Niebo w kruszonceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Monika A. Oleksa

Niebo w kruszonce


ISBN: 978-83-65521-22-4



Copyright © Monika A. Oleksa, 2016

All rights reserved


Redaktor: Paulina Wierzbicka

Projekt okładki: Izabella Marcinowska


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Rozdział pierwszy

UŚMIECH WIOSNY

Rozdział drugi

PSIE SERCE

Rozdział trzeci

PIĘĆDZIESIĄT PLUS

Rozdział czwarty

MĘSKIE DECYZJE

Rozdział piąty

LATO, LATO

Rozdział szósty

SAMOTNOŚĆ

Rozdział siódmy

LIPIEC

Rozdział ósmy

SIERPNIOWE POCAŁUNKI

Rozdział dziewiąty

BIEDRONKA

Rozdział dziesiąty

NIEBO W KRUSZONCE

Rozdział jedenasty

OT, TAKIE ŻYCIE

Rozdział dwunasty

OBIETNICA

Książkę tę dedykuję wszystkim kobietom, które każdego dnia stają po drugiej stronie lady. Dziękuję za Wasz trud, Drogie Panie, pracę w te dni, kiedy inni odpoczywają, i za to, że robicie to z sercem.

Ta książka jest szczególnie dla Was.

Agnieszce, Kasi i Dorocie — dziękując za prawdziwą i piękną przyjaźń

oraz Marcinowi — który jest moją Obietnicą wszystkiego

Szczególne podziękowania składam Marii i Franciszkowi Sawickim, w których pensjonacie — Domu Wypoczynkowym „Maria” w Dąbkach — powstawała ta książka. Dziękuję za ciepło, którym jestem tam otaczana, rodzinną atmosferę, idealne warunki do pracy i odpoczynku oraz nieustanne wsparcie, które w Was mam, Marysiu i Franku!

Rozdział pierwszy
UŚMIECH WIOSNY

— Widzi pani, ta wariatka znowu rozmawia z motylami. Lata toto całymi dniami po osiedlu i uśmiecha się do roślinek i robali.

— A pani to przeszkadza? — Renata spojrzała na tęgą, niewysoką blondynkę z odrostami i odgarnęła z czoła grzywkę, która była już na tyle długa, że drażniła i wchodziła do oczu.

— Pani Reniu, ja to mam na głowie tyle spraw, że nawet nie mam czasu pomyśleć, czy mi to przeszkadza.

Renata westchnęła i powstrzymała się przed odpowiedzią, która wywołałaby lawinę lamentów i trudny do powstrzymania słowotok. Wydała grzecznie resztę i tęsknie spojrzała za okno.

Wiosna rozgościła się już na dobre. Drzewa zazieleniły się drobnymi listkami, trawa odzyskała swój soczysty kolor, a ptaki śpiewały jak szalone. Aż trudno było wysiedzieć w sklepie, kiedy świat dookoła tak kusił i zapraszał na spacer. Spojrzała na zegarek. Jeszcze dwie godziny i kończy zmianę. Ech, warto było wstać o czwartej czterdzieści pięć. Nie usiedziałaby w sklepie w taki piękny dzień.

— Dzień dobry, pani Reniu — smutne piwne oczy spojrzały na Renatę ze znajomym ciepłem. Uśmiechnęła się.

— Dzień dobry, panie Karolu. Pana chlebek już przyjechał.

Rzadko się uśmiechał, ale gdy to robił, pajęcza sieć zmarszczek przy jego oczach rozchodziła się cieniutkimi liniami ku skroniom i rozjaśniała tę miłą twarz radosnym blaskiem.

— Dziękuję.

Przychodził codziennie, zwykle o tej samej porze. Kupował niewiele, ot, tylko tyle, żeby wystarczyło dla samotnego mężczyzny w średnim wieku i owczarka niemieckiego o tak samo smutnym spojrzeniu jak jego pana. Na serdecznym palcu prawej ręki wciąż nosił złotą obrączkę, choć Renata wiedziała, że to tylko obronny mur oddzielający go od świata. Lubiła go. Lubiła sposób, w jaki na nią patrzył, tak ciepło i delikatnie. W ciągu tych kilku krótkich chwil wiedziała, że nadal jest kobietą i że wciąż może się podobać dojrzałemu mężczyźnie.

Stanisław już dawno przestał na nią patrzeć w ten sposób.

— Piękny dzień, prawda? — uśmiechnęła się. Chciała sprowokować ten uśmiech w zamian i zanurzyć się w nim właśnie dziś, kiedy wiosna tak pięknie rozłożyła swój płaszcz, rozsiewając wokół zapachy i dźwięki.

— Piękny. Obiecałem Reksowi długi spacer po wąwozie. Obu nam przyda się trochę ruchu i świeżego powietrza po tej długiej, męczącej zimie.

— Świetny pomysł, Reksowi na pewno się spodoba — starała się skupić na wbijanych na kasę produktach, ale jego spojrzenie rozpraszało ją.

— Bardziej spodoba mu się wątróbka, którą kupiłem na obiad. Wielbi drób w każdej postaci.

— Trzydzieści sześć osiemdziesiąt — podniosła głowę i spojrzała prosto w piwne oczy.

— Proszę — podał jej banknot pięćdziesięciozłotowy. Poczuła elektryzujący prąd, gdy opuszki jego palców przypadkowo dotknęły jej dłoni. Ręka jej zadrżała przy wydawaniu reszty.

— Pani też powinna wybrać się na spacer. Słońce dodaje energii.

Patrzyła, jak pakuje zakupy, a potem powoli wychodzi ze sklepu. W drzwiach jeszcze przystanął, odwrócił się i grzecznie ukłonił.

— Za każdym razem, jak przychodzi, zastanawiam się, kiedy w końcu zaprosi cię na kawę — brązowo-czekoladowa głowa Kasi wyjrzała zza regału z przetworami, na którym dziewczyna ustawiała słoiki dżemów i marynaty.

Renata spojrzała na koleżankę i popukała się palcem w czoło. Kasia wzruszyła ramionami i popatrzyła w okno, odprowadzając wzrokiem pana Karola i jego psa.

— O, widzę, że pani Emilia wyruszyła na powitanie wiosny.

Renata pokiwała głową.

— Tak. Nie przejdzie obojętnie obok żadnego motyla, biedronki czy nawet gąsienicy. Gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak ona, świat nie potrzebowałby broni nuklearnej ani wojsk strzegących granic. To dusza kobieta.

— Zauważyłaś, że jak wchodzi do sklepu, to wnosi ze sobą taki spokój, który wypełnia cię aż po czubki palców? Mówię ci, to anioł.

Renata myślała podobnie jak Kasia. Lubiła panią Emilię z rozwichrzonymi wiatrem rudymi włosami, uroczymi piegami i delikatnym uśmiechem, który nie znikał z jej twarzy. Trudno powiedzieć, ile miała lat. Była w tym nieokreślonym przedziale pięćdziesiąt plus z duszą dwudziestolatki. Kochała życie i szanowała każde, najdrobniejsze nawet stworzenie. Cieszyła się drobiazgami, tańczyła w kroplach deszczu, a latem nosiła słomkowe kapelusze z szerokim rondem. Nigdy na nic nie narzekała, na nic się nie skarżyła. Żyła sobie cichutko, nikomu nie wchodząc w drogę, a mimo to mieszkańcy tutejszego osiedla nazywali ją wariatką. Była sama, ale nie czuła się samotna. Mieszkała z przygarniętymi zwierzakami i dbała o nie jak o własne dzieci, których nigdy nie miała. Kasia miała rację. Każda, nawet krótka rozmowa z panią Emilią przynosiła ukojenie i spokój. Emilia emanowała ciepłem, które trudno było nazwać inaczej niż zwykłą ludzką dobrocią.

— Jak dziewczynki? — Kasia skończyła ustawianie, przyjrzała się uważnie stworzonej przez siebie kompozycji i zadowolona z efektu przysiadła na tekturowym pudełku odwróconym dnem do góry.

— Totalna beztroska i rozprężenie. Iga żyje już wyłącznie wycieczką do Londynu, wyjeżdżają za tydzień na sześć dni. Klasa Julki przygotowuje jakiś musical na dni otwarte szkoły, więc codziennie słuchamy coraz to nowego repertuaru, bo Julka uczy się również ról koleżanek, rozumiesz, tak na wszelki wypadek, gdyby któraś zachorowała.

 

— Nadal marzy o aktorstwie? — zielone, życzliwe oczy Kasi patrzyły na Renatę ze szczerym zainteresowaniem.

— Taaa. — Renata westchnęła. — Nadal na topie filmówka w Łodzi.

— To dobrze, że ma marzenia. Życie jest o wiele ciekawsze, jeśli nie boisz się marzyć i sięgać wysoko.

— Ale jak nie nabijasz sobie głowy bzdurnymi pragnieniami, to przynajmniej się nie rozczarujesz, gdy nic nie wyjdzie z ich realizacji. Upadek z wysokich chmur boli.

— No i co z tego, że boli? Ale masz świadomość, że przynajmniej próbowałaś. Bez marzeń żyjesz w zasklepionej skorupie z wiecznymi pretensjami do świata. Tracisz swoją wrażliwość i przestajesz dostrzegać to, co w życiu ważne. Nie podcinaj im skrzydeł, Renia, i nie chroń przed życiem za wszelką cenę. One same muszą posmakować porażek, nie uwierzą tobie.

— Dlaczego ty nie pójdziesz na studia, Kasia? Jesteś młoda, masz przed sobą całe życie, nie czekaj tak, jak ja czekałam, bo utkniesz w tym jednym, niezmiennym punkcie i zabraknie ci siły, aby cokolwiek zmienić.

— Wiesz co, masz wiosenną depresję. — Kasia podniosła się z pudełka i otrzepała fartuch. — Powinnaś wybrać się na długi spacer, jak pani Emilia. Wracam na sery.

— Zważ mi dwadzieścia deko edamskiego i wędliny tej co zawsze. A, i schabu na kotlety! — krzyknęła za nią Renata i zajęła się klientem, który pojawił się przy jej stanowisku.

Był to dział alkoholowy połączony jednocześnie z punktem kasowym, jedynym czynnym o tej porze dnia, kiedy ludzi w sklepie było jeszcze niewielu. Renata lubiła ten swój przytulny kącik zabudowany regałami na dość niewielkiej powierzchni sklepu. Za plecami miała półki wypełnione alkoholem ze wszystkich stron świata i jeden regał z niezbędnymi kosmetykami i lekami przeciwbólowymi. Nad głową, tuż nad kasą, zawieszony był podajnik z papierosami. Sięgała tam, wspinając się na palce, ale dzięki takiemu rozwiązaniu każda powierzchnia w sklepie była sensownie zagospodarowana. Przed sobą Renata miała wejście do sklepu i duże okno z niskim parapetem, na którym stały równo poukładane koszyki. To okno lubiła najbardziej. Nazywała je swoim „oknem na świat”. Za nim toczyło się zwyczajne życie, które lubiła obserwować. Mieszkańcy LSM-owskiego osiedla spieszyli do swoich obowiązków, dzieci maszerowały do szkoły lub wracały z niej, leniwie wymachując workiem, i wstępowały do sklepu po loda lub paczkę czipsów, w zależności od nasilenia głodu i temperatury za oknem. Psy, które rozpoznawała już z imienia, wychodziły na spacer na skwerek przed sklepem, a ich właściciele zatrzymywali się w pośpiechu na chwilę sąsiedzkiej pogawędki. To życie, tam, za oknem, było doskonale zorganizowane i wypełnione drobiazgami, w których Renata odnajdywała wewnętrzny spokój i w których czuła się bezpiecznie. Te drobiazgi zachwycały, jak chociażby rozmowy pani Emilii z motylami. Gdyby nie to okno, nigdy nie zwróciłaby na nie uwagi. Byłaby kolejnym przechodniem przemykającym przez życie z oczami zamkniętymi na to, co naprawdę ważne. Obrazy, jakie śledziła, łagodziły monotonię pracy, która była czymś więcej niż nużące przesuwanie przez czytnik kodów kreskowych.

— Dzień dobry — uśmiechnęła się do dobrze znanej z widzenia twarzy z siateczką zmarszczek rozłożonych symetrycznie na policzkach i wysokim, jasnym czole.

— Listonosz był, więc mogę dzisiaj zaszaleć — do Renaty uśmiechały się usta i oczy starszej kobiety. — Wnuki przyjadą, muszę mieć w domu coś słodkiego. I barszczyk ugotuję z młodej botwinki. Syn bardzo lubi. Bo synowa to mu nie gotuje. Nie ma czasu, doktorat robi. Wszystko ważniejsze od dzieci, męża i domu. I wiecznie niezadowolona, zdenerwowana i zmęczona. A syn ją usprawiedliwia. Bo ona taka zapracowana, bo ten doktorat. Ale po co, pani Renatko? Po co tyle na siebie brać, jak życie tylko jedno? Ma pracę, to jej się nie podoba. Chce zmienić i stąd ten doktorat. A jak i rodzinę będzie chciała zmienić? Bo ta, którą ma, też jej się nie podoba.

Tyle ludzkich opowieści przepływało przez czytnik wraz z zakupami wynoszonymi później w reklamówkach lub materiałowych torbach z uszami. Ludzie wychodzili z ciężarem siatek, ale często lżejsi o tę jedną opowieść, której nie mieli siły już dłużej w sobie utrzymać. Tego, co dostawali w osiedlowym sklepie, nie mógł im zaoferować żaden, nawet najtańszy supermarket. Odrobina uwagi i chwila czasu, w trakcie której ktoś ich wysłuchał. Człowiek, dla którego byli kimś więcej niż anonimowym klientem. Dlatego Renata lubiła swoją pracę i choć niejednokrotnie przychodziły chwile zwątpienia i żalu z powodu niewykorzystanych możliwości, czuła, że bycie kobietą sklepową to tak naprawdę coś więcej niż monotonne nabijanie na kasę i wykładanie towarów na półki. Jej praca to był człowiek po drugiej stronie lady, a kontakt z nim dawał Renacie siłę na każdy kolejny dzień i wrażliwość, której nie doświadczyłaby w żadnym biurze.

— Twój ser, krakowska z Bobrownik i schab. Voilà! — Kasia zjawiła się przy kasie jak dobry duszek, wręczając Renacie złożone wcześniej zamówienie.

— Dzięki, skarbie. — Renata dorzuciła produkty do swojego koszyka i czekając na koleżankę z drugiej zmiany, podliczyła wszystko i nabiła na kasę. — Najbardziej w tej pracy cenię to, że nie muszę już nigdzie wstępować po zakupy.

— No, chyba że dla przyjemności. — Kasia roześmiała się i puściła do Renaty oko. — Tak jak ja dzisiaj. Zamierzam poszaleć w poszukiwaniu wiosennej sukienki. Jak ja się cieszę, że za chwilę stąd wyjdę. — Kasia wyjrzała tęsknie przez otwarte drzwi, uśmiechając się do wiosny, która wydawała się przygotowywać do pozostania w mieście na dłużej. — Kurczę! — wykrzyknęła nagle, dostrzegłszy zbliżającą się w stronę sklepu postać. — Nogi mi miękną za każdym razem, jak widzę tego faceta!

Renata schowała pieniądze do kasy, wydała sobie resztę i wrzuciła ją niedbale do skórzanego portfela. Podniosła głowę i spojrzała na mężczyznę, od którego Kasia nie mogła oderwać wzroku. Pomimo swojej przekroczonej już kilka lat temu czterdziestki nadal mógł się podobać. Był dość wysoki, na tyle, aby kobieta mogła czuć się przy nim bezpiecznie. Postawny i nieco misiowaty, z silnie zarysowanymi pod napiętym podkoszulkiem ramionami, które obiecywały bezpieczną przystań. Kiedyś ciemny brunet, dziś lekko szpakowaty, z ciemnymi oczami, które kryły w sobie tyle różnych emocji. Znała je wszystkie, począwszy od gniewu, kiedy te oczy ciemniały i ziębiły spojrzeniem, przez łagodność, ciekawość i pożądanie, które nadal, choć już coraz rzadziej się w nich pojawiało. Staszek. Była z nim dziewiętnaście lat, a czasami miała wrażenie, że tak mało o nim wie. Uśmiechnęła się, a on pocałował ją w policzek na powitanie.

— Gotowa?

Skinęła głową, sięgnęła po siatkę z zakupami i podała mu.

— Do jutra.

— Do zobaczenia.

Wyszła, odprowadzana wzrokiem koleżanek, przy boku mężczyzny, z którym dzieliła życie.

Lubiła, jak po nią przyjeżdżał, ale z biegiem lat zagubiła gdzieś tę dziewczęcą radość przebywania z nim. Ceniła wygodę powrotu do domu samochodem, a nie zatłoczonym autobusem z siatkami pełnymi zakupów. Staszek był kierowcą MPK i podobnie jak Renata pracował na zmiany. Nie zawsze czas ich pracy się pokrywał i były dni, kiedy Renata przemykała z lękiem ciemnymi uliczkami na przystanek, bo Staszek kończył zmianę przed dwudziestą trzecią, a ona zamykała sklep po dwudziestej pierwszej. Nie lubiła tych samotnych powrotów, lubiła za to obecność Staszka. Czuła się przy nim bezpiecznie.

Nagła cisza wyrwała Renatę z zamyślenia. Nie pracował silnik samochodu, umilkło radio. Spojrzała przytomniej przed siebie, a potem pytająco na męża.

— Dlaczego tu stanąłeś?

— Pomyślałem sobie — popatrzył na nią niepewnie, pocierając kciukiem zmarszczone czoło — taka ładna dziś pogoda, pomyślałem, że pójdziemy na spacer.

Rozejrzała się zaciekawiona.

— Będziemy spacerowali po Krakowskim Przedmieściu?

Uśmiechnął się rozbawiony.

— Nie, po parku. Przecież to niedaleko.

— To zabawne — położyła rękę na klamce samochodu. — Dwukrotnie dzisiaj usłyszałam, że powinnam pójść na spacer.

— Słyszysz i masz. — Stanisław otworzył drzwi i wysiadł z samochodu.

Szli obok siebie, z rękami opuszczonymi i bezradnymi, jakby zapomnieli, do czego służą dłonie i palce, które splatają się ze sobą bez miłosnego uniesienia, ale w najbardziej naturalnym odruchu bliskości. Radosne promienie słoneczne ukazywały całą niedoskonałość miasta zmęczonego długą zimą i latami zaniedbania. Strome, wąskie schodki prowadzące do parku od ulicy Bieczyńskiego kruszyły się pod ciężarem kroków przemierzających tę drogę każdego dnia od samego rana, kiedy Lublin budził się i żył swoim rytmem dużego-małego miasta.

Zapach wiosny w parku odurzył Renatę. Patrzyła jak urzeczona na oblepione białymi kwiatami drzewa i soczystą zieleń trawy poprzetykanej żółtymi mleczami. Zamknęła oczy, wciągnęła głęboko w płuca powietrze pachnące słodką wonią brzemiennych w kwiaty bzów i poczuła, że żyje i czuje tę wiosnę każdą najmniejszą komórką swojego ciała. A potem poczuła, jak dłoń Staszka nieśmiało otula jej rękę. Splotła swoje palce z jego, czując zgrubienie obrączki, i spojrzała na męża z uśmiechem szczęścia w oczach.

— Ten spacer to był fantastyczny pomysł.

— Rena, dlaczego my tak rzadko wychodzimy gdzieś razem? Gubimy się…

— Pytasz, jakbyś nie wiedział. Nie mamy czasu na takie spacery. Po pracy trzeba wracać do domu, zrobić dziewczynkom obiad, dopilnować lekcji. Przed południem tym bardziej nie ma na to czasu, bo jest tysiące innych rzeczy do załatwienia. Życie weryfikuje nasze marzenia, kochanie.

Nie wiedziała, czy ją słyszy. Szedł zamyślony i zapatrzony w świat, który podarował im maj. Renata czuła się niezręcznie tak blisko Staszka, idąc przed siebie bez konkretnego celu. Zazwyczaj zmierzała gdzieś, dokądś, w wyznaczone sobie miejsce. Ten czas tu i teraz był czymś nowym, zupełnie dla niej nieznanym od chwili, kiedy urodziły się dziewczynki.

— Zapominamy o sobie, Rena. Przejmujemy się tysiącem niepotrzebnych drobiazgów, a zupełnie lekceważymy to, co naprawdę ważne. Zobacz, nie wrócimy dziś do domu na czas i świat się nie zawali. Dziewczyny, jak zgłodnieją, same odgrzeją sobie obiad. Jak jeden dzień nie odkurzysz, mieszkanie nie zarośnie brudem. Nasze obowiązki nie znikną, nie odejdą, ale ten czas… on się już nie powtórzy, Rena.

Lubiła, kiedy tak do niej mówił. Rena. Tylko Staszek nazywał ją w ten sposób. Wymyślił to dawno temu, kiedy jeszcze nie byli małżeństwem. Zachwycił ją od pierwszego dnia, kiedy tylko go poznała. Potem gdzieś ten zachwyt zgubiła i dziś już nie umiała sobie przypomnieć gdzie i dlaczego.

Spojrzała na staw, na którego powierzchni unosiły się listki wierzby, opadłe z pochylonego nad wodą drzewa. Czasami była jak taki liść, płynący tam, dokąd porwie go prąd. Bezwolny, popychany wiatrem. Renata też dawała się nieść życiu, pozwalając, żeby za nią decydowało. Tak było bezpieczniej. W ten sposób życie mniej bolało, bo niewiele od niego oczekiwała.

Zmęczony podróżą motyl przysiadł na oparciu ławki. Zatrzymała Staszka w pół kroku i wskazała na to maleńkie cudo, które tak wzruszało panią Emilię. Renata też to poczuła. Wzruszenie i radość z takiej drobnej rzeczy jak ta. Zwyczajny motyl na zwyczajnej ławce, z której gdzieniegdzie odprysła farba. A jednak dla niej w tej chwili było to nadzwyczajne. Drobiazg i chwila, które potrafią przynieść spokój i lekkość, jakiej nie czuła już od bardzo dawna.

— Chodźmy na lody — powiedziała nagle, ciągnąc męża za rękę.

Popatrzył na nią z figlarnym uśmiechem i iskierkami radości w oczach.

— Włoskie czy gałkowe?

— Oczywiście, że włoskie! I bardzo śmietankowe! W takim spiczastym wafelku.

Pokręcił głową rozbawiony i zawrócił w kierunku Krakowskiego Przedmieścia.

— Wiesz co, Renia, mam wolną niedzielę. Pojedźmy z dziewczynkami do Kazimierza. Dawno tam nie byliśmy.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się najpiękniej, jak umiała.

— Pojedźmy — odpowiedziała, a potem wysunęła rękę z mocnego uścisku Staszka i pobiegła po schodach, śmiejąc się radośnie i pozwalając, by ją dogonił.

Kasia wystawiła twarz do słońca i przez dobrą chwilę grzała się w ciepłym dotyku promieni na swojej bladej skórze. Potrzebowała tego spaceru i tej nowej sukienki. Już z daleka przykuła ona wzrok Kasi, kusząc z okna wystawy sklepowej. Żółta jak wiosenne mlecze, którymi obsypane były osiedlowe trawniki, zalotna i bardzo kobieca, zawróciła dziewczynie w głowie i odsunęła na bok rozsądek. Stała się małym szaleństwem i wielką przyjemnością wśród tych monotonnych dni upływających jeden po drugim niezmiennie utartym rytmem. Kasia uśmiechnęła się do swoich myśli. Marlence na pewno się spodoba. Jak każda mała dziewczynka uwielbiała mamę w kolorowych sukienkach.

 

Spojrzała na zegarek i żwawszym krokiem ruszyła w stronę przedszkola. Nie chciała jechać autobusem. To tylko dwa przystanki, a w takim dniu jak dziś jak najdłużej chciała zatrzymać wiosnę i jej ciepłą pieszczotę na policzkach i odsłoniętych ramionach. Mijane wystawy sklepów uśmiechały się do Kasi jej własnym odbiciem.

„Życie, pomimo całego swojego okrucieństwa, jest piękne”, pomyślała. To piękno zamierzała pokazać Marlence. Zrobią sobie dziś małe, prywatne święto. Pojadą do Ogrodu Botanicznego, gdzie będą mogły powitać wiosnę i przyjrzeć się jej w całej okazałości i gdzie Kasia będzie mogła zapanować nad rozbieganą czterolatką, którą rozsadzała energia.

Myśl o córce jak zawsze ogrzała serce Kasi i dziewczyna przyspieszyła kroku, stęskniona za lepkimi paluszkami małych rączek i roześmianą buzią, która słodkie całuski miała zarezerwowane tylko dla niej. Dla Kasi.

Poczuła ten znajomy odór, gdy tylko weszła do domu. Cała radość utkana wiosną prysła jak mydlana bańka, a kosmaty pająk przytłaczającej rzeczywistości podpełzł pod samo gardło i ścisnął tak, że aż zabolało. Kasia odłożyła torbę z zakupami, odwróciła się do Marlenki i zmusiła usta do uśmiechu.

— Idź, umyj dokładnie rączki. Masz na nich mnóstwo bakterii, których trzeba się pozbyć.

Dziewczynka zdjęła buciki, skinęła poważnie głową i pobiegła do łazienki, a Kasia wykorzystała chwilę jej nieobecności i zajrzała do pokoju. Poznała ten nieudolnie zgarnięty bałagan i na moment mocno zacisnęła powieki, aby nie wypuścić ani jednej łzy, które już się zbierały.

— Znowu piłaś — starała się bardzo, aby jej głos nie zdradzał żadnych emocji, ale czuła, że nie panuje nad jego drżeniem.

— A ty znowu swoje! Nie piłam, tylko miałam gościa. Zmoczyłam usta dla towarzystwa.

— Pożyczyłaś pieniądze, tak? Od kogo tym razem?

— Przestań prowadzić śledztwo i zajmij się swoim życiem. Też dużo ci brakuje do doskonałości. Gdzie Marlenka?

— Nie pokazuj się jej w takim stanie. — Kasia chciała się wycofać, ale już wiedziała, że matka nie odpuści. Była w tym stanie upojenia, kiedy jeszcze nie przekroczyła granicy, a już zasmakowała i walczyła z rozdrażnieniem i pragnieniem sięgnięcia po jeszcze.

— W jakim stanie? Przepraszam cię bardzo, w jakim stanie? Co to, we własnym domu już mi przyjąć gościa nie wolno? Póki co to chyba ty mieszkasz u mnie, a nie odwrotnie, więc proszę cię, okaż mi choć odrobinę szacunku, bo należy mi się on chociażby dlatego, że jestem twoją matką.

Znała ten scenariusz na pamięć, chociaż tak często starała się o nim zapomnieć. Wiedziała, że padnie wiele słów, które zabolą jak ostre kawałki szkła w zetknięciu ze skórą. I pomimo że wracały wciąż te same, nie można się było na nie uodpornić. Zapadały głęboko w pamięć i powracały jak bumerang nawet wtedy, gdy odrzucała je bardzo daleko.

W maleńkich objęciach Marlenki świat sklejał się powoli w całość. To był jej wielki dar, który dostała od Pana Boga za wszystkie niedoskonałości swojego życia. To dziecko, które pojawiło się bez żadnego planu i zaproszenia, dało jej niesamowitą siłę i dziś już wiedziała, że przetrwa wszystko dla niej. I dzięki niej. Wtulając się w złote włosy córeczki, przypomniała sobie dzisiejsze słowa Renaty: „Dlaczego ty nie pójdziesz na studia, Kasia?”. Kasia wiedziała dlaczego. Bo studia kosztują. Bo potrzeba na nie czasu, a ona nie miała ani jednego, ani drugiego. Miała za to pracę, z której co miesiąc odkładała na spełnienie największego marzenia. Na własne mieszkanie, które będzie tylko jej i Marlenki. To będzie ich dom, w którym zawsze będzie spokój i w którym obie będą czuły się bezpiecznie. Na razie musiała zacisnąć zęby i przetrwać. I uchronić własną córkę przed dzieciństwem, jakiego sama doświadczyła.

Emilia wyszła przed drzwi swojej galerii przy Złotej i odetchnęła wiosną. Przymknęła oczy i pozwoliła, aby złote promienie zatrzymały się na jej piegowatej twarzy. Maj tego roku wszedł z wielkim rozmachem, kolorując świat swoim miękkim pędzlem i rozsiewając woń kwitnących drzew. Emilia czuła ten specyficzny oddech wiosny nawet tu, na Starym Mieście. Kochała wiosnę za jej niewinność i obietnice, które zwiastowała. Jak każde uśpione życie, wraz z wiosną wybudzała się z zimowej apatii i nabierała sił do działania. Wiosną jej pejzaże uwodziły, a zmysły Emilii znacznie mocniej chłonęły otaczający świat.

Otworzyła oczy i przysłoniła je ręką przed rażącym blaskiem. Po jej lewej stronie od lat niezmiennie wznosiła się bazylika oo. Dominikanów, z przylegającym do niej klasztorem. Po prawej widziała Rynek i Trybunał Koronny, pod który podjeżdżały młode pary, wstępując na nową drogę wspólnego życia. Galeria Emilii otoczona była ze wszystkich stron kawiarniami i restauracjami, których stoliki od pierwszych cieplejszych dni powychodziły na wybrukowane ulice. Najbardziej lubiła chwile przy herbacie w Akwareli, gdzie woń jaśminu w imbryczku przenosiła Emilię do parku, zatrzymując ją przy niedostrzegalnych drobiazgach w środku rozpędzonego dnia.

Lubiła obserwować ludzi. Byli bardzo różni, ale każdy z nich miał w sobie ogromne bogactwo. Emilia to widziała. Patrzyła w oczy nieznajomych i uśmiechała się do nich, próbując rozproszyć ponury mrok lub obojętność. Czasami odwzajemniali jej uśmiech, ale w większości przypadków uznawali ją za nieszkodliwą wariatkę. Bo była inna. Prawdziwa. Bo życie było dla niej darem, a każda chwila bezcenna. Nie narzekała, bo nie miała na co. Akceptowała siebie taką, jaka była. Nie żądała więcej, niż mogła dostać, nie pragnęła rzeczy dla samego posiadania. Wystarczało jej, że żyła, tu i teraz.

Powiew rozgrzanego wiatru zatańczył wokół Emilii i delikatnie otulił jej nieosłoniętą szyję. Uśmiechnęła się do rudego kota, który przemknął pod murami kamienicy, miaucząc żałośnie. Znów udało jej się uchwycić chwilę. Patrząc ponad dachami kamienic, wyszeptała krótkie „dziękuję” i wróciła do swojego sklepu i swoich obrazów.

— No i co, długo tak jeszcze będziemy spacerować? — ironiczny głos Igi przerwał panującą między nimi ciszę.

Wszystko poszło nie tak, jak sobie zaplanowali. Rodzinny wyjazd do Kazimierza nie wzbudził w dziewczynkach entuzjazmu. Julia co prawda, uradowana obecnością obojga rodziców, chłonęła kazimierski klimat, przystając przy każdym kolorowym straganie ustawionym wzdłuż ulicy Nadwiślańskiej i z zachwytem obserwując statki kołyszące się na Wiśle. Dla Igi ten wyjazd od początku był porażką. Dziewczyna przechodziła teraz wiek, w którym świat zawężał się głównie do przyjaciół i dobrej zabawy. Rodzice w tym świecie byli zupełnie z boku.

— Dlaczego ty wiecznie jesteś niezadowolona? — Renatę coraz częściej drażniło zachowanie córki.

— A dlaczego ty wiecznie się mnie czepiasz? — Iga nałożyła na uszy słuchawki iPoda i odgrodziła się od matki murem głośnej muzyki.

Renata spojrzała bezradnie na Staszka, szukając u niego wsparcia i zrozumienia, ale on tylko wzruszył ramionami.

Nie tak miała wyglądać ta niedziela. Miało być rodzinnie i radośnie, beztrosko i świątecznie. Było gorzko.

Renata przymknęła oczy, które niebezpiecznie zwilgotniały. W kazimierskim zgiełku przypłynęło wspomnienie. Letni, słoneczny dzień i spokój podlubelskiej wsi. Duży sad pełen napęczniałych wiśni i brzęczenie pszczelej rodziny, skuszonej słodką wonią owoców. I ich zabawa w berka między drzewami. Małe dziewczynki, wbiegające radośnie w jej ramiona i przepychające się w walce o buziaka. Roziskrzony wzrok Staszka, ślizgający się po jej nagich ramionach i opalonych udach. Wtedy marzyli o chwili samotności, a dziewczynki nie odstępowały ich na krok, szczęśliwe, że mają rodziców na wyłączność.

Co się z tym wszystkim stało w ciągu minionych lat? Dlaczego słodkie kocięta stają się tak szybko dzikimi kotkami, egoistycznie zapatrzonymi w swoje potrzeby i niezważającymi na uczucia innych?

— Wiecie co, chodźmy na lody — dla Staszka było to jedyne zajęcie, które choć przez chwilę mogło złączyć całą rodzinę.

Julka podskoczyła do góry z radości. Iga kiwała się w rytm muzyki, a Renata otworzyła oczy i wolnym krokiem ruszyła za mężem i córkami.

Kazimierz puścił do niej swoje kolorowe oko. Był gwarny, a nawet trochę pospieszny. Niósł ją brukowanymi uliczkami, odsłaniając swoje majestatyczne piękno. Małe domki wplatały się między stare, zabytkowe kamienice, urokliwe ogródki kawiarenek zapraszały na chwilę wytchnienia przy kawie i oferowanych tu smakołykach, a specyficzny zapach starego drewna i wąwozów unosił się w powietrzu, pozwalając poczuć wyjątkowość tego miejsca. Renata przystanęła i spojrzała na strzegącą miasta od wieków basztę i ruiny zamku. Wzgórze, na którym się znajdowały, porośnięte było soczystą, bujną zielenią, która koiła i uspokajała zmęczone ostrym słońcem oczy. Renata odetchnęła głęboko i weszła za Staszkiem i córkami w przemieszany, różnorodny tłum wypełniający kazimierski rynek, pozwalając mu się porwać i poddając się jego rytmowi.