Krzyk do nieba

Tekst
Z serii: Kryminał
Z serii: Komisarz Malin Fors #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Ona musi umrzeć.

Ten głos się we mnie wzmagał.

Zabij ją, uratuj to, co masz. Zemścij się.

Wystarczyło więc unieść ramię i wymierzyć cios.

Żelazo trafiło w czaszkę, słychać było chrzęst kości, szum drzew, szeptały do mnie:

Postępujesz słusznie.

Ona nie zasługuje, by żyć.

Zdarzało mi się czytać o tym, jak okrutni bywają ludzie, do czego potrafią się posunąć w pewnych sytuacjach. A kiedy inni stwierdzali: „Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił”, moją odpowiedzią było kiwanie głową, przyznawanie racji, choć w głębi ducha tkwiło we mnie przekonanie, że kiedy nadejdzie ten dzień, dam radę zrobić to, co należy. To właściwie jedyne, co odróżnia ludzi od siebie. Są tacy, którzy są do tego zdolni, i tacy, którzy nie dadzą rady.

Wystarczyło wymierzyć cios.

Przypomniało mi się to, co zrobiła, ten obraz pojawiał się wszędzie, na każdym ekranie, ciągle. Twoje ciało przyciśnięte do mojego, twoja ciepła skóra, śmiech, byłaś w moich objęciach, na przekór moim staraniom, by cię zatrzymać, wyrywałaś się i chciałaś uwolnić. Wreszcie tak naprawdę się uwolnić.

Głosy wzmagały się, wzmagają.

Co się tak właściwie stało?

Zacina deszcz. Zimne, głośne tortury październikowego deszczu.

Krople spływają na kark, wpadają za kołnierz kurtki. Stojąc zupełnie bez ruchu, słyszę, jak kapią z uszu na leśną ziemię.

Ciężar w mojej dłoni.

Z jej ust nie wydobył się nawet jęk.

Upadła.

Prosto na trociny.

Odeszła.

Martwa tak jak chłopiec.

CZĘŚĆ I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

ŚRODA, 6 SIERPNIA

Fanny Andersson spogląda na zegar na nocnym stoliku. Zielone cyfry świecą w ciemności: 2.34. Ta pora to drwina, przebudzenie jest ponad jej siły.

Nie może zasnąć. A światło zegara wcale jej nie uspokaja. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności, sypialnia w domu w dzielnicy Lambohov wydaje się tak jasna jak za dnia.

Anders leży po swojej stronie małżeńskiego łóżka. Dzieli ich pół metra, są odwróceni do siebie plecami, każde pod swoją kołdrą. On cicho pochrapuje, ona ma ochotę wyciągnąć ku niemu rękę, poczuć jego ciepło. Kocha go, jakkolwiek dziwne by się to wydawało. Zaciska powieki, próbuje nie czuć się złym człowiekiem.

Prześcieradło klei się do ciała, noc jest upalna, a dzień będzie jeszcze gorętszy.

Minęło już pół roku, odkąd wszystko po prostu ją przerosło.

Obudziła się pewnego ranka i nie mogła wstać z łóżka. Czuła swoje nogi, wiedziała, że musi się podnieść, ale nie mogła. Całe ciało odmawiało posłuszeństwa, Anders stał przy łóżku z Oliverem w ramionach i powtarzał:

– Fanny, Fanny, musisz wstawać.

Zamiast tego musiała natychmiast trafić do przychodni, a potem na oddział psychiatryczny w Szpitalu Uniwersyteckim. Zdiagnozowano u niej załamanie nerwowe na tle ostrego wypalenia zawodowego. Spędziła dwa tygodnie na pododdziale wzmożonego nadzoru psychiatrycznego. Zatrzymali ją tam na obserwację, mimo że właściwie nie czuła się przygnębiona, tylko po prostu zmęczona, bardzo zmęczona.

Kolorowa odzież medyczna personelu szpitalnego jakby się z niej naigrawała. Rozmawiając z lekarką, zdała sobie sprawę, że ma luki w pamięci dotyczące okresu przed załamaniem nerwowym, że być może robiła rzeczy, których nie pamięta, że pamięta rzeczy, które być może w ogóle się nie wydarzyły. Wydawało jej się, że pojechała do pracy, a tak naprawdę wybrała się na zakupy. Tak jakby jej mózg się przełączał, żeby z tym wszystkim wytrzymać.

Odwraca się w łóżku. Chce się położyć blisko Andersa, przytulić się na łyżeczkę, być blisko niego, spróbować ożywić to, co ich łączyło, to, bez czego nie potrafi żyć.

Na początku, kiedy się spotykali, kochali się często, później coraz rzadziej, a potem wcale.

Wie, że to nic niezwykłego. Wystarczy poczytać pierwszy dział z poradami na temat związków w jakimś magazynie modowym albo w prasie kobiecej. Pary, które choć naprawdę się kochają, nie chcą się ze sobą kochać. Jakby biologia robiła ludzi w balona, myśli sobie czasami.

Przykro jej z powodu tych wszystkich głupstw, które zrobiła i robi. Ale nic nie może na to poradzić. Nie potrafi żyć bez seksu. To takie proste, a jednocześnie tak skomplikowane. Wstyd i odkupienie są ze sobą nierozerwalnie związane, a Anders chrapie teraz głośniej, niczym niezmącony sen niezłomnego mężczyzny.

Wróciła do pracy już w połowie lipca, wcześniej niż zalecała jej lekarka. Ale czuła się gotowa, chciała pracować i radzi sobie lepiej, niż się spodziewała, nawet jeśli nie do końca ufa sobie samej, boi się, że znów zacznie zapominać, że mózg spłata nowe figle.

Oliver.

Jej ukochane dziecko. Śpi w sypialni naprzeciwko dużego pokoju, jakieś dziesięć metrów stąd, ma ochotę do niego wstać, popatrzeć na niego w ciemnościach, pogłaskać go po policzku. Często śpi na plecach, wygląda tak spokojnie, że aż prawie ją to przeraża, ale od oddechu poruszają mu się długie, jasne loki, jakby najprzyjemniejszy z wiatrów powiewał nad najpiękniejszym z urodzajnych pól.

Kłamstwa.

Miłość.

Muska palcami plecy Andersa. On się wzdryga, więc cofa dłoń.

2.42.

Musi już zasnąć.

Anders ma rano jechać do dentysty, a Fanny nie pamięta, co ustalili. Czy to on odwiezie wcześniej Olivera do żłobka, czy ona ma to zrobić?

Nieważne. Okaże się przy śniadaniu.

Wyciąga rękę po komórkę leżącą przy zegarze, ale się powstrzymuje.

W życiu tak często trzeba się hamować, próbować być kimś innym. W jej przypadku kompetentną, a do tego ładną pracownicą, idealną matką, taką, która stworzyła piękny dom, kobietą budzącą pożądanie męża, dobrą synową. Kimś, kto nie ma innego życia poza tym, które widzą inni.

Śpij już, Fanny.

Lekarce nie powiedziała prawie nic.

Tajemnice to tajemnice.

Niektóre kłamstwa są lepsze od prawdy.

Anders przestał chrapać, oddycha spokojnie, pewnie nic mu się nie śni.

Dlaczego go kocham? – myśli. Bo on kocha mnie. Bo tak podpowiada mi natura.

Rozgląda się po rozświetlonym na zielono pokoju.

Oliver, Anders.

Dlaczego miłość nie może wystarczyć?

2

4.24. Godzina tęsknoty.

Malin Fors sprawdza godzinę na komórce, po czym wyłącza telefon i kładzie obok siebie na łóżku. Wpatruje się w sufit, wyobraża sobie, że jeszcze uda jej się zasnąć, jeśli będzie patrzeć wystarczająco długo.

Tutaj, w tę noc, jest tylko samotność, mimo że Tove śpi zaledwie kilka metrów dalej, w swoim dawnym pokoju. Przyjechała do domu na lato, odbywa praktykę w Östgötabanken jako asystentka dyrektora. Z początku chciała wynająć jakieś mieszkanie, ale Malin namówiła ją, żeby zamieszkała „w domu”, miało być „przyjemnie”, miały się cieszyć letnimi wieczorami na balkonie. Tych nie było jednak zbyt wiele.

Próbowała sobie odpuścić, ale nie potrafi, nie chce, kogoś jej brakuje.

Tinder.

Ma tam profil, ale jeszcze nigdy nie była na randce. Niektórzy wprawdzie jej odpisywali, rozpoznawali ją z gazety, zastanawiali się, czy jako policjantka lubi ostre gierki.

Czy to tak się teraz kogoś poznaje? Patrzy się na jakieś zdjęcia, najczęściej opalony tors na plaży, uśmiech na pokładzie łodzi, koszulę i krawat w eleganckiej restauracji. Ignoruje się wszystkie głupoty, idiotyzmy.

Don’t swipe me away.

Czasami czuje się jak dinozaur.

Jak coś, co wymarło, żywe wspomnienie.

Nawet Tove nie spędza z nią czasu. Jest milcząca, lecz czasami mimo to chce pogadać, tak jak wczoraj, kiedy opowiadała o tym, czego doświadczyła w Kongu, jak widziała kobiety gwałcone przez bojowników milicji w pewnej wiosce w dżungli, a mężczyźni kazali jej patrzeć. „Co mam zrobić z tymi obrazami, mamo? Bez przerwy noszę je w sobie. A cały ten syf w banku, te wszystkie liczby, jakie to ma znaczenie?”

Tove piła wino. Padał deszcz, siedziały przy stole w kuchni, zapach curry unosił się wokół wysłużonych szafek, Malin nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Rób tak jak ja – miała ochotę powiedzieć – wypieraj, próbuj zapomnieć, udawaj, że tych potworności nie było albo nie ma, a w tym samym czasie nieświadomie staną się dla ciebie wszystkim.

Co za idiotyczne rady, myśli, zrywając z siebie kołdrę, która nieznośnie grzeje.

Więc milczała. Dolała Tove wina, dostrzegła, jak jej córce zbielały knykcie, kiedy mówiła:

– Powinnam wyrwać im te kałasznikowy, zrobić z nich miazgę. Ale bałam się, wiesz? Naprawdę się bałam. Zamiast tego pojechałam do sierocińca w Tybecie. A tam? Umierające dzieci, którymi nikt się, kurwa, nie przejmował. Bo pieniądze są ważniejsze. Nie śmierdzą, nie marudzą, nie płaczą. Po prostu sobie są i wszyscy chcą je mieć.

Słowa dzwonią teraz Malin w uszach.

Przez żaluzje widzi nadchodzący świt. Tego ranka światło wydaje się jakieś dziwne, jakby ognie piekielne płonęły na horyzoncie, wyciągały języki do gwiazd, grożąc, że je połkną.

Łóżko jest szerokie i puste.

Każdego dnia robię się coraz starsza. A wszystkie te dni, wszystkie lata, wszystkie oddechy, cała ta ludzka niegodziwość, której byłam świadkiem, wszystko to doprowadziło mnie do tego miejsca, do tego punktu w życiu i pragnę tylko jednego:

Kochać kogoś.

I żeby ktoś pokochał mnie.

Jestem żałosna, myśli sobie. Sentymentalna kretynka, która powinna już zasnąć, jeśli ma przetrwać ten dzień.

 

Coś się stanie.

Czuje to.

Lawina zdarzeń.

Tymczasem za oknem jest już jasno, ciepłe światło poranka, nie ma żadnych płomieni, tylko palące, metaliczne ciepło, rozpaczliwa tęsknota serca.

Mojego serca, myśli Malin.

Mojego.

I może jeszcze czyjegoś.

3

Dźwięk dzwonka wwierca się w ucho Fanny Andersson, a telefon prawie podskakuje na biurku w otwartej przestrzeni biurowej.

Błona bębenkowa wibruje. Młoteczek, kowadełko i strzemiączko drgają, tworzą w niej tsunami, które po chwili sprawia, że niemal w panice podnosi słuchawkę, mówiąc:

– Profile aluminiowe Nyberg, czym mogę służyć?

Służyć?

Uczyła się tej formułki na pamięć, ale nigdy nie udało jej się dobrze jej wypowiedzieć. Nie może mówić o służeniu, to jak z dziewiętnastego wieku, a przedsiębiorstwo Nyberga jest nowoczesne. Ona jest nowoczesnym człowiekiem, w głębi ducha wie, że sięga po to staroświeckie sformułowanie umyślnie, żeby poprawić humor sobie i być może także dzwoniącemu.

Agneta, recepcjonistka, wciąż jest na urlopie. Czy to nie na Korfu się wybierała? Fanny nie pamięta, ale to nie ma znaczenia. Zajmują się centralą telefoniczną i innymi obowiązkami Agnety na zmianę. Dzisiaj kolej na Fanny, jest tak zestresowana, jak się spodziewała. To wciąż w niej tkwi od czasu zwolnienia lekarskiego, załamania nerwowego: wrażliwość, poczucie słabości, niepewność, z czym sobie poradzi, a z czym nie.

Uporała się już z pocztą. Teraz, na początku sierpnia, nie ma wielu listów do sortowania. Kraj wciąż pogrążony jest w uśpieniu, rozdzielenie przesyłek do przegródek zajęło jej raptem kwadrans.

Ale telefon dzwoni.

Cały czas.

Wygładza dłonią materiał białych spodni kupionych w domu handlowym NK zeszłej wiosny, kiedy razem z Andersem spędzali w Sztokholmie weekend we dwoje. Olivera odstawili bezpiecznie do dziadków. Pierwszy raz spędziła wtedy bez niego całą noc, poszło nieźle, chociaż tęsknota wywiercała w niej dziurę i kilka razy chciało jej się płakać tylko dlatego, że nie było przy niej syna.

Nieracjonalne.

Głupie.

Ale co w matczynej miłości jest racjonalne?

Tak czy inaczej, miło spędzili czas w Sztokholmie. Mieszkali w hotelu Scandic przy Slussen, na kolację poszli do restauracji Grill. Spacerowali Drottninggatan, po Gamla stan, wieczór był ciepły jak dłoń Andersa spleciona z jej dłonią. Pomyślała, że może tej nocy coś się wydarzy, ale do niczego nie doszło. Odwrócił się do niej plecami, powiedział, że mu ciepło, kiedy położyła się blisko.

Rozmawiali o wypadzie na weekend do Paryża.

Może jeszcze coś z tego będzie.

Jej rodzice uwielbiają Olivera, chętnie się nim zajmują, tak często jak to możliwe. Rozpieszczają go: bułeczki, słodycze, prezenty, a on nawet nie rozumie, o co w tym chodzi. Boże, jak oni go kochają, gdyby tylko wszystkie dzieci na świecie były tak kochane jak on.

Oliver.

Widzi go przed oczami. Jej bluzka ma prawie ten sam delikatnie różowy odcień jak jego policzki, kiedy jest zdyszany.

Jego blond włosy, loki. Słyszy jego śmiech, tupot stóp na podłodze w domu, kiedy tak pędzi, prędko, prędziutko.

Ma takie same włosy jak on. Cienkie, jasne, kręcone. Taki sam zadarty nos i wyraźne kości policzkowe, taką samą wąską górną wargę. Przyjaciele radzili, żeby ją sobie powiększyła, ale nigdy by tego nie zrobiła.

W nocy myślała o Oliverze. Ale nie poszła do niego. Myśli o nim teraz. Nie ma jej przy nim.

Zamyka oczy.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić?

Czy jestem strasznym człowiekiem?

Połączenie.

Który przycisk powinnam nacisnąć?

Jest ich tak dużo.

Udaje jej się przekierować rozmowę do jednego ze sprzedawców, wraca do pracy nad uporządkowaniem faktur z lipca. Rozpoznaje większość z nich, rzetelni dostawcy, z którymi współpracują od lat. Sprawdza, czy nie ma fałszywych rachunków.

Pracuje tu od siedmiu lat. W kwietniu skończyła trzydzieści cztery lata, pora ruszyć dalej, ale trochę jej tu za dobrze.

Są dla niej mili.

Zarabia chyba więcej niż dostałaby gdziekolwiek indziej. Właściciel, Fredrik Nyberg, wie, że nic nie tworzy lojalności tak jak pieniądze. Fanny odpowiadają obowiązki i godziny pracy, dobrze się czuje ze współpracownikami siedzącymi dookoła niej w skupieniu przy swoich regulowanych biurkach z Ikei. Pasuje jej, że ci ludzie nie wiedzą o niej wszystkiego, że mają ją po prostu za głupiutką dziewczynę bez ambicji i życia wewnętrznego.

To nie problem, że często musi wcześniej wychodzić z pracy, żeby odebrać Olivera ze żłobka. Ma teraz dwa lata, właściwie dwa i pół. Przyzwyczaił się. Radzi sobie, jak mówi personel, jest radosny, uczy się nawiązywać relacje z innymi.

Głównie to ona go odbiera, czasami też odwozi, ale najczęściej to zadanie Andersa. Tak jak dzisiaj, miał odwieźć Olivera do żłobka przed wizytą u dentysty. Czy też po niej.

Nie pamięta.

Na pewno coś pomieszała.

Anders ma wszystko pod kontrolą. To jedna z rzeczy, które jej się w nim podobają, że jest taki poukładany. Kiedy była w szpitalu, nie musiała się o nic martwić, zajmował się Oliverem i robił to tak dobrze, że było jej jeszcze bardziej wstyd.

Patrzy za okno, na parking. Nie widzi stąd ich czarnego audi, musiała je zaparkować daleko, w palącym słońcu, gdzie nie sięgał cień lasu. Kilkoro kolegów przyjechało wcześniej niż zwykle, więc najlepsze miejsca były zajęte.

Lubi ten samochód. Mają jeszcze passata, ale audi jest lepsze.

Przekierowuje jeszcze jedną rozmowę.

Stempluje fakturę.

Mimo upałów ludzie najwyraźniej mają siłę myśleć o zakupie nowych okien, szklanych drzwi czy czego tam jeszcze potrzebują.

Na zewnątrz dwadzieścia siedem stopni w cieniu, widzi to na termometrze w oknie.

Strzeliste sosny na skraju lasu rozmywają się w rozgrzanym powietrzu.

Patrzy na zegar na ekranie komputera.

10.03.

Podnosi z biurka komórkę, po czym znów ją odkłada.

Jest tu od dwóch godzin, może dłużej, nie wie dokładnie, o której przyjechała. Klimatyzacja w biurze brzęczy i pojękuje.

Samochody.

W środku musi być jak w saunie. Ale tutaj w każdym razie jest przyjemnie.

Dzwoni telefon, tylko nie to, który to był przycisk?

Teraz bez żadnego „służenia”.

4

Malin przegląda się w lustrze na siłowni w piwnicy komendy policji. Biały sportowy podkoszulek opina jej ciało, dawno nie była w tak dobrej formie.

Przyszła na komendę trochę spóźniona, ale jak dotąd poranek jest spokojny, więc zdąży jeszcze z siłownią.

W recepcji przywitała się z Sofią, siedzącą ciężko na krześle. Wielki brzuch ciążył ku ziemi, został jej jeszcze miesiąc. Sofia wyglądała na zmęczoną, wyczerpaną, więc Malin powiedziała:

– Jeszcze trochę. Potem przyjdzie nagroda.

Nagroda w postaci najczystszej miłości, jaka istnieje.

Miłości, dla której można zrobić wszystko.

– Mam nadzieję, że dziecko nie będzie miało kolek – odpowiedziała Sofia z uśmiechem.

Malin zeszła do piwnicy, zapach potu uderzył ją w nozdrza. Napina teraz mięśnie, podnosząc dwunastokilogramowe hantle, w górę i w dół, w górę i w dół, poci się. Nawet tutaj, do siłowni na dole dostaje się upał.

Czarne szorty ciasno przylegają do ud. Mięśnie ramion grają pod skórą, jeden ruch prowadzi do drugiego, całe ciało reaguje, uwielbia to. Być może tylko tutaj, kiedy wykonuje najbardziej odmóżdżające czynności, tak naprawdę ma wszystko pod kontrolą. Tak się jej wydaje.

Jest sama. Odbicie w lustrze to jedyne towarzystwo, pot cieknie jej z czoła. Ostatnio często tak się czuje, jakby była prawie sama na całym świecie. Jakby była tak samotna w życiu, jak wszyscy jesteśmy samotni wobec śmierci, ale wie, że to nieprawda. Ma Tove, kolegów z policji, pracę. Tyle że praca nie może zastąpić ludzi, nawet jej.

Trzynaście, czternaście, piętnaście.

Odkłada hantle na czarne linoleum i podchodzi do ergometru.

Siada, ustawia opór i zaczyna wiosłować.

Wyobraża sobie, że jest na jeziorze. Wytęża wszystkie siły, by uciec przed ścigającymi ją obcymi mężczyznami.

Wiosłuje i wiosłuje, ale nie rusza z miejsca.

5

Fanny Andersson marzy, by popływać. Poczuć, jak chłodna woda zatyka uszy, odcina wszystkie dźwięki, wszystkie dzwonki telefonu, wszystkie pytania, może uda jej się wcześniej wyjść z pracy, może zdąży się zamoczyć, zanim odbierze Olivera. Wybierze się na pływalnię Tinnis albo nad jedno z jezior pod miastem. Roxen, Tåkern, Rängen, któreś z nich. Albo nad to jeziorko niedaleko letniego domu teściowej, to, które nie ma nazwy.

Rano przeczytała w „Corren”, że woda w jeziorze Roxen w kąpielisku Sandvik ma dwadzieścia sześć stopni, po kąpieli pewnie można się czuć jak czerwony, ugotowany rak.

Za oknami powietrze stoi.

W samochodach musi być z tysiąc stopni.

Od jej ostatniego zaniku pamięci minęło już sporo czasu, ale wciąż czuje się niepewnie, właściwie nigdy nie wiadomo, czy miało się zamroczenie czy nie.

Dam sobie radę, myśli. Ze wszystkim. Dam radę być sobą, utrzymać rodzinę razem. Ale nie jestem nadczłowiekiem, mogę tylko dobrze wykonywać swoją pracę, być dobrą mamą dla Olivera i próbować być dobrą żoną dla Andersa, tyle wystarczy.

Być dobrym człowiekiem.

Ale czy można nim być, wyrzekając się zbyt wielu rzeczy, których się pragnie? Fanny wyciąga komórkę, rozgląda się dookoła. Nikt na nią nie patrzy, nikt nie siedzi pod takim kątem, żeby widzieć wyświetlacz.

Zagląda na Tindera.

Żadnych nowych wiadomości.

Szybko wkłada telefon do kieszeni.

Muszę z tym skończyć.

Muszę być teraz dobrą żoną. I chyba nią jestem? Muszę grać dalej, zapomnieć o tym wszystkim, to się nigdy nie wydarzyło. Kocham Andersa, kochamy siebie nawzajem.

Czasami chce po prostu zamknąć oczy, zatkać uszy. Potrząsnąć głową.

Albo popływać.

Mamy piękne życie, myśli, stempluje jeszcze jedną fakturę i zdaje sobie sprawę, że dla Nyberga lipiec najwyraźniej był dobrym miesiącem, szef pewnie i w tym roku pojedzie na Boże Narodzenie na Malediwy.

Zasłużył na to.

Nikt nie pracuje tak ciężko jak Fredrik Nyberg.

Powietrze na zewnątrz przestało drgać. Teraz płynie, rozmywa się na różne strony, jak za starą szybą.

Potem znów dzwoni telefon, ale nie ten na biurku, tylko w kieszeni spodni. Szuka dłonią pod białym, cienkim materiałem, wyciąga komórkę, patrzy na ekran, to Anders, odbiera połączenie.

Słyszy jego oddech. Krótki, gwałtowny, domyśla się, że musi być na zewnątrz, upał napiera na jego klatkę piersiową, kiedy łapie powietrze. Potem słyszy jego miękki głos:

– Hej, kochanie. Jak tam?

Bierze głęboki oddech. Potem odpowiada:

– Dobrze. Pracuję. Nawet nie wiesz, ile dzisiaj dzwonią.

– No tak, dzisiaj centrala.

– I poczta.

– Chciałem cię o coś zapytać – mówi, a ona słyszy niepokój w jego głosie. Niepokój w połączeniu z wręcz rozkazującym tonem, który wydaje jej się obcy.

Czy coś się stało?

Chłodny ciężar wydaje się ściągać ją w dół, na szarą wykładzinę biura.

Czy coś jest nie tak?

Nie zdąża jednak wypowiedzieć tych słów, bo Anders mówi dalej:

– Wiesz, właśnie dzwonili ze żłobka i pytali, czy Oliver dzisiaj nie przyjdzie.

Co on chce przez to powiedzieć?

– Czyli jest z tobą w pracy? Nie odstawiłaś go rano do żłobka, tylko zabrałaś ze sobą do Nyberga?

Co ja słyszę? Gdzie ja jestem?

Rzeczywistość jakby odpływa, pomieszczenie się kurczy, zmienia się w podłużne, krzywe kształty, koledzy dookoła niej przestają istnieć, rozmywają się w kolory i kontury, które stają się odległą smugą dymu unoszącą się znad wzburzonej góry na wyspie gdzieś daleko, daleko stąd.

Trzymaj się, Fanny.

Co on wygaduje? Co Anders wygaduje?

Telefon wyślizguje jej się z dłoni, spada na podłogę, Fanny sięga po niego, a kiedy się podnosi, uderza głową o kant biurka, przeszywa ją ból.

– Jasna cholera! – krzyczy. Później łapie oddech. – Żartujesz, prawda?

Wie jednak, że nigdy by sobie w ten sposób nie zażartował.

Że ma wszystko pod kontrolą.

– To znaczy?

– Przecież go odwiozłeś? Jak zawsze? Dlaczego ja miałabym go odwozić?

Po drugiej stronie telefonu zapada cisza.

– O mój Boże… – słyszy cichy głos. – Mój Boże. Nie pamiętasz? Dzisiaj miałem dentystę, więc ty miałaś go zabrać. Przecież sadzaliśmy go razem w samochodzie, w foteliku na tylnym siedzeniu, a potem pojechałaś w stronę żłobka, nie pamiętasz tego?

I znów cisza.

Czy to pamiętam?

 

Oliver.

Jego jasne loki. Zapinanie pasów. Dzisiaj rano? Jego błękitne oczy, błękitne jak lód, protestował, nie, nie, Fanny patrzy na współpracowników, ten niepokój w ich oczach, widzą, że coś jest nie tak, ktoś wstaje, telefon znów wypada jej z dłoni, biegnie do wyjścia, gwałtownie otwiera szklane drzwi, srebrzysta aluminiowa rama trzęsie się od impetu, uderza ją gorące powietrze, przedziera się przez nie jak przez niewidzialną dżunglę, biegnie przez parking, mijając samochody innych, w stronę czarnego audi, to się nie mogło wydarzyć, to nie może być prawda.