Wielka strata.

Nagle pokój rozbrzmiał głośnymi dźwiękami, wszyscy oficerowie zwrócili się w jednym kierunku. Spojrzeli w górę i zobaczyli, że niewielki telewizor włączył się. Na ekranie widać było materiał z koncertu poprzedniego wieczora. Grała Dziewiąta Symfonia Beethovena.

Jeden z detektywów podszedł do telewizora, by go wyłączyć.

– Zostaw – powiedziała.

Detektyw zatrzymał się wpół kroku.

– Chcę posłuchać.

Stała w miejscu, wpatrując się w Siergieja, słuchając jego głosu. Ten głos śpiewał na żywo jeszcze kilka godzin temu. Teraz był jak duch.

Grace okrążyła pokój raz jeszcze. Tym razem uklękła.

– Pokój został przeszukany, pani detektyw – powiedział jeden z agentów FBI niecierpliwie.

Zauważyła coś kątem oka. Sięgnęła w dół, w szczelinę obok oparcia fotela, głęboko. Wyciągnęła szyję i obróciła rękę, starając się sięgnąć samego dna.

Wreszcie znalazła czego szukała. Podniosła się, z poczerwieniałą twarzą i pokazała niewielki skrawek papieru.

Wszyscy spojrzeli na nią.

– Odcinek biletu – powiedziała, obracając go w dłoni z naciągniętą rękawiczką – Prawa Loża, miejsce trzecie. Z dzisiejszego koncertu.

Podniosła oczy i spojrzała na swoich podwładnych. Odpowiadali spojrzeniami bez wyrazu.

– Sądzi pani, że należał do mordercy? – zapytał jeden z nich.

– Wiem jedno – powiedziała, patrząc po raz ostatni na ciało rosyjskiego solisty operowego – Na pewno nie należał do zabitego.

*

Kyle szedł po czerwonych dywanach korytarzy, krocząc między gęstym tłumem. Był zirytowany, jak zwykle. Nie znosił tłumów, tak jak nie znosił Carnegie Hall. Był tu raz na koncercie w 1890 roku czy jakoś tak, i nie bawił się zbyt dobrze. A był pamiętliwy.

Gdy szedł korytarzem, z twarzą okoloną wysokim, prostym kołnieżem czarnej koszuli, ludzie ustępowali mu miejsca. Oficerowie, ochroniarze, reporterzy – cały tłum rozstępował się na boki.

Ludzi zbyt łatwo można kontrolować – pomyślał. Wystarczy odrobina manipulacji umysłami i rozbiegają się niczym owce.

Kyle, wampir Klanu Blacktide, widział już niejedno podczas 3 000 lat swego życia. Był świadkiem śmierci Chrystusa. Obserwował Rewolucję Francuską. Oglądał Europę spustoszoną czarną ospą – nawet pomógł jej się przenosić. Nic nie było w stanie go zaskoczyć.

Ta noc jednak przyniosła zaskoczenie. A on nie lubił niespodzianek.

Zwykle pozwalał działać swojej niecodziennej aparycji, by torować sobie drogę przez tłum. Mimo swych lat, nadal wyglądał młodo i przystojnie, więc ludzie zwykle ustępowali mu miejsca. Dziś jednak nie starczało mu na to cierpliwości, szczególnie w tej sytuacji. Miał ważne pytania domagające się odpowiedzi.

Cóż za wampir–wyrzutek mógł być na tyle bezczelny, by otwarcie zabić człowieka? Do tego w miejscu publicznym, gdzie ciało musiało zostać prędko znalezione. To pogwałcenie wszystkich zasad ich rasy. Można być dobrym lub złym, lecz tej linii nikt nie przekraczał. Nikomu nie zależało na zwracaniu niepotrzebnej uwagi. Tego rodzaju łamanie ich praw zasługiwało na jedną karę: śmierć. Długą, straszliwą śmierć.

Kto mógł być na tyle zuchwały? Zwracać tyle niepotrzebnej uwagi ze strony prasy, polityków, policji? I co gorsza, na terenie jego klanu? To szkodziło reputacji grupy – nawet gorzej – sprawiało, że wyglądali na bezbronnych. Cała rasa wampirów może pociągnąć ich do odpowiedzialności zebrawszy się na sabat. A jeśli nie znajdą odszczepieńca, sytuacja może skończyć się wojną. A w tej chwili nie byłoby ich stać na prowadzenie wojny, nie kiedy mieli wprowadzić w życie swój plan.

Kyle przechodził obok oficer policji, ta zaś zamiast usunąć się – potrąciła go. Co gorsza, odwróciła się i zmierzyła go ciężkim spojrzeniem. Był zaskoczony. Żaden z obecnych tu ludzi nie miał na tyle silnej woli, by choć zwrócić na niego uwagę. Musiała być silniejsza od innych. Albo to on stawał się nieuważny.

Skoncentrował moc swojego umysłu na niej. Po chwili potrząsnęła tylko głową, odwróciła się i odeszła. Musiał ją zapamiętać. Spojrzał na jej odznakę. Detektyw Grace Grant. Mogła w przyszłości sprawić kłopoty.

Kyle podążał dalej, między tłumem reporterów, minął taśmę policyjną i kolejną grupkę agentów FBI. Podszedł do otwartych drzwi i zajrzał do środka. W pomieszczeniu pełno było kolejnych agentów, a także mężczyzna w drogim garniturze. Jego nieszczere, ambitne spojrzenie podpowiedziało Kyle’owi, że ma do czynienia z politykiem.

– Ambasada rosyjska wyraziła zaniepokojenie – powiedział natarczywym tonem do oficera FBI – Ma pan świadomość, że ta sprawa znajduje się w kręgu zainteresowań szerszym niż nowojorska policja, czy nawet rząd Stanów Zjednoczonych. Siergiej był gwiazdą, skarbem naszego narodu. Jego morderstwo będzie uznane za obrazę naszego kraju.

Kyle uniósł dłoń i siłą woli zamknął usta polityka. Nie znosił słuchać polityków, a ten już zdrowo się nagadał. Rosjan także nie znosił. Właściwie nie znosił większości rzeczy. Ale dziś jego niechęć działała na wyższych obrotach, zaś zniecierpliwienie sprawiało, że tracił nerwy.

Nikt z obecnych nie zdawał się dostrzec, że to Kyle uciszył polityka, nawet sam polityk. A może po prostu byli mu wdzięczni. Tak czy inaczej Kyle stanął z boku i użył swej mocy by sprawić, że wszyscy opuszczą pokój.

– Proponuję parę minut przerwy, napijmy się kawy – dowodzący agent FBI powiedział nagle – Trzeba poukładać myśli.

Obecni pokiwali głowami zgodnie i szybko opuścili pomieszczenie, jakby to był ich własny pomysł. Na koniec Kyle sprawił, że ostatni zamknął drzwi za sobą. Nie znosił dźwięku ludzkich rozmów, nie miał zamiaru słuchać ich w takiej chwili.

 

Kyle odetchnął głęboko. Będąc wreszcie sam mógł skupić swoje myśli na tym człowieku. Podszedł blisko i pociągnął za kołnierzyk Siergieja odsłaniając ślady ugryzienia. Uniósł dłoń i położył na nich dwa blade, zimne palce. Podniósł je do oczu, mierząc odległość między palcami.

Kły miały mniejszy rozstaw, niż oczekiwał. Kobieta. Ich wampir–renegat był dziewczyną i to młodą. Ugryzienie było płytkie.

Położył palce z powrotem na rankach i zamknął oczy. Starał się poczuć linię krwi, poczuć istotę wampira, który zadał te rany. Po chwili jego oczy otwarły się, szerokie ze zdumienia. Szybko wycował dłoń. Nie poczuł nic dobrego, nie udało mu się rozpoznać krwi. Z pewnością wampirzyca była odszczepieńcem. I nie należała do jego klanu, ani żadnego, który znał. Co więcej, nie był w stanie wyczuć pochodzenia wampira. W ciągu trzech tysięcy lat nie nigdy mu się to nie zdarzyło.

Uniósł palce do ust i posmakował ich. Poczuł woń wampirzycy. To by zwykle wystarczało – wiedziałby gdzie jej szukać. Jednak nadal był w kropce. Coś ograniczało jego moc.

Zmarszczył brew. W tym przypadku nie mieli innego wyjścia, niż zaufać ludzkiej policji, by ją znalazła. Jego przełożeni nie będą zadowoleni.

Kyle był jeszcze bardziej zirytowany niż do tej pory, choć wydawałoby się, że to niemożliwe. Spojrzał na ciało Siergieja i zastanowił się co z nim zrobić. W przeciągu kilku godzin obudzi się do nowego życia, kolejny wampir bez klanu na tym świecie. Mogł zabić go tu i teraz, na dobre, skończyć z tym. To sprawiłoby mu przyjemność. Wampirza rasa nie potrzebowała nowych członków.

Ale to znaczyłoby, że Siergiej otrzyma z jego rąk wspaniały dar. Nie musiałby cierpieć przekleństwa nieśmiertelności, tysięcy lat rozpaczy i walki o przetrwanie. Niekończących się nocy. Nie, to byłoby zbyt proste. Nie lepiej zmusić Siergieja, by cierpiał razem z nim?

Pomyślał o tym chwilę. Śpiewak operowy. Tak. Jego klan znalazłby w nim upodobanie. Ten mały, rosyjski chłopiec zabawi ich wspaniale. Przyprowadzi go z powrotem. Uczyni członkiem klanu. I zyska nowego sługę.

Na dodatek Siergiej pomoże im ją znaleźć. Jej woń zmieszana jest jego krwią. Mogł ją wytropić. A oni sprawią, że przekona się co to cierpienie.