Wszystkie nasze tajemniceTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Monika Sawicka & e-bookowo

Fotografia na okładce: enriquelopezgarre (pixabay.com)

Korekta: Katarzyna Krzan

Skład: Katarzyna Krzan

ISBN e-book: 978-83-8166-107-2

ISBN druk: 978-83-8166-108-9

Patronat medialny:

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2020

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Miłość sama w sobie jest „nie do pojęcia”,

ale dzięki miłości możemy „pojąć wszystko”.

Ks. Józef Tischner

Książkę dedykuję moim Rodzicom.

Mamo, dziękuję, że wychowałaś mnie na dobrego

człowieka. I nawet fakt, że gdy byłam niemowlęciem

chciałaś udusić mnie poduszką, bo przeraźliwie

wrzeszczałam, nie zmieni tego, że Jesteś Moim Wszystkim.

Wypada też podziękować Tacie, że od tej poduszki mnie uratował. Być może dzisiaj tego żałuje ;)

Świat straciłby całkiem niezłą

( a na pewno zdystansowaną i pełną autoironii) pisarkę ;)

Kocham Was.


Prolog

Będę cię kochał do końca życia. A jeśli jest coś potem, będę cię kochał także po śmierci.

Tak powiedział, gdy byłam bliska uznania, że moje życie to porażka, że przeszłość zdominowała teraźniejszość i sprawiła, że nie mam przed sobą przyszłości. Że życie nie ma mi nic do zaoferowania.

Tym jednym zdaniem sprawił, że powzięłam postanowienie: przyjmę, co podarował mi los. Drugą szansę.

Każdego dnia będę przynosił ci kwiaty i nosił na rękach.

– Nie kwiatów chcę, lecz pewności, że jestem dla ciebie kwiatem i będziesz o mnie dbał, jak o najdelikatniejszą różę. Nie noś mnie na rękach, noś mnie w myślach i sercu, w każdym milimetrze skóry.

Każdego wieczoru, kiedy już leżę, układam głowę między jego prawym a lewym ramieniem.

Każdego ranka zanim otworzę oczy dotykam dłonią drugiej połówki łóżka, a gdy ta jest pusta, wpadam w panikę. Boję się, że całe to szczęście mi się tylko przyśniło i właśnie ten piękny sen się skończył. Ale po chwili do moich nozdrzy dolatuje zapach świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Nigdy wcześniej jej nie lubiłam, wolałam herbatę z miodem, ale jak zmiany, to zmiany. Kocham kawę, ale tylko tę, którą on przyrządza. Jest mi dobrze. Jest mi tak dobrze, że gdyby teraz z czajniczka wyskoczył Dżin i spytał, czego pragnę, powiedziałabym, że ze wszystkich moich sił pragnę zatrzymać tę chwilę. A jeśli mogłabym mieć drugie życzenie, chciałabym, aby moje życie już zawsze tak wyglądało. Nie wiem tylko, co zrobiłabym z trzecim życzeniem. Myślę, że podarowałabym je Ince, mojej córce. Siedzę, a właściwie wyleguję się na wygodnym fotelu na tarasie góralskiej chaty i uwierzyć nie mogę, że bajecznie piękny krajobraz przed moimi oczami to nie trójwymiarowa fototapeta, ale prawdziwe, żywe góry. Są wspaniałe. Szczególnie zimą. Majestatyczne, groźne, wręcz przerażające dają jasny przekaz wszystkim, którzy mają zamiar się z nimi zmierzyć, zdając się mówić: Zastanów się czy jesteś na nas gotowy.

Ale i wiosna potrafi sprawić, że w zachwycie wstrzymasz oddech. Maluje wszystko na zielono, a Pan Bóg koniuszkiem wskazującego palca stawia białe kropki na najwyższych szczytach gór, zatrzymując w ten sposób resztki zimy. Wiosna to życie, to powolne i leniwe budzenie się z długiego snu. W głowie wybrzmiewały mi dźwięki „Jeziora Łabędziego” Piotra Czajkowskiego, jakby grała tylko dla mnie obecna w moim salonie Orkiestra Kameralna Filharmonii Narodowej.

Otulona w pled, siedziałam na tarasie i od wielu miesięcy codziennie z takim samym wzruszeniem obserwowałam jak pory roku ustępują sobie miejsca.

Wszystko to jest dla mnie nowe, do tej pory widziane jakby przez szybę. Teraz stało się namacalne, realne, można tego dotknąć, poczuć, zaciągnąć się górskim powietrzem, zachwycić się, zapomnieć.

Każdy człowiek ma przypisane miejsce na ziemi.

Czuję, że to jest moje i wiem, że jestem gotowa na wielkie zmiany. Miałam dużo czasu na przemyślenia – tutaj złapałam oddech, ułożyłam prawie wszystkie puzzle w nową układankę, wiedziałam, że tak chcę żyć. Właśnie tak, właśnie tu i właśnie z nim. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że życiowe decyzje można podejmować tak szybko. Ładowałam akumulatory po zakończeniu najdziwniejszego i zarazem ostatniego śledztwa w mojej zawodowej karierze. Zrezygnowałam z pracy, w której spędziłam ponad piętnaście lat, a wliczając w to lata szkoły, dwadzieścia. Jestem szczęśliwą czterdziestojednoletnią emerytką i mam to, o czym nawet nie marzyłam. Miłość mężczyzny, uzdrowione relacje z ukochaną córką, rozwiązane wszystkie rodzinne zagadki z przeszłości. Mam też plecak pełen doświadczeń. To mój kapitał. Dobrze go zainwestuję.

Z chaty dobiegały odgłosy rozmowy – to Inka dyskutowała o czymś z pewnością ważnym z mężczyzną mego życia.

Mój wzrok padł na prezent od córki – zawieszoną nad drzwiami drewnianą tabliczkę z wypalonym napisem:

Miłość zaczyna się w domu, w rodzinie. W naszych rodzinach jest wielu samotnych ludzi. Nie mają czasu na uśmiech. Miłość zaczyna się tam. 1

Inka. Uśmiechnęłam się do siebie. Ile ta dziewczyna przeżyła? Z czym musiała się zmierzyć? Jest dojrzała i dzielna. Wszystkie te tajemnice między nami były jak zaćma na oku. Poprawiłam pled, zmieniłam położenie fotela wygodnie opadając do pozycji leżącej, zamknęłam oczy i po raz ostatni wyruszyłam w podróż po całkiem nieodległej, ale jakże zaskakującej i dynamicznej przeszłości...

Tak wiele rzeczy wydarzyło się w czasie ostatniego roku, że można by napisać kilka życiorysów. Choć do niedawna wydawało mi się, że mało może mnie zaskoczyć, to przekonałam się o słuszności powiedzenia „nigdy nie mów nigdy” Oraz o prawdzie zawartym w drugim: „nigdy nie mów zawsze”. Nareszcie czułam, że żyję na nowo, że od początku zapisuję nowymi danymi korę mózgową.

Zamyśliłam się, lekko przekręciłam się na bok i zupełnie zapomniałam o leżącej na kolanach książce, ważnej książce. Czytałam ją po raz trzeci, lecz wciąż z takim samym zainteresowaniem jak wtedy, gdy po raz pierwszy dotknęłam jej wiele miesięcy temu. Upadła na podłogę. Delikatnie ją podniosłam, jak bezcenną relikwię.Ta powieść to także moja historia. Zerknęłam z czułością na okładkę. Wodziłam palcami po wypukłych literach tytułu. Był kwintesencją mojego życia. Tytuł brzmiał: Skąd miałam wiedzieć? Odłożyłam na chwilę książkę na drewniany stolik i poszłam do domu po okulary.

 

Gdy z nimi wracałam, spojrzałam na stojącą na kominku porcelanową figurkę, podeszłam, by ją nakręcić. Baletnica zatańczyła. Orkiestra w mojej głowie znowu zaczęła grać. Ta figurka, laleczka z saskiej porcelany – to była replika, oryginalna pozytywka wróciła do prawowitej właścicielki. Oryginał ma tyle lat, ile mam ja i wciąż działa.

Ja też znowu zaczęłam działać, choć było ze mną krucho.

Mam nawet siłę, by tańczyć ze szczęścia. Mam siłę i mnóstwo powodów, by wirować w powietrzu. Baletnica nie pasuje do wnętrza tego domu, ale do mojego pasuje doskonale.

Przysiadłam na oparciu fotela, zamknęłam oczy, ożywiłam wspomnienia. Zobaczyłam małą dziewczynkę. To był uroczy widok. Siedmiolatka stoi na puentach i nieporadnie wykonuje baletowe figury: Plié, Demi-plié, Grand-plié, a potem Relevé, w końcu Jeté2. Najbardziej lubiłam, gdy wykonywała Chasse au3. Patrzę na nią z rozbawieniem, ale i podziwem dla jej uporu i miłości do pasji, którą odkryła w sobie kilka miesięcy wcześniej. Mogła się jeszcze tak wiele nauczyć...

Słyszę, jak mówi:

– Zobaczysz, gdy dorosnę, zostanę sławną baletówką. Tak mówiła – „baletówką” zamiast „baletnicą”.

A ja odpowiadałam:

– Będziesz jak Odetta, Biały Łabędź. Będziesz najwspanialszą baletówką na świecie. Będziesz jak Sylvie Guillem!4

Zamyśliłam się. Kto wie, może moja Mała gdzieś tam jest i kręci piruety?

Opowiem ci historię mojego życia. Opowiem ci o wszystkich naszych tajemnicach.

Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc.

Dalajlama XIV

Klara

Ten cytat otworzył moje serce. Nie on jeden spośród wielu, których autorem jest Dalajlama XIV. Bardzo cenię filozofię buddyjską. Głównie za to, że tak pięknie szerzy miłość, współczucie i zrozumienie. Słowa tego buddyjskiego przywódcy – Tenzina Gjaco przeczytać i zignorować. Można potraktować jako mało znaczącą myśl, która tylko nieźle brzmi. Jednak, jeśli sami sobie damy szansę i podarujemy sobie nieco czasu by głębiej zastanowić się nad prawdziwym znaczeniem treści, znajdziemy tam dużo więcej. Jak ja to rozumiem? Każdy z nas ma swój czas tutaj na Ziemi. Nikt nie wie ile. Każde serce i tak kiedyś przestanie bić. Gdy nasz czas będzie dobiegał końca, każda sekunda będzie na wagę złota… ale teraz gdy wydaje nam się, że mamy go dużo, nie doceniamy go. Jesteśmy bardzo rozrzutni i niedbali. Aroganccy i butni. Myślimy, że ze wszystkim zdążymy. Wszystko załatwimy. Że odwiedzimy chorą babcię, pójdziemy z dzieckiem na lody, porozmawiamy z mężem, przytulimy przyjaciółkę, pomyślimy o swoich potrzebach, spełnimy marzenie. A gdy nagle zachorujemy, w panice próbujemy zdążyć, by odwiedzić chorą babcię, pójść z dzieckiem na lody, porozmawiać z mężem, przytulić przyjaciółkę, pomyśleć o swoich potrzebach, spełnić marzenie, zdążyć żyć naprawdę. Oczywiście tyle szczęścia mamy, przy założeniu, że płomień naszej świecy nie zgaśnie nagle. Bo jeśli tak, to wtedy nie dostaniemy żadnej szansy. Na nic te wszystkie zarobione w pocie czoła pieniądze, bo za nie wprawdzie można kupić wiele, ale ani jednego uderzenia serca, ani jednego oddechu.

Żyjemy w biegu. Każdego ranka biegniemy do łazienki, często jeszcze zaspani, z jednym otwartym okiem, potem w biegu pijemy kawę, gdyby to było możliwe to bieglibyśmy nawet stojąc w ulicznym korku. Biegiem do pracy, biegiem w pracy i biegiem do domu. W domu też wszystko robimy szybko – szybki obiad, szybka rozmowa z rodziną, szybki prysznic i szybki, krótki sen.

Żyjemy coraz dłużej, a jednocześnie coraz mniej mamy czasu, by to poczuć. Wpadamy w rutynę codziennych spraw. Z jednej strony narzekamy na monotonię zdarzeń, pragniemy przygody, szalonej zmiany, a z drugiej, gdy coś nowego pojawia się na horyzoncie, ogarnia nas strach i najchętniej schowalibyśmy się w mysią dziurę. Kiedy spoglądam wstecz, nie widzę człowieka z emocjami, potrzebami, pragnieniami, marzeniami. Widzę robota mechanicznie wykonującego zadania, do których został zaprogramowany. My, ludzie, pochłonięci codziennymi sprawami tracimy czujność, zmysły nie pracują jak kiedyś, choćby sto lat temu. Nie zauważamy tego, co dzieje się obok. W naszym domu. Oddalamy się od bliskich, bliscy od nas, a gdy orientujemy się w sytuacji, wydaje się nam, że jest już za późno. Za późno, by przytulić, by cofnąć wypowiedziane w złości słowa, by zapomnieć o wyrządzonych krzywdach. Za późno, by przeprosić, by powiedzieć o swoich pragnieniach, o żalu, który tkwi w naszych sercach jak drzazga. Wydaje się nam. Właśnie. Tylko tak nam się wydaje. Nigdy nie jest za późno na podjęcie próby poprawy swojego życia. Ostateczna jest tylko śmierć. Póki żyjemy, możemy wszystko.

Moje życie nie było łatwe, ale nikt mi nie obiecał, że będzie. W zasadzie z uwagi na moje dzieciństwo, miałam pod górkę już na początku. Jakoś jednak dawałam radę. Był nawet taki czas, gdy uważałam się za szczęśliwego człowieka. Ciekawa praca, mąż chirurg, zdrowa, fajna córka. Przyszedł jednak taki moment, kiedy straciłam kontrolę nad swoim życiem i zupełnie nie byłam tego świadoma. Pozornie wszystko było dobrze, ale zawiodła mnie intuicja. Zawsze powinniśmy jej słuchać.

Mówią na mnie Cicha, nie tylko dlatego, że potrafię chodzić jak kot, ale po prostu, nazywam się Ciszewska. To ksywa, imię też mam, mama jest wielbicielką Fredry, zwłaszcza Ślubów Panieńskich. I co? Wszystko jasne? Niezupełnie, mogła dać mi na imię Albin, Radost lub Gustaw, ewentualnie Aniela, ale zostałam Klarą. Aniela bardziej mi się podoba, ale Klara pasuje do mojej pracy i do mojego charakteru. Mamie bardzo imponowała ta feministka i przeciwniczka instytucji małżeństwa. W końcu jednak i ona uległa potędze miłości, choć nie obyło się bez intryg i komplikacji – wszak to hrabia Fredro. Mama – gdy tylko jej ojciec, a mój dziadek wywierał presję, by wyszła za mąż, przez całe swoje młode życie powtarzała za Klarą: „Ależ ja zawsze na przekór mu zrobię; on tak – a ja siak; on sobie – ja sobie...”5 Jednak i moja mama uległa i dzięki temu pojawiłam się ja. Nie powiem żebym nie była z tego zadowolona. Chciałam kontynuować rodzinną tradycję i migać się od małżeństwa, twardo twierdząc, że niezależność i brak kajdan jest najlepszym pomysłem na życie, ale gdy prawie odcięłam sobie nożem palec usiłując otworzyć wino (nie miałam korkociągu) i musiałam skorzystać z pomocy łódzkiego SOR, a dyżur miał rezydent o wyglądzie amanta filmowego... wystarczyło jedno spojrzenie na niego – mego przyszłego męża – bym z zimnej Klary zamieniła się w romantyczną Anielę. Smaczku całej tej mojej miłości dodawał fakt, że lekarz miał na imię Albin, w co na początku uwierzyć nie mogłam, ale identyfikator na białym fartuchu nie kłamie. Na szczęście mam ogromne poczucie humoru oraz inne, fajne cechy charakteru Klary. Ja odziedziczyłam je po mamie, a po mnie moja córka. Przez wiele lat byłam pracownikiem państwowym ciągle na służbie. Świadomie wybrałam sobie taki zawód. I nic mnie nie usprawiedliwia. Może jedynie fakt, że dopóki nie zaczniemy czegoś robić, to może nam się co najwyżej wydawać, że wiemy, jak to wygląda. Fakt, że mój ojciec był starszym sierżantem w wydziale zabójstw, nie czynił mnie specjalistką w tej dziedzinie, od znajomości realiów tej pracy dzieliły mnie lata świetlne. Nie chcę przez to powiedzieć, że żałuję swojej decyzji, absolutnie nie. Może niech to będzie przestroga dla innych zapaleńców, którym się wydaje, że ta praca wygląda tak jak w filmach i serialach kryminalnych. Podstawowa różnica jest taka, że w życiu wszystko dzieje się naprawdę. Naboje są ostre, mordercy prawdziwi, trupy także. Prawdziwa jest krew i rany, prawdziwe są codzienne ludzkie tragedie. Pewnie, że praca jest fascynująca, ale nigdy nie wiadomo czy wychodząc rano z domu wróci się do niego wieczorem. Niby nigdy nie wiadomo, zawsze może spaść ci cegła na głowę, ale w tej robocie ryzyko utraty życia jest duże większe. W domu jestem się gościem, bywa, że wracam dopiero nad ranem, albo wieczorem następnego dnia. Nie można niczego zaplanować, nawet zwykłej kolacji z rodziną. I tu przechodzę do sedna – rodzina ma szansę przetrwać tylko wtedy, gdy łączy ją bardzo silna więź. Bo nie jest łatwo żyć z policjantką z wydziału kryminalnego. Nie jest też łatwo żyć z chirurgiem, ale nam jakoś szczęśliwie udaje się spotykać gdzieś w połowie drogi. Mamy fantastyczną córkę, prawie już dorosłą, choć „prawie” robi wielką różnicę.

Po maturze poszłam do Szkoły Podoficerskiej w Słupsku i to była wielka lekcja życia. Jeśli ktoś myśli, że tam nie ma fali lub że kobiety nie są molestowane i zmuszane do wszelkich nieprzyzwoitości – ten jest w błędzie. Trzeba mieć mocną psychikę i skórę nosorożca, żeby to przetrwać. Mnie się udało, choć w połowie nauki chciałam zrezygnować. Wytrwałam dla Niej, jednak nie bez uszczerbku na zdrowiu. Moja wrażliwość dostała potężny wycisk i musiała uciekać gdzie pieprz rośnie, jeśli chciałam wykonywać ten zawód. Po ojcu odziedziczyłam silny charakter, to znaczy on taki miał, zanim wydarzyła się w naszym życiu tragedia, po której wszystko się zmieniło. On stał się kimś innym. Kimś, w kim nie umiałam rozpoznać taty. Wszyscy się zmieniliśmy, szybko i dramatycznie, ale największe konsekwencje nieszczęścia, które nas dotknęło, odczuwam po dziś ja. Pod swoim pancerzem bardzo głęboko schowałam emocje. A przynajmniej chciałam wierzyć, że tak jest. Ale ukrywanie uczuć to niestety miecz obosieczny. Odstrasza, czasem nawet rani wroga zewnętrznego, nie pozwalając mu nas skrzywdzić, ale i nam, wewnątrz, sprawia ból. Każdy człowiek nosi w sobie przynajmniej jedną tajemnicę. Ja także. Mój największy sekret był powodem, dla którego podjęłam pracę w policji. Dość szybko zdałam sobie sprawę, że wielką naiwnością było myśleć, iż dzięki temu, że będę strzec prawa i porządku, odkupię swoje winy. Miałam znikomy wpływ na bezpieczeństwo innych, a moje wyrzuty sumienia rozpychały się łokciami – miały się świetnie. Do tego wszystkiego chwilami zachowywałam się nieprofesjonalnie, kiedy trafiała mi się sprawa związana z zaginięciem dziecka, moja przeszłość nie pozwalała mi na obiektywizm. Emocje brały górę nad rozsądkiem, nie pozwalały myśleć logicznie i analitycznie, byłam zwykłą rozedrganą, rozemocjonowaną matką, zamiast sprawną policjantką. Skoro ja to dostrzegałam, mój przełożony też musiał zdawać sobie z tego sprawę. Ale Mocarny nigdy nikogo nie zwolnił, miał gołębie serce. O, mógłby pracować w Tybecie albo w żłobku. Ma anielską wręcz cierpliwość i spokój tybetańskich mnichów. O dziwo jednak, nigdy nie było na mnie żadnych skarg, niczego nie zawaliłam, dostawałam nawet pochwały, więc może byłam wobec siebie zbyt krytyczna, oceniałam siebie poprzez pryzmat przeszłości? Nie wiem, ale robiłam co do mnie należy starając się niczego nie zaniedbać. Do tej pory, przez te wszystkie lata udawało mi się być matką, żoną i nie zwariować, choć coraz częściej mój mąż miał obiad w książce kucharskiej zamiast w lodówce, a córka częściej oglądała mamę na fejsbukowym Messengerze, niż w domu. Na szczęście w szpitalnym bufecie karmili całkiem nieźle, w policyjnym nieco gorzej, ale za to szkolna stołówka dawała radę, poza tym, że... jedzenie było bez smaku. Problem przygotowywania obiadów odpadł, choć to fatalnie dla rodziny. Wspólne posiłki zbliżają i są okazją do rozmowy. Ubolewam, że mamy tak mało czasu dla siebie, by spotykać się częściej przy stole i pomówić bez pośpiechu o tym, co u kogo słychać.

U mnie ostatnio coraz częściej, nie wiem dlaczego, słychać było przeszłość. Najpierw stukała cicho, dość nieśmiało. Nie usłyszałam. Albo może udawałam, że nie słyszę. Gdy stała się niecierpliwa, natarczywa i gdy ciche pukanie zamieniło się w głośny łomot, było już za późno.