Blask Chwały

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bestia wydawała z siebie krzyk za krzykiem, kiedy zadawali jej więcej ran, niż Thor myślał, że jest możliwe. Thor pomyślał, że to niesamowite, że bestia jeszcze trzyma się na nogach, a jej skrzydła wciąż drgają. Ten stwór nie zamierza umrzeć.

Patrzyli z przerażeniem, jak – po kolei – bestia chwyta i zaczyna wyciągać włócznie, miecze i topór ze swojego ciała – a wszystkie rany goją się w okamgnieniu.

Tej bestii nie dało się pokonać.

Bestia wygięła się w tył i ryknęła tak głośno, że legioniści spojrzeli w górę, w szoku. Dali z siebie wszystko, próbując ją zranić, a nie zadali jej nawet niewielkich ran.

Bestia szykowała się do kolejnego ataku, wystawiając ostre jak brzytwa zęby i szpony i Thor zdał sobie sprawę z tego, że nic więcej nie mogli już zrobić. Wszyscy zginą.

– Z DROGI! – rozległ się nagle krzyk.

Głos dochodził zza Thora i brzmiał młodo. Thor odwrócił się i zobaczył małego chłopca, w wieku może jedenastu lat, który biegł w ich kierunku, trzymając w dłoni coś, co wyglądało na dzban z wodą. Thor uchylił się, a chłopiec wylał wodę na pysk bestii.

Stwór wygiął się w tył i zaskrzeczał, a z jego pyska zaczęła unosić się para. Bestia wyciągnęła szpony ku twarzy i pocierała nimi po policzkach, ślepiach, głowie. Ryczała cały czas, i to tak głośno, że Thor musiał zakryć uszy dłońmi.

W końcu odwróciła się i wystrzeliła z powrotem w dżunglę, znikając w listowiu.

Wszyscy odwrócili się i spojrzeli na chłopca zdumieni, z nowo odkrytą wdzięcznością. Chłopiec ubrany był w łachmany, miał długawe, brązowe włosy i bladozielone oczy o inteligentnym wejrzeniu, cały był pokryty pyłem. Jego bose stopy i brudne ręce wskazywały na to, że tu mieszkał.

Thor nigdy nie był nikomu tak wdzięczny jak jemu w tej chwili.

– Orężem nic nie wskóracie przy gatorbestii – powiedział chłopiec, przewracając oczyma. – Mieliście fart, że usłyszałem krzyki i byłem niedaleko. W przeciwnym razie już byście nie żyli. Nie wiecie, że nigdy nie staje się na drodze gatorbestii?

Thor spojrzał na swoich przyjaciół, oniemiały.

– Nie stanęliśmy jej na drodze – rzekł Elden. – To ona stanęła nam na drodze.

– One nigdy nie stają nikomu na drodze – powiedział chłopiec. – Chyba że wkroczycie na ich terytorium.

– Co powinniśmy byli zrobić? – spytał Reece.

– Cóż, przede wszystkim nie patrzeć jej w ślepia – odrzekł chłopiec. – A jeśli zaatakuje, położyć się twarzą do ziemi i poczekać, aż odejdzie. I najważniejsze, nigdy, przenigdy nie próbować uciekać.

Thor postąpił krok naprzód i położył dłoń na ramieniu chłopca.

– Ocaliłeś nam życie – powiedział. – Jesteśmy twymi dłużnikami.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Nie wyglądacie na żołnierzy Imperium – powiedział. – Wyglądacie, jakbyście przybyli z jakiegoś innego miejsca w świecie. Dlaczego więc nie miałbym wam pomóc? Wyglądacie jak ta grupa, która przyszła z łodzi kilka dni temu.

Thor i pozostali wymienili porozumiewawcze spojrzenia i zwrócili się do chłopca.

– Wiesz, którędy poszła ta grupa? – spytał Thor.

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Było ich wielu i nieśli jakąś broń. Wyglądała na ciężką – wszyscy musieli ją podtrzymywać. Tropiłem ich wiele dni. Łatwo było ich wytropić. Poruszali się powoli i byli przy tym niezdarni i nieuważni. Wiem, dokąd poszli, choć nie tropiłem ich daleko za wioską. Mogę was tam zaprowadzić i wskazać właściwy kierunek, jeśli chcecie. Ale nie dziś.

Wszyscy wymienili skonsternowane spojrzenia.

– Dlaczego nie? – spytał Thor.

– Za kilka godzin zapadnie noc. Nie można być na zewnątrz po zmierzchu.

– Ale dlaczego? – zapytał Reece.

Chłopiec spojrzał na niego jak na szaleńca.

– Etabugi – odrzekł.

Thor zrobił krok naprzód i spojrzał na chłopca. Od razu zapałał do niego sympatią. Był inteligentny, poważny, nieustraszony i zdawał się mieć wielkie serce.

– Znasz jakieś miejsce, w którym moglibyśmy się schronić przez noc?

Chłopiec spojrzał na Thora i wzruszył ramionami z niepewną miną. Wahał się.

– Chyba nie powinienem – powiedział. – Dziadek będzie zły.

Nagle Krohn wychynął zza Thora i podszedł do chłopca – jego oczy rozpromieniły się radością.

– Jejku! – krzyknął.

Krohn zaczął lizać chłopca po twarzy, a ten śmiejąc się radośnie wyciągnął rękę i pogładził Krohna po głowie. Chłopiec przyklęknął, opuścił włócznię i objął Krohna. Zdawało się, że Krohn też go objął i chłopiec zaczął się śmiać bez opamiętania.

– Jak się wabi? – zapytał chłopiec. – Co to jest?

– Wabi się Krohn – powiedział Thor z uśmiechem. – To rzadki gatunek białej pantery. Pochodzi zza oceanu. Z Kręgu. My też stamtąd pochodzimy. Polubił cię.

Chłopiec pocałował Krohna kilka razy, po czym w końcu wstał i spojrzał na Thora.

– Cóż – powiedział chłopiec z wahaniem. – Chyba mogę was zaprowadzić do naszej wioski. Oby dziadek za bardzo się nie złościł. Jeśli się zezłości, będziecie w tarapatach. Chodźcie za mną. Musimy się pospieszyć. Za chwilę zapadnie zmrok.

Chłopiec odwrócił się i zaczął przedzierać się przez dżunglę, a Thor i pozostali ruszyli za nim. Thor był zdumiony zręcznością chłopca i tym, jak dobrze znał dżunglę. Trudno było za nim nadążyć.

– Ludzie pojawiają się tutaj od czasu do czasu – odezwał się chłopiec. – Ocean, prąd niosą ich prosto do przystani. Niektórzy ludzie idąc od morza przecinają tędy, w drodze w jakieś inne miejsce. Większości z nich nie udaje się przeżyć. Pożera ich któryś z leśnych stworów. Wy mieliście szczęście. Są tu stwory znacznie gorsze niż gatorbestie.

Thor przełknął ślinę.

– Gorsze niż to? Na przykład jakie?

Chłopiec pokręcił głową, nie przerywając wędrówki.

– Nie chcecie wiedzieć. Byłem tu świadkiem strasznych rzeczy.

– Jak długo tu jesteś? – spytał Thor, zaciekawiony.

– Całe życie – odrzekł chłopiec. – Mój dziadek nas tu przeniósł, kiedy byłem mały.

– Ale czemu tutaj, w to miejsce? Z pewnością istnieją miejsca bardziej przyjazne niż to.

– Nie znasz Imperium, prawda? – spytał chłopiec. – Wszędzie są żołnierze. Nie tak łatwo się przed nimi ukryć. Jeśli nas złapią, zrobią z nas niewolników. Ale tutaj rzadko się zapuszczają – nie tak głęboko w dżunglę.

Kiedy przedzierali się przez gęstwinę listowia, Thor uniósł dłoń, żeby odsunąć liść ze swojej drogi, lecz chłopiec odwrócił się i odepchnął jego rękę, krzycząc:

– NIE DOTYKAJ TEGO!

Wszyscy się zatrzymali, a Thor spojrzał na liść, którego niemal dotknął. Był ogromny, żółty i zdawał się być zupełnie nieszkodliwy.

Chłopiec uniósł swój kij i lekko przytknął jego koniec do liścia. Kiedy to zrobił, liść nagle i niezwykle szybko owinął się wokół niego. Towarzyszył temu świszczący dźwięk. Czubek kija wyparował.

Thor był w szoku.

– Liść rankli – powiedział chłopiec. – Trucizna. Gdybyś go dotknął, nie miałbyś już dłoni.

Thor rozejrzał się po listowiu z nowo odkrytym szacunkiem. Nie mógł się nadziwić, jak dużo mieli szczęścia, że spotkali tego chłopca.

Ruszyli w dalszą wędrówkę. Teraz wszyscy trzymali już ręce blisko ciała. Starali się bardziej uważać, patrzeć pod nogi.

– Trzymajcie się blisko siebie i idźcie dokładnie po moich śladach – powiedział chłopiec. – Niczego nie dotykajcie. Nie próbujcie jeść tych owoców. I nie wąchajcie tych kwiatów – chyba że chcecie zemdleć.

– Hej, a to co? – zapytał O’Connor, odwracając się i patrząc na ogromny owoc zwieszający się z gałęzi, długi i wąski, błyszczący na żółto. O’Connor zrobił krok w jego stronę, wyciągając dłoń.

– NIE! – krzyknął chłopiec.

Lecz było już za późno. Kiedy go dotknął, ziemia pod nimi zapadła się i Thor poczuł, że ześlizguje się w dół, osuwając się po zboczu spływającym błotem i wodą. Spadali z lawiną błota i nie mogli się zatrzymać.

Z krzykiem sunęli w dół przez setki stóp, prosto w czarną otchłań dżungli.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Erec siedział na końskim grzbiecie i oddychał ciężko, przygotowując się do ataku na dwustu wojowników, którzy stali przed nim. Walczył mężnie i udało mu się położyć pierwszych stu – lecz teraz jego ramiona osłabły, ręce zaczęły drżeć. Jego umysł mógł walczyć po wsze czasy – lecz nie wiedział, jak długo jego ciału starczy sił, by dotrzymać mu kroku. Zamierzał dać z siebie wszystko, jak we wszystkim, co robił przez całe swoje życie, i pozwolić przeznaczeniu podejmować decyzje.

Erec krzyknął i ponaglił kopnięciem konia, którego ukradł jednemu z przeciwników, i przypuścił szarżę na żołnierzy.

Oni zaszarżowali na niego, zagłuszając jego samotny okrzyk swoim, wściekłym. Na tym polu przelało się już sporo krwi i najwyraźniej żadna ze stron nie zamierzała odejść, dopóki nie wykończy przeciwnika.

Kiedy szarżował, Erec dobył zza pasa noża, wycelował i cisnął przed siebie w dowodzącego żołnierza. Był to rzut idealny – Erec trafił w gardło i wojownik złapał się za szyję, puszczając wodze i spadając z konia. Wpadł pod kopyta innych koni, i kilka z nich potknęło się o niego i przewróciło na ziemię. Erec właśnie na to liczył.

Uniósł oszczep w jednej ręce, tarczę w drugiej, opuścił zasłonę hełmu i natarł z całych sił. Miał zamiar zaszarżować na tę armię najszybciej i najmocniej, jak tylko potrafił, przyjąć wszystkie uderzenia, które miały na niego spaść i wyciąć linię przez środek wojska.

Erec z krzykiem przypuścił szarżę na grupę. Wszystkie te lata potyczek na turniejach opłaciły się – Erec z wielką wprawą użył oszczepu, kładąc jednego żołnierza po drugim, strącając ich po kolei. Pochylił się nisko, a w drugiej ręce trzymał tarczę, którą się osłaniał; czuł, że zewsząd spada na niego grad ciosów, na jego tarczę, na jego zbroję. Uderzały w niego miecze, topory i buzdygany, istna burza metalu, i Erec modlił się, by jego zbroja wytrzymała. Zacisnął mocniej dłoń na oszczepie, strącając tylu wojowników, ilu się dało, kiedy szarżował, wycinając sobie ścieżkę w tej sporej grupie.

 

Erec nie zwalniał i po mniej więcej minucie jazdy w końcu wynurzył się po drugiej stronie, znalazł się na otwartej przestrzeni. Przejechał siejąc zniszczenie przez środek grupy żołnierzy. Zabił najmniej dwunastu z nich – ale nie przyszło mu to łatwo. Ciężko oddychał, jego ciało rozrywał ból, brzęk metalu wciąż rozbrzmiewał mu w uszach. Czuł się tak, jak gdyby przepuszczono go przez przyrząd do mielenia. Spojrzał w dół i zobaczył, że jest pokryty krwią; na szczęście nie czuł, by zadano mu jakieś większe rany. Wyglądało na to, że to tylko niewielkie rozcięcia i draśnięcia.

Erec zatoczył ogromne koło, odwracając się znowu w stronę armii i gotując się na kolejne starcie. Ci również odwrócili się, szykując się raz jeszcze do szarży. Erec był dumny ze swych dotychczasowych zwycięstw, lecz coraz trudniej było mu złapać oddech i wiedział, że jeszcze jedno przejście przez tę grupę może go wykończyć. Mimo tego gotował się do kolejnej szarży. Nigdy się nie poddawał.

Nagle na tyłach armii rozległy się niespodziewane krzyki i Erec ze zdumieniem ujrzał, że jakiś oddział żołnierzy atakuje tył grupy. Rozpoznał zbroję i serce zabiło mu szybciej z radości: był to jego bliski przyjaciel ze Srebrnej Gwardii, Brandt, wraz z księciem i dziesiątkami jego ludzi. Serce mu zamarło, gdy dostrzegł wśród nich Alistair. Prosił ją, by schroniła się w bezpiecznych murach zamku, a ona nie usłuchała. Kochał ją za to bardziej, niż był w stanie wypowiedzieć.

Ludzie Księcia zaatakowali armię od tyłu z wściekłym okrzykiem bitewnym, wzbudzając niemałe zamieszanie. Połowa armii zwróciła się w ich stronę i natarli na siebie przy donośnym zgrzycie metalu. Na czele jechał Brandt ze swym dwuręcznym toporem. Zamachnął się na dowodzącego żołnierza, odciął mu głowę, i w tym samym ruchu zatopił ostrze w piersi innego mężczyzny.

Erec odżył, na nowo przepełniony nadzieją: wykorzystał chaos i natarł na drugą połowę armii. Pochylił się w galopie, wyrwał wystającą z ziemi włócznię, odchylił się w tył i cisnął nią z siłą dziesięciu mężczyzn. Włócznia przeszyła gardło jednego żołnierza i zatopiła się w piersi innego.

Erec uniósł wysoko miecz i opuścił go na pierwszego żołnierza, którego mógł dosięgnąć, przecinając trzonek jego buzdyganu w połowie, zamachując się i odcinając jego głowę.

Erec walczył, rzucając się w grupę mężczyzn z całą siłą, jaką mu pozostała, pchając, blokując, parując ciosy, atakując żołnierzy, którzy nacierali na niego chmarą ze wszystkich stron.

Na przemian unosił tarczę, blokując kolejne uderzenia, i atakował; w ciągu kilku chwil dziesiątki żołnierzy otoczyły go, napierając na niego z każdej strony.

Zabił więcej, niż byłby w stanie zliczyć, lecz było ich zbyt wielu, nawet mimo tego, że ludzie księcia walczyli z nimi na drugim froncie. Jeden z nich zamachnął się buzdyganem na Ereca i trafił go w plecy, między łopatki. Erec krzyknął z bólu, kiedy kolczasta metalowa kula wylądowała na jego kręgosłupie. Spadł z konia prosto na ziemię. Uderzenie pozbawiło go oddechu.

Nie poddawał się jednak. Instynkt podpowiadał mu, co robić. Zachował na tyle przytomny umysł, by przeturlać się, unieść tarczę i zablokować cios, który spadał na jego głowę. Odparł atak mieczem i ranił mężczyznę w ramię.

Jeden z żołnierzy zamierzał rozdeptać głowę Ereca, lecz ten usunął się z drogi, zamachnął i odciął nogi konia, a jeździec spadł na ziemię. Erec przetoczył się i dźgnął go w pierś.

Nacierało na niego coraz więcej mężczyzn. Erec przetoczył się na kolana i blokował uderzenie za uderzeniem, odpierając ciosy rojących się wokół niego żołnierzy. Jego ramiona słabły. Wojownik o wyjątkowo imponującej posturze i prostej, długiej brodzie wystąpił naprzód i podniósł wysoko topór. Erec uniósł tarczę, by zablokować cios, lecz inny żołnierz wytrącił mu ją z rąk i nim Erec był w stanie zareagować, trzeci żołnierz nadepnął na jego pierś, przyszpilając go do ziemi. Było ich po prostu zbyt wielu, a Erec był zbyt zmęczony. Mógł jedynie patrzeć, jak ogromny rycerz opuszcza topór.

Nagle kątem oka dostrzegł jakieś poruszenie i ujrzał, jak Brandt unosi swój miecz wysoko z dzikim okrzykiem i zamachuje się z całych sił. Jednym ruchem przeciął rękojeść topora wpół i ściął głowę ogromnego rycerza.

Za nim zjawili się książę i kilku innych, atakując żołnierzy wokół Ereca, wycinając do niego drogę. Erec obrócił się, chwycił nogę mężczyzny, który stał na jego piersi i powalił go na ziemię; po czym przetoczył się i gołymi rękoma skręcił mu kark.

Erec wyciągnął sztylet zza jego pasa, obrócił się i zatopił go w gardle innego napastnika, który się do niego zbliżał. Stanął na nogi, podniósł miecz ze spływającego krwią pola bitwy i odżył po raz drugi.

Erec siekł na wszystkie strony, pokrzepiony tym, że znów walczył u boku swego przyjaciela Brandta i że mieli wsparcie ludzi księcia. We dwóch wycięli wkrótce drogę, zabijając tuzin mężczyzn, którzy na nich napierali.

Erec znalazł wolnego konia, dosiadł go i szybko przyłączył się do pozostałych. Ocenił sytuację: dołączyło do niego kilka dziesiątek ludzi księcia i razem stawiali czoła temu, co pozostało z armii możnowładcy, około setki mężczyzn. Natychmiast poszukał wzrokiem Alistair i zobaczył ją na grzbiecie Warkfina na obrzeżach pola bitwy, przyglądającą sie wszystkiemu. Erecowi ulżyło – była bezpieczna, z dala od walki.

Erec oddychał ciężko, a u jego boku równie ciężko dyszał Brandt, podobnie jak on zbroczony krwią.

– Wiedziałem, że jeszcze będę walczył u twego boku – rzekł. – Lecz nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko.

Erec uśmiechnął się.

– Wygląda na to, że znów jestem twym dłużnikiem.

– Nic podobnego – powiedział Brandt. – Pamiętasz Artanię przed dziesięciu laty? Teraz jesteśmy kwita.

Kiedy przygotowywali się, by zaszarżować na pozostałą setkę ludzi, z tyłów grupy doszedł ich nagle kolejny krzyk i Erec, zdezorientowany, odwrócił się próbując pojąć, co się dzieje. Zmrużył oczy i zdało mu się, że w oddali widzi bitwę, która wybuchła na tyłach wojsk. Nie rozumiał, co się dzieje. Czyżby ludzie możnowładcy ścierali się między sobą?

– To twoi ludzie? – spytał Erec księcia.

Lecz książę zaprzeczył ruchem głowy, równie zbity z pantałyku.

– Wszyscy moi ludzie są ze mną. Nie wiem, kto przypuszcza na nich atak.

Erec był zbity z tropu, a armię, która przed nimi stała, ogarnął chaos. Mężczyźni zaczęli się odwracać i uciekać z pola bitwy.

Kiedy chaos przeniósł się bliżej nich, Erec dostrzegł w końcu, co to było. Ten widok zmroził mu krew w żyłach.

Armię możnowładcy atakowała od tyłu ogromna grupa stworów. Były dwa razy wyższe od ludzi, dwa razy szersze, miały błyszczącą, żółtą skórę, każde z nich po dwie głowy i ręce długie na osiem stóp. Erec od razu je rozpoznał. Kowenie. Legendarne stwory, które odznaczały się nadludzką siłą, które potrafiły jedną ręką rozerwać człowieka na pół. Nie miały żadnej broni – nie była im potrzebna.

Wbrew jemu samemu, serce Ereca napełniło się strachem.

– To niemożliwe – powiedział Brandt. – Kowenie żyją wyłącznie po drugiej stronie Kanionu. Co robią tutaj?

– Mogły się tu znaleźć jedynie jeśli znalazły wyrwę w Kanionie – rzekł książę.

– Lub jeśli Tarcza opadła – powiedział Erec z powagą.

Kiedy Erec wypowiedział te słowa, nagle poczuł, że to prawda, i jego serce przepełniło się prawdziwym strachem. Tarcza opadła. Krąg narażony na atak. Nie był w stanie tego pojąć. Nie martwił się o siebie, lecz o przyszłość Kręgu. Jeśli tarcza jest opadła tutaj, mogła opaść w całym Kręgu. Teraz mogli paść ofiarą napadu. Albo, co gorsza, Imperium mogło najechać.

Armia przed Erekiem rozstąpiła się, uciekając ile sił w nogach, kiedy coraz więcej Kowenii pojawiało się, atakując ich z tyłu, podnosząc jedną ręką i odgryzając im głowy.

– Odwrót do Silesii! – zarządził Książę. – Musimy natychmiast zamknąć bramy!

Jak jeden mąż wszyscy odwrócili się i ruszyli z pola bitwy; Erec zwolnił jedynie na chwilę, by podjechać do Alistair, wskoczyć na Warkfina i ruszyć dalej z nią. Czuł jej delikatne ręce trzymające go mocno od tyłu i dotyk tych dłoni, myśl, że są razem, że jest bezpieczna, sprawiły, że wszystko było znowu w porządku.

– Zawdzięczam ci moje życie – powiedział Erec, kiedy jechali z innymi.

– A ja tobie moje – odrzekła.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Kendrick stał przed odbudowanym murem miasta, podziwiając swoje dzieło. Wraz z niewielką grupą Gwardzistów umacniał ten mur od wielu dni, rozbiwszy obóz w sporym mieście przy wschodniej granicy Kręgu, które zostało mocno zniszczone w czasie najazdu McClouda. Legion został wysłany, by odbudować mniejsze wioski na południu, Kendrick uznał zatem, że Gwardziści powinni zająć się umocnieniem większych miast na wschodzie, na mniej bezpiecznym terenie nieopodal McCloudów. Tak należało postąpić – przewodzić, dając przykład.

Ich wysiłki przy odbudowie były zwieńczone sukcesem, i niedługo mieli opuścić to miejsce. Kendrick od tygodni nie był w domu, nie miał wieści ze świata i odczuwał dojmującą tęsknotę za Królewskim Dworem, swoją siostrą, bliskim przyjacielem Atme, wszystkimi swoimi braćmi ze Srebrnej Gwardii – tęsknił nawet za swoim giermkiem, Thorem. Chciał jak najszybciej wrócić do Królewskiego Dworu, by upewnić się, że jego siostrze nic nie zagraża i by pomóc jej odsunąć Garetha od władzy. Kendrick, który trafił z jego rozkazu do lochu, mocniej niż większość odczuł na sobie jego gniew. Płonęła w nim żądza zadośćuczynienia niesprawiedliwości i obsadzenia na tronie swojej siostry – ze względu na pamięć ich zmarłego ojca, ze względu na Królewski Dwór i na Krąg.

Drugie słońce chyliło się ku zachodowi, wymierzając koniec kolejnego dnia wykańczającej pracy, podczas którego Kendrick nadzorował setkę mieszkańców miasta, podczas gdy ci przenosili ogromne kamienie i łatali pradawną ścianę. Kendrick i jego ludzie wskazali im najlepsze miejsce na fortyfikacje i linię obrony, powiedzieli, gdzie zbudować balustrady i jak wznieść kamienne wieże, które miały służyć jako punkty obserwacyjne. Nim tu przybył, otwory w fortyfikacjach miasta były zbyt szerokie, w murach brakowało ambrazur i były grube jedynie na kilka cali. Teraz kamienne mury stały szerokie na kilka stóp i było tylko jedno wejście do miasta, wybudowane w taki sposób i w takim kształcie, by mogło być dobrze chronione od wewnątrz jedynie przez kilku mężczyzn. Zbudowano nowe balustrady, zza których mieszkańcy mogli bronić się kilkoma kotłami smoły i zatrzęsieniem strzał.

Kendrick był zadowolony. W tym nowym mieście ledwie kilka setek dobrze wyszkolonych mężczyzn mogłoby odeprzeć atak kilku tysięcy. Tym ludziom bardzo potrzebne było oko i ręce profesjonalnych wojowników, i teraz ich miasto było znacznie bezpieczniejsze.

Kendrick odczuwał satysfakcję po dniu ciężkiej pracy, po pomaganiu swoim ziomkom – a jednak w głębi duszy coś nie dawało mu spokoju. Nie był pewien, co to takiego. Mógłby przysiąc, że wcześniej tego dnia zobaczył Estopheles, zataczającą koła wysoko, skrzeczącą w sposób, który go niepokoił. To było jak ostrzeżenie. Co gorsza, ubiegłej nocy budziły go ciągle niespokojne sny, w których to miasto płonęło, cała praca jego rąk szła na marne. Przyśniło mu się to nie raz, a trzy razy, i trzeci raz rozbudził go na dobre – zdawał się zbyt prawdziwy, by Kendrick mógł znowu zasnąć.

Nie rozumiał, co to wszystko znaczy. Nie miał koszmarów, od kiedy był dzieckiem, od nocy przed śmiercią jego dziadka. Miał nadzieję, że sny nie były zwiastunem złych wieści.

– Panie! – rozległ się naglący głos.

Kendrick odwrócił się i zobaczył pędzącego w jego kierunku posłańca. Był to chłopiec, którego przyjął, by pełnił straż na nowo wybudowanej strażnicy.

– Panie, pójdź za mną! Dostrzegłem coś na horyzoncie. Nie pojmuję, co to.

Kendrick odwrócił się i wyruszył za posłańcem. Dołączyło do niego kilku jego ludzi. Przecinali kręte uliczki miasta, które Kendrick znał już na pamięć, i wyjechali na wąską ścieżkę, zakręcającą na niewielkim wzniesieniu na dalekim końcu miasta, tam, gdzie postawili nową kamienną wieżę. Był to najwyżej położony teren w mieście i miejsce, w którym wedle zaleceń Kendricka, żołnierz cały czas trzymał wartę. Po raz pierwszy strażnik coś dostrzegł i Kendrick domyślał się, że to fałszywy alarm podniesiony przez strachliwego chłopca.

Kendrick dotarł na górę i stanął na wąskim, zaokrąglonym podeście wraz z innymi. Patrzył na punkt na horyzoncie, który wskazywał mu chłopiec. Był przejrzysty dzień, mieniący się na błękitno-żółto, ani jedna chmura nie mąciła nieba. Widoczność była idealna; Kendrick widział wszystko hen daleko, jak okiem sięgnąć. Spojrzał na wschód, w stronę Pogórza, ku granicy z McCloudem. Z miejsca, w którym się znajdowali, tego dnia Kendrick mógł dostrzec niewyraźny zarys Pogórza, spowite mgłą łańcuchy górskie znaczące horyzont.

 

Kiedy przyjrzał się dokładniej, ku swojemu zaskoczeniu, również coś spostrzegł.

– Tam, panie – powiedział chłopiec, wskazując palcem na prawo.

Z początku Kendrick nie widział dokładnie tego, co pokazywał mu strażnik. Jednak kiedy przyglądał się linii horyzontu, też zaczął to dostrzegać. Na horyzoncie, bardzo daleko, pojawił się niewielki, niewyraźny obłok, który zdawał się być odrobinę gęstszy od pozostałych i znajdować się nieco bliżej ziemi. Kendrick przyglądał się mu bacznie i zdało mu się, że staje się coraz gęstszy i ciemniejszy.

– Wygląda jak dym – powiedział chłopiec. – To nie ma sensu.

Kendrick przytaknął. Chłopak miał rację: to nie miało sensu. Dlaczego po stronie McClouda coś miałoby płonąć? Żaden z jego ludzi nie najechał, z tego co było mu wiadome.

– Być może to przypadkowy pożar, który wybuchł w jednym z ich miast? – zasugerował jeden z ludzi Kendricka, stojący obok niego.

Kendrick skinął głową, zamyślony. Choć było to możliwe, odnosił wrażenie, że w tym przypadku sprawy wyglądają inaczej. Przeczuwał, że coś jest nie tak, że to coś poważniejszego. Coś, czego nie pojmował.

Kendrick wpatrywał się w horyzont, rozmyślając i próbując podjąć decyzję, jaki będzie jego następny krok. Gotował się psychicznie do opuszczenia ziem granicznych i powrotu do Królewskiego Dworu. Poprowadzenie teraz wypadu, by sprawdzić, co tam się dzieje, to niemal cały dzień jazdy w przeciwnym kierunku, ku Pogórzu. Nie chciał tego robić, chyba że był po temu dobry powód.

Nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch i kiedy odwrócił się, zobaczył samotnego jeźdźca zbliżającego się do miasta drogą prowadzącą do Królewskiego Dworu. Serce zabiło mu mocniej z radości, bo natychmiast rozpoznał jeźdźca: zdradziły go jego koń i zbroja. Był to człowiek, którego znał i u boku którego walczył, od kiedy nauczył się chodzić. Jego bliski przyjaciel ze Srebrnej Gwardii, Atme.

Uradował się na jego widok, lecz kiedy obserwował, jak galopuje w stronę bram miasta, po jego pośpiechu, po jego sylwetce poznał, że coś jest nie tak. To nie była zwykła, przyjacielska wizyta. Atme miał jakąś naglącą sprawę i Kendrick przeczuwał, że przynosi złe wieści.

Zebrał się w sobie, a Atme przemknął jak strzała przez bramę miasta, spostrzegł go, zawrócił, zsiadł z konia i pognał w jego kierunku, przeskakując po trzy stopnie naraz.

– Ostatni raz widziałem, byś tak spieszył, gdy uciekałeś przed swoimi długami – rzekł Kendrick z uśmiechem, kiedy jego stary przyjaciel podszedł do niego, z trudem łapiąc powietrze. Objęli się. Sługa podbiegł do Atme i podał mu wiadro wody, z którego ten długo pił, a resztą wody oblał sobie głowę.

– Imperium, Kanion – wydusił Atme, łapiąc oddech. – Tarcza opadła.

Kendrickowi zamarło serce na dźwięk tych słów. Gdyby usłyszał to od kogokolwiek innego, w innym czasie, uznałby to za żart. Lecz nie kiedy mówił to Atme, i to właśnie teraz.

Kendrick ledwo pojmował, co to znaczy. Tarcza opadła. To niemożliwe. Nie kiedy Miecz Przeznaczenia jest w Królewskim Dworze.

– A co z Mieczem Przeznaczenia? – spytał Kendrick.

Atme pokręcił głową z powagą.

– Nie ma go – powiedział. – Zniknął. Został skradziony.

Kendrick zamarł.

– Skradziony – wykrztusił. – Jak to możliwe?

– Spora grupa mężczyzn zabrała go w nocy. Przekroczyli z nim Kanion, wsiedli na łódź i odpłynęli w kierunku Imperium.

Wszystko to zdało się Kendrickowi nierealne. Miecz Przeznaczenia, z którego władcy z rodu MacGilów czerpali siłę od wieków, skradziony. W rękach Imperium. Krąg bez ochrony. Wyczuwał, że za tym wszystkim stoi Gareth.

Kendrick odwrócił się, przyjrzał się bacznie nowemu murowi miasta i zrozumiał, że to wszystko na nic. Bez tarczy mogli się spodziewać najazdu całego Imperium – i nic, a z pewnością nie ten mur, nie będzie w stanie ich powstrzymać.

Kendrick pomyślał od razu o swojej rodzinie. Gwendolyn, Reece, Godfrey. Pomyślał o Królewskim Dworze, narażonym na atak.

– Królewski Dwór musi zostać natychmiast umocniony – powiedział Kendrick.

Atme po raz drugi pokręcił złowieszczo głową.

– Nastąpił rozłam. Twoja siostra opuściła Królewski Dwór i zabrała ze sobą połowę ludzi, tych, na których nam zależy. Zmierzają teraz ku Silesii. Królestwo MacGilów rozpadło się na dwie części. Królewski Dwór został w rękach Garetha. Gwendolyn przysyła mnie po ciebie.

– Musimy zatem wyruszyć do mojej siostry – rzekł Kendrick. – Do Silesii.

Kendrick spojrzał na mieszkańców miasta w dole.

– Bez tarczy ci ludzie będą bezbronni – powiedział. – Te umocnienia mają chronić przed oddziałami McClouda – nie wielomilionową armią Andronicusa. Ci ludzie nigdy nie przetrwają najazdu Imperium.

Kendrick odwrócił się do Atme.

– Jedź do mojej siostry. Wyrusz przede mną. Powiedz jej, że jadę. Nie mogę zostawić tych ludzi.

Na twarzy Atme odmalował się niepokój.

– To szlachetne z twej strony – rzekł. – Ale będą się poruszać powoli. Jeśli będziesz na nich czekał, możesz nie zdążyć do Silesii na czas.

– Muszę podjąć to ryzyko – powiedział Kendrick.

Atme przypatrywał się swojemu staremu przyjacielowi i powoli pokiwał głową.

– Nie spodziewałem się, byś miał postąpić inaczej – rzekł. – Podejmę to ryzyko razem z tobą. Jestem przy twoim boku. Zawsze!

– Panie! – dobiegł go pełen paniki głos strażnika, który stukał go w ramię.

Kendrick odwrócił się i raz jeszcze spojrzał na punkt, który chłopak wskazywał na horyzoncie. Tym razem dostrzegł coś wyraźniej.

Na początku Kendrick zamrugał. Czegoś takiego nie widział nigdy, w całym swoim życiu. Ten widok zaparł mu dech w piersi – nawet jemu, zahartowanemu w boju wojownikowi.

Kiedy się mu przyglądał, cały horyzont poczerniał. Jak gdyby armia czarnych mrówek powoli opanowywała świat. Jakby cała ludzkość rozprzestrzeniała się po świecie. Setki tysięcy wojowników w imperialnej czerni pokryły każdy cal horyzontu, sunąc jak chmara owadów w ich kierunku.

Andronicus.

Jego milionowa armia już tu jest.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?