Przemieniona

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale gdzieś po drodze, kilka szkół temu, zaczęła tracić ten entuzjazm. Zaczęła się zastanawiać, po co zadawać sobie cały ten trud, jeśli kolejna przeprowadzka to tylko kwestia czasu. Dekorowanie szafki szło jej więc coraz oporniej.

Tym razem postanowiła to sobie zupełnie odpuścić. Zamknęła drzwi z hukiem.

– Caitlin?

Podskoczyła.

Pół metra od niej stał Jonah.

Na nosie miał duże okulary przeciwsłoneczne. Widziała, że skóra pod nimi była opuchnięta.

Zupełnie go się tu nie spodziewała. Była bardzo podekscytowana. Tak podekscytowana, że nawet ją to zdziwiło. Stado motyli szalało w podbrzuszu. Poczuła suchość w gardle.

Chciała zadać mu tak wiele pytań: czy cało wrócił do domu, czy widział potem tych zbirów, czy widział tam ją .... Ale jakoś nie mogła wydusić z siebie słowa.

– Hej – tylko tyle udało jej się wykrztusić.

Stał tam wpatrując się w nią. Chyba nie wiedział jak zacząć.

– Brakowało mi Ciebie dziś na zajęciach – powiedziała i natychmiast pożałował tych słów.

Głupia. Trzeba było powiedzieć: "Nie widziałem cię w klasie." "Brakowało" brzmi desperacko.

– Spóźniłem się – powiedział.

– Ja też – odparła.

Kręcił się, jakby czuł się nieswojo. Zauważyła, że nie miał przy sobie altówki. Więc to stało się naprawdę. To nie był tylko zły sen.

– Wszystko gra? – zapytała.

Wskazała na jego okulary.

Podniósł rękę i powoli zsunął je z nosa.

Jego twarz była fioletowa i spuchnięta. Skaleczenia i bandaże pokrywały jego czoło i okolice oka.

– Bywało lepiej – odparł zakłopotany.

– O mój Boże – ten widok ją przeraził. Niby powinna czuć się lepiej, bo mu pomogła, oszczędziła więcej cierpienia. Zamiast tego czuła się źle, że nie zjawiła się tam wcześniej, że nie wróci po niego. Ale po tym, jak to się wydarzyło, prawie nic nie pamiętała. Nie mogła sobie nawet przypomnieć, jak dostała się do domu

– Bardzo mi przykro.

– Słyszałaś jak to się stało? – zapytał.

Spojrzał na nią uważnie swoimi zielonymi oczami, a ona poczuła, jakby ją sprawdzał. Jakby chciał, żeby się przyznała, że tam była.

Widział ją? Ale nie mógł. Był nieprzytomny. A może jednak? Mógł zobaczyć, co stało się potem? Powinna przyznać, że była tam?

Z jednej strony bardzo chciała mu powiedzieć, że mu pomogła, żeby zdobyć jego podziw i wdzięczność. Z drugiej strony, nie było opcji, żeby mu wyjaśnić co zrobiła, nie wychodząc na kłamczuchę albo jakiegoś dziwaka.

Nie. Nie możesz mu powiedzieć. Nie możesz.

– Nie – skłamała – Właściwie nie znam tu nikogo, pamiętasz?

Zawahał się.

– Napadli mnie – powiedział – Kiedy wracałem ze szkoły.

– Tak mi przykro – powtórzyła. Zabrzmiała jak idiotka, powtarzając to samo głupie zdanie, ale nie chciała zdradzić zbyt wiele.

– Mój tata się wściekł – kontynuował – Zniszczyli moją altówkę.

– To okropne – powiedziała – Kupią Ci nową?

Jonah przecząco pokręcił głową.

– Powiedział, że nie. Nie stać go na to. Powiedział też, że powinienem być ostrożniejszy.

Troska malowała się na twarzy Caitlin.

– Wydawało mi się, że to twój bilet do lepszego świata?

Wzruszył ramionami.

– Co zrobić? – odparł zrezygnowany.

– Nie wiem.

– Może policja ją znajdzie – powiedziała. Dobrze jednak wiedziała, że instrument został zniszczony. Chciała tylko utwierdzić go w przekonaniu, że o niczym nie wiedziała.

On spojrzał na nią uważnie, jakby chciał ocenić, czy ściemnia.

Wreszcie powiedział:

– Zniszczyli ją – zamyślił się – Niektórzy ludzie czują chyba potrzebę niszczenia rzeczy innych osób.

– O mój Boże – powiedziała, starając się niczego nie wyjawić – to okropne.

– Tata jest wściekły, że się nie broniłem... Ale ja taki nie jestem.

– A to łajzy. Może policja ich złapie – powiedziała.

Mały uśmieszek rozjaśnił twarz Jonaha.

– Właściwie to już ich złapali.

– Jak to? – zapytała, starając się brzmieć przekonująco.

– Znalazłem tych gości w zaułku. Byli w jeszcze gorszym stanie niż ja. Nawet się nie ruszali – uśmiechnął się jeszcze szerzej – Ktoś ich dorwał. Może Bóg jednak istnieje.

– Jakie to dziwne – udała zaskoczenie.

– Może mam anioła stróża – powiedział, przyglądając się jej.

– Być może – odpowiedziała.

Patrzył na nią przez długi czas, tak jakby czekał na to, żeby się zdradziła, choć na jakąś wskazówkę, znak. Nic takiego nie zrobiła.

– A w tym wszystkim jest jeszcze coś dziwniejszego – powiedział w końcu.

Schylił się, wyciągnął coś z plecaka i podał jej.

– Znalazłem to.

Spojrzała zszokowana. To był jej dziennik.

Wzięła go do rąk i poczuła, jak się rumieni, zarówno ze szczęścia, że ma go z powrotem i przerażenia, że teraz miał dowód, że tam była. Musiał wiedzieć, że kłamała.

– Jest podpisany twoim imieniem. Należy do ciebie, prawda?

Skinęła głową, jednocześnie wertując dziennik. Nic nie zginęło. Jak mogła o nim zapomnieć.

– Było kilka luźnych stron. Zebrałem je wszystkie i włożyłem z powrotem. Mam nadzieję, że są wszystkie – powiedział.

– Tak, są – powiedziała cicho, wzruszona i zakłopotana.

– Szedłem za porozrzucanymi stronami i… nie uwierzysz… dotarłem za nimi do tego zaułka.

Ona nadal patrzyła w pamiętnik, unikając jego wzroku.

– Jak myślisz, jak on się tam znalazł? – zapytał.

Spojrzała mu w oczy, próbując zachować powagę.

– Zgubiłam go gdzieś, wracając wczoraj ze szkoły. Może go znaleźli.

Przyglądał się jej uważnie.

Wreszcie powiedział:

– Być może.

Stali w milczeniu.

– Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to – kontynuował – że, zanim straciłem przytomność, mógłbym przysiąc, że widziałem tam ciebie, stojącą nade mną, krzyczącą na tych facetów, aby zostawili mnie w spokoju... Niesamowite, prawda?

Przyglądał się jej uważnie, i ona spojrzała mu prosto w oczy.

– Musiałabym być zupełnie szalona, żeby zrobić coś takiego – powiedziała. Wbrew sobie, mały uśmiech zaczął w kąciku ust.

Zatrzymał się, a następnie uśmiechnął się szeroko.

– Tak – odpowiedział – Musiałabyś.

Rozdział Czwarty

Caitlin była w siódmym niebie, gdy wracała do domu ze szkoły, ściskając w rękach swój pamiętnik. Tak szczęśliwa nie była od niepamietnych czasów. W głowie wciąż słyszała słowa Jonaha.

– Dziś wieczorem grają koncert. W Carnegie Hall. Dostałem dwa bilety. To najgorsze miejsca na sali, ale wokalista podobno jest wspaniały.

– Zapraszasz mnie na randkę? – powiedziała uśmiechając się.

Odpowiedział uśmiechem.

– Jeśli nie masz nic przeciwko pokazaniu się z taką górą siniaków – powiedział z uśmiechem – W końcu dziś jest piątek.

Drogę do domu pokonała w podskokach, nie mogąc opanować podekscytowania. Nie miała pojęcia o muzyce klasycznej – tak naprawdę nigdy wcześniej jej nie słuchała – ale to nieważne. Poszłaby z nim wszędzie.

Carnegie Hall. Powiedział by ubrać się elegancko. Co tu na siebie założyć? Zerknęła na zegarek. Nie zostało wiele czasu by zmienić ubranie, jeśli miała zdążyć do kawiarni, w której umówili się przed koncertem. Przyspieszyła kroku.

Po chwili była pod domem i nawet odrapany budynek nie zdawał się tak przygnębiający jak zwykle. Wbiegła schodami na piąte piętro, a wchodząc do domu nawet nie czuła zmęczenia.

U wejścia powitał ją wrzask matki.

– Ty cholerna dziwko!

Caitlin ledwo zdążyła uchylić się przed książką, którą mama rzuciła w jej stronę. Przeleciała bokiem i uderzyła w ścianę.

Zanim Caitlin zdołała cokolwiek powiedzieć mama rzuciła się z paznokciami do jej twarzy.

Caitlin udało się złapać ją za nadgarstki w ostatnim momencie. Zaczęły się szarpać na lewo i prawo.

Caitlin czuła płynącą w swych żyłach moc, czuła, że mogłaby z łatwością rzucić mamą o przeciwległą ścianę pokoju. Lecz zmusiła się by jedynie lekko ją odepchnąć, tak by wylądowała na kanapie.

Jej mama nagle wybuchła gorzkim płaczem. Siedziała na kanapie, łkając.

– To wszystko twoja wina! – wrzasnęła przez łzy.

– O co ci znowu chodzi? – odkrzyknęła Caitlin, zupełnie wyprowadzona z równowagi. Nie miała pojęcia co się dzieje. Takie zachowanie było dosyć wariackie, nawet jak na jej matkę.

– Sam.

W wyciągniętej dłoni mamy tkwiła kartka.

Caitlin wzięła ją, jej serce waliło jak młot, zmrożone nagłym przerażeniem. To nie mogły być dobre wieści.

– On uciekł!

Caitlin przemknęła wzrokiem po napisanym ręcznie liściku. Właściwie nie docierała do niej całość, tylko fragmenty – uciekam ... nie chcę tu mieszkać ... z powrotem z przyjaciółmi ... nie szukaj mnie.

Jej ręce drżały. Sam wreszcie to zrobił. Naprawde uciekł.I nawet na nią nie zaczekał. Nawet się nie pożegnał.

– To wszystko twoja wina! – wrzasnęła jej mama.

Jakaś część Caitlin nie była w stanie w to uwierzyć. Przebiegła przez mieszkanie, by otworzyć drzwi do pokoju Sama. Była prawie pewna, że go tam zastanie.

Pokój jednak był pusty. Jakby nietknięty. Nie zostawił po sobie śladu. Sam nigdy nie utrzymywał pokoju w takiej czystości. Tak więc to prawda. Naprawdę uciekł.

Caitlin poczuła pieczenie w gardle, jakby zbierało się jej na wymioty. Naprawdę czuła, jakby jej mama wreszcie miała rację, jakby to naprawdę była jej wina. Sam rozmawiał z nią o tym. A ona powiedziała „A to idź sobie”.

Idź sobie. Dlaczego powiedziała takie głupstwo? Chciała przeprosić, cofnąć te słowa następnego ranka, ale Sam już wyszedł, gdy wstała. Miała z nim porozmawiać, kiedy przyjdzie do domu. Ale teraz było już za późno.

 

Wiedziała dokąd uciekł. Możliwość była tylko jedna: ostatnie miasto, w którym mieszkali. Poradzi sobie. I to pewnie lepiej niż tutaj. Tam miał przyjaciół. Im więcej o tym myślała, tym mniej się martwiła. Tak naprawdę cieszyła się. W końcu wydostał się z tego piekła. A ona wiedziała jak go odnaleźć.

Ale z tym będzie musiała poradzić sobie później. Zerknęła na zegarek i zdała sobie sprawę z tego, że jest spóźniona. Wbiegła do swojego pokoju, szybko złapała swoje najładniejsze ubranie i buty i wrzuciła do torby. Musiała zrezygnować z makijażu, na to nie było już czasu.

– Dlaczego musisz niszczyć wszystko, czego się dotkniesz?! – wrzasnęła mama za jej plecami – Nie powinnam była cię adoptować!

Caitlin popatrzyła na nią w zdumieniu.

– Co ty mówisz?

– To prawda – ciągnęła jej mama – Zaopiekowałam się tobą. Nie jesteś moim dzieckiem. Nigdy nie byłaś. Byłaś jego. Nie jesteś moją prawdziwą córką. Słyszysz?! Byłoby mi wstyd za taką córkę!

Caitlin doskonale widziała jad w jej ciemnych oczach. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej widzieć matki w takiej furii. Oczami ciskała gromy.

– Dlaczego musiałaś odebrać mi jedyną prawdziwie dobrą rzecz w moim życiu?! – krzyknęła.

Tym razem mama rzuciła się oboma rękami do jej gardła. Zanim Caitlin zdążyła zareagować, zaczęła ją dusić. Mocno.

Caitlin starała się zaczerpnąć powietrza. Uścisk matkibył stalowy. Naprawdę chciała zabić.

Furia zalała Caitlin, tym razem nie udało się jej powstrzymać. Czuła znajome ukłucia żaru, najpierw w palcach u stóp, rozlewające się dalej na jej ramiona i ręce. Pozwoliła furii rozlać się po całym ciele. Mięśnie jej szyi nabrzmiały, osłabiając chwyt mamy.

Jej mama musiała zauważyć tą przemianę, bo nagle wydała się przestraszona. Caitlin uniosła głowę i ryknęła jak dzikie zwierze. Przemieniła się w coś przerażającego.

Mama zwolniła swój chwyt i cofnęła się o krok, wpatrując się w dziewczynę z szeroko otwartymi ustami.

Caitlin ruchem jednej ręki odepchnęła matkę , a ta poleciała w tył z ogromną siłą, przebijając z trzaskiem ścianę i lądując w pokoju obok. Uderzyła o przeciwległą ścianę i upadła na ziemię, nieprzytomna.

Caitlin odetchnęła głęboko, próbując się uspokoić. Rozejrzała się wkoło, zastanawiając się, co jeszcze mogłaby wziąć ze sobą. Napewno o czymś zapomniała, jednak myśli miała zbyt rozbiegane. Złapała tylko torbę z ubraniami i wyszła z pokoju, przestępując przez potrzaskaną scianę, obok leżącej matki.

Jej mama, jęcząc, powoli zaczęła się podnosić.

Caitlin minęła ją i wyszła z mieszkania.

Obiecała sobie, że to był ostatni raz, kiedy widzi ją na oczy.

Rozdział Piąty

W chłodny marcowy wieczór, Caitlin szła szybkim krokiem boczną uliczką, wciąż rozdygotana po spotkaniu z matką. Chłodne powietrze przyjemnie szczypało ją w twarz. Koiło nerwy. Odetchnęła głęboko i poczuła się wolna. Nigdy więcej nie będzie musiała wracać do tego mieszkania, nigdy więcej pokonywać tej wstrętnej drogi. Nigdy więcej oglądać tej okolicy. Jej noga nigdy nie postanie w tej szkole. Nie miała pojęcia dokąd pójdzie, ale wiedziała, że będzie to daleko stąd.

Caitlin dotarła do skrzyżowania i rozejrzała się w poszukiwaniu wolnej taksówki. Po chwili oczekiwania doszła jednak do wniosku, że żadnej nie uda jej się złapać. Metro było jedynym wyjściem.

Caitlin ruszyła w stronę stacji przy 135 Ulicy. Nigdy dotąd nie jechała nowojorskim metrem. Nie była pewna, które linie jej pasują, gdzie powinna wysiąść, a na dodatek moment był fatalny na eksperymentowanie. Bała się o to, co może ją spotkać na stacji w ten zimny, marcowy wieczór – szczególnie w tej okolicy.

Zeszła upstrzonymi graffiti schodami i podeszła do kiosku z biletami. Szczęśliwie, ktoś był w środku.

– Muszę dojechać do Columbus Circle – powiedziała Caitlin.

Otyła bileterka nawet nie spojrzała na nią zza pleksiglasu.

– Przepraszam – powiedziała Caitlin – ale muszę–

– No mówię, że z tamtego peronu! – burknęła kobieta.

– Nieprawda – odpowiedziała Caitlin – nie powiedziała pani ani słowa!

Bileterka znowu zupełnie ją zignorowała.

– Ile płacę?

– Dwa pięćdziesiąt – odburknęła.

Caitlin sięgnęła głęboko do kieszeni i wygrzebała trzy zgniecione banknoty jednodolarowe. Wsunęła je w szczelinę pod szybą.

Bileterka, wciąż ignorując dziewczynę, przełożyła pod szybą bilet magnetyczny.

Caitlin przesunęła kartą po kasowniku i weszła na peron.

Był słabo oświetlony i prawie zupełnie pusty. Dwójka bezdomnych owinięta w koce zajmowała ławki,. Jeden spał, ale drugi podniósł głowę, gdy przechodziła obok. Zaczął mamrotać coś pod nosem. Caitlin przyspieszyła kroku.

Podeszła do skraju peronu i wychyliła się, by zobaczyć, czy nadjeżdża pociąg. Nic.

No dalej. Dawaj.

Jeszcze raz zerknęła na zegarek. To już pięć minut spóźnienia. Zastanawiała się, ile jeszcze zajmie jej droga. Zastanawiała się czy Jonahowi znudzi się czekanie. Zrozumiała by.

Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Odwróciła się. Nic.

Przyglądając się bliżej spostrzegła jakby cień, skradający się wzdłuż białej ściany wyłożonej kaflami z linoleum, znikający przy torowisku. Poczuła, jakby ktoś ją obserwował.

Lecz gdy rozejrzała się ponownie, niczego nie dostrzegła. .

Chyba mam zwidy.

Caitlin podeszła do dużej mapy metra. Ta była podrapana, podarta i wymazana graffiti, ale udało jej się zobaczyć oznaczenia linii. Przynajmniej była w dobrym miejscu. Powinna dojechać tędy do Columbus Circle. Poczuła się trochę lepiej.

– Zgubiłaś się, malutka?

Caitlin obróciła się i zobaczyła stojącego nad sobą dużego, czarnego mężczyznę. Był nieogolony, a gdy krzywił się w uśmiechu, zobaczyła brakujące zęby. Przysunął się zbyt blisko, czuła jak paskudnie cuchnie mu z ust. Pijacki oddech.

Ominęła go i odeszła kilka kroków.

– Ej, suko, do ciebie mówię!

Caitlin szła dalej.

Mężczyzna zdawał się być naćpany, potykał się i zataczał, idąc w jej stronę. Ale Caitlin szła o wiele szybciej, a peron był długi, więc dystans pomiędzy nimi wciąż był spory. Naprawdę chciała uniknąć kolejnej scysji. Nie tutaj. Nie teraz.

Był coraz bliżej. Pomyślała ile ma czasu, zanim zostanie zmuszona do kolejnej szarpaniny.. Boże drogi, wydostań mnie stąd.

I wtedy ogłuszający hałas nadjeżdżającego pociągu wypełnił stację. Bogu dzięki.

Wsiadła do wagonu i z zadowoleniem zobaczyła, że drzwi zamknęły się mężczyźnie przed nosem. Sklął je pijacko i uderzył w metalową okładzinę.

Pociąg ruszył, po chwili mężczyzna zamienił się w rozmyte mignięcie za szybą. Caitlin opuszczała tą okolicę . Przed sobą miałanowe życie.

*

Caitlin wysiadła na Columbus Circle i ruszyła szybkim krokiem. Zerknęła znów na zegarek. Była spóźniona 20 minut. Przełknęła ślinę.

Proszę, zaczekaj na mnie. Nie idź jeszcze. Proszę.

Zdołała przejść tylko kawałek, gdy poczuła ukłucie w brzuchu. Zatrzymała się, zaskoczona przenikliwym bólem.

Objęła ramionami brzuch i pochyliła się z bólu, niezdolna ruszyć się dalej. Pomyślała, że ludzie pewnie się gapią, ale zbyt ją bolało, by się tym przejmowała. Nigdy wcześniej nie czuła nic takiego. Z trudem zaczerpnęła powietrza.

Ludzie mijali ją szybko z obu stron, jednak nikt nie przystanął, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.

Po chwili wreszcie była w stanie wyprostować się powoli. Ból powoli mijał.

Odetchnęła głęboko, zastanawiając się, co mogło być przyczyną.

Ruszyła dalej w stronę kawiarni. Czułasię kompletnie skołowana. I było coś jeszcze... Głód. I to nie zwykły głód, a głębokie, nienasycone pragnienie. Gdy minęła ją kobieta z psem, Caitlin odwróciła się za nią, z pożądaniem wgapiając się w zwierzę. Wzrokiem odprowadzała zwierzaka, nie mogąc oderwać wzroku od jego szyi. Zdumiona stwierdziła, że może dostrzec każdy szczegół żył na psiej skórze, widzi płynącą nimi krew. Obserwowała pulsujące naczynia i czuła tępe mrowienie swoich zębów. Pragnęła krwi tego psa.

Czując na sobie wzrok, zwierzak obrócił łeb i z przerażeniem w oczach spojrzał na Caitlin. Zawarczał tylko i pobiegł dalej. Właścicielka psa obróciła się i spojrzała na Caitlin nic nie rozumiejąc.

Caitlin szła dalej. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Kochała psy. Nigdy nie skrzywdziłaby zwierzęcia, nawet muchy. Co ją opętało?

Skurcze głodu zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, a Caitlin poczuła, że znów wszystko jest w porządku. Gdy skręciła za róg, zobaczyła kawiarnię i jeszcze przyśpieszyła kroku.Wzięła głęboki oddech i poczuła, jakbywszystko wracało do normy. . Sprawdziła zegarek. 30 minut spóźnienia. Modliła się, by dalej tam czekał.

Otworzyła drzwi. Serce jej waliło, tym razem nie z bólu, a strachu, że nie zastanie Jonaha.

Szybko rozejrzała się po wnętrzu. Weszła w pośpiechu, zadyszana i od razu poczuła się nie na miejscu. Czuła, że wszystkie oczy wpatrują się w nią. Spojrzała na rząd stolików po lewej i po prawej stronie. Ani śladu Jonaha. Serce jej zamarło. Musiał już pójść.

– Caitlin?

Obróciła się na pięcie. Za nią, uśmiechając się szeroko, stał Jonah. Poczuła, że jej serce wypełnia się szczęściem.

– Bardzo cię przepraszam – powiedziała pospiesznie. – Zwykle się nie spóźniam. Ja tylko – to znaczy-

– W porządku – powiedział, kładąc rękę na jej ramieniu. – Nie przejmuj się. Cieszę się, że nic ci się nie stało – dodał.

Spojrzała w jego radosne, zielone oczy, okolone wciąż zbitą i spuchniętą twarzą i po raz pierwszy tego dnia poczuła się szczęśliwa. Czuła, że jeszcze wszystko się ułoży.

– Tylko nie mamy zbyt wiele czasu, jeśli chcemy zdążyć – powiedział – Zostało jakieś pięć minut. Lepiej przełóżmy picie kawy na inną okazję.

– Jasne – powiedziała – Bardzo się cieszę, że całkiem nie przegapiliśmy koncertu. Taka ze mnie-

Caitlin nagle spojrzała w dół i stwierdziła z przerażeniem, że nadal ma na sobie swoje codzienne ubranie. Wciąż ściskała torbę, w której przyniosła ładne ubranie i buty. Chciała przyjechać do kawiarni chwilę wcześniej i dyskretnie przebrać się w łazience, by być gotowa na spotkanie z Jonahem. A teraz stała tu, przed nim, ubrana jak ostatni wycieruch, ściskając swoją torbę na ubrania. Aż poczerwieniały jej policzki. Nie wiedziała jak się wytłumaczyć.

– Jonah, tak mi przykro, że jestem źle ubrana – powiedziała – Chciałam się przebrać przed przyjściem, ale... Mamy jeszcze pięć minut, prawda?

Spojrzał na swój zegarek, cień obawy przebiegł jego twarz.

– Tak, ale–

– Zaraz wracam – powiedziała i nie czekając na odpowiedź, pobiegła w stronę łazienki.

Caitlin wpadła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Rozerwała torbę i wyszarpnęła z niej swoje ubranie, wciąż ładne, choć mocno pomięte. Zerwała z siebie zwykłe ciuchy i tenisówki, by szybko założyć czarną, aksamitną spódniczkę i białą, jedwabną bluzkę. Założyła też swoje kolczyki z imitacjami brylantów. Może i tandetne, ale wyglądały dobrze. Na koniec założyła czarne buty na wysokim obcasie.

Zerknęła w lustro. Była trochę wygnieciona, ale nie tak bardzo jak jej się zdawało. W lekko rozchylonym dekolcie bluzki widać było mały, srebrny krzyżyk, który wciąż nosiła na szyi. Nie miała czasu na makijaż, ale przynajmniej była porządnie ubrana. Szybko zwilżyła ręce pod kranem i poprawiła fryzurę, umieszczając kilka niesfornych kosmyków na swoich miejscach. Ostatnim elementem ubioru była czarna, skórzana torebka.

Już miała wybiec z łazienki, gdy zauważyła kupkę swych starych ciuchów. Zawahała się przez chwilę. Naprawdę nie chciała targać ich ze sobą przez resztę wieczoru. Tak właściwie to nie chciała już nigdy więcej zakładać tych łachów.

Podniosła je z podłogi, zwinęła w kulkę i z wielkim zadowoleniem wepchnęła do kosza na śmieci, stojącego w kącie. W tej chwili miała na sobie jedyne własne ubranie.

Czuła się świetnie, wkraczając w nowe życie tak dobrze ubrana.

Jonah czekał na nią przed wejściem do kawiarni, przytupując nerwowo i zerkając na zegarek. Gdy otworzyła drzwi obrócił się i gdy zobaczył ją tak ubraną, zamarł. Wpatrywał się w nią, jakby odebrało mu mowę.

Jeszcze żaden facet nie patrzył na Caitlin w ten sposób. Nigdy nie myślała, że może się komuś podobać. Jednak sposób, w jaki Jonah patrzył na nią, sprawił, że poczuła się... wyjątkowa. Po raz pierwszy poczuła się kobietą.

 

– Wyglądasz... przepięknie – powiedział cicho.

– Dzięki – odpowiedziała. Prawie wymsknęło się jej– ty też– na szczęście w porę ugryzła się w język.

Przepełniona nową dla niej pewnością siebie podeszła do niego, wzięła go pod rękę i delikatnie pokierowała w stonę Carnegie Hall. Szedł obok niej szybkim krokiem, położywszy drugą dłoń na jej dłoni.

Wspaniale było iść pod rękę z chłopakiem. Pomimo wszystkiego, co zdarzyło się dzisiejszego i wczorajszego dnia, Caitlin poczuła się jak w siódmym niebie.