Ukrainki. Co myślą o Polakach, u których pracująTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Pierwszy test na froncie polskim

Ugotuj tak, żeby mąż myślał, że to ja

Niespodzianki w lodówce

Żony z Wilanowa

Zobaczcie, to są firanki

Największy brud jest u elegantek

Przeprosiny na bogato

Nie mów pani, gdzie jedziesz na wakacje

Polka u fryzjera

Casting na polskiego męża

Sprawdzałeś, czy ona aby nie z burdelu?

Nieme obserwatorki dramatów rodzinnych

Jak wyrolować Ukrainkę?

Bardzo cię lubię, ale nie bierz naszego pięćset plus

Ukrainka wrogiem Ukraince

Nie jestem rasistą, ale…

Pani kocha Banderę?

Śmieszne historie

Nie narzekaj. Tu jest raj

Okładka


Copyright © Monika Sobień-Górska, Czerwone i Czarne

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja

Karolina Małecka

Korekta

Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. sp. k.

ul. Walecznych 39/5

03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-66219-33-5

Warszawa 2020

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Znają twoje nawyki, kompleksy, tajemnice lepiej niż ty, twój terapeuta czy członkowie rodziny. Chociaż, jak same podkreślają, one „tylko” sprzątają, opiekują się naszymi dziećmi, leją nam piwo w knajpie, skanują codzienne zakupy w osiedlowym sklepie. Tak naprawdę mają dostęp do intymnych części naszego życia, do naszych lodówek, sypialni, pokojów dziecięcych, biurek w gabinecie twojego szefa. Słyszą rozmowy i widzą SMS-y, które cichaczem wysyłamy z toalety w tajemnicy przed bliskimi. Wiedzą, ile pijemy, ile zdradzamy, na co wydajemy pieniądze. Widzą, jacy jesteśmy, gdy możemy poczuć się kimś lepszym, bo zatrudniamy pracownika z biedniejszego kraju. Ukrainki – kobiety, które jako najliczniejsza mniejszość narodowa są bardzo blisko Polaków.

Z każdą z nich spotkałam się podczas długiej rozmowy twarzą w twarz. Przeprowadziłam w życiu wiele wywiadów i jestem przyzwyczajona do jednego. Ludzie podczas nagrywanych rozmów natychmiast pozują, udają, pokazują lepszy profil, kontrolują zwierzenia, albo w autoryzacji większość zmieniają, kasują, piszą od nowa. Tu pierwszy raz w życiu widziałam, że nikt przede mną nie grał. Żadna z bohaterek tej książki nie poprosiła o autoryzację, choć każdą uprzedziłam, że jest taka możliwość. Swobodnie, bez ceregieli mówiły o tym, co widzą w Polsce, co czują do Polaków, co o nas myślą, co je tu spotkało. Odważnie i ze szczegółami opisywały sytuacje, po których wstydzą się za siebie i swoje ukraińskie koleżanki. Ale z taką samą szczerością i prostolinijnością opowiedziały też historie, po których to ja czułam wstyd za Polaków.

Żadna z tych kobiet nie była toksycznym rozmówcą, który wylewa na ciebie gorzkie żale z całego życia, narzeka, za coś obwinia. Bo Ukrainki, które za chwilę opowiedzą wam o życiu w naszym kraju, to kobiety, które nie narzekają. Nie mają w sobie tego genu, tej potrzeby użalania się nad sobą i mówienia o tym, co ktoś powinien zrobić, żeby było lepiej. Są skupione na tym, co one powinny. Nie znam kobiet, które byłyby tak zdyscyplinowane, tak precyzyjnie nastawione na obrany cel i tak konsekwentne w realizowaniu go. Na jednym oddechu, bez ekscytacji któraś z bohaterek powie, że przyjechała do Polski, bo na Ukrainie groziła jej śmierć po tym, jak zabito jej narzeczonego. Druga, że będąc samotną matką, z głodu wyjadała spleśniałe rzeczy ze śmietnika. Trzecia, że wyławiała z sąsiadami ciała, które spływały nurtem rzeki w jej miasteczku podczas wojny w Donbasie. I to nie jest brak wrażliwości, że nie ekscytują się tymi opowieściami. To realna ocena sytuacji, w której się znalazły, i praktyczne podejście do osiągnięcia najważniejszego celu, jakim jest dla nich zwiększenie poczucia bezpieczeństwa i podniesienie komfortu życia. Wszystkim w jakimś stopniu to się udało. Znalazły pracę, kształcą się, ściągnęły tu dzieci, mają po raz pierwszy w życiu oszczędności, stać je na wakacje. Kilka z nich zrobiło w Polsce spektakularną karierę w biznesie, inne dobrze radzą sobie w różnych dziedzinach nauki i kultury.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Nie wiem, dlaczego na początku wyszłam z prostackiego założenia, że Ukrainki sprzątające nasze mieszkania czy pracujące na zmywaku w polskich knajpach, na Ukrainie robiły to samo, tylko za znacznie mniejsze pieniądze. Podczas pierwszej rozmowy usiadła przede mną kobieta, która w Warszawie zaczynała od szorowania naczyń na zapleczu restauracji, a na Ukrainie skończyła konserwatorium muzyczne w klasie fortepianu oraz pedagogikę. Dwa dni później poznałam dziewczynę, która dziś zdobi paznokcie Polkom, a z wykształcenia jest informatyczką. Peleton zamknęła sześćdziesięcioletnia Ludmiła, dyplomowana inżynier mechanik, która gotuje, opiekuje się dziećmi i prowadzi dom Polakom pod Warszawą.

To była pierwsza lekcja pokory. Było ich więcej.

Monika Sobień-Górska


Występują:

Valeria (40 lat), sprząta w domach, mieszka w Polsce z przerwami od dziesięciu lat. Na Ukrainie został jej dwunastoletni syn, którym teraz opiekuje się jej mama. Valeria bardzo chce go zabrać do Polski, ale syn na razie boi się konfrontacji z obcym krajem, chce zostać w swojej szkole na Ukrainie, wśród kolegów. Valeria zbiera pieniądze na utrzymanie i przyszłość dla nich. Odwiedza syna co kilka miesięcy, codziennie do siebie dzwonią.

Maria (49 lat), fryzjerka, ma polskie korzenie. Przyjechała do Polski za pracą, głównie dlatego, że to mąż miał ogromne trudności ze znalezieniem zatrudnienia na Ukrainie. W Polsce od razu dostał pracę w branży budowlanej. Maria mieszka z mężem i jedenastoletnim synem w Warszawie.

Diana (37 lat), przyjechała do Polski, mając osiemnaście lat. Uciekła z Ukrainy po tym, jak zamordowano jej narzeczonego, a jej grożono tym samym. Skończyła w Polsce dwa kierunki studiów, została menadżerką w międzynarodowej firmie konsultingowej. Wyszła za mąż za Białorusina mieszkającego w Warszawie, mają dwoje dzieci.

Daryna (52 lata), agentka ubezpieczeniowa, pracuje w Warszawie. Od dziewięciu lat jest w Polsce, ma dorosłego syna, który mieszka na Ukrainie. Jest już babcią. W Polsce dwukrotnie wyszła za mąż. Teraz z mężem mieszkają na warszawskiej Woli.

Nadia (43 lata), sprząta w domach, gotuje, opiekuje się dziećmi. Do Polski przyjechała sześć lat temu, wszystkie zarobione pieniądze zawozi na Ukrainę mężowi, który po wypadku w tartaku stracił nogę. Na Ukrainie została też trójka dzieci Nadii. Dwoje jest już dorosłych, mają swoje rodziny. Ona wynajmuje pokój w hostelu pod Warszawą.

Ewa (41 lat), dziennikarka, skończyła trzy humanistyczne kierunki studiów w Polsce. Promuje wschodnią kulturę w naszym kraju. Od dwudziestu lat mieszka w Polsce, wyszła za mąż za Polaka, którego poznała jeszcze na studiach. Mieszkają w Warszawie.

 

Sofija (33 lata), wizażystka, prowadzi swój salon kosmetyczny. Mieszka w Polsce od prawie czterech lat, przyjechała tu za siostrą. Na Ukrainie zostali ich rodzice. Mieszka sama, chciałaby tu poznać mężczyznę, z którym założy rodzinę.

Lesya (35 lat), fryzjerka, pracuje w sieci modnych salonów w Warszawie. Od trzech lat mieszka w Polsce, jest tu z szesnastoletnią córką, która uczy się w technikum.

Anna (28 lat), menadżerka w sieci modnych knajp w dużym mieście. Zaczynała od pracy na zmywaku. W Polsce mieszka od trzech lat, jest singielką. Z wykształcenia jest muzykiem (pianistką) oraz pedagogiem. Na Ukrainie pracowała w swoim zawodzie przez sześć lat, ale nie była w stanie utrzymać się za tamtejszą pensję.

Kira (32 lata), sprząta w domach, opiekuje się dziećmi. Mieszka w Polsce od prawie sześciu lat, ale zamierza wracać na Ukrainę, gdzie został jej narzeczony. On ma tam pracę w budownictwie, z której może się utrzymać. Ona tu w Polsce planuje jeszcze zostać rok, żeby dozbierać pieniądze na mieszkanie, które już wybrali w swoim kraju.

Valentyna (28 lat), manikiurzystka, z zawodu informatyczka, ale pracowała w tej branży na Ukrainie bardzo krótko. Przerzuciła się na kosmetykę, bo łatwiej jej było znaleźć zatrudnienie w tym zawodzie. To samo robi w Polsce. Przyjechała tu w ciemno, przez rok mieszkała kątem u ludzi, zarabiała grosze, ale odbiła się. Teraz prowadzi własny mały salonik zdobienia paznokci. Mieszka z narzeczonym Polakiem, planują ślub.

Svietlana (40 lat), ma korzenie rosyjsko-ukraińskie, przyjechała do Polski kilkanaście lat temu. Na Ukrainie mieszka jej dorosły syn z rodziną. Ona rozkręciła w Polsce firmę handlującą owocami na dużą skalę. Prowadzi też stronę na Facebooku zrzeszającą kobiety ze Wschodu mieszkające w Warszawie. Organizuje dla nich spotkania towarzyskie i zawodowe.

Olga (35 lat), fryzjerka, z wykształcenia ekonomistka. Zanim w Polsce zajęła się fryzjerstwem, sprzątała w domach, opiekowała się dziećmi, pracowała w firmie logistycznej. Od ośmiu lat jest w Polsce, mieszka w Warszawie na Targówku. Ma dziewiętnastoletniego syna. Za kilka miesięcy wychodzi za mąż za Polaka.

Tania (42 lata), prowadzi z powodzeniem butik z ubraniami w popularnej nadmorskiej miejscowości. Wyszła za mąż za Polaka, mają syna w wieku szkolnym.

Kristina (48 lat), właścicielka dużej firmy księgowej oraz hostelu dla Ukraińców. Od prawie dwudziestu lat w Polsce. Ma dwoje dorosłych dzieci ze związku z Ukraińcem, które również mieszkają w Polsce. Tu wyszła za mąż za Polaka, ale kilka lat temu rozwiodła się. Teraz jest sama.

Wiktoria (31 lat), przyjechała do Polski sześć lat temu, żeby zarobić na utrzymanie siebie i córeczki, którą samotnie wychowuje. Jej rodzice nie żyją, na Ukrainie został jej brat z rodziną i ciotka, która ją wychowywała. Zarabia, sprzątając, i jest w tym bardzo dobra. Miesięcznie sprząta nawet pięćdziesiąt mieszkań.

Oksana (40 lat), kierowniczka magazynu spożywczo-chemicznego w Pruszkowie. Na Ukrainie samotnie wychowywała syna. Przyjechała do Polski właśnie za nim, bo uprosił ją, by mógł studiować w Warszawie. Dała mu wszystkie oszczędności, dopingowała w wyjeździe. Po pół roku tęskniła tak bardzo, że przyjechała do Warszawy, aby częściej go widywać. Tu związała się z o kilka lat młodszym Polakiem, od dwóch lat są w udanej relacji. Wynajmują razem mieszkanie.

Jana (56 lat), sekretarka w radiu, od trzydziestu lat mieszka w Polsce. Zajmowała się najpierw handlem ubraniami pod Pałacem Kultury, ale po tragedii rodzinnej imała się różnych zawodów, między innymi sprzedawała w sklepach. Ma dorosłego syna z małżeństwa z Polakiem. Od szesnastu lat jest w innym, szczęśliwym związku.

Ludmiła (60 lat), w Polsce pracuje od szesnastu lat. Mieszka z polską rodziną pod Warszawą. Sprząta, gotuje, prowadzi im dom, opiekuje się dziećmi. W podobny sposób pracuje tu jej siostra. Na Ukrainie zostały jej dzieci i wnuki. Jeździ do nich zimą na dwa tygodnie i latem na miesiąc. Jest wdową.

Milla (32 lata), przyjechała do Polski w wieku osiemnastu lat, skończyła tu stosunki międzynarodowe, zarządzanie i psychologię. Pracowała w wielu branżach: od sprzedaży samolotów, przez konsulting zawodowy dla studentów czy dla branży spożywczej. Teraz pracuje w jednej z największych na świecie sieci sklepów meblowych na stanowisku menadżera do spraw równego traktowania pracowników. Jest w związku z Polakiem, mają dwuletniego syna.

Natalia (48 lat), sprząta, gotuje, opiekuje się dziećmi i osobami starszymi. Do Polski przyjechała jedenaście lat temu. Najpierw sama, później dołączył do niej syn, którego wychowuje samotnie. Rok temu poznała na portalu randkowym Polaka. Niedawno zamieszkali razem.

Imiona bohaterek zostały zmienione.

Pierwszy test na froncie polskim


Olga

Polka kojarzy mi się ze stówą rzuconą na podłogę. Czasem schowaną na parapecie za doniczką, albo wetkniętą pod komodę. Niby niechlujnie, ale podstęp widać z kilometra. I to mnie najbardziej wkurza. Że macie nas za naiwne. Bo że za złodziejki, to w porządku. W końcu wpuszczacie obcą osobę do domu, zostawiacie nam klucze, to chcecie nas sprawdzić. Też bym tak robiła na waszym miejscu. Tylko dlaczego macie nas za głupie? Może uważacie, że Ukrainki, które myją wasze kible, to tępe dziewuchy, co nie zliczą do dziesięciu, ale instynkt każe im rzucać się na każdy pieniądz, bo z takiej biedy się wyrwały? Mylicie się. Ja, zanim zajęłam się sprzątaniem, a później fryzjerstwem i kosmetyką, skończyłam na Ukrainie ekonomię. Tylko za tamtejszą pensję ledwo wystarczało do pierwszego, a ja chcę czegoś więcej od życia. Chcę kupić mieszkanie, jeździć na wakacje. Ale nie jestem głupia i nie łapię się na tanie chwyty. Mam tu w Warszawie cztery koleżanki, które sprzątają. Każda z nas była tak testowana. Każda wiedziała, że to pułapka, i nigdy się nie dała na to złapać.

Czyli Ukrainki nie kradną?

Kradną, ale co innego. Tak po złości. Przesypują sobie proszek do prania, przelewają płyn do kąpieli i dolewają wody, to samo robią zresztą z perfumami, jeśli da się korek zdjąć. Podbierają herbatę ekspresową, odsypują kawę, cukier. Moje koleżanki, z którymi mieszkałam przez półtora roku w hostelu dla Ukraińców pod Warszawą, wprost się chwaliły, że korzystają z kosmetyków Polek. Jak się uda odłożyć trochę droższego kremu z większego słoiczka, to zawsze chętnie. Pachnący balsam za kilka stów w nieprześwitującej butelce też kusi, podkład Diora można odlać tak, żeby pani się nie zorientowała.

Dlaczego to robicie? Przecież stać was na proszek czy herbatę.

To kwestia jakiegoś jednak poczucia krzywdy. Że to ja u ciebie sprzątam, a nie ty u mnie. Albo rodzaj zemsty za to, że i tak macie nas za ruskie złodziejki. Czasem też chodzi o głupie, nielogiczne poczucie, że w ten sposób więcej oszczędzę, że będę te parę groszy do przodu. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tego, ale wiem, że niektóre Ukrainki to robią.

Mówiłaś, że i ciebie prowokowały Polki, żeby sprawdzić, czy nie kradniesz. Podrzucały ci stówę na podłogę?

U jednej Polki, gdy wytrzepywałam dywanik łazienkowy, wypadło spod niego pięćdziesiąt złotych. Od razu oddałam. Ona i jej mąż byli bardzo zaskoczeni. Powiedzieli, że czasem gubią jakąś kasę, ale nie spodziewali się, że skoro przypadkowo znalazłam, to im oddam. Dali mi dwadzieścia złotych znaleźnego. Może to zapłata za uczciwość? W innym domu często leżała na blacie kuchennym przy płycie indukcyjnej gruba koperta z pieniędzmi. Na oko było tam z pięć tysięcy złotych, może więcej. Jakby sprawdzali mnie, czy przypadkiem sobie jakiejś stówki z tego nie wezmę. Ale ja zawsze podnosiłam tę kopertę, wycierałam blat i kładłam ją z powrotem na swoje miejsce. Raz zobaczyłam ukradkiem, jak pan domu przeliczał pieniądze z tej koperty, już po moim sprzątaniu. No nie przyłapał mnie. Bo ja nie kradnę.

Valeria

Ciebie też ktoś testował?

Oczywiście. Tylko to nie było w sprzątaniu, a w krawiectwie, gdzie pracowałam, zanim poszłam w sprzątanie. Pracowałam z koleżanką u takiego starszego małżeństwa, oni mieli nieduże mieszkanie. Szyłyśmy i mieszkałyśmy u nich. Wiesz, gdzie spałyśmy? Między maszynami do szycia. W dzień to była pracownia, tam inne Polki też przychodziły, z cztery, z pięć osób i pracowały, a w nocy my się we dwie tam kładły spać.

I tam cię sprawdzali?

Szybko zauważyłyśmy, że właścicielka zostawia pięć złotych na stole. A następnego dnia, czy tam po jakimś czasie, zabiera je. I później znów to samo. Z miesiąc nas tak sprawdzała. Cóż, każdy ma do tego prawo. Ale Polacy ogólnie jacyś tacy przewrażliwieni, podejrzliwi o wszystko, jakby wszędzie naokoło sami złodzieje byli. Szczytem wszystkiego było, jak Polka, u której przez kilka lat sprzątałam, oskarżyła mnie o kradzież listwy magnetycznej na noże i wezwała policję.

Przyjechali na takie wezwanie?

Przyjechali, bo ona zadzwoniła z krzykiem, że ma napad i rozbój w domu. To cały cyrk z tym był. Ale od początku. Sprzątałam tam już długo, lubiłam się z tą Polką i stało się tak, że ona zaczęła robić remont, zmieniała meble w kuchni i kupiła taką podobno bardzo drogą listwę na noże. Któregoś dnia okazało się, że nie może jej znaleźć. Ja już dawno skończyłam pracę, byłam w domu, a ona do mnie dzwoni i mówi: Słuchaj, wiesz co, w kuchni powinna być taka listwa, czy ty jej nie widziałaś?. Mówię, że nie, ale w tym mieszkaniu była cała masa gratów, zabawek dziecka, bo ona jest taka, że lubi znosić do domu masę rzeczy. Mogłam to olać, ale ja już niestety taka jestem, mam miękkie serce, szkoda mi się jej zrobiło i następnego dnia przyjechałam do niej i powiedziałam, że pomogę jej szukać. Zajrzałam to tu, to tam, patrzę, a pod zlewem stoi opakowanie, przesyłka kurierska. Rozpakowuję to i widzę, że to jest ta listwa. Daję tej Polce, a ona zdziwiona: gdzie ją znalazłaś?. No pod zlewem była, zapakowana. A, rzeczywiście, mogła tam być, dobra, dzięki. Wyszłam, a za godzinę telefon: Valeria, natychmiast tu przyjedź, to pilne. Wystraszyłam się, jadę do niej. A ona wściekła wita mnie w drzwiach: to nie jest moja listwa. Ta jest jakaś używana, a moja miała być nowa. Zrobiłam wielkie oczy i mówię, że po pierwsze nie rozumiem, a po drugie co mnie to obchodzi. Znalazłam pani tę paczkę od kuriera i tyle. Ale czuję, że coś w powietrzu wisi. I ona wbija we mnie lodowaty wzrok i mówi: dobra, przyznaj się. To ty wzięłaś moją listwę i podłożyłaś mi jakąś swoją starą, używaną. Pytam, czy to jakiś żart. A ona swoje. I wpada w szał. Przekręca klucz w zamku i drze się, że na pewno rozkradłam jej mieszkanie, że od dawna wynoszę jej sprzęty, pewnie też pieniądze, biżuterię. Robi się niebezpiecznie, bo ona jest tak zdenerwowana, że za chwilę może złapać jakieś ostre narzędzie i się na mnie rzucić. Ale nie mam jak wyjść z tego mieszkania, bo ona trzyma klucze. I nagle wyciąga komórkę, dzwoni na policję i krzyczy, że ma napad, że ją okradają, i podaje adres. Wtedy naprawdę się wystraszyłam. Nie tej policji, ale tego, że ta kobieta oszalała, może mi zrobić coś złego. Uciekłam do łazienki, zamknęłam się od środka. Policja przyjechała, wtedy wyszłam.

I jak to się skończyło?

Ona spazmowała, że ją okradam, a ja na ile mogłam zachować spokój, wytłumaczyłam im, o co chodzi. Spisali moje dane, kazali mi przyjść następnego dnia na komisariat niby w celach wyjaśnienia, czy legalnie pracuję. Ale widziałam, że są po mojej stronie i widzą, że ta Polka jest stuknięta. Postraszyli ją, że dostanie mandat za nieuzasadnione wezwanie patrolu. Ale i tak najlepszy był finał tej historii. Następnego dnia ona do mnie zadzwoniła z samego rana: słuchaj, przepraszam cię, ja już wiem, co to za listwa. Ja sobie kiedyś ją zamówiłam, wiesz? Tylko o tym zapomniałam, kiedyś mi taka babka wysłała używaną, ale ja sobie kupiłam tę nową i o tamtej zapomniałam. A teraz znalazłam obie. Naprawdę cię przepraszam. Czy będziesz jeszcze u mnie pracować?

Nie mów, że się zgodziłaś.

No, zgodziłam. Na początku powiedziałam, że w żadnym razie, że to było obrzydliwe, co zrobiła, ale tak mnie prosiła, że w końcu mówię, dobra, nikt nie jest idealny.

Wiktoria

W lutym tego roku wpadła do mnie policja, bo zostałam obwiniona przez pewne małżeństwo o kradzież biżuterii. Właśnie wychodziłam do pracy, ale nie do nich, bo we wtorki sprzątam w Wawrze, a oni mieszkają w Starej Miłosnej. Na progu zatrzymała mnie policja. Weszli do mieszkania i wszystko przewrócili do góry nogami.

 

Mieli nakaz?

Nie wiem, nic mi nie pokazywali. Byłam w takim szoku, że ledwo zrozumiałam, o co chodzi, stałam pod ścianą i płakałam. Tak się trzęsłam, że w końcu jeden z tych policjantów się zlitował i wytłumaczył, że zostałam oskarżona przez państwo, u których pracuję, o kradzież biżuterii wartości prawie 50 tysięcy złotych i że oni muszą to sprawdzić. Wszystko przewrócili w mieszkaniu, nawet zamrażarkę rozwalili. Podnosili materace we wszystkich łóżkach. Najgorsze, że ja to mieszkanie wynajmuję jeszcze z trzema innymi Ukrainkami i ich rzeczy też wszystkie wyrzucili, wszystkie kosmetyki nam poniszczyli, powylewali. Bo przecież mogłyśmy ukryć te brylanty w płynie do kąpieli.

I co znaleźli?

Skoro dalej szoruję podłogi u Polaków, to możesz się domyślić, że niewiele. A do tamtych bogatych już nigdy więcej nie poszłam. Chociaż dzwonili do mnie, coś tam przepraszali, że musieli podać moje dane, bo przebywałam w ich mieszkaniu, mogłam sobie dorobić klucze. No cóż, takie życie sprzątaczek i domowych służących. Trzeba się przyzwyczaić.