Przemieniona

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spojrzała na grupę napastników, jej gniew przerósł strach. Stanęła między Jonahem a nimi.

– Zostawcie go w spokoju! – krzyknęła.

Prawie dwumetrowy mięśniak stojący w środku zaczął się głośno śmiać.

– Bo co nam zrobisz? – zapytał niskim głosem.

Caitlin poczuła jak jej świat zawirował i zdała sobie sprawę, że została mocno pchnięta na ziemię. Upadek na beton tylko trochę zamortyzowała rękami. Kątem oka dojrzała jak jej dziennik przelatuje nad głowami, a luźne kartki unosi wiatr.

Usłyszała rechot i zbliżające się do niej ciężkie kroki.

Serce wyrywało się jej z piersi, adrenalina uderzyła do głowy. W ostatniej chwili udało jej się podnieść i nie myśląc wiele popędziła w dół alejki, próbując ratować swoje życie.

Oni biegli tuż za nią.

W jednej z wielu szkół, do których chodziła, zaczęła trenować lekkoatletykę. Okazało się nawet, że jest w tym niezła. Właściwie to była najlepsza w całym zespole. Może nie na długich dystansach, ale na pewno w sprincie na 100 metrów. Była nawet szybsza od większości facetów. Ten moment wywołał falę wspomnień.

Biegła, jakby od tego miało zależeć jej życie, a oni nie byli w stanie jej dogonić.

Caitlin spojrzała za siebie i z optymizmem stwierdziła, że zostawiła ich daleko w tyle. Teraz wystarczyło tylko skręcić we właściwą stronę.

Ulica, którą biegła, zaraz miała się skończyć i Caitlin musiała zdecydować, czy skręcić w prawo, czy w lewo. Jeśli chciała utrzymać dystans między nią a napastnikami, musiała dokonać szybkiego i ostatecznego wyboru. Nie było czasu sprawdzać, co dzieje się za każdym z zakrętów. Na oślep skręciła w lewo.

Modliła się, żeby to był dobry wybór. Musi się udać!

Serce jej zamarło, kiedy ostro skręcając w lewo wbiegła prosto w zamkniętą uliczkę.

Zły wybór.

Ślepy zaułek. Natychmiast podbiegła do ściany, szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Uświadamiając sobie, że jej tu nie znajdzie, odwróciła się w oczekiwaniu na napastników.

Zdyszana patrzyła jak chuligani wybiegają zza rogu prosto na nią. Pomiędzy ich sylwetkami dojrzała, że gdyby skręcił w prawo, byłaby już w domu bezpieczna. Jasne. Takie miała szczęście.

– Dobra, suko – wycedził przez zęby jeden z nich – teraz będzie bolało.

Wiedzieli, że odcięli jej jedyną drogę ucieczki, szli więc powoli w jej stronę, ciężko oddychając, szczerząc zęby i rozkoszując się wizją nadchodzącej jatki.

Caitlin zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Podświadomie miała nadzieje, że Jonah ocknie się i jakimś cudem wyłoni się zza rogu, wszechmocny, gotowy by ją uratować. Jednak kiedy otworzyła oczy, jego tam nie było. Byli za to ci bandyci. I to coraz bliżej.

Pomyślała o swojej mamie, o tym, jak jej teraz nienawidziła, o tych wszystkich miejscach, w których przyszło jej żyć. Pomyślała o swoim bracie – Samie. Myślała, jak jej życie będzie wyglądało, jeśli uda się jej wyjść z tego cało.

Całe życie przeleciało jej przed oczami. Myślała o tym, jak była traktowana, o tym, jak nie była przez nikogo rozumiana, o tym, jak nic nigdy nie szło po jej myśli. I coś w niej pękło.

Poczuła, że ma już dość.

Nie zasłużyłam sobie na to!

I nagle to poczuła.

To był impuls, nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyła. Zalała ją fala wściekłości, burząc jej krew w jej żyłach. Uczucie promieniowało z brzucha i ogarniało całe jej ciało. Czuła, że jej stopy wtapiają się w beton, jakby stawała się z nim jednością. Wtedy też poczuła pierwotną siłę, wzbierającą jak wzburzona rzeka, przepływającą przez jej nadgarstki, ręce, aż do ramion.

Caitlin wydała z siebie dziki ryk, który zaskoczył i przeraził nawet ją. Kiedy pierwszy chłopak podszedł do niej i swoją tłustą łapą złapał jej nadgarstek, obserwowała tylko jak jej dłoń, jakby samoistnie, chwyta za nadgarstek atakującego i wykręca go do tyłu pod kątem prostym. Usłyszała jak jego nadgarstek, a następnie całe ramię, pękają w pół, a on wyje z bólu, padając na kolana.

Oczy trzech pozostałych chłopaków otworzyły się szeroko ze zdumienia.

Największy z trzech wyrostków natychmiast podbiegł do niej.

– Ty ku-

Zanim zdążył dokończyć, podskoczyła i wbiła obie nogi w jego pierś, fundując mu co najmniej trzymetrowy lot prosto w stos metalowych pojemników na śmieci.

Upadł w nie bez ruchu.

Pozostali spojrzeli po sobie przerażeni i zszokowani.

Caitlin zrobiła kilka kroków w ich stronę i poczuła napływ nieludzkiej siły. Warcząc uniosła za fraki dwóch chłopaków (każdy z nich był od niej dwa razy większy) kilka centymetrów nad ziemię. Gdy wisieli tak w powietrzu, wykonała zamach i obiła ich o siebie nawzajem z nieprawdopodobną siłą. Oboje upadli na ziemię.

Caitlin stała tam dysząc i pieniąc się z wściekłości.

Żaden z chłopaków się nie ruszał.

Nie poczuła jednak ulgi. Wręcz przeciwnie, chciała więcej. Więcej zbirów do walki. Więcej ciał, którymi mogłaby rzucać.

I chciała czegoś jeszcze.

Nagle doznała wizji, skupiła wzrok na ich wyeksponowanych szyjach. Wzrok nieprawdopodobnie jej się wyostrzył. Z miejsca, gdzie stała, widziała żyły pulsujące w każdym z gardeł. Chciała gryźć, by zaspokoić swój głód.

Nie rozumiejąc, co się z nią dzieje, odrzuciła głowę do tyłu i wydała z siebie nieziemski krzyk, odbijający się od budynków echem. To był pierwotny okrzyk zwycięstwa i niespełnionej wściekłości.

To był krzyk zwierzęcia, które chciało więcej.

Rozdział Drugi

Caitlin stała oszołomiona przed drzwiami do swojego mieszkania i dopiero po chwili zorientowała się, gdzie jest. Nie miała pojęcia, jak się tam znalazła. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, była ten ślepy zaułek. Jakimś cudem dotarła się do domu.

Nagle uderzyła ją fala wspomnień ostatnich wydarzeń. Chciała wymazać je z pamięci, ale nie mogła. Spojrzała na swoje ramiona i dłonie, spodziewając się, że będą wyglądały jakoś inaczej, ale były zupełnie normalne. Wyglądały jak zawsze. Ta cała furia jakby przetoczyła się przez nią, przeistoczyła ją, po czym jakby znikła bez śladu.

Mimo wszystko odczuwała pewne skutki, była wycieńczona, odrętwiała. I poczuła coś jeszcze. Nie mogła tego sprecyzować. Obrazy migały jej przed oczami, obrazy tych wyeksponowanych gardeł. Pulsująca w ich żyłach krew. I poczuła głód. Pragnienie.

Caitlin bardzo nie chciała wracać do domu. Zwłaszcza dzisiaj nie chciała oglądać swojej matki, rozpakowywać się, układać rzeczy w pokoju. Jeśli nie robiłaby tego dla Sama, pewnie odwróciłaby się na pięcie i odeszła. Nie miała pojęcia, dokąd by poszła… wystarczyłoby jak najdalej stąd.

Wzięła głęboki oddech i wyciągnęła rękę do klamki. Albo to klamka była taka ciepła, albo jej ręka taka lodowata.

Caitlin weszła do zbyt jasnego mieszkania. Czuła zapach jedzenia gotowanego, a raczej odgrzewanego w kuchni. Sam. Zawsze wracał wcześniej do domu i robił sobie kolację. Jej mamy nie będzie w domu jeszcze przez dobrych kilka godzin.

– Nie wygląda mi to na udany pierwszy dzień w szkole.

Caitlin odwróciła się zszokowana, słysząc głos mamy. Ta siedząc na kanapie, paliła papierosa i przyglądała się Caitlin z pogardą.

– Tak szybko udało Ci się zniszczyć ten sweter?

Caitlin spojrzał w dół i dopiero zauważyła brudne plamy; prawdopodobnie po upadku na beton.

– Co tu robisz tak wcześnie? – zapytała Caitlin.

– Dla mnie też to był pierwszy dzień – warknęła – Nie jesteś jedyna. Mało pracy. Szef puścił mnie wcześniej do domu.

Caitlin nie mógła znieść jej pogardliwego tonu. Nie dzisiaj. Zawsze była w stosunku do niej opryskliwa, a dziś czara się przelała. Postanowiła odgryźć się matce.

– Świetnie – Caitlin odpysknęła – To znaczy, że znowu się przenosimy?

W jednej chwili jej matka zerwała się na równe nogi.

– Uważaj co mówisz, gówniaro! – krzyknęła w złości.

Caitlin wiedziała, że matka tylko czekała na pretekst, by wybuchnąć. Wystarczyło ją tylko sprowokować i mieć to już z głowy.

– Nie powinnaś palić przy Samie – dodała chłodno Caitlin, a następnie weszła do swojego maleńkiego pokoju, zatrzasnęła za sobą drzwi i przekręciła w nich klucz.

Matka natychmiast zaczęła dobijać się do drzwi.

– Wyjdź stamtąd natychmiast smarkulo! Jak się odzywasz do matki !? Przypomnij sobie, kto cię utrzymuje ....

Tego wieczoru Caitlin była tak rozkojarzona, że myślami była w stanie zagłuszyć nawet krzyki swojej mamy. W głowie odtwarzała wydarzenia z minionego dnia. Dźwięk śmiechu tych zbirów. Dźwięk jej własnego serca walącego w piersi. Dźwięk jej ryku.

Co właściwie się tam wydarzyło? Skąd znalazła w sobie taką siłę? Czy był to zwykły zastrzyk adrenaliny? Jakaś jej część miała nadzieję, że tak było. Z drugiej strony wiedziała, że było inaczej. Czym ona się stała?

Walenie do jej drzwi nie ustawało, ale Caitlin ledwie je dostrzegała. Jej komórka leżała na biurku, wibrując jak szalona, zawiadamiając o nadchodzących, smsach, e-mailach, czatach i wiadomościach z Facebooka – ich też zdawała się nie zauważać.

Przez maleńkie okienko spojrzała w dół na róg ulicy Amsterdam i wtedy niespodziewany dźwięk rozległ się w jej głowie. To był dźwięk głosu Jonaha. Niski, głęboki, kojący głos. Przed oczami miała jego uśmiech. Przypomniała sobie, jak delikatny był, jak kruchy się wydawał. Potem zobaczyła go leżącego na ziemi, krwawiącego, jego cenny instrument roztrzaskany na kawałki. Wzbierała w niej nowa fala gniewu.

Jej gniew przekształcił się w niepokój, niepewność czy wszystko z nim w porządku, czy dał sobie radę, czy dotarł do domu. Wyobrażała sobie, jak dzwoni do niej. Caitlin. Caitlin.

 

– Caitlin?

Tym razem inny głos wybrzmiał za jej drzwiami. Głos chłopca.

Zdezorientowana, warknęła na niego.

– To ja, Sam. Wpuść mnie.

Poszła do drzwi i oparła o nie głowę.

– Mama wyszła – powiedział głos po drugiej stronie – Poszła na dół zapalić. Proszę Cię, wpuść mnie.

Uchyliła drzwi.

Sam stał tam, patrząc na nią swoimi zmartwionymi oczami. Wyglądał na dużo starszego niż 15 lat. W tak młodym wieku miał już ponad 180cm wzrostu, przy czym nie zdążył jeszcze nabrać masy, więc wyglądał trochę nieporadnie. Byli do siebie podobni, oboje mieli ciemne włosy i brązowe oczy. Zdecydowanie wyglądali na rodzeństwo. Caitlin widziała troskę na jego twarzy. Kochał ją najbardziej na świecie.

Wpuściła go do środka i szybko zamknęła za nim drzwi.

– Sorry – powiedziała – Nie mam siły się z nią dzisiaj użerać.

– O co poszło tym razem?

– Jak zwykle. Przyczepiła się do mnie, jak tylko weszłam do domu.

– Wydaje mi się, że miała ciężki dzień – powiedział Sam, próbując je jakoś pogodzić, jak zawsze – Mam nadzieję, że nie zwolnili jej znowu.

– Kogo to obchodzi? Nowy Jork, Arizona, Teksas ... Co za różnica co będzie następne? Nigdy nie przestaniemy się przeprowadzać.

Sam usiadł na jej krześle i ponuro zmarszczył brwi, a ona od razu poczuła, że nie powinna była tego mówić. Czasem miała zbyt cięty język, mówił coś bez zastanowienia, a później chciała to cofnąć.

– Jak Ci minął pierwszy dzień? – zagadała, starając się zmienić temat.

Wzruszył ramionami.

– Chyba OK – nogą pukał w krzesło.

Spojrzał w górę.

– A twój?

Wzruszyła ramionami. Coś musiało być w jej wyrazie twarzy, albo w tym, jak to powiedziała, bo nie przestawał na nią patrzeć.

– Co się stało?

– Nic – powiedziała niepewnie i odwrócił się do okna.

Czuła, że ją obserwuje.

– Wyglądasz ... inaczej.

Zamarła na chwilę, zastanawiając się, czy coś w jej wyglądzie wzbudziło jego podejrzenia.

Przełknęła ślinę.

– Co masz na myśli?

Cisza.

– Nie wiem – odpowiedział w końcu.

Wyjrzała przez okno, obserwując bezwiednie jak człowiek na rogu sprzedaje chłopakowi narkotyki.

– Nienawidzę tego nowego miejsca – powiedział.

Odwróciła się i spojrzała na niego.

– Ja też.

– Zacząłem nawet myśleć o ... – opuścił głowę – ... ucieczce stąd.

– Co masz na myśli?

Wzruszył ramionami.

Spojrzała na niego. Wydawał się bardzo przygnębiony.

– Dokąd? – zapytała.

– Może ... znaleźć ojca.

– Niby jak? Nie mamy pojęcia, gdzie on jest.

– Mógłbym spróbować. Mógłbym go znaleźć.

– Jak?

– Nie wiem .... Ale mogę spróbować.

– Sam. Przecież nawet nie wiemy, czy on żyje.

– Nie mów tak! – wrzasnął, a jego twarz stała się jaskrawoczerwona.

– Przepraszam – powiedziała.

Uspokoił się po chwili.

– A nigdy nie przyszło Ci do głowy, że nawet jeśli go znajdziemy, to może się okazać, że on nie chce nas znać? Przecież to on odszedł. I nigdy nie próbował się z nami skontaktować.

– Może mama mu nie pozwalała.

– A może po prostu nie chciał.

Zmarszczka na czole Sama zrobiła się jeszcze głębsza i znowu zaczął pukać nogą w krzesło.

– Znalazłem go na Facebooku.

Oczy Caitlin otwarły się szeroko ze zdziwienia.

– Znalazłeś go?

– W sumie nie jestem pewien. Były 4 osoby pod tym nazwiskiem. 2 z nich zablokowane, bez zdjęcia. Do obu wysłałem wiadomość.

– I co?

Sam pokręcił głową.

– Nic, nie odpowiedzieli.

– Tata założyłby konto na Facebooku?

– A może, skąd wiesz? – odpowiedział defensywnie.

Caitlin westchnęła i podszedł do swojego łóżka. Położyła się. Wpatrywała się w pożółkły sufit, odpadającą farbę i zastanawiał się, jak mogło do tego dość. Były miasta w których było im dobrze, momenty, w których nawet ich matka wydawała się niemal szczęśliwa. Jak wtedy, gdy spotykała się z tym facetem. Przynajmniej na tyle szczęśliwa, żeby się jej nie czepiać.

Były miasta, jak to w którym żyli ostatnio, gdzie i ona i Sam nawiązali kilka przyjaźni, gdzie wydawało się, że mogliby zatrzymać się na dłużej, przynajmniej na tyle długo, by skończyć szkołę w jednym miejscu. A potem wszystko stało się tak szybko. Znowu pakowanie. Pożegnania. Czy proszenie o normalne dzieciństwo to zbyt wiele?

– Mógłbym wrócić do Oakville – powiedział nagle Sam, przerywając potok jej myśli. To było ich ostatnie miasto. To niesamowite, jak on zawsze wiedział, o czym myślała – Mógłbym zatrzymać się u przyjaciół.

Nagle to wszystko zaczęło ją przerastać. Po całym dniu nie myślała już jasno, a w jej stanie, ze słów Sama zrozumiała tyle, że gotowy był ją porzucić i że już go nie obchodziła.

– A idź sobie! – rzuciła bez namysłu. Jakby ktoś inny to powiedział. Usłyszała oziębłość w swoim własnym głosie i natychmiast tego pożałowała.

Dlaczego musiała tak wybuchać? Dlaczego nie mogła nad sobą panować?

Gdyby nie była w tak podłym humorze, gdyby była trochę spokojniejsza, gdyby nie miała tylu zmartwień, nie powiedziałaby tego. Albo chociaż ujęłaby to inaczej. Powiedziałaby coś w stylu, Wiem, co masz na myśli. Wiem, że nigdy byś nie wyjechał, bez względu na to, jak źle by tu było. Nie zostawiłbyś mnie tu, żebym sama sobie z tym wszystkim radziła. I kocham Cię za to. I ja też nigdy Cię nie opuszczę. W tym spapranym dzieciństwie przynajmniej mamy siebie. Jej podły nastrój wydobył z niej jednak to, co najgorsze. Zachowała się samolubnie i wybuchła.

Usiadła i zobaczyła ból wyryty na jego twarzy. Chciała cofnąć te słowa, powiedzieć, że jest jej przykro, ale była tym wszystkim zbyt przytłoczona. Nie mogła się zmusić do mówienia. W ciszy Sam powoli wstał z krzesła i wyszedł z jej pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

Idiotka, pomyślała. Jesteś beznadziejna. Dlaczego musisz traktować go w taki sam sposób, w jaki matka traktuje ciebie?

Z powrotem położyła się na łóżku i utkwiła wzrok w suficie. Dotarło do niej, że wybuchła z innego powodu. Sam przerwał potok jej myśli. I to w najgorszym momencie. W momencie, kiedy pogrążona była w swoich najczarniejszych myślach i przerwał je jeszcze zanim mogła sobie z nimi poradzić.

Były facet jej matki. Trzy miasta temu. To był jedyny moment, kiedy jej mama rzeczywiście wydawała się być szczęśliwa. Frank. 50 lat. Niski, napakowany, łysy. Potężny jak kłoda. Śmierdział tanią wodą kolońską. Miała wtedy 16 lat.

Stała wtedy w małej pralni, składała swoje ubrania, kiedy Frank pojawił się w drzwiach. Był taki obleśny, zawsze gapił się na nią lubieżnie. Schylił się i podniósł parę jej majtek, czuła jak się czerwieni z zakłopotania i złości. Podniósł je i uśmiechnął się szeroko.

– Chyba coś Ci wypadło – powiedział, szczerząc zęby. Wyrwała mu je z ręki.

– Czego chcesz? – odwarknęła.

– Czy w taki sposób zwraca się do nowego ojczyma?

Zrobił pół kroku bliżej.

– Nie jesteś moim ojczymem.

– Ale będę – już niedługo.

Chciała wrócić do składania swoich ubrań, ale podszedł jeszcze bliżej. Zbyt blisko. Serce waliło jej w piersi.

– Myślę, że nadszedł czas, abyśmy poznaliśmy się nieco lepiej – powiedział, rozpinając swój pasek – Jak myślisz?

Przerażona, próbowała przecisnąć się obok niego do wyjścia, ale w chwili kiedy go mijała, on zablokował jej drogę, chwycił za ramiona i uderzył plecami o ścianę.

I wtedy to się stało.

Oślepiła ją wściekłość. Furia niepodobna do niczego, czego kiedykolwiek doświadczyła. Czuła jak gorąco ogarnia jej całe ciało. Gdy tylko się zbliżył, podskoczyła i kopnęła go obiema nogami prosto w klatkę piersiową.

Pomimo, że była od niego dużo mniejsza, poleciał do tyłu, wyrywając drzwi z zawiasów i dalej, trzy metry aż do następnego pomieszczenia. Jakby dostał kulą armatnią.

Caitlin stała tam, drżąc. Nigdy nie była porywczą osobą, nigdy nikogo nie uderzyła. Co więcej, nie była zbyt duża, ani silna. Jak zdołała go kopnąć w taki sposób? Skąd miała tyle siły? Nigdy nie widziała nikogo, a tym bardziej dorosłego człowieka, latającego w powietrzu albo roztrzaskującego drzwi. Skąd wzięła taką siłę?

Podeszła i stanęła nad nim.

Znokautowany leżał płasko na plecach. Przez chwile zastanawiała się, czy przypadkiem go nie zabiła. Ale w tym momencie, kiedy wciąż przepełniało ją uczucie wściekłości, tak naprawdę nie obchodzi ją to. Bardziej martwiła się o siebie, o to kim – lub czym – naprawdę jest.

Po tym zdarzeniu nigdy więcej nie widziała Franka. Zerwał z jej mamą następnego dnia i nigdy nie wrócił. Jej mama podejrzewała, że coś się stało pomiędzy nimi, ale nigdy nie powiedział ani słowa, choć winą za rozpad jedynego szczęśliwego związku w swoim życiu obarczyła Caitlin. I nigdy jej tego nie wybaczyła.

Caitlin znowu wpatrywała się w sufit, serce łomotało jej w piersi. Pomyślała o dzisiejszym ataku wściekłości i zastanawiał się, czy te dwa epizody miały ze sobą coś wspólnego. Do tej pory zakładała, że Frank był jednorazowym, szalonym incydentem, jakimś dziwnym przypływem siły. Ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy to nie było przypadkiem coś więcej. Czy miała w sobie jakaś moc? Czy była jakimś odmieńcem?

Kim była?

Rozdział Trzeci

Caitlin biegła ile sił w nogach. Napastnicy byli tuż za nią, gonili ją w dół alei. Wbiegła w ślepy zaułek, przed nią wyrósł masywny mur, lecz ona nie przestawała biec w jego kierunku. Biegła coraz szybciej, wprost z niemożliwą prędkością, aż mijane budynki zaczęły jej się rozmywać. Czuła wiatr we włosach.

Podbiegła do ściany i jednym susem wskoczyła na 9-metrowy mur. Bez chwili zawahania zeskoczyła z niego już po drugiej stronie, nie tracąc tempa, biegnąc bez opamiętania. Czuła swoją siłę, była niezwyciężona. Biegła jeszcze szybciej, czuła, że może latać.

Spojrzała w dół i zamiast betonu ujrzała trawy – wysokie, kołyszące się na wietrze, zielone trawy. Biegła przez prerię, świeciło słońce, rozpoznała to miejsce – tu mieszkała, kiedy była małą dziewczynką.

Miała przeczucie, że tam gdzieś w oddali, czeka na nią jej ojciec. Gdy tak biegła, czuła, że zbliża się do niego coraz bardziej. Zaczęła dostrzegać zarys jego sylwetki. Stał uśmiechnięty z szeroko rozłożonymi ramionami.

Pragnęła go znowu zobaczyć. Biegła tak szybko, jak tylko mogła. Ale kiedy tylko się do niego zbliżała, on się od niej oddalał.

Nagle zaczęła spadać.

Ogromne, średniowieczne wrota otworzyły się i weszła do kościoła. Szła w kierunku słabo oświetlonego ołtarza, pochodnie paliły się po obu stronach. Przed amboną klęczał człowiek plecami odwrócony do niej. Kiedy podeszła bliżej, wstał i odwrócił się w jej stronę.

To był ksiądz. Spojrzał na nią, a jego twarz zbladła z przerażenia. Poczuła jak krew krąży w jej żyłach, patrzyła jak zbliżyła się do niego, nie mogąc się powstrzymać. Przerażony uniósł krzyż do twarzy.

Rzuciła się na niego. Czuła, jak rosną jej zęby, długie, zbyt długie. I patrzyła, jak zatapiają się w szyi kapłana.

Krzyczał przeraźliwie, ale jej to nie obchodziło. Poczuła jak jego krew przelewa jej się przez zęby, wpływa do jej żył. Było to najrozkoszniejsze uczucie, jakiego doznała.

Caitlin usiadła na łóżku, dysząc ciężko. Rozejrzała się wokół zdezorientowana. Strumień rażącego światła padał wprost na jej twarz. Wreszcie dotarło do niej, że to był sen. Otarła zimny pot ze skroni i usiadła na krawędzi łóżka.

Panowała cisza. Sądząc po tym, jak jasno było na zewnątrz, Sam i jej mama musieli już wyjść. Spojrzała na zegarek i zobaczyła jak późno już było: 08:15. Już była spóźniona na drugi dzień w szkole.

Wspaniale.

Była zaskoczona, że Sam jej nie obudził. Przez te wszystkie lata, nigdy nie pozwolił by zaspała – zawsze przychodziła ją obudzić, jeśli wychodził pierwszy.

Nadal musi mieć mi za złe to, co powiedziałam.

Spojrzała na swoją komórkę: wyładowana. Zupełnie zapomniała podłączyć ją do ładowarki. Może to i lepiej. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać.

Włożyła na siebie jakieś ubrania z podłogi i przeczesała włosy palcami. Normalnie wyszłaby bez jedzenia, ale dzisiejszego ranka czuła się spragniona. Wyjątkowo spragniona. Podeszła do lodówki i wyjęła z niej karton soku z czerwonego grejpfruta. Odkręciła nakrętkę i zaczęła pić prosto z kartonu. Nie przestała pić, aż do chwili, kiedy poróżniła pojemnik.

 

Spojrzała na pusty karton. Czy to możliwe, że aż tyle wypiła? Nigdy chyba nie zdarzyło jej się wypić na raz więcej, niż pół szklanki. Sama się zdziwiła, gdy kartonowy pojemnik zgniotła w jednym ręku do rozmiarów małej kulki. Nie mogła zrozumieć, czym była ta nowoodkryta siła, która płynęła w jej żyłach. Było to ekscytujące. I przerażające.

Nadal czuła pragnienie. I głód. Lecz nie był to głód jedzenia. W żyłach czuła, że potrzebuj czegoś więcej, ale nie mogła zrozumieć czego.

*

Świecące pustkami korytarze jej szkoły wyglądały surrealistycznie. W czasie lekcji nie było tam żywej duszy. Spojrzała na zegarek: 08:40. Za 15 minut miała skończyć się lekcja.

Zastanawiała się, czy w ogóle warto na nią iść, ale z drugiej strony, co innego miałaby zrobić z tym dniem. Szła więc długim korytarzem w kierunku swojej sali.

Zatrzymała się przed drzwiami, nasłuchując głosu nauczyciela. Zawahała się. Nienawidziła przerwać, być w centrum uwagi. Nie bardzo miała jednak inny wybór.

Wzięła głęboki oddech i nacisnął metalową klamkę.

Weszła, a cała klasa zamarła w bezruchu, wlepiając w Caitlin swój wzrok. W tym także i nauczycielka.

Zapadła cisza.

– Pani .... – nauczycielka, nie będąc pewna jej imienia, podszedł do biurka i z leżącej na nim kartki, przeczytała – ...Paine. Nowa uczennica. Spóźniłaś się 25 minut.

Nauczycielka spojrzał na Caitlin surowym wzrokiem.

– Co masz nam do powiedzenia?

Caitlin zawahała się.

– Przepraszam?

– To nie wystarczy. Może tam, skąd przyjechałaś, można było wziąść sobie rano wolne, ale na pewno nie tutaj.

– Wziąć – poprawiła ją Caitlin i natychmiast tego pożałowała.

Zapadła niezręczna cisza.

– Słucham? – nauczycielka nie wierzyła własnym uszom.

– Powiedziała Pani, "wziąść", a mówi się „wziąć”.

– Ale wtopa! – rzucił ktoś z tyłu sali, a cała klasa wybuchła śmiechem.

Twarz nauczycielki przybrał kolor purpurowy.

– Ty smarkulo. Natychmiast zgłoś się do gabinetu dyrektora!

Nauczycielka żwawym krokiem podeszła do drzwi i otworzyła je przed Caitlin. Przesunęła się kawałek, tak że Caitlin mogła poczuć zapach jej tanich perfum.

– Wynocha z mojej klasy!

Normalnie Caitlin bez słowa wyszłaby z klasy, nie mówiąc już o tym, że nigdy nie poprawiłaby nauczyciela. Ale coś się w niej zmieniło, coś, czego do końca nie rozumiała, poczuła, jak rośnie w niej opór. Czuła, że nie musi okazywać szacunku każdemu. I nie czuła już strachu.

Zamiast tego, Caitlin stała tam, ignorując nauczycielkę i powoli rozglądając się po klasie, w poszukiwaniu Jonaha. Klasa była pełna, sprawdziła wzrokiem każdy rząd. Nie było po nim śladu.

– Pani Paine! Nie słyszy pani, co powiedziałam!?

Caitlin rzuciła nauczycielce wyzywające spojrzenie. Potem odwróciła się na pięcie i powoli wyszła z klasy.

Drzwi z hukiem zatrzasnęły się za nią. Usłyszała jeszcze stłumiony zgiełk w sali i głośne „uspokójcie się!" nauczycielki.

Caitlin włóczyła się po pustych korytarzach, nie znając właściwej drogi.

Za plecami usłyszała kroki. W oddali pojawił się strażnik. Zbliżałał się do niej.

– Przepustka – warknął na nią jeszcze z dystansu.

– Co? – odpowiedziała.

Zbliżył się.

– Gdzie jest twoja przepustka? Masz trzymać ją w widocznym miejscu przez cały czas.

– Jaka przepustka?

Zatrzymał się i zbadał ją wzrokiem. Był obleśnym, podle wyglądającym mężczyzną, z ogromnym znamieniem na czole.

– Nie możesz poruszać się po korytarzach bez podpisanej przepustki. Wiesz o tym. Gdzie ona jest?

– Nie wiedziałam

Podniósł krótkofalówkę i powiedział:

– Naruszenie przepisów w skrzydle 14. Zabieram ją do aresztu.

– Aresztu? – zapytała Caitlin, zdezorientowana – A co ty jesteś…

Chwycił ją mocno za ramię i pociągnął w dół korytarza.

– Ani słowa więcej! – warknął.

Caitlin nie podobało się, jak jego palce wbijały się w jej ramię, prowadząc ją, jakby była dzieckiem. Czuła jak podnosi się jej ciśnienie. Czuła, jak wzbiera się w niej wściekłość. Nie wiedziała jak i dlaczego, ale wiedziała, do czego to prowadzi. I wiedziała, że za dosłownie chwile, nie będzie w stanie kontrolować swojego gniewu i swojej siły.

Musiała to zatrzymać, zanim będzie za późno. Skupiła całą swoją energię na opanowaniu tego gniewu. Ale tak długo, jak jego palce zaciskały się na jej ramieniu, to po prostu było niemożliwe. Szybko wyrwała rękę, zanim pełna moc przejęła nad nią kontrolę i zobaczyła jak strażnik leci na drugą stronę korytarza.

Patrzył na nią zszokowany, że dziewczyna jej gabarytów może rzucić nim kilka metrów w poprzek korytarza zaledwie lekkim ruchem ramienia. Zaniemówił z oburzenia i strachu. Widziała, jak waha się, czy zaatakować czy lepiej się wycofać. Opuścił rękę na pasek, na którym wisiała duża puszka gazu pieprzowego.

– Jeszcze raz podnieś na mnie rękę, młoda damo – powiedział wzburzony – a potraktuję cię gazem.

– To ty mnie nie dotykaj – odpysknęła. Sama nie wierzyła, że to mówi. Nawet jej głos się zmienił. Ten był głębszy, bardziej pierwotny.

Powoli zdjął rękę ze sprayu. Uległ.

– Idź przede mną – powiedział – Wzdłuż korytarza i po tych schodach.

*

Strażnik zostawił ją w zatłoczonym wejściu do gabinetu dyrektora. W tej samej chwili odezwało się jego radio i już był w drodze do kolejnego wezwania. Zanim jednak odszedł, odwrócił się do niej i rzekł.

– Żebym Cię tu więcej nie widział – warknął.

Caitlin odwróciła się i zobaczyła piętnaścioro dzieciaków w różnym wieku, siedzących, stojących, wszyscy czekający na dyrektora. Sami nieudacznicy. Wchodzili po kolei, jeden uczeń po drugim. Na straży stał niemrawy ochroniarz, kiwał się bezwiednie.

Caitlin nie miała ochoty czekać tam pół dnia, a już na pewno nie miała ochoty na spotkanie z Dyrektorem. Jasne, nie powinna spóźniać się do szkoły, ale ta kara była niewspółmierna do jej przewinienia. Miała tego dość.

Drzwi na korytarz otworzyły się i do środka wszedł strażnik ciągnąc za sobą trzech przepychających się chłopaków. W małej, przepełnionej już poczekalni zapanował chaos. Rozległ się dźwięk dzwonka i szerokie korytarze zaczęły się wypełniać ludźmi. Teraz chaos panował i wewnątrz i na zewnątrz poczekalni.

Caitlin uznała to za swoją jedyna szansę. Gdy drzwi otworzyły się ponownie, zanurkowała obok innego dziecka i wymknęła się na korytarz.

Spojrzała szybko przez ramię, ale chyba nikt jej nie zauważył. Szybko przeciskała na drugi koniec korytarza przez gęsty tłum dzieci, a potem dalej za róg. Sprawdziła ponownie: nadal nikt za nią nie szedł.

Była bezpieczna. Nawet jeśli ochroniarze zauważyli jej zniknięcie, w co szczerze wątpiła, była już zbyt daleko, żeby ją złapać. Energicznym krokiem przemierzała korytarz w stronę stołówki, chcąc jak najszybciej znaleźć się z dala od gabinetu. Musiała znaleźć Janaha. Musiała się upewnić, że wszystko z nim w porządku.

Stołówka była przepełniona ludźmi. Szła pomiędzy stolikami, szukając go wzrokiem. Ani śladu. Przeszła jeszcze raz, wolniej, dokładnie przyglądając się twarzom przy każdym stoliku. Nadal nic.

Żałowała, że wtedy nie wróciła po niego, nie sprawdziła jak poważne jest ranny, nie wezwała karetki. Zastanawiała się jak dotkliwie go pobili. Może był szpitalu. Może nie wróci już do szkoły.

Przygnębiona złapała swoją tacę i znalazła stolik z bezpośrednim widokiem na drzwi do stołówki. Usiadła tam i ledwo coś jedząc, wpatrywała się z nadzieją w każdego wchodzącego dzieciaka.

On jednak nie przyszedł.

Dzwonek zadzwoniła, a stołówka na opustoszała. Ona wciąż tam siedziała.

Pustka.

*

Wybrzmiał ostatni dzwonek tego dnia i Caitlin stanęła przed swoją szafką. Spojrzała na kartkę z wydrukowanym szyfrem, wprowadziła go i pociągnęła za drzwiczki. Nie zadziałało. Spróbowała jeszcze raz tą samą kombinację cyfr. Tym razem zamek ustąpił.

Wpatrywała się w puste wnętrze metalowej szafki. Na wewnętrznej stronie drzwi wymalowane było graffiti. Poza tym szafka była szara i pusta. Przygnębiające. Wspomnieniami wróciła do swoich poprzednich szkół, o tym, jak zawsze śpieszyła by znaleźć swoją szafkę, otworzyć ją, zapamiętać kombinację do zamka, przyozdobić drzwi zdjęciami chłopców z magazynów. To był jej sposób na zdobycie odrobiny kontroli, poczucie się jak w domu, znalezienie swojego własnego miejsca w szkole, stworzenie czegoś wyjątkowego.