Marsz Władców

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Marsz Władców
Marsz Władców
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,22  19,38 
Marsz Władców
Audio
Marsz Władców
Audiobook
Czyta Piotr Bajtlik
13,21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ PIĄTY

Thor biegł tuż za Reece’em, z Krohnem u swego boku. Lawirowali tylnymi korytarzami zmierzając do komnaty króla. Reece poprowadził ich przez ukryte w kamiennej ścianie schody. Przy świetle trzymanej w ręce pochodni przeciskali się jeden za drugim przez oszałamiającą wręcz ilość wąskich przejść i zakrętów wewnątrz murów zamku. Wspięli się po wąskich kamiennych schodach, które prowadziły do kolejnego korytarza. W końcu skręcili i przed ich oczyma ukazały się kolejne schody. Thor nie mógł się nadziwić, jak zawiłą drogą podążali.

– To przejście wybudowano setki lat temu – wytłumaczył Reece szeptem. Ciężko dysząc dodał – Za pradziada mojego ojca, trzeciego króla z rodziny MacGil. Zlecił budowę tuż po oblężeniu – miała to być droga ucieczki. Jak na ironię, zamek nigdy już nie był oblegany, a te korytarze popadły w niepamięć na setki lat. Wyjścia pozabijano deskami. Znalazłem je będąc jeszcze dzieckiem. Lubię czasami korzystać z nich, aby przemieszczać się po zamku bez zwracania czyjeś uwagi. Kiedy byliśmy młodsi, Gwen, Godfrey i ja bawiliśmy się tutaj w chowanego. Kendrick był na to już za stary, zaś Gareth nie chciał się z nami bawić. Żadnych pochodni, taką mieliśmy zasadę. Ciemno, choć oko wykol. Strasznie to wtedy wyglądało.

Thor starał się nadążyć za Reece’em, który odnajdował drogę z szokującym wręcz kunsztem. Było oczywiste, że znał każdy odcinek na pamięć.

– Jak ty w ogóle rozpoznajesz te wszystkie zakręty? – spytał ze zdziwieniem Thor.

– Gdybyś dorastał na zamku od młodości, pierwsze co zaczęłoby ci doskwierać to samotność. Zwłaszcza, jeśli wszyscy wkoło są od ciebie starsi, a ty jesteś zbyt młody, aby wstąpić do legionu, poza którym nie ma tu nic do robienia. Postawiłem sobie za cel, taką misję, odkryć wszelkie zakamarki tego miejsca.

Znowu skręcili, po czym zeszli po trzech kamiennych schodkach, przecisnęli się przez wąski otwór w murze i zeszli po ciągnących się daleko w dół schodach. W końcu Reece zatrzymał się przy grubych, dębowych, pokrytych kurzem drzwiach. Przyłożył do nich ucho i zaczął nasłuchiwać. Thor podszedł bliżej.

– Co to za drzwi? – spytał.

– Ciii – odparł Reece.

Thor zamilkł i sam przyłożył ucho. Krohn stał za nim spoglądając w górę.

– Tylne drzwi do komnaty mojego ojca – wyszeptał Reece. – Chcę usłyszeć, kto jest tam teraz z nim.

Thor słuchał z walącym sercem stłumionych głosów dobiegających zza drzwi.

– Wygląda na to, że w środku jest pełno ludzi – powiedział Reece.

Odwrócił się i spojrzał na Thora wymownie.

– Wpadniesz w sam środek burzy. Są tam jego generałowie, jego doradcy i rodzina – wszyscy. I jestem pewien, że każdy z nich szuka właśnie ciebie, jego domniemanego mordercy. Jakbyś wszedł w tłum chętny zlinczować cię bez pytania. Jeśli mój ojciec nadal uważa, że to ty próbowałeś go otruć, będziesz skończony. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?

Thor przełknął ślinę głośno. Teraz albo nigdy, pomyślał. Zaschło mu w gardle, gdy zdał sobie sprawę, iż właśnie w tej chwili nadszedł jeden z punktów zwrotnych jego życia. Najłatwiej byłoby teraz odejść, uciec od tego wszystkiego. Mógłby wieść spokojne życie z dala od królewskiego dworu, gdzieś tam. Ale mógł też przejść przez te drzwi i najprawdopodobniej spędzić resztę życia w lochu, z łachudrami – bądź nawet zostać stracony.

Wciągnął głęboko powietrze i podjął decyzję. Musiał zmierzyć się z własnymi demonami twarzą w twarz. Nie mógł się wycofać.

Skinął głową. Bał się otworzyć usta. Obawiał się tego, że jeśli je otworzy, to może zmieni zdanie.

Reece również skinął głową, z wyrazem aprobaty na twarzy. Popchnął żelazną klamkę i natarł ramieniem na drzwi.

Thor zmrużył gwałtownie oczy, kiedy drzwi otworzyły się i stanęli w świetle pochodni. Byli w samym środku komnaty. Reece i Krohn stanęli tuż przy nim.

Król leżał na swym łożu, a wszędzie dokoła tłoczyli się ludzie. Przynajmniej dwa tuziny: niektórzy pochylali się nad władcą, inni klęczeli. Byli tam jego doradcy i generałowie, jak również Argon, królowa, Kendrick, Godfrey – nawet Gwendolyn. Zastygli w czuwaniu przy łożu śmierci, a Thor właśnie zakłócił tę bądź, co bądź prywatną, rodzinną sprawę.

W komnacie panował ponury nastrój. Wszyscy przybrali poważną minę. MacGil leżał wsparty na poduchach. Thor poczuł ulgę, kiedy spostrzegł, że król jeszcze żyje – przynajmniej w tej chwili.

Wszystkie twarze zwróciły się jak na komendę w kierunku, gdzie tak nagle pojawili się Thor i Reece, ku kompletnemu zaskoczeniu czuwających. Thor zdał sobie sprawę, jaki to musiał być dla nich szok ujrzeć ich tak nagle wychodzących z ukrytych drzwi w ścianie prosto na środek izby.

– To ten chłopak! – krzyknął ktoś w tłumie i wskazał na Thora z wyrazem nienawiści na twarzy. – To on próbował otruć króla!

Ze wszystkich stron wyskoczyli strażnicy i rzucili się na chłopca. Thor nie wiedział, co robić. Z jednej strony chciał zawrócić i uciec. Wiedział jednak, że musi przeciwstawić się rozwścieczonej gawiedzi, że musi rozstać się z królem w pokoju. Wziął się więc w garść. Straże już niemal miały go w swych rękach. Krohn podszedł bliżej i warknął ostrzegawczo w ich kierunku.

Nagle chłopiec poczuł, jak gdzieś z głębi jego ciała wypływa fala gorąca i rozchodzi się po nim całym. Podniósł rękę bezwiednie, skierował dłoń w kierunku zgromadzonych i posłał tą wzbierającą falę energii przed siebie.

Ku jego zdziwieniu wszyscy stanęli jednocześnie w pół kroku, kilka stóp dalej, jakby obróceni w lód. Jego moc, czymkolwiek była, pulsująca już teraz w całym jego ciele, trzymała ich na dystans.

– Jak śmiesz wchodzić tu i używać swoich czarów, chłopcze! – ryknął Brom, najwyższy rangą generał królewski, i chwycił za swój miecz. – Czy jedna próba zabicia naszego króla ci nie wystarczy?

Podszedł do Thora z uniesionym orężem. W tej chwili chłopiec poczuł, jak coś w nim się budzi, uczucie silniejsze niż wszystkie, jakich do tej pory doświadczył. Zwyczajnie zamknął oczy i skupił się. Czuł energię wibrującą w mieczu Broma, jego kształt, metal, z którego został zrobiony i w jakiś sposób zjednoczył się z nim. Wewnętrznym głosem nakazał mu się zatrzymać.

Brom stanął jak wryty z szeroko otwartymi oczyma.

– Argonie! – krzyknął Brom odwróciwszy się do druida. – Powstrzymaj te czary w tej chwili! Zatrzymaj tego chłopca!

Argon wyszedł przed tłum i powoli opuścił swój kaptur. Popatrzył na Thora swym intensywnym, płonącym spojrzeniem.

– Nie widzę powodu, aby go powstrzymywać – odparł Argon. – Nie przybył tu, by wyrządzić komuś krzywdę.

– Oszalałeś? Prawie zabił naszego króla!

– Tak ci się wydaje – powiedział Argon. – Ja widzę coś innego.

– Zostawcie go – dobiegł ich chropawy, głęboki głos.

Wszyscy zwrócili się w kierunku MacGila, który właśnie usiadł na swym łożu. Rozejrzał się dokoła ledwie przytomnym wzrokiem. Widać było, ile wysiłku kosztowało go wypowiedzenie tych dwóch słów.

– Chcę rozmawiać z tym chłopcem. To nie on mnie ranił. Widziałem twarz tego mężczyzny i to nie był ten chłopiec. Thor jest niewinny.

Powoli wśród zgromadzonych dało się odczuć odprężenie. Thor również rozluźnił swój umysł i zwolnił ich ze swego władania. Straże wycofały się, spoglądając na niego z rezerwą tak, jakby był nie z tej ziemi, i schowały niepotrzebny już oręż do pochew.

– Chcę z nim rozmawiać – powiedział MacGil. – W cztery oczy. Wy wszyscy. Zostawcie nas samych.

– Mój królu – wtrącił Brom. – Czy naprawdę sądzisz, że to bezpieczne? Tylko ty panie i ten chłopiec?

– Nie pozwalam go tknąć – odparł MacGil. – Teraz opuście nas. Wszyscy. Łącznie z moją rodziną.

W pomieszczeniu zapanowała grobowa cisza. Wszyscy spoglądali po sobie najwidoczniej nie mając pojęcia, co robić. Thor zaś stał wrośnięty w ziemię i nie mógł zrozumieć, co się dzieje.

W końcu, podążając jeden za drugim, wszyscy, również członkowie rodziny królewskiej, opuścili komnatę. Reece i Krohn wyszli jako ostatni. Komnata opustoszała tak nagle, jakby jeszcze przed chwilą nie była zatłoczona.

Drzwi zamknęły się. Tylko Thor i król – sami, w otaczającej ich ciszy. Chłopiec nie mógł w to uwierzyć. Widok leżącego króla, bladego, zmagającego się z bólem ranił Thora bardziej niż mógł to opisać. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, jakby to jakaś jego część umierała tu, na tym łożu. Tak bardzo chciał, żeby król poczuł się lepiej.

– Podejdź tu, mój chłopcze – rzekł władca słabym, ochrypłym głosem, niemal szeptem.

Thor pokłonił się, podszedł bliżej i uklęknął. Król podniósł z trudem rękę. Thor chwycił ją i złożył pocałunek.

Chłopiec podniósł wzrok i dostrzegł, że MacGil uśmiecha się słabo. Ku swemu zdumieniu poczuł, jak gorące łzy zraszają jego policzki.

– Mój panie – zaczął Thor pospiesznie nie mogąc już powstrzymać w sobie wszystkiego. – Proszę, uwierz mi. To nie ja ciebie otrułem. Wiedziałem o spisku tylko dzięki mojemu snu. Dzięki jakiejś mocy, której nawet nie znam. Chciałem tylko cię ostrzec. Błagam, uwierz mi–

MacGil podniósł dłoń i Thor zamilkł.

– Myliłem się co do ciebie – powiedział. – Czyjaś inna ręka musiała zadać mi cios żebym zrozumiał, że to nie ty. Starałeś się jedynie mnie uratować. Wybacz mi. Pozostałeś lojalny do końca. Być może jedyny lojalny członek mego dworu.

– Tak bardzo chciałbym się mylić – odparł Thor. – Tak bardzo chciałbym, żebyś był zdrów panie. Żeby moje sny były tylko iluzją; żebyś nigdy nie został zabity. Może się myliłem. Może przeżyjesz.

MacGil potrząsnął głową przecząco.

– Mój czas już nadszedł – powiedział.

Thor przełknął ślinę mając nadzieję, że to nieprawda, przeczuwając jednak, że było tak, jak mówił król.

– Czy wiesz panie, kto dopuścił się tego haniebnego czynu? – Thor zadał pytanie, które gnębiło go od momentu złowieszczego snu. Nie mógł pojąć, kto mógłby chcieć zabić króla, ani dlaczego.

 

MacGil spojrzał w sufit, mrużąc oczy z wysiłku.

– Widziałem jego twarz. Twarz kogoś, kogo dobrze znam, ale z jakiegoś powodu nie potrafię skojarzyć.

Odwrócił się i spojrzał na Thora.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Nadeszła moja pora. Czy to z jego ręki, czy też kogoś innego, koniec jest taki sam. To, co teraz się liczy – powiedział i chwycił za nadgarstek Thora z siłą, która zaskoczyła chłopca – to to, co się stanie, kiedy odejdę. Do nas będzie należeć królestwo bez króla.

MacGil przyjrzał się chłopcu z przejęciem, którego ten nie rozumiał. Thor nie wiedział zbyt dokładnie, o czym mówił król – czego, jeśli w ogóle, od niego żądał. Chciał zapytać, ale widział, z jaką trudnością przychodziło mu złapać oddech i nie chciał mu przerywać.

– Argon miał co do ciebie rację – powiedział powoli puszczając go z uścisku. – Twoje przeznaczenie jest o wiele większe od mojego.

Usłyszawszy te słowa, Thor poczuł, jak przeszywa go prąd. Jego przeznaczenie? Większe niż króla? Już sama myśl o tym, że król trudziłby się, aby rozmawiać o nim z Argonem wykraczała poza jego pojmowanie. A jego słowa, że niby przeznaczenie Thora było większe niż króla – co też mógł mieć na myśli? Czy król MacGil w swoich ostatnich chwilach padł ofiarą urojeń?

– Wybrałem ciebie… przyjąłem cię do mojej rodziny nie bez powodu. Czy wiesz o czym mówię?

Thor potrząsnął głową przecząco, chcąc rozpaczliwie poznać tę przyczynę.

– Nie wiesz, dlaczego chciałem, abyś tu był, właśnie ty, w moich ostatnich chwilach?

– Wybacz mi, mój panie – odparł Thor kręcąc głową. – Naprawdę nie wiem.

MacGil uśmiechnął się słabo, a jego oczy zaczęły się zamykać.

– Daleko stąd leży rozległa kraina. Dalej niż Wilds. Dalej nawet niż ziemie smoków. To kraina należąca do druidów. Z niej pochodzi twoja matka. Tam musisz się udać po wszelkie odpowiedzi.

Oczy MacGila otworzyły się szeroko i spojrzały na Thora z mocą, której chłopiec nie rozumiał.

– Losy naszego królestwa od tego zależą – dodał król. – Nie jesteś jak oni wszyscy. Jesteś wyjątkowy. Dopóki nie zrozumiesz, kim jesteś, nasze królestwo nie zazna spokoju.

Zamknął oczy, a jego oddech stał się płytki. Każdy wydech poprzedzał gwałtowny wdech. Jego uścisk na ręce Thora zelżał powoli. Chłopiec poczuł jak łzy wypełniają mu oczy. Jego umysł przetwarzał jak oszalały każde słowo, które wypowiedział do niego król. Próbował znaleźć w tym wszystkim sens. Nie mógł jednak się skupić. Czy dobrze wszystko usłyszał?

MacGil zaczął mówić coś szeptem, ale tak cichym, że Thor nie mógł rozróżnić poszczególnych słów. Nachylił się nisko i przyłożył ucho do ust króla.

Król uniósł głowę ostatni raz, ostatnim wysiłkiem wydobył z siebie słowa:

– Pomścij mnie.

Nagle znieruchomiał. Przez chwilę leżał tak jeszcze, po czym jego głowa opadła na bok, a jego oczy otworzyły się szeroko, zastygłe w bezruchu.

Martwe.

– NIE! – jęknął Thor.

Jego krzyk zawodu musiał być na tyle donośny, że zaalarmował straże, gdyż chwilę potem Thor usłyszał, jak drzwi otwarły się za nim z impetem i do komnaty wpadły dziesiątki ludzi. Gdzieś w zakamarkach świadomości docierał do niego cały ten rwetes. Słyszał niewyraźne bicie dzwonów, raz po raz. Ich łoskot dudnił mu w głowie, zlewając się w jeden rytm z pulsowaniem krwi w skroniach. Wszystko stało się jedną wielką plamą, gdy chwilę później komnata zaczęła wirować bez opamiętania.

Thor zasłabł. Opadł na kamienną posadzkę omdlały.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gareth poczuł na twarzy podmuch powietrza i podniósł wzrok, zamrugał oczyma, aby powstrzymać cisnące się do oczu łzy i spojrzał na blade światło wstającego właśnie pierwszego słońca. Dzień dopiero się zaczynał, a mimo to w tym tak odległym miejscu, na skraju klifów Kolviana, zgromadziły się setki ludzi, krewnych rodziny królewskiej, przyjaciół i wiernych poddanych mających nadzieję, że uda im się wziąć udział w uroczystościach pogrzebowych. Za nimi zaś, powstrzymywane przez armię, cisnęły się tłumy pospólstwa, tysiące ludzi chętnych obejrzeć tą ostatnią posługę. Smutek na ich twarzach był jak najbardziej szczery. Jego ojciec był uwielbiany. Tego był pewien.

Gareth stał z resztą najbliższej rodziny czuwającej w półkolu przy ciele ojca, które ułożone na deskach umocowanych do lin miało za chwilę zniknąć w znajdującym się pod nim otworze w ziemi. Argon przystanął przed tłumem, ubrany w szkarłatne szaty, które zakładał tylko z okazji pogrzebu. Spoglądał na króla z nieprzeniknionym wyrazem na twarzy, którą częściowo zakrywał kaptur. Gareth usiłował rozpaczliwie rozszyfrować tą twarz, zorientować się, co wie Argon. Czy wie, że Gareth zabił swego ojca? A jeśli tak, czy powie wszystkim – czy raczej pozwoli, by przeznaczenie zdecydowało, co dalej?

Na jego nieszczęście, Thor, ten nieznośny chłopak, został oczyszczony z zarzutów; najwyraźniej nie mógł wbić sztylet w króla, będąc jednocześnie zamknięty w lochach. Nie wspominając już o tym, że to jego ojciec, sam król oznajmił wszystkim, że Thor jest niewinny. Dla Garetha oznaczało to złe wieści. Już zorganizowano zebranie rady, aby zbadać tą sprawę, sprawdzić każdy szczegół związany z zabójstwem króla. Serce Garetha waliło mocno, kiedy tak stał z rodziną i przypatrywał się zmarłemu, którego ciało miało za chwilę spocząć w grobie; chciał zapaść się pod ziemię razem z nim.

Dotarcie po śladach do Firtha było tylko kwestią czasu – a kiedy już to się stanie, Gareth pogrąży się razem z nim. Musiał działać szybko, musiał odwrócić uwagę, przypisać winę komuś innemu. Zastanawiał się, czy stojące przy nim osoby podejrzewały go o to morderstwo. Równie dobrze mógł popaść w paranoję. Rozejrzał się dokoła po ich twarzach, ale żadna nie była zwrócona w jego kierunku. Widział swoich braci, Reece’a, Godfreya i Kendricka; swoją siostrę Gwendolyn; i matkę, której twarz spowijał smutek. Wyglądała jak w transie. Od śmierci jego ojca stała się zupełnie inną osobą, ledwie się odzywała. Słyszał, iż na wieść o śmierci króla coś w niej pękło, doznała czegoś w rodzaju paraliżu. Połowa jej twarzy zastygła w bezruchu. Kiedy otwierała buzię, żeby coś powiedzieć, jej słowa wydobywały się nazbyt powoli.

Przyjrzał się twarzom członków królewskiej rady stojących tuż za królową. Naczelny generał Brom i dowódca legionu Kolk stali na przedzie, a za nimi niezliczone rzesze królewskich doradców. Wszyscy z udawanym smutkiem na twarzy. Ale Gareth wiedział dobrze, że wszyscy ci ludzie, wszyscy członkowie rady, doradcy i generałowie oraz wszyscy możnowładcy i cała arystokracja zebrana za nimi, nie przejmowali się zbytnio tym wydarzeniem. Z ich twarzy wyzierały ambicje. Pożądali władzy. Gareth czuł, że przyglądając się królowi, zastanawiali się, komu z nich uda się teraz przywłaszczyć tron.

Ta sama myśl kołatała się w głowie Garetha. Co ich teraz czeka, co wydarzy się w następstwie tak chaotycznego zabójstwa? Gdyby to był prosty, zwykły zamach, a winę przypisano komuś innemu, wówczas plan Garetha byłby idealny – to on odziedziczyłby tron. Wszak to on był pierworodnym, prawowitym synem. Jego ojciec oddał tron Gwendolyn, ale nikogo oprócz rodzeństwa nie było na tym spotkaniu i królewskie życzenie nie zostało nigdy usankcjonowane. Gareth znał radę. Wiedział, jak poważnie traktowała przepisy prawa. Bez ratyfikacji jego siostra nie mogła objąć rządów.

Wszystko więc znów sprowadzało się do niego. Jeśli wszystko potoczy się zgodnie z literą prawa – a Gareth był zdeterminowany zrobić wszystko, aby tak się właśnie stało – wówczas tron będzie musiał wpaść w jego ręce. Tak stanowiło prawo.

Jego rodzeństwo będzie z nim walczyć; nie miał co do tego wątpliwości. Przypomną sobie spotkanie z ojcem i prawdopodobnie będą się domagać, aby to Gwendolyn objęła rządy. Kendrick nie spróbuje przejąć władzy – ma zbyt czyste serce. Godfrey jest apatyczny. Reece za młody. To Gwendolyn była dla niego jedynym realnym zagrożeniem. Ale Gareth był dobrej myśli. Nie sądził, aby rada była gotowa zaakceptować kobietę – co dopiero nastolatkę – jako władcę Kręgu. A bez ratyfikacji królewskiego wyboru rada miała świetną wymówkę, aby nie wziąć Gwen pod uwagę.

Jedynym zagrożeniem, jakie podsuwał mu jego umysł, był zatem Kendrick. Wszak to on, Gareth, był tym, znienawidzonym przez ogół, zaś Kendricka uwielbiało zarówno pospólstwo, jak i żołnierze. W tych okolicznościach zawsze istniała jakaś szansa, że rada przekaże tron Kendrickowi. Im szybciej Garethowi uda się objąć władzę, tym szybciej z niej skorzysta i wyeliminuje Kendricka.

Nagle poczuł szarpnięcie. Spojrzał w dół i zauważył, że to zasupłana lina wpija mu się w dłoń. Zorientował się, iż zaczęli opuszczać trumnę ojca do grobu. Rozejrzał się. Pozostałe rodzeństwo trzymało liny podobnie jak on i popuszczało je z wolna. Trumna po stronie Garetha przechyliła się gdyż za późno zaczął puszczać swoją linę. Złapał ją swoja drugą ręką i wyrównał poziom z pozostałymi. Jakaż ironia: nawet po śmierci ojca nie potrafił go zadowolić.

W oddali biły zamkowe dzwony. Argon stanął naprzeciw wszystkich i podniósł dłoń.

– Itso ominus domi ko resepia

Zapomniany język Kręgu. Język królów, używany przez przodków przez tysiące lat. Język, który prywatni korepetytorzy wpajali Garethowi przez całe jego dzieciństwo – język, który będzie mu potrzebny, kiedy już przejmie władzę.

Nagle Argon zatrzymał się, podniósł wzrok i spojrzał prosto na Garetha. Królewicz poczuł, jak zimny dreszcz przeszył jego ciało, jak przejrzyste oczy druida świdrowały go na wskroś palącym ogniem. Gareth zaczerwienił się. Zaczął zastanawiać się, czy właśnie teraz całe królestwo patrzy na niego, czy ktokolwiek wie, co oznacza to spojrzenie. Zrozumiał, że Argon wie o jego udziale w morderstwie. Jednakże Argon pozostawał tajemniczy, zawsze powstrzymując się przed ingerencją w zawiłości ludzkiego losu. Czy będzie milczał?

– Król MacGil był dobrym władcą, sprawiedliwym – powiedział powoli Argon swym głębokim, nieludzkim głosem.

– Przynosił chlubę i sławę swoim przodkom, bogactwo i pokój temu królestwu, jakiego nie było nam dane uświadczyć od wieków. Jego życie zakończyło się przedwcześnie, zgodnie z wolą Boga. Ale pozostawił po sobie spuściznę obfitą i bogatą. Teraz od nas zależy, czy to dziedzictwo utrzymamy i wzbogacimy.

Zamilkł na chwilę.

– Wielkie i złowrogie niebezpieczeństwo czyha po każdej stronie naszego królestwa. Za kanionem, chronionym jedynie przez naszą energetyczną tarczę, leżą ziemie barbarzyńców i potworów, które najchętniej rozszarpałyby nas na strzępy. Wewnątrz Kręgu, naprzeciw naszych Highlands, żyje klan, który czeka tylko, żeby nas skrzywdzić. Żyjemy w niesłychanym dobrobycie i pokoju, ale nasze bezpieczeństwo nie będzie trwać bez końca.

– Dlaczego bogowie zabierają nam kogoś w sile wieku – króla dobrego, mądrego i sprawiedliwego? Dlaczego jego przeznaczeniem była śmierć zadana w ten sposób? Jesteśmy niczym więcej, niż pionkami, kukiełkami w rękach losu. Nawet będąc u szczytu swoich sił, możemy skończyć pod ziemią. Pytanie, z którym przychodzi nam się zmagać, to nie do czego dążymy – ale kim chcemy się stać.

Argon spuścił głowę. Gareth czuł, jak jego dłonie płoną żywym ogniem od powoli puszczanej liny. W końcu trumna uderzyła o dno z głuchym dźwiękiem.

– NIE! – rozległ się czyjś krzyk.

To Gwendolyn. Ogarnięta histerią rzuciła się ku krawędzi otworu, jakby chciała do niego skoczyć. Reece podbiegł szybko, chwycił ją i odciągnął do tyłu. Kendrick podszedł, by mu pomóc.

Gareth jednak nie miał dla niej współczucia; czuł raczej zagrożenie. Jeśli chciała znaleźć się pod ziemią, mógł to zorganizować.

O tak, naprawdę był gotów to zrobić.

*

Thor stał kilka stóp od ciała króla MacGila i obserwował, jak znika w ziemi. Widok ten obezwładniał go bez reszty. Król wybrał urzekające miejsce na swój pochówek – na skraju najwyższego klifu królestwa, sięgające wysoko niemal do samych chmur. Pierwsze słońce wchodziło powoli na nieboskłon, zabarwiając chmury odcieniami pomarańczy, zieleni, żółcieni i róży. Dzień jednak tonął we mgle, która nie chciała ustąpić, jakby to królestwo samo przywdziało żałobę. Stojący obok niego Krohn zakwilił cicho.

Thor usłyszał pisk, spojrzał w górę na Estopheles, która krążyła na niebie wysoko, przyglądając się im wszystkim. Thor nadal czuł się otępiały; nie mógł uwierzyć w wydarzenia ostatnich dni, że stał teraz tutaj pośród rodziny króla patrząc, jak mężczyzna, którego w tak krótkim czasie zdążył pokochać, znika w ziemi. Wydawało się to niemożliwe. Ledwie go poznał, pierwszego człowieka, który stał się mu prawdziwym ojcem, a tak szybko został mu odebrany. Ponad wszystko, Thor nie mógł przestać myśleć o ostatnich słowach króla:

Nie jesteś jak oni wszyscy. Jesteś wyjątkowy. Dopóki nie zrozumiesz, kim jesteś, nasze królestwo nie zazna spokoju.

 

Co król miał na myśli? Kim był tak naprawdę? W jaki sposób był wyjątkowy? Skąd król o tym wiedział? Co też losy królestwa miały wspólnego z Thorem? A może król tylko majaczył?

Daleko stąd leży rozległa kraina. Dalej niż Wilds. Dalej nawet niż ziemie smoków. To kraina należąca do druidów. Z niej pochodzi twoja matka. Tam musisz się udać po wszelkie odpowiedzi.

Skąd MacGil mógł wiedzieć o jego matce? Skąd wiedział, gdzie mieszka? I jakiego rodzaju odpowiedzi miała dla niego? Thor zawsze zakładał, że nie żyje – myśl, że jednak mogła być wśród żywych zelektryzowała go. Był zdecydowany, bardziej niż kiedykolwiek, odszukać ją, znaleźć w jakikolwiek sposób. By poznać odpowiedzi, odkryć, kim naprawdę jest i dlaczego jest taki wyjątkowy.

W trakcie, kiedy ciało MacGila opadało do grobu przy akompaniamencie bijących dzwonów, Thor zastanawiał się nad okrutnymi zawiłościami losu; dlaczego dane mu było wejrzeć w przyszłość, zobaczyć jak zabijają tego wielkiego człowieka – a jednocześnie pozbawiono go mocy uczynienia czegokolwiek w tym względzie? W pewnym sensie żałował, iż ujrzał to wszystko, że wiedział wcześniej, co się stanie; chciałby być jednym z tych wielu nieświadomych niczego, przypadkowych osób, wstać pewnego dnia i dowiedzieć się, że król umarł. Tymczasem teraz czuł, jakby był częścią tego wszystkiego. W jakiś sposób czuł się winny, jak gdyby mógł bardziej się postarać.

Zastanawiał się, co teraz stanie się z królestwem. Ziemią bez króla. Kto będzie rządzić? Czy, zgodnie z przypuszczeniami wszystkich, będzie to Gareth? Thor nie mógł wyobrazić sobie niczego gorszego.

Przyjrzał się zgromadzonym ludziom. Na twarzach arystokracji i możnowładców przybyłych z najdalszych zakątków królestwa dostrzegł surowość i powagę. Z tego, co mówił Reece, stali przed nim potężni i wpływowi ludzie, włodarze tego niespokojnego królestwa. Nie potrafił przestać myśleć o tym, kim mógł być zabójca. Sądząc po wyrazie twarzy tych wszystkich ludzi, każdy był podejrzany. Wszyscy oni będą rywalizować o wpływy. Czy królestwo czeka rozpad? Czy ich armie wystąpią przeciw sobie? Jaki będzie jego los? Co z legionem? Rozwiążą go? Czy wojsko króla również podzieli ten los? Czy Srebrna Gwardia zareaguje buntem, jeśli to Gareth zostanie królem?

I czy po tym wszystkim, co się stało, ktokolwiek naprawdę uwierzy, że Thor jest niewinny? Czy zmuszą go do powrotu do jego wioski? Miał nadzieję, że nie. Kochał to, co tutaj miał; chciał ponad wszystko pozostać tu, w legionie. Chciał, żeby wszystko było jak dawniej, żeby nic się nie zmieniło. Jeszcze kilka dni temu królestwo wydawało się takie mocne, tak trwałe. MacGil wyglądał, jakby mógł dzierżyć władzę po wieki. Jeżeli coś tak bezpiecznego, tak stałego mogło nagle rozpaść się – jaką nadzieję mogli mieć pozostali. Nic już nie było trwałe dla niego.

Kiedy Gwendolyn próbowała wskoczyć do grobu za ojcem, Thor poczuł jak jego serce pęka z żalu. Chwilę potem, kiedy Reece powstrzymywał ją przed skokiem, do grobu zbliżyli się służący i zaczęli zasypywać otwór, a Argon kontynuował ceremonialne inwokacje. Przez chwilę jakaś chmura przysłoniła pierwsze słońce. Thor poczuł, jak w ten szybko nagrzewający się poranek, zerwał się zimny wiatr i musnął mu plecy. Usłyszał jęk i spojrzał w dół na Krohna, który odwzajemnił spojrzenie.

Nie miał pojęcia, co przyniosą kolejne dni, lecz jednej rzeczy był pewien: musi porozmawiać z Gwen. Musi powiedzieć jej, jak mu przykro, jaka rozpacz w nim zamieszkała po śmierci jej ojca, i że nie jest sama. Nawet jeśli zdecyduje się już nigdy z nim nie spotkać, musiał jej wytłumaczyć, że został fałszywie oskarżony, że do niczego nie doszło wtedy w burdelu. Chciał dostać szansę, jedną jedyną, aby wyprostować sprawy, zanim Gwen odprawi go na dobre.

Kiedy na grób poleciała ostatnia grudka ziemi, a dzwony biły nieustannie, tłum zaczął się przemieszczać: rzędy ludzi ciągnące się po widnokrąg, wijące się wzdłuż klifu, ustawiały się w kolejce do świeżo ubitej ziemi na grobie króla. Każdy poddany trzymał w ręce czarną różę. Thor podszedł do grobu, uklęknął i złożył swoją na pokaźnym już stosie pozostałych róż. Krohn zawył.

Kiedy tłumy ludzi zaczęły się rozpraszać, kłębić bezładnie i rozchodzić w każdym możliwym kierunku, Thor zauważył, że Gwen, pogrążona w rozpaczy, wyrwała się z uścisku Reece’a i zaczęła uciekać.

– Gwen! – zawołał za nią.

Nic nie mogło jej jednak w tej chwili pocieszyć. Przedzierała się przez gęsty tłum. Biegła polną drogą wzdłuż krawędzi klifu. Thor nie mógł patrzeć na nią w takim stanie; musiał spróbować z nią porozmawiać.

Zaczął również przedzierać się przez tłum, z Krohnem przy nodze, lawirować raz w tą, raz w drugą stronę, próbując nadrobić dzielącą ich odległość. W końcu udało mu się uwolnić ze ścisku. Zobaczył Gwen biegnącą w oddali.

– Gwendolyn! – wrzasnął.

Biegła dalej. Thor ruszył za nią z podwojoną szybkością. Krohn biegł tuż za nim skowycząc. Chłopiec biegł coraz szybciej i szybciej, aż jego płuca wypełnił żar, ale w końcu udało mu się dogonić Gwen.

Chwycił ją za ramię i zatrzymał.

Odwróciła się gwałtownie. Jej zaczerwienione oczy tonęły we łzach, a jej długie włosy przykleiły się do policzków. Strąciła jego rękę.

– Zostaw mnie w spokoju! – krzyknęła. – Nie chcę cię widzieć! Nigdy więcej!

– Gwendolyn – odparł błagalnym tonem Thor. – Nie zabiłem twego ojca. Nie miałem nic wspólnego z jego śmiercią. Sam to powiedział. Nie rozumiesz? Próbowałem go chronić, nie ranić.

Próbowała uciec, ale przytrzymał ją za nadgarstek i nie puszczał. Nie mógł na to pozwolić – nie tym razem. Walczyła z nim, ale nie próbowała już uciekać. Była zbyt zajęta płaczem.

– Wiem, że go nie zabiłeś – powiedziała. – Ale nie czyni cię to w żadnej mierze lepszym. Jak śmiesz przychodzić i rozmawiać ze mną po tym, jak upokorzyłeś mnie przed wszystkimi? I to zwłaszcza teraz, ze wszystkich możliwych chwil.

– Ale nie rozumiesz. Do niczego nie doszło w tym burdelu. To wszystko kłamstwa. Nic z tego nie jest prawdą. Ktoś rzuca na mnie oszczerstwa.

Zmrużyła oczy.

– A więc chcesz mi wmówić, że nie poszedłeś do tamtego burdelu?

Thor zawahał się nie będąc pewien, co odpowiedzieć.

– Tak. Poszedłem tam ze wszystkimi.

– I mówisz, iż nie wszedłeś do komnaty z obcą kobietą?

Thor spuścił wzrok. Był zażenowany i nie wiedział jak zareagować.

– Przypuszczam, że tak, ale–

– Żadnego ale – przerwała mu. – Przyznajesz się zatem do tego. Jesteś ohydny. Nie chcę mięć z tobą nic wspólnego.

Rozpacz na jej twarzy ustąpiła wściekłości. Przestała płakać. Ogarnął ją szał. Opanowała się, objęła go zimnym spojrzeniem, podeszła i powiedziała:

–Nie chcę oglądać twojej twarzy. Nigdy, przenigdy. Rozumiesz? Nie wiem, co też przyszło mi do głowy, żeby spędzić z tobą tyle czasu. Moja matka miała rację. Jesteś tylko zwykłym chłopem, człowiekiem z pospólstwa.

Jej słowa ubodły go do żywego. Miał wrażenie, iż wbiła mu sztylet w serce.

Puścił jej rękę i cofnął się kilka kroków. Być może Alton miał rację. Być może Thor był jedynie jej kolejną zabawką.

Odwrócił się bez słowa i zaczął od niej odchodzić. Krohn wiernie podążył za nim. Po raz pierwszy, od kiedy tu przybył, Thor zaczął zastanawiać się, co jeszcze go tu trzymało.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?