Trzeci dziedzic. Dziedzictwo. Tom 3Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Trzeci dziedzic
Trzeci dziedzic
Audiobook
Czyta Anna Grochowska, Grzegorz Borowski
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Prolog

Nowy Jork. Dwanaście lat wcześniej

Mona

Dookoła padały strzały. Leżałam przyciśnięta do podłogi przez mojego ochroniarza. Pedro się poruszył i wyszeptał mi do ucha:

– Maleńka, schowaj się tam, gdzie ci pokazywałem, dobrze?

Pokiwałam głową, nie wydając z siebie najcichszego dźwięku.

– Muszę znaleźć twoją mamę i braciszka.

Podpełzłam do niewielkiej szafki stojącej w kącie pokoiku i ukryłam się na jej dnie. Leżałam skulona, wsłuchując się w odgłosy walki i jęki rannych. Przygryzłam dłoń zwiniętą w pięść, żeby zatrzymać wyrywający się z piersi krzyk. Czas mijał, wokół powoli zapadała złowroga cisza, a Pedra nadal nie było. Wiedziałam, że nie wolno mi wychodzić, dopóki po mnie nie przyjdzie, więc czekałam, drżąc ze strachu i dusząc płacz. Nagle doszło mnie skrzypienie otwieranych drzwi i stukot ciężkich butów. Spięłam całe ciało. Wstrzymałam oddech, dojrzawszy w szczelinie między drzwiczkami cień. Sekundy mijały powoli. W końcu obcy zatrzymał się przed szafką – i drzwiczki gwałtownie się otworzyły. Czyjeś łapska wyciągnęły mnie z bezpiecznej kryjówki. Z przerażeniem patrzyłam na potężnego czarnowłosego mężczyznę ubrudzonego krwią, który wbijał we mnie spojrzenie swoich zimnych, ciemnych oczu. Gdy tak stałam naprzeciwko niego z zadartą wysoko głową, skinął na kogoś za mną.

– Julius!

Odwróciłam się, podążając za jego wzrokiem. Zdążyłam tylko dostrzec podobnie wyglądającego mężczyznę – zamachnął się i otoczyła mnie ciemność.


Rozdział 1

Sycylia. Obecnie

Vincenzo

Samolot wylądował kilka minut temu, a mój upierdliwy braciszek już mnie namierzył i zażądał mojej wizyty w swojej posiadłości. Mruknąłem w odpowiedzi i niechętnie skierowałem się do czekającego na mnie samochodu. Cholerny Antonio… Zaledwie dwa tygodnie temu wyleciałem na pieprzony urlop po tym, jak posprzątałem bałagan w Wiedniu, a on znowu mnie potrzebuje. Momentami naprawdę mnie męczyło bycie chłopcem na posyłki. W końcu miałem już dwadzieścia dziewięć lat… Tony jako głowa naszej familii zarządzał interesem, ale odkąd miał rodzinę, unikał brudzenia sobie rąk. Luca zajmował się strategią i logistyką, a najgorsza robota przypadała mnie. Moje życie kręciło się wokół pozbywania się niewygodnych ludzi, a dla relaksu pieprzyłem wszystko, co wpadło mi w oko.

Antonio i Sasza mieszkali tuż przy prywatnej plaży. Wysiadłszy z samochodu, usłyszałem gwar dochodzący zza domu. Tak jak przypuszczałem, dzieci bawiły się na plaży pod okiem matek, a Tony i Luca rozmawiali przy basenie. Podszedłem do nich i skinąłem głową najstarszemu bratu.

– Mam nadzieję, że to coś pilnego – warknąłem.

– Siadaj. – Antonio wskazał głową leżak.

Zacisnąłem szczęki. Luca podał mi szklaneczkę z bursztynowym płynem. Uniosłem brew i popatrzyłem na niego pytająco.

– Jest jedenasta. Whisky o tej porze?

Wymienili zaniepokojone spojrzenia.

– Polecisz do Los Angeles, młody – oświadczył starszy i westchnął.

– Kurwa, Tony! Dopiero wróciłem. Pieprzone trzy miesiące sprzątałem burdel w Austrii i co? Znowu mnie gdzieś delegujecie? Może najpierw chociaż jakieś: „Dzięki, Vin. Cieszę się, że wróciłeś cały i zdrowy…”. – Nie zamierzałem ukrywać, że jestem wkurzony.

– To delikatna sprawa, Vin – oznajmił Luca.

– Wow, nie gadaj – rzuciłem ironicznie i wychyliłem zawartość szklanki. – Mówcie. Co takiego się stało w LA?

– Mamy tylko plotki… – zaczął Tony.

– Plotki? Świetnie, od razu brzmi lepiej. Zamieniam się w słuch – sarknąłem. Rozparłem się wygodnie i spojrzałem na nich z politowaniem.

– Ktoś wykorzystuje tam dzieciaki – odezwała się za mną Aleksandra.

Jak zwykle podeszła bezszelestnie. Nawet się nie zorientowałem, kiedy za mną stanęła.

– Sasza… – Wstałem, przytuliłem moją malutką, rudowłosą bratową. Jej okrągły brzuch rysował się pod luźną tuniką. – Czy mój brat ciągle się nie nauczył, jak korzystać z gumek? – Zaśmiałem się. – Gratuluję, mamusiu.

– Zamknij się, Vin, i odklej łapska od mojej żony – ostrzegł mnie Tony i przyciągnął ją do swojego boku. – Sprawa jest cholernie poważna. Pojechalibyśmy tam sami, ale nie zostawię Aleksandry samej.

Sasza prychnęła. Próbowała się wyrwać z jego uścisku, ale dała sobie z tym spokój, gdy jej wysiłki spełzły na niczym.

– Od jakiegoś czasu dochodziły nas słuchy, że Julius nie radzi sobie w LA. Coraz częściej miał problemy z odbiorem towaru, tracił zasięgi i ludzi, ale to wciąż były pojedyncze potknięcia. Ostatnio jednak wszystko przybrało na sile, choć on sam twierdzi, że nic złego się nie dzieje i nad wszystkim panuje.

– Więc do czego ja tam jestem potrzebny? – zapytałem.

– Mario był tam jakiś czas temu, popytał w różnych miejscach – zaczęła Sasza. – Chodzą słuchy, że Ferrano od dawna zajmował się handlem dziećmi… – Nabrała powietrza. – I organizował dla bogatych zwyroli zabawy z nieletnimi…

Zacisnąłem pięści. Kurwa! Nie byliśmy święci, ale od zawsze odgradzaliśmy się od takiego gówna grubą krechą. Jeśli to prawda i Julius za naszymi plecami bawił się w handlarza, zdradzając nasze zasady… Zdradzając nas… To już jest trupem!

– Ja pierdolę – zakląłem. – Masz jakiś konkretny plan czy mogę to załatwić po swojemu?

– Mario się dokopał do kilku istotnych informacji. Przede wszystkim w LA powstała jakaś nowa grupa, która skutecznie odbija nasz towar, zajęła nasze magazyny i podbiera naszych kupców. Jak wiemy, to jakaś banda gówniarzy, więc nie powinieneś mieć problemu, żeby ich zlikwidować.

– A co z Juliusem?

– Ma zostać tu dostarczony żywy. – Mój najstarszy brat uśmiechnął się złowieszczo.

– Niekoniecznie nieuszkodzony, ale zostaw coś dla mnie – dodała entuzjastycznie Sasza. – Bardzo chętnie porozmawiam sobie z tą gnidą.

– Jezu, jesteś przerażająca – skomentował Luca.

Aleksandra puściła mu oko, cmoknęła Tony’ego i uśmiechając się radośnie, wróciła na plażę do dzieci i Anny.

– Mario prześle ci wszystkie dokumenty. Samolot masz za dwie godziny. – Antonio nie marnował czasu.

Westchnąłem przeciągle i przeczesałem rękoma włosy.

– Chyba muszę przejść na emeryturę – zajęczałem.

Bracia się zaśmiali. Poklepaliśmy się po plecach i wróciłem do samochodu. Zadzwoniłem po swoich ludzi, za godzinę mieli być gotowi. W domu wziąłem szybki prysznic, spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnałem się z moją ukochaną Sycylią.


Rozdział 2

Po wylądowaniu w LA pojechałem do tamtejszej rezydencji. Wiedziałem, że sprawa, którą mam się zająć, jest cholernie poważna, ale zmęczenie dawało mi się we znaki, więc wziąłem prysznic, zjadłem szybki posiłek i położyłem się spać.

Nazajutrz wezwałem do siebie Franca Pulettiego, naszego zaufanego człowieka, który od jakiegoś czasu uważnie się przyglądał sytuacji. Usiedliśmy w bibliotece, gdzie dołączył do nas mój zastępca i przyjaciel Tristan.

– A więc? – zwróciłem się do Franca, który kręcił się niespokojnie na krześle.

– Pan Antonio pewnie wprowadził cię w tutejsze problemy, prawda?

Skinąłem głową.

– Krążą pogłoski, że w jednej z rezydencji Julius przetrzymywał grupę dzieci, które były… – Zawahał się. – ...wykorzystywane albo sprzedawane na czarnorynkowych aukcjach.

– Kurwa… Jeśli to prawda… – zacząłem.

– To nie wszystko – przerwał mi. – Kilka lat temu coś się wydarzyło, Vincenzo. Ludzie nabrali wody w usta, ale Julius stał się ostrożniejszy, a od jakiegoś czasu ta nowa grupa, która pojawiła się znikąd, rozpanoszyła się na naszym terenie.

– Wiadomo, kto to jest? – zapytałem zblazowany. To wręcz zakrawało na śmieszność, że nie potrafili sobie poradzić z grupką amatorów.

– Mają przywódcę, którego nazywają Wilk.

– Wilk? – Parsknąłem. – Wow, już się boję. Jeszcze mi powiedz, że gość przy pełni księżyca zmienia się w bestię i poluje na gangsterów spoza swojej szajki. A może zabiera bogatym, a oddaje biednym?

Obaj z Tristanem zaczęliśmy się śmiać, a Franco rzucił nam poirytowane spojrzenie.

– Nie lekceważ go, Vin. Część naszych ludzi przeszła pod jego skrzydła. – Poderwałem głowę na te słowa. – Nie wiem, czym ich skusił, ale ci, jak twierdzisz, amatorzy wczoraj zajęli nasz największy magazyn i ani myślą złożyć broń.

To się robiło coraz ciekawsze. Najpierw handel dziećmi, teraz jakiś Wilk, który dobiera się do naszych spraw i ludzi… Może jednak nie będę się nudził.

 

– Tristan – zwróciłem się do przyjaciela – zbierz chłopaków, czas odwiedzić Juliusa. A ty, Franco, znajdź dojście do tego… Wilka – wycedziłem.

– Zobaczę, co da się zrobić. – Skinął głową i szybko wyszedł z biblioteki.

Tristan właśnie odłożył telefon, zakończywszy połączenie, i spojrzał na mnie.

– Wiesz, że będziemy się babrać w niezłym gównie? – zapytał.

– Jak to skończę, znikam na kilka miesięcy. Mam dość sprzątania po ludziach mojego brata. – Westchnąłem i poszliśmy w stronę samochodów. Czas było odwiedzić człowieka, który zdradził naszą rodzinę.

Rezydencja Juliusa była położona w jednej z najbogatszych dzielnic LA. Przejechaliśmy przez olbrzymią bramę, której strzegło kilku ludzi. Na nasz widok skinęli głowami z szacunkiem. Całą kolumną podjechaliśmy na podjazd przed okazałymi schodami prowadzącymi do białego budynku. Ogrody otaczające dom, choć wspaniałe, nie zrobiły na mnie wrażenia. Myśl, że Julius miał na rękach krew dzieci, przyprawiała mnie o mdłości.

Szef oddziału LA, Julius Ferrano, jadł właśnie śniadanie ze swoją rodziną. Na nasz widok zerwał się na równe nogi i powitał nas z szeroko rozpostartymi ramionami.

– Vincenzo! – zawołał, uśmiechając się szeroko. – Nie wiedziałem, że przyleciałeś! Siadaj, zjedz z nami.

Jego żona Veronica podeszła do mnie i delikatnie ucałowała oba moje policzki.

– Dziękuję za zaproszenie, ale innym razem. Musimy porozmawiać. – Wskazałem głową drzwi.

– Proszę. – Machnął ręką w kierunku biblioteki. – Tam będziemy mieli więcej prywatności.

Skinąłem na swoich ludzi. Mieli dyskretnie rozejść się po domu, by nas zabezpieczyć, na wypadek gdyby Julius okazał się kimś gorszym, niż zakładaliśmy.

Usiedliśmy w bibliotece. Tristan pilnował drzwi, aby nikt nam nie przeszkodził.

– Co cię do nas sprowadza, Vin? – zapytał Ferrano, uśmiechając się przyjacielsko.

– Antonio chce się z tobą spotkać – rzuciłem swobodnie. Obserwowałem jego reakcję: jego twarz pozostała spokojna, ale przyspieszony puls widoczny na szyi jasno wskazywał, że jest zdenerwowany.

– Rozmawiałem z Mariem kilka dni temu – powiedział. – Mamy tu przejściowe problemy, ale panuję nad sytuacją.

– Julius, Julius, Julius… – Cmoknąłem. – Ty chyba nie rozumiesz. – Pokręciłem głową. – Gówno mnie obchodzi, czy panujesz nad sytuacją. Za piętnaście minut masz samolot – dodałem.

Mężczyzna poczerwieniał, wstał z krzesła i uderzył otwartą dłonią w blat biurka. Wiedziałem, że wygrałem, a nasze podejrzenia były słuszne.

– Morinello myśli, że rzucę wszystko, bo wysłał do mnie swojego psa?! – rzucił i sięgnął pod marynarkę.

Zanim jego dłoń zacisnęła się na rękojeści, wyciągnąłem swoją broń, przeładowałem i wycelowałem w jego głowę.

Tristan stojący za mną zrobił dokładnie to samo, a Julius zamarł w bezruchu. Uśmiechnąłem się pod nosem i ponownie cmoknąłem.

– Nieładnie… bardzo nieładnie. – Kręciłem głową. – Oddaj mi broń i połóż rączki na stole, żebym je widział, albo wpakuję ci kulkę. Moi ludzie czekają na sygnał, by zrobić z twoją rodziną niefajne rzeczy…

Ferrano zbladł, powoli wyjął broń i przesunął ją w moim kierunku. Skinąłem na Tristana, a on zabrał pistolet i założył na ręce Juliusa trytytkę jako prowizoryczne kajdanki.

– Zapłacisz mi za to, Morinello – syknął.

– Po co składasz obietnice bez pokrycia? – Parsknąłem pod nosem, ale po chwili spoważniałem. – Jeśli zależy ci na rodzinie, to grzecznie polecisz. Moi ludzie, Julius, to nie grzeczne pieski jak twoi… Oni są jak świetnie wytresowane psy. Moje psy! Moja wataha! My nie znamy litości. Wypatroszenie twojej żony i dzieci będzie dla nas jak pstryknięcie palcami – oświadczyłem, pochyliwszy się nad nim.

Po bladej, ściągniętej wściekłością twarzy spływały strużki potu. Wiedział doskonale, że jeśli Tony wysłał mnie tu ze swoim oddziałem, to zrobimy czystkę, nie oglądając się na nic i nie licząc ofiar. Pokonany spuścił głowę i pozwolił się wyprowadzić Tristanowi. Już za drzwiami odwrócił się i wysyczał:

– Kiedy znajdziesz Wilka, pozdrów… – Zawahał się, ale po chwili zarechotał. – Pozdrów go ode mnie. – Śmiał się jak opętany.

Poszedłem za nimi i patrzyłem, jak postać Juliusa znika w samochodzie. Wystraszona Veronica zatrzymała się przy schodach.

– Co będzie z nami? – zapytała cicho. Jej wargi drżały.

Spojrzałem na nią beznamiętnie.

– To zależy od tego, czy twój mąż będzie grzeczny, Ver – powiedziałem. Osunęła się na ziemię, zanosząc się szlochem. – Zostaniesz z dziećmi w rezydencji, pod opieką moich chłopców. Powiadomię cię o decyzji Antonia – rzuciłem, odchodząc. Nie miałem ochoty oglądać płaczącej kobiety.

Na podjeździe spotkałem Franca, który właśnie wysiadł ze swojego forda.

– Co ustaliłeś?

– Niewiele – westchnął Puletti. – Rozesłałem wici, że chcemy się spotkać z Wilkiem, ale na razie nie dostałem odpowiedzi.

– Hm… – Podrapałem się po kilkudniowym zaroście. – Zatem pozostaje nam czekać?

– Możemy zamiast tego spotkać się z Holendrami – zaproponował.

– Amanda jest tutaj?

– Tak, wieczorem w jej klubie jest duża impreza… Może warto byłoby się tam pokazać, zaznaczyć, że Julius wypadł z gry?

Dawno już nie widziałem spadkobierczyni holenderskiego imperium. Ciekawe, czy jej cipka nadal smakuje tak dobrze, jak zapamiętałem. Uśmiechnąłem się pod nosem na wspomnienie gorących chwil z rozkoszną blondynką.

– Załatw nam zaproszenia. Pójdziemy się zabawić – powiedziałem, wsiadając do samochodu. Tristan ruszył za mną, szczerząc się jak głupi. Obaj wiedzieliśmy, że to będzie cholernie gorąca noc.

***

W innej części LA

Mona

– Mona – powiedział cicho Julio, wchodząc do mojego pokoju. Podniosłam głowę znad papierów, które właśnie przeglądałam. – Mamy problem, mała.

– Problem? – powtórzyłam jak echo i rozsiadłam się wygodniej w fotelu, czekając na dalszą część wieści.

– W mieście pojawił się… – Przełknął głośno ślinę. – Morinello.

– Co, kurwa? – zaklęłam siarczyście. – Ten kutas? W moim mieście?!

– N-nieee – zająknął się. – Jego młodszy brat, Vincenzo.

Wypuściłam z sykiem powietrze i potarłam dolną wargę w zamyśleniu. Po co Morinello wysłał tu brata? Przez tyle lat nie interesowali się LA. Czemu teraz?

– Po co przyleciał?

– Wiem tylko tyle, że Julius poleciał na Sycylię, a młody szuka dojścia do Wilka…

Szeroki uśmiech rozciągnął się na mojej twarzy.

– Do Wilka, mówisz? To może być bardzo interesujące spotkanie, nie uważasz? Oczywiście jeśli w ogóle do niego dojdzie.

Julio, mój meksykański przyjaciel, moja bratnia dusza i prawa ręka, zrozumiał aluzję. To była nasza szansa, by doprowadzić plan do końca.

– Wybiera się dzisiaj na imprezę do Amandy. – Uśmiechnął się przebiegle.

– W takim razie my też się tam pojawimy. Załatw wszystko i zbierz ludzi. Czas na małe przedstawienie. – Klasnęłam w dłonie. Tak długo czekałam na dogodną chwilę i pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Tym razem zwierzyna sama przyszła do łowcy… I zamierzałam urwać jej łeb.


Rozdział 3

Vincenzo

Przed wejściem do klubu Hyperia wiła się długa kolejka młodych ludzi desperacko pragnących wejść do środka. Przekroczyliśmy z Tristanem próg knajpy nie niepokojeni przez nikogo. Wnętrze ociekało kasą i nowoczesnością. Najbogatsi mieszkańcy Miasta Aniołów siedzieli w olbrzymich wygodnych boksach albo wyginali się na parkiecie. Rozejrzałem się dookoła i na górnym balkonie dostrzegłem blondynkę, z którą zamierzałem dzisiaj długo i namiętnie… rozmawiać. Celowo stanąłem w dobrze oświetlonym miejscu, by zobaczyła mnie z daleka. Nawet z tej odległości widziałem drapieżny uśmiech, w którym się rozciągnęły jej pełne wargi. Amanda skinęła głową na kogoś w głębi balkonu i po chwili jej goryle wskazali nam drogę do strefy VIP.

Panna von Thomas była dokładnie taka, jak ją zapamiętałem. Miała cudowne, sprężyste ciało, platynowe włosy, wielkie cycki i miękkie usta – które swoją drogą robiły najlepszą laskę w tej części Stanów Zjednoczonych. Nie miałem czasu się rozejrzeć po pozostałych osobach w jej strefie, bo w mgnieniu oka zostałem wciągnięty w jej ramiona.

– Vinny… – wymruczała mi do ucha, przyciskając się do mnie w sugestywny sposób.

– Ama. – Uśmiechnąłem się pod nosem.

– Nie wiedziałam, że jesteś w LA – rzuciła, ciągnąc mnie w stronę sofy. – Zaplanowałabym bardziej kameralne spotkanie. – Westchnęła teatralnie.

– To spontaniczny wypad – mruknąłem – ale liczyłem, że uda nam się porozmawiać.

– Och, kochanie, na pewno! – Zerknęła na mnie lubieżnie. – Niestety chwilowo muszę się zająć moimi pozostałymi gośćmi. Pozwól, że przedstawię ci kilka osób. – Skinęła głową w kierunku pozostałych. – To Yukiko Sasami i Rioko Wanabe. – Japonki wstały, aby się przywitać, Amanda zaś kontynuowała. – A to moi meksykańscy przyjaciele, Julio Abrego i Mona Mendez.

Latynosi oszczędnie skinęli głowami. Przyjrzałem się im zaciekawiony. Mężczyzna, prawdopodobnie niewiele młodszy ode mnie, był ciemnowłosy i dobrze zbudowany, a jego ciało pokrywały zawiłe tatuaże tworzące swego rodzaju dzieło sztuki. Na widok kobiety natomiast na moment zaparło mi oddech. Siedziała, więc trudno było określić jej wzrost, ale na pewno była szczupła. Kruczoczarne włosy związane w niedbały kok, pełne czerwone usta, wspaniałe cycki wyłaniające się z pokaźnego dekoltu, a do tego wielkie ciemne oczy, które patrzyły na mnie z zimną rezerwą. Cholera! Laska była nieprzeciętnie śliczna i niezaprzeczalnie ostra, a jej wargi… Potrząsnąłem lekko głową, próbując się pozbyć niechcianych myśli o tym, co mogłaby nimi zrobić, gdyby mi się udało zwabić ją do łazienki. Zdecydowanie za długo nie miałem pod sobą żadnej kobiety. Zamierzałem skorzystać tego wieczoru z niewypowiedzianej oferty Amandy.

– Skoro już wszyscy się znają... – Blondwłosa gospodyni spotkania klasnęła w dłonie. – ...proponuję wznieść toast za nowe przyjaźnie i przyszłe interesy.

Skąpo ubrane hostessy wniosły na tacach kieliszki z alkoholem. Chwyciliśmy z Tristanem po szklaneczce whiskey i zatopiliśmy się w rozmowie z Japonkami. Byłem mile zaskoczony, gdy się okazało, że byłyby chętne podjąć negocjacje i rozbudować szlak przerzutowy. Antonio nie pogardziłby taką okazją.

Alkohol lał się nieprzerwanie, aż w pewnym momencie Ama wyciągnęła pozostałe dziewczyny na zatłoczony parkiet. Przez dłuższą chwilę przypatrywałem się im z balkonu, podziwiając kocie ruchy Holenderki, to nie ona jednak przykuła mój wzrok. Drobna Latynoska rozpuściła włosy, które teraz otulały ją miękkimi falami, opadając na plecy. Nasze oczy spotkały się na moment. Nawet nie próbowałem ukryć, że rozbieram ją w myślach. Za to ona uniosła podbródek, rzucając mi nieme wyzwanie. Odstawiłem pustą szklankę, klepnąłem Tristana w ramię i zeszliśmy na dolny parkiet. Zanim zdążyłem się zbliżyć do Mony kołyszącej biodrami w erotycznym rytmie, wpadłem jednak w ramiona Amy, która owinęła się wokół mnie niczym bluszcz. Cóż, nie mogłem narzekać, czując ocierające się o mnie boskie ciało, ale mimo to wciąż śledziłem ruchy Latynoski, która nieprzerwanie patrzyła mi prosto w oczy, tańcząc ze swoim przyjacielem. Cholera, co się ze mną działo?! Skupiłem uwagę na Amandzie i przyciągnąłem do siebie jej nad wyraz chętne ciało.

– Może przeniesiemy się w jakieś ustronne miejsce? – mruknąłem, schyliwszy się do niej.

Jej usta delikatnie szarpnęły płatek mojego ucha, chwyciła mnie za rękę i bez słowa pociągnęła do strefy VIP. Minęliśmy balkon i sofy, przeszliśmy przez ciemny korytarz wiodący do prywatnego gabinetu. Ama nie traciła czasu. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, stanowczo oparła o nie moje ciało i klęknęła przede mną.

– Niecierpliwa? – zapytałem przekornie.

– Vin, przecież oboje wiemy, czego chcemy. Po co się bawić w podchody? – Roześmiała się, sprawnie zsunęła mi spodnie i wzięła mojego kutasa w swoje boskie usta.

Chwyciłem jej włosy w garść i nadałem jej ruchom takie tempo, jakie mi odpowiadało. Nie zamierzałem być delikatny. Potrzebowałem się spuścić w jej gardło, a później porządnie ją zerżnąć, by pozbyć się z głowy uporczywie powracającego obrazu ciemnych, zimnych oczu Mony.

 

***

Mona

Morinello zniknął z Amandą w jej gabinecie. No cóż, nasza holenderska znajoma słynęła ze swoich podbojów. Kołysałam się w bezpiecznych ramionach Julia, przygryzając wargę. To spotkanie nie przebiegło dokładnie tak, jak sobie założyłam. Byłam pewna, że zaleje mnie gniew i będę musiała się powstrzymywać, by nie zabić Włocha. Tymczasem gdy zobaczyłam go na własne oczy… Musiałabym być ślepa, żeby nie docenić tego, jak wygląda. Wspomnienia płatały mi figle, ale niewątpliwie był podobny do starszego brata. Wysoki, świetnie zbudowany, ciemnowłosy i do tego z bystrym, przenikliwym spojrzeniem. Czułam, jak rozbiera mnie wzrokiem, i świetnie się bawiłam jego kosztem: kołysałam biodrami, obserwując, jak coraz szerzej otwiera oczy. Podobało mu się to, co widzi. Musiałam zachować największą ostrożność, Vincenzo nie był łatwym przeciwnikiem. O nie, on był łowcą, a nie zwierzyną. Tym lepiej będzie smakować wygrana, gdy go dopadnę i krok po kroku zniszczę wszystko, co kocha.

– Mona, czas na nas – powiedział mi do ucha mój przyjaciel.

Spojrzałam na zegarek. Faktycznie, za kilka godzin musieliśmy przejąć przesyłkę. Trzeba było trochę podgrzać atmosferę.